niedziela, 17 lutego 2013

Jak zyskać lub stracić przyjaciół, szacunek i pieniądze – czyli: szaleństwa demokracji.

Zainspirował mnie najnowszy esej prof. Boboli – ten, w którym tak wymownie świadczy o krótkowzrocznej pazerności współczesnego tzw. „kapitalizmu“. Jest oczywiście pewnego rodzaju truizmem stwierdzenie, że cecha ta wynika z oderwania własności od zarządu, czyli rozproszenia akcjonariatu. Wynika – ale jak?

W takim razie – wyobraźcie sobie Państwo siebie w roli młodego, zdolnego, wykształconego człowieka z silnym kręgosłupem moralnym, skrupulatnie przestrzegającego zasad – który właśnie podejmuje pracę w wielkiej korporacji. Kwestia, czy jest to wielka korporacja państwowa, czy prywatna – wydaje się być tu drugorzędną.

Jako człowiek zdolny, więc pewnie też i ambitny – chcemy oczywiście mieć jakiś wpływ na podejmowanie decyzji, w przygotowaniu których uczestniczymy. Zaś jako człowiek z silnym kręgosłupem moralnym – chcemy, aby były to decyzje uczciwe.

No i zaraz na samym początku – cały ten, tak prosty z pozoru plan – wali się nam z hukiem.

Ilekroć bowiem mamy do czynienia z tzw. „klientem zewnętrznym“ (a bardzo często – w dużych strukturach organizacyjnych – także odnośnie relacji z „klientami wewnętrznymi“…), każda niemal decyzja którą należy podjąć, implikuje jakiś podział korzyści pomiędzy „naszą“ organizację – a organizację owego klienta.

Dlaczego tak? Ano dlatego, że mówimy przecież o działalności gospodarczej. Celem działalności gospodarczej jest tworzenie wartości i generowanie zysku. Owa nowo wytworzona wartość może zostać podzielony w różnych proporcjach – i w zależności od tego, kto w jej wytworzenie włoży więcej zasobów (a więc – poniesie większy koszt), a kto – zatrzyma więcej korzyści (a więc – zagarnie uzyskaną wartość), ten ma większe szanse uzyskać nadwyżkę korzyści nad kosztami, czyli zysk.

Jeśli kupujemy od jakiegoś dostawcy towar lub usługę, lub sami sprzedajmy komuś towar lub usługę – to ów towar lub usługa może zostać wyceniona taniej lub drożej, może jej towarzyszyć bogatszy lub uboższy pakiet gwarancji i zabezpieczeń – niewielkie przesunięcia w tym zakresie decydują o tym, kto odchodzi od stołu z zyskiem, a kto – naraża się na straty.

Może się też zdarzyć, że wchodzimy w relację typu kooperacyjnego – np.: udostępniamy fragment należącej do „naszej“ organizacji infrastruktury w zamian za co, nasz kooperant płaci nam czynsz, ale także – współtworzy wizerunek „naszej“ organizacji, zapewnia „nam“ bezpieczeństwo nie tylko finansowe (ładnie byśmy wyglądali, gdyby tak najemców co miesiąc zmieniać…), itp.

Jako człowiek uczciwy, z silnym kręgosłupem moralnym, w pierwszym odruchu dążymy do tego, aby podział korzyści z takiego „wspólnego“ przedsięwzięcia był sprawiedliwy – tj., aby podział nowo wytworzonej wartości był z grubsza zgodny z podziałem nakładów poniesionych na jej wytworzenie.

W momencie, gdy coś takiego zaproponujemy – nasza kariera korporacyjna dobiega przedwczesnego końca. A przynajmniej – ulega chwilowemu zahamowaniu. Dopóki się nie przewartościujemy.

W korporacji właściwie WSZYSCY – Najwyższego Zarządu nie wyłączając – są tylko najemnikami strzegącymi cudzej własności. Całkiem słusznie zatem – obowiązuje ich znana powszechnie przypowieść o talentach (chcę żąć tam, gdzie nie posiałem, i zbierać tam, gdziem nie rozsypał): nie ma takiego zysku, który mógłby zostać uznany za „nadmierny“, „niesprawiedliwy“, „przesadny“ – albowiem nieobecny, domyślny właściciel tego przedsięwzięcia – nigdy nie będzie wystarczająco syty i wystarczająco usatysfakcjonowany. Choćby dlatego, że będąc miliongłowym tłumem – żadną miarą nie jest w stanie takiego oświadczenia woli złożyć.[1]

Najlepiej byłoby zatem gdybyśmy, wzorem sir Francisa Drake’a (który większość swoich przedsięwzięć w ramach całkiem podobnego „partnerstwa publiczno – prywatnego“ z królową Elżbietą zrealizował…) naszego kontrahenta złupili do gołej skóry, a potem zamordowali wraz z całą rodziną. Pozostawiony przy życiu – może się jeszcze próbować skarżyć do sądu, a to dla „naszej“ korporacji – koszt i ryzyko straty!

Sir Francis Drake - prawdziwy "wzorzec osobowy" dla korporacyjnych kadr...

Podejrzewam, że tym z Państwa, którzy nigdy w takiej strukturze nie pracowali, trudno w ogóle pojąć, o czym ja tu piszę. Kto otarł się chociaż o wielką korporację, ten chyba rozumie mnie bez słów?

KAŻDA propozycja ustępstwa – automatycznie oznacza oskarżenie, że jesteśmy z tym właśnie kontrahentem „w zmowie“. Dla bezpieczeństwa zatem, nie tylko nikt takich propozycji nie składa, ale wręcz przeciwnie – każdy stara się „dołożyć“ od siebie, ile tylko się da.[2]

Oczywiście – to się udaje głównie wtedy, gdy siły są nierówne, a więc wówczas, gdy wielka korporacja (np. wielki dyskont spożywczy, wielki bank, wielka firma handlowa, czy np.: właściciel centrum handlowego…) styka się z „klientami“ drobniejszego płazu, którzy nie mogą sobie pozwolić na choćby w przybliżeniu symetryczną odpowiedź na wywierany na nich nacisk.

Kanonicznym przykładem takiej sytuacji, jest przetarg, realizowany zgodnie z zasadami ustawy o zamówieniach publicznych. Do czego taki przetarg prowadzi – od prawie dwóch lat widać niemal na każdym kroku: autostrada, pas startowy w Modlinie – mógłbym wymienić jeszcze bardzo wiele takich sytuacji.

Dla wyrobienia poglądu starczy jednak przykład na o wiele mniejszą skalę. Będzie już prawie 10 lat temu, jak mieszkaliśmy w wynajętej kawalerce przy ul. Bagno w Warszawie. Wspólnota mieszkańców uchwaliła sobie wymianę pionów wodnych. I wybrała – w uczciwym przetargu – firmę do realizacji tego zadania.

Skąd wiem że przetarg był uczciwy? Stąd, że operator młota pneumatycznego, który pewnego ranka zgłosił się do nas z zamiarem rozkucia naszego starego pionu był… zezowaty![3]

Zatrudnilibyście zezowatego do obsługi młota pneumatycznego? Nie? No to już wiecie, jak niska musiała być cena, dzięki której ta właśnie firma wygrała przetarg organizowany przez wspólnotę! Firmy startujące do przetargów na budowy autostrad czy pasów startowych, robią to samo – licząc na to, że swój, z góry zakładany deficyt zdołają przerzucić na podwykonawców (którym, wzorem sir Francisa Drake’a – po prostu nie zapłacą…), albo wyrównać dzięki użyciu gorszych materiałów i technologii.

Podobno w wyżej od nas pod względem moralnym rozwiniętych krajach tego problemu nie ma – ale, pozwolicie Państwo, że pozostanę wobec takich doniesień sceptyczny.

Najbardziej niszczące dla kultury i społeczeństwa są zresztą nawet nie tyle owe grabieże i morderstwa – co zgubny wpływ jaki na resztę współobywateli muszą wywoływać hordy korporacyjnych menadżerów nauczonych zawsze i wszędzie kierować się doktryną „spalonej ziemi“ i nigdy nie oddawać ani guzika. Zaprawdę: Hunowie „Ojczulka“ Attyli, zastępy Mongołów i ordy tatarskie – to są szacowne grona przykładnych ojców i synów, w porównaniu z tym towarzystwem!

Na tym się jednak problem nie kończy. Jako ów młody, wykształcony, zdolny człowiek o silnym kręgosłupie moralnym – zostaliśmy na samym początku naszej korporacyjnej kariery albo wylani na zbity pysk – albo: zdemoralizowani panującą w otoczeniu atmosferą. Tertium non datur.

Raz wsiąknąwszy w korporacyjne środowisko, mamy teraz przed sobą kluczowy wybór. Możemy albo zyskać, albo stracić – przyjaciół, szacunek i pieniądze.

Jaki to jest wybór? No cóż: albo pozostaniemy (mniej – więcej) uczciwi – albo damy się skorumpować.

Pierwszy z tych wyborów oznacza, że czeka nas szaleństwo lub śmierć. Szaleństwo, jeśli – wciąż trzymając się szczątków swojego ongiś mocnego kręgosłupa moralnego – jednak spróbujemy mimo to coś w korporacji zdziałać.

Śmierć – gdy odpuścimy sobie wszelkie działanie i popadniemy w letarg graniczący z apatią (ewentualnie – skupiając się na zawieraniu znajomości w palarni lub na tenisowym korcie…).

Dlaczego uczciwe działanie musi prowadzić do szaleństwa? Dlatego, że kierując się niezachwianie doktryną „spalonej ziemi“ i w każdym „kliencie“ widząc śmiertelnego wroga, który zaraża jakąś tajemniczą dżumą po prostu przez dotyk – nie można nie popaść w paranoję, wszędzie widząc spiski, zmowy, sitwy i nielojalność. Ktoś, kto takiego wyboru dokona – będzie zamęczał siebie i innych po tysiąc razy kontrolując każdy, najdrobniejszy nawet papierek, byle tylko „nie dać się wsadzić na konia“ i przypadkiem nie podpisać czegoś, co potem nie okaże się kryształowo czyste. Nie znam terapii, która by mogła coś tu pomóc – w zasadzie, jedynym wyjściem jest eutanazja…

Uczciwi i aktywni pracownicy korporacji należą do najbardziej szkodliwych – odpowiadają za decyzyjny bezwład. To właśnie dzięki nimi biurokracja państwowa oraz wielkie korporacje są tak nieruchawe, niemrawe, powolne, no i przede wszystkim – organicznie niezdolne do rozpoznania skutków własnego działania nawet, gdy skutki te widzi jak na dłoni średnio rozgarnięty pięciolatek. No, ale skoro „uczciwi i aktywni“ nic tylko sprawdzają po tysiąc razy każdy papierek? Skoro każdy klient to wróg? Jak może być inaczej..?

Uczciwi i aktywni w każdym razie – z całą pewnością ani przyjaciół, ani szacunku, ani pieniędzy – w tym świecie nie zdobędą…

Letarg nie jest złym rozwiązaniem – i wcale nie przeszkadza w błyskotliwej karierze, o ile tylko wszystkie siły, które normalnie pochłaniałaby jakaś praca, poświęcić na intrygi i zabiegi o awans. Jest to rozwiązanie umiarkowanie uczciwe – bo wprawdzie taki osobnik realnie rzecz biorąc zbija bąki i pasożytuje na cudzej pracy – ale przynajmniej: osobiście grabi i morduje tylko od czasu do czasu.

Pracownicy (mniej – więcej) uczciwi i bierni odpowiadają za niezdolność biurokracji państwowej i wielkich korporacji do zmian. Owszem – co sprytniejsi spośród nich, wykorzystując cudze pomysły i cudze zaangażowanie, czasem mogą nawet przypadkiem zdziałać coś dobrego. Nie spodziewajcie się jednak po nich jakiejś wizji całości, jakiegoś intuicyjnego choćby wyobrażenia o problemach, przed którymi stoją – nie mają na to woli i/lub czasu.

Uczciwi i bierni, o ile są sprytni, mogą dojść posiadania przyjaciół, pewnego szacunku i jakichś pieniędzy. Nie będzie to jednak wielkie grono przyjaciół, szczery szacunek, ani prawdziwe pieniądze.

Przyjaciół, szacunek i pieniądze zdobywa się – dając się skorumpować.

Znika wówczas problem podstawowy: jak podjąć decyzję? Kryterium staje się proste i uniwersalne: jest nim własna korzyść. Decyzje można podejmować szybko i bez zbędnej papierologii. Oczywiście – wszystko ma swoją cenę. Albowiem, z biegiem czasu, pracownicy skorumpowani, skądinąd tak pożyteczni (bo tylko dzięki nim sprawy jakoś się toczą do przodu), w miarę jak rośnie ich apetyt – państwo lub korporację: rozkradają



[1] W przeciwieństwie do owego ewangelicznego właściciela winnicy, który mógł rzec: Czy nie mogę uczynić ze swoją własnością tego, co chcę?
[2] Oczywiście bardzo wiele wielkich firm publicznie deklaruje „społeczną odpowiedzialność“, czasem nawet nie tylko za „pracowników i partnerów“, ale nawet za „sąsiadów“, no i oczywiście – za „środowisko naturalne“. Naprawdę chciałbym wierzyć, że tylko w Polsce są to próżne deklaracje, na które już nawet pijarowcy specjalnie nie zwracają uwagi – obawiam sią jednak, że w praktyce może to działać tylko wtedy i tylko o ile – firma jest do przestrzegania takich deklaracji zmuszona warunkami zewnętrznymi…
[3] Wziąłem gościa za kołnierz i wystawiłem za drzwi. Po dłuższych korowodach kierownik przydzielił mu „celowniczego“, który młot na właściwe miejsca nakierowywał. Na tym się jednak przygody nie skończyły: ekran „karton – gips“, który po wymianie pionu miał zastąpić socjalistyczne jeszcze cegły – za pierwszym razem okazał się dziełem sztuki abstrakcyjnej, bo nie miał dwóch takich samych kątów…

10 komentarzy:

  1. Rozumiem doskonale i bez słów, dlatego mój czas pracy w korporacji to 4 miesiące na 20 lat całkowitej pracy. Tam człowiek "dobry" nie ma czego szukać, bo znaleźć się nie da. To był dla mnie krótki i bardzo intensywny pokaz tego w jakim miejscu _nie chce_ pracować. Pożegnaliśmy się bez żalu. :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak miło (jeszcze) być sobie tylko "gumofilcem" hodującym małe, śmieszne koniki.

    OdpowiedzUsuń
  3. Choć pracuję na najniższym szczeblu w małej korporacji, ale potwierdzam Twe słowa. Każdy (w tym i ja) dba o swój interes. Dobro klientów jest również ważne, pod warunkiem, że można je zrealizować za darmo i nie kłóci się z interesem firmy czy poszczególnych pracowników.

    OdpowiedzUsuń
  4. Cenię sobie wielce bycie "gumofilcem" hodującym jeszcze mniejsze i niewiele warte przeżuwacze. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Wypada się tylko modlić o jak najszybszy upadek korporacji bo one same się nie poddadzą.

    Świat bez korporacji byłby piękniejszy i bardziej sprawiedliwy.

    OdpowiedzUsuń
  6. Koniec świata:

    http://korwin-mikke.pl/artykuly/zobacz/patent_na_ludzki_gen/72659

    OdpowiedzUsuń
  7. Korporacyjne zasady przypominają bardzo te, które istnieją w świetnie zorganizowanych grupach przestępczych(czytaj: mafii). Bo czyż menedżerowie nie przypominają swymi postawami bossów średniego gangsterskiego szczebla, którzy bardzo by chcieli, ale niewiele mogą bo jakaś niewidzialna "góra" nie pozwala? Bo czyż nie przy wódzie załatwia się sobie lub kolesiom miejsce pracy czy awans? Bo czyż nie przez wyrko szefa niejedna panna zrobiła w firmie nader szybką i zaskakującą karierę? Bo czy wyjazdy integracyjne nie odkrywają lwiego charakteru i "ukrytych talentów" spokojnych dotąd "misiów"? Bo czy nagle po zmianie na górze nie zmienia się lawinowo większości lukratywnych posad w firmie, bo nowy woli współpracę z dawnymi kolesiami(wtykami co to nie muszą umieć byle byli spolegliwi i służalczo poddani), z którymi już wcześniej gdzie indziej "kręcił na boku mega lody"?

    Bo……….? Z resztą zadajcie sobie państwo sami resztę pytań lub sięgnijcie pamięcią do własnych przeżyć, wspomnień i spostrzeżeń, bo ja już nie chciałbym od poniedziałku psuć sobie nastroju.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  8. Jeden z najlepszych tekstów jakie ostatnio czytałam, prawdziwy do bólu, nie analizowałam tak dokładnie mojego wylania na zbity pysk, po prostu mając wybór donoszenia na kolegów z pracy powiedziałam prezesowi co o tym myślę prosto w oczy. Prawda niestety w moim odczuciu jest taka, że te korporacje rządzą światem w tej chwili, bo jako skupisko najbardziej zdegenerowanych i żądnych zysków osobników przy władzy mają siłę przebicia nie do pokonania.. Z drugiej strony - patrząc na rys historyczny- niewiele się jako ludzkość pod tym względem zmieniliśmy, nawet wcale, jedynie metody inne...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skoro tak się podoba tekst - to proszę go rozpropagować. Może w "świecie korporacji"? Może ktoś by się "z pierwszej ręki" wypowiedział..?

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...