czwartek, 7 lutego 2013

Nie ma niewinności!

Wstałem kwadrans na szóstą – o dziwo, nie dlatego, że Moje Ukochane Zwierzątko tak chciało (wcale nie chciało: przytulało się grzecznie mrucząc do mojego lewego boku – teraz dopiero, nakarmione, napojone i wykupkane, koncertuje donośne, pewnie chce się pobawić…: jeśli ma być cicho, to jedno z dwojga – albo trzeba dać jej orzeszek, którym będzie grała, bardzo hałasując – albo wziąć na kolana i ululać – wybieram to drugie, Lepsza Połowa chce się jeszcze zdrzemnąć), tylko po prostu – była po temu pora. Nakarmiłem i napoiłem wszystkie nasze zwierzęta: cztery czterokopytne i dwa miękkołape. Rozpaliłem w Herculesie. To znaczy – mam taką nadzieję, bo na razie trudno powiedzieć, czy to już sukces, czy jeszcze nie.

No i siedzę teraz sobie przed końputerem (skrachował tylko raz, startując…), Safari zgodnie we wszystkich oknach pokazuje „Nie można otworzyć strony“ – a ja JESZCZE nie mam gorączki, ani dreszczy. Jednym słowem – poranny luz. Przerwa w grypie.

Co zatem zrobię? Tak jest, opowiem Państwu historyjkę!

Historyjka będzie dłuuuga… No dobra – nie wiem jaka będzie, w głowie mam tylko bardzo ogólny zarys.

Dawno nie czytałem takiego steku bzdur, jak w ostatnim artykule mojego „ulubionego“ autora „NCz!“, pana Wozińskiego, pt. „Blokada psychiczna“. Jeszcze do wczoraj wieczora – nie było go na stronie „NCz!“, ale pewnie będzie, wtedy będą go mogli sobie przeczytać także i ci z Państwa, którzy papierowego „NCz!“ nie kupują. Chociaż – nie wiem po co?

W tekście tym, opartym na Rothbardzie, pan Woziński najpierw podaje libertariańską definicję państwa – a potem tworzy sobie słomianą kukłę swoich przeciwników i, oczywiście, jak to w przypadku słomianych kukieł zwykle bywa – z łatwością roznosi ich na strzępy.

Pan Woziński jest człowiekiem tak oderwanym od rzeczywistości, że próba wytłumaczenia mu czegokolwiek nie ma najmniejszego sensu – on po prostu niczego, poza libertariańską utopią NIE CHCE i NIE POTRAFI zrozumieć. Ale Państwa może moja wykładnia zabawi?

Zacznijmy od tego, że wyjątkowo zgadzam się z koleżanką, blogerką Kirą, iż filozofia czasami może szkodzić. To jest właśnie taki przypadek, gdzie filozofia ewidentnie zaszkodziła. Oczywiście – filozofia szkodzi temu, kto jej nie potrafi używać – podobnie jak zaszkodzić może kuchenny nóż, czy niewinne, skądinąd, tabletki na sen.

Pan Woziński zakłada, że człowiek jest istotą racjonalną – co samo w sobie dowodzi już niejakiej ślepoty, wszak dowody nie-rozumności człowieka aż biją po oczach. Dalej idąc – zakłada też, że człowiek jest istotą moralną i to w bardzo konkretny sposób, tj. taki, jak to sobie Rothbard, patriarcha libertarianizmu wykoncypował – podstawą bowiem tej moralności jest własność, zaczynając od „samoposiadania“.

Przyjąwszy takie założenia, łatwo może pan Woziński dojść do wniosku, że wszyscy jego ideowi przeciwnicy muszą z konieczności być chorzy psychicznie – no bo kto inny, jak nie wariat, sprzeciwiałby się libertarianizmowi skoro, wedle przyjętej definicji człowieka i ludzkiej moralności – jest to jedyny słuszny sposób postrzegania świata?

Od czasów Platona i Arystotelesa, a nawet od czasów Rothbarda – trochę się jednak na świecie zmieniło. Od lat próbuję Państwu pokazać na różne sposoby, że już nie musimy ZAKŁADAĆ czegoś o naturze ludzkiej – ponieważ nauki biologiczne wciąż dostarczają nam coraz to więcej WIEDZY o tym, jeszcze do niedawna, całkowicie mitycznym zagadnieniu.

Nie zgadzam się ani z tym, że państwo to „zorganizowana grupa przestępcza założona w celu gwałcenia prawa własności“, ani z tym, że jest to „wspólnota celów“, ani nawet z tym, że jest to „prawo“ działające na określonym terytorium.

Państwo, jak to już kiedyś pisałem – to uboczny skutek czysto biologicznego faktu przejawiania przez człowieka zachowań stadnych (niczym, ale to kompletnie niczym nie różniących się, co do swojej istoty, od takich samych, stadnych zachowań surykatek, koni, małp…), a w szczególności – ambicji i żądzy władzy.

Różnice pomiędzy państwem, w szczególności zaś – „państwem nowoczesnym“, a nawet „demokracją liberalną“ – a wcześniejszymi/innymi sposobami ekspresji tych samych zachowań – państewkami plemiennymi, kacykostwami, hordami – są drugorzędne. Tyczą się jedynie pewnych detali, czysto formalnych, mało ważnych szczegółów.

Ambicja i żądza władzy to bardzo ważne cechy człowieka! Bez nich nie doszłoby w ogóle do wykształcenia się języka i kultury w takiej formie, jaką znamy. Nie tyle bowiem „praca stworzyła człowieka“ (choć, bez wątpienia, używanie narzędzi i przekazywanie doświadczeń, to były ważne elementy motywujące do „pracy umysłowej“) – co „polityka stworzyła człowieka“. Nasi najbliżsi kuzyni, szympansy, o wiele więcej pomysłowości wykazują w walce o władzę nad stadem – niż w zdobywaniu pożywienia. Nie ma powodu sądzić, że nasi bezpośredni przodkowie zachowywali się inaczej.

Nigdy nie było takiego „rajskiego stanu“, w którym ludzie żyli bez władzy. Tak samo zresztą – jak nigdy nie było takiego „rajskiego stanu“, w którym żyli bez własności. Zarówno władza, jak i własność – poprzedza powstanie człowieka, bo to są „instytucje“, którymi posługuje się bardzo wiele zwierząt.

Jak chodzi o „władzę“, to świat zwierzęcy przedstawia sobą pewne kontinuum. Zaczynając od ławicy śledzi, w której żaden konkretny śledz nie jest wyróżniony i żaden nie jest ważniejszy od innych – a zachowaniem wszystkich kieruje bez reszty instynkt, nie pozostawiając miejsca na żadną innowację czy swobodę wyboru – a kończąc właśnie na człowieku, który struktury i prawa swojego „stada“ może kształtować ze swobodą nie znaną żadnemu innemu gatunkowi. O ile nam jednak wiadomo – nawet człowiek nie potrafi przetrwać bez „stada“ – a „stado“ ludzkie – nie istnieje bez JAKIEJŚ władzy.

Jak chodzi o „własność“, to jest ona naturalnym zachowaniem wszystkich zwierząt terytorialnych – wszystkie zwierzęta terytorialne bronią swojego terytorium przed osobnikami tego samego gatunku, staczając walki i ginąc nawet – w obronie swojej „własności“.

Człowiek jest zwierzęciem jednocześnie stadnym i terytorialnym. Jak surykatki, konie i większość małp. Bywają zwierzęta silnie terytorialne, ale żyjące samotnie – jak np. niedźwiedzie. Jakoś nie przychodzi mi do głowy żadne zwierzę stadne, które by nie było zarazem przynajmniej w pewnym stopniu terytorialne – zwierząt migrujących nie wyłączając, bo przecież – zwykle migrują po stałych trasach. Ale nie upieram się, jak ktoś z Państwa zna przykład – to bardzo proszę go podać.


Tak więc człowiek walczył zarówno o władzę, jak i o terytorium – na długo przed tym, nim stał się „człowiekiem“ (cokolwiek by przez ten fakt rozumieć…). Walka ta ukształtowała nasz język i naszą kulturę. I trwa do dziś. Próżną utopią jest mniemać, że może się kiedykolwiek zakończyć – jeśli mielibyśmy zrezygnować z naszej „stadności“ lub z naszej „terytorialności“ – to tym samym: rezygnowalibyśmy też z naszego człowieczeństwa. Być może – w stanie liberatariańskiej anarchii żyć będą te komputery, które nas zastąpią w przyszłości – ale z pewnością: nie my!

Nie tylko nie jesteśmy w żaden sposób „lepsi“ od innych zwierząt stadnych, walczących o władzę – ale też, nie jesteśmy w żadnym razie „gorsi“. Jeśli komuś wydaje się, że „świat zwierzęcy“, w przeciwieństwie do „świata ludzkiego“, to obszar moralnej niewinności, gdzie nie ma występku i zbrodni – myli się głęboko.

Zwłaszcza właśnie walcząc o władzę – zwierzęta powszechnie uciekają się do podstępu, zdrady, pochlebstwa, przekupstwa, przejawiają kumoterstwo i skłonność do faworyzowania własnego potomstwa kosztem innych.

Klacz alfa jawnie faworyzuje własne córki – a gdy się zestarzeje, próbuje jednej z nich przekazać władzę nad stadem koni. Inne klacze potrafią latami zawiązywać koalicje, cierpliwie czekać aż dotychczasowa przywódczyni opadnie z sił – i uderzyć w momencie, gdy żadna z jej córek nie będzie w stanie przejąć schedy po matce, najczęściej wybierając moment, gdy alfa jest chora, osłabiona po porodzie, lub w inny sposób – nie w pełni sprawna. Zero „rycerskości“, zero „fair play“!

Wilczyca, która pragnie wyrwać władzę nad watahą (w tym przypadku – wraz z życiem dotychczasowej wadery…), przekupuje swoje siostry i braci kąskami mięsa z upolowanego łupu, zdobywa ich sympatię w zabawie i podczas polowania.

Jeszcze bardziej skomplikowane intrygi snują w walce o władzę naczelne.

Ktoś mógłby powiedzieć, że antropomorfizuję. Co z tego, że zwierzęta zachowują się tak nieładnie? Przecież – nie czują z tego powodu winy, nie wiedzą, że robią „źle“!

Owszem – nie są w stanie nam tego powiedzieć. Jednak – szympans przyłapany na kradzieży, lub na „zakazanych“ stosunkach z samicą – wykazuje wszelkie objawy zmieszania: ucieka (niewątpliwie – z obawy przed karą), próbuje demonstracyjną uległością uśmierzyć gniew szefa, przekupić go smakołykami lub iskaniem futra.

Zresztą – gdybyśmy mieli „moralnie“ oceniać tylko takie czyny, których sprawca się wstydzi – daleko byśmy nie zaszli: a to mało wśród ludzi przestępców, którzy żadnej zgoła skruchy nie wykazują?

Ktoś inny, mógłby powiedzieć, że popełniam „błąd naturalistyczny“ – bo „człowiek“ to istota „jakościowo różna“ od „zwierząt“ – i nawet, jeśli powierzchowna – zdaniem takiego krytyka – obserwacja behawioru dostarcza tu jakichś analogii – to nie jest to w żadnym razie miarodajne, wszak zwierzęta nie mają „duszy“. No cóż: kwestia istnienia lub nieistnienia duszy to sprawa wiary, a nie wiedzy – albowiem, jak choćby po podanych wyżej przykładach widać – żadnych empirycznie sprawdzalnych skutków, dusza w świecie fizycznym nie objawia…

W Herculesie się pali, koćkodan śpi i chrapie ululany, Lepsza Połowa już wstała – a mi się zaczyna kręcić w głowie. Znakiem tego, trzeba co prędzej brać się za sprzątanie pod wiatą, bo zaraz mnie zetnie z nóg.

2 komentarze:

  1. Władza i własność dotyczy tych rzeczy, których jest ograniczona ilość w stosunku do chętnych - w wielu miejscach np. woda nie jest przedmiotem regulacji, do czasu aż gęstość zaludnienia nie wzrośnie do tego stopnia, że zaczyna jej brakować. Tak samo zwierzęta walczą o to by mieć dostęp do rzeczy, których ilość sprawia, że nie każdy może je dostać, patrz łona samic i terytorium (które można utożsamiać z pożywieniem).

    Przychodzi mi do głowy (teoretyzuję teraz), że sytuacja w której zwierząt stadne nie walczą o terytorium, to moment w którym dany gatunek kolonizuje nowy, wcześniej niedostępny dla siebie obszar. Znalezienie nowego rewiru jest tak łatwe, że walczyć o terytorium się po prostu nie opłaca, bo jest go wokół mnóstwo. Do głowy przychodzą mi np. lisy czy króliki zawleczone do Australii.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zwierzęta stadne nieterytorialne to na przykład jerzyki. Te ptaki potrafią nie lądować na ziemi nawet przez wiele miesięcy. Właściwie to lądują tylko po to, by złożyć jajka. Latają po całym świecie i wpierdzielają owady, w dupkach mając terytorializmy wszelakie.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...