piątek, 4 stycznia 2013

Subtelna równowaga

Optymistów zwykłem traktować podejrzliwie, a gdy tylko jest po temu okazja – pięścią. Nie dlatego nawet, że skutki ich naiwnego pędu do działania są z zasady przeciwne do deklarowanych celów. Przede wszystkim dlatego, że optymizm antropologiczny wynika z – założonego otwarcie, lub dorozumianego – optymizmu poznawczego.

A dla takiej postawy – trudno zaiste o zrozumienie! Nie rozumiem też, konsekwentnie, jak można nie rozumieć moich względem tej oczywistej naiwności zastrzeżeń? O czym może kiedy indziej…

Tak naprawdę mało wiemy o świecie. Ba! Najmniej to już w ogóle – wiemy o nas samych. Jakoś tak jednak dziwnie się dzieje, że ten niezaprzeczalny fakt, zamiast powstrzymywać od nieodpowiedzialnych eksperymentów – zdaje się wręcz do nich co gorętsze głowy zachęcać. W ten sposób, owszem – dowiadujemy się nowych rzeczy. Metodą prób i błędów.

Jednym z takich eksperymentów, który raczej niechcący i przypadkowo, może nam coś powiedzieć o naturze ludzkiej, są przemiany obyczajowe związane z szeroko rozumianym „wyzwoleniem kobiet“. Ponieważ wiem, że Państwo lubicie ten temat, a też i daje on, siłą rzeczy, okazję do zamieszczania tak przez Was ulubionych ilustracji (wczoraj odebrałem z naprawy stacjonarny końputer i nawet działa – więc będą też i zdjęcia z Boskiej Woli, tyle że – pogoda akurat niewymownie paskudna i światła do robienia zdjęć nie ma, za to błoto po uszy: póki też konie nie zjedzą zapasów siana zgromadzonych pod wiatą, nikt tu nie ma motywacji żeby choć kawałek nosa na zewnątrz wystawiać…) – chętnie się wstępnej eksploracji zagadnienia podejmę.

Kultur rozmaicie rozstrzygających detale stosunków męsko – damskich powstało w dziejach świata ochnaście tysięcy, jak nie lepiej. Różnie też bywało – choć, wśród tych, które okazały się na tyle trwałe, że mieliśmy okazję je zbadać – podobieństw jest, mimo wszystko, więcej niż różnic. W szczególności – nie znamy, jak do tej pory, żadnej takiej kultury, która by nie ograniczała jakoś ludzkiej „swobody ekspresji“ w zakresie seksu (z czego zresztą wynikła opinia monsieur Rousseau i jego ideowych bękartów o kulturze, w której widzą „system represji“ w ogólności…). Jeśli nawet występowały gdzieś orgie metodą „każdy z każdym“ – to od wielkiego święta i po uprzednim, starannym upojeniu się jakimś „świętym płynem“, lub upaleniu „świętym zielem“ (barbarzyńcy zamieszkujący większość Europy, używali zresztą głównie do tego celu sporyszu, który zjadali w kaszy…). Na co dzień zaś, niemal z reguły – obowiązywała przaśna codzienność: i jak dziewczę zostało przez ojca oddane mężowi, tak prędzej straciło wszystkie zęby, niż zdołało wymienić swego pana i władcę na lepszy model (chyba, że się panu i władcy przytrafiło nieszczęście i legł z ręki silniejszego…).



Sprzyjało temu kilka czynników, spośród których najważniejsze wydają się dwa. Po pierwsze – dziewczęta wydawano za mąż najwcześniej, jak to tylko było możliwe (bardzo często zaręczano zresztą dzieci niemal w kołysce – a tylko konsumpcja małżeństwa odkładana była do sposobniejsze pory) – dzięki czemu młoda małżonka nie zdążyła wyrobić sobie skali porównawczej i komukolwiek by się nie dostała – miała szansę być zadowoloną, skoro nie wiedziała, że mogą być lepsi.



Po drugie – przez większość dziejów większej części ludzkości, władza publiczna zatrzymywała się na progu domostwa lub wręcz (jak u Germanów), na płocie otaczającym podwórze. Wewnątrz tego ogrodzenia niepodzielną i absolutną władzę sprawował pan domu we własnej, starym potem cuchnącej osobie i nikomu nic było do tego, jak on to robi nawet, jeśli raczył zaszlachtować własną małżonkę rzeźnickim nożem. Nazywało się to „rozwód po karolińsku“ i było ubocznym skutkiem forsowania przez Karola Wielkiego i jego bezpośrednich następców nauki Kościoła o nierozerwalności małżeństwa. Frankijscy baronowie, nie mogąc inaczej pozbyć się małżonek, które już im się znudziły, lub przestały być politycznie korzystne – w taki właśnie sposób, przez poderżnięcie gardła, zwykli ten problem rozwiązywać... Póki, rosnąca rola tegoż samego Kościoła i „opinii publicznej“, którą kreował, nie sprawiła kilkaset lat później, że musieli tej praktyki zaprzestać: zamiast tego, popularne stało się „unieważnienie małżeństwa“ na skutek „odkrycia“ zbyt bliskiego pokrewieństwa.

Kościół forsował bowiem zakaz małżeństw między krewnymi aż do siódmego stopnia kanonicznego – tj. posiadających jakiegokolwiek wspólnego przodka (niezależnie od jego płci) do siedmiu pokoleń wcześniej. Wymóg ten, przy niewielkiej w sumie liczebności arystokracji sprawił, że znalezienie kandydatki na małżonkę stało się prawie niemożliwe – i trzeba było się zeń w końcu wycofać, ograniczając tę restrykcję tylko do czterech pokoleń. A i tak, kurie biskupie zalane były albo petycjami o dyspensę – albo pozwami o unieważnienie małżeństwa zawartego wbrew tej regule.

Owszem: był to system całkowicie ignorujący takie drobiazgi jak wola kobiet, niewolników, czy innych poddanych – i był to system, w którym nikt się nawet nie pytał o to, czy ktokolwiek jest szczęśliwy czy nie jest. Pomysł zaś, żeby „prawo dążenia do szczęścia“ wpisać do konstytucji – byłby w tej brutalnej epoce uznany za wariactwo. To po prostu nie była kategoria, która kogokolwiek obchodziła.

Czy to oznacza, że wszystkie stadła małżeńskie oparte były na gwałcie, a wszystkie małżonki chodziły z powybijanymi zębami, nim skończyły z podrżniętym gardłem..? Pewnie że nie! Problem polega na tym, że z tak dawnych czasów, przetrwała do nas głównie ówczesna „kronika kryminalna“ – boż co innego mieli zapisywać kronikarze, niż zdarzenia sensacyjne, a brutalne? Mimo to, mamy też w piśmiennictwie sporo pod adresem naszych barbarzyńskich przodków laurek – od Tacyta począwszy, który gościnność, szczerość i czystość obyczajów Germanów wychwalał prawie tak samo, jak potem D’Alambert podobne cnoty u Indian (każdy widać zwykł u „dzikich“ to przede wszystkim cenić, czego mu samemu najbardziej brakowało…).

Ibrahima ibn Jakuba opinia o rozwiązłości poddanek Mieszka, których mężowie nie cenią dziewictwa i znalazłszy świeżo poślubioną pannę nietkniętą, odsyłają do ojca ze słowami „gdyby było w tobie coś dobrego, to by ktoś przyszedł i to wziął“ (czy jakoś tak…) – koresponduje dla odmiany z podobnymi banialukami Diderot o Tahitankach. Ot – fantazje wygłodniałego marynarza!

Najogólniej rzecz biorąc, prawo małżeńskie dawnej, barbarzyńskiej, a potem feudalnej Europy – aż do Kodeksu Napoleona w jego pierwotnej wersji włącznie – oparte było na jednej dyrektywie: zapewnić jak największą płodność. Stąd wczesne małżeństwa, stąd niczym nieograniczona władza mężczyzny nad kobietą, dziećmi i służbą domową. Stąd też wreszcie jeszcze jedna cecha dawnego ustroju – nie tak już łatwa do prześledzenia, bo na subtelności obyczajowej oparta, a nie zawsze na prawie.

To mianowicie, że zawarcie małżeństwa i posiadanie dzieci było warunkiem koniecznym dla jakiejkolwiek innej kariery świeckiej:  zawarcie małżeństwa było konieczne, aby opuścić dom ojca lub starszego brata (i dotyczyło to zarówno kobiet, jak i mężczyzn!) i zacząć żyć na własny rachunek, a kto był bezżenny zbyt długo, ściągał na siebie podejrzenie o fizyczną ułomność (która jest przecież ewidentną karą Bożą…), albo uleganie zdrożnym upodobaniom (czyli: prowokowanie kary Bożej na przyszłość…). Kto zaś potomstwa nie miał, nie tylko tracił szansę na przedłużenie rodu i zapewnienie sukcesji swojej posiadłości – ale przede wszystkim: tracił szacunek w oczach sobie równych. Brak potomstwa był bowiem przecież widomą oznaką kary Bożej – albo: ulegania zdrożnym nałogom, prowokującym karę Bożą na przyszłość…

Do dziś starych kawalerów się na wsi nie szanuje – a bezdzietni budzą litość. W świecie arabskim narodziny syna dają jego ojcu taki prestiż, że od tej pory tytułuje się „ben taki a taki“, czyli „ojciec takiego a takiego“. Dopiero od tej pory uważany jest za mężczyznę, równego innym dorosłym mężczyznom, może sprawować funkcje w swojej gminie, udzielać się w życiu publicznym.

Imperator August próbował dekretem taką samą regułę wprowadzić w społeczeństwie rzymskim, podówczas już dość swobodnie podchodzącym do kwestii reprodukcji i, mimo technicznego prymitywizmu, szeroko stosującym różne formy antykoncepcji. Nie do końca mu się to udało. Nie wiązałbym mimo to, triumfu płodnych Germanów nad ograniczającymi swoją płodność Rzymianami, TYLKO z tym faktem – ale był to jeden z czynników który, już po ekonomiczno – militarnym załamaniu się Zachodniego Imperium sprawił, że na raz zawłaszczonych przez barbarzyńców terenach – to ich królestwa dały początek nowym, językowo romańskim narodom Europy, zaś próby przywrócenia władzy imperialnej już się nie powiodły. M.in. dlatego, że ustanowienie władztwa Merowingów, wedle świadectw archeologicznych, doprowadziło do eksplozji demograficznej w ich królestwie – i, rewindykujące niektóre spośród zachodnich prowincji Bizancjum, nie miało nigdy dość sił, by chociaż postawić stopę na galijskim wybrzeżu…

Zaryzykowałbym natomiast tezę, że sam tylko popęd seksualny i samo biologiczne dążenie do prokreacji NIE JEST WYSTARCZAJĄCE do pomyślnej reprodukcji społeczeństwa. Skoro tak liczne ludy przez tak długi czas obwarowywały tak licznymi „pozaseksualnymi“ zachętami i karami coś, co przecież – z braku telewizji – winne były i tak robić same z siebie..?

Nie jest też prawdziwą teza, iż zachowania reprodukcyjne człowieka są podświadomie „ekonomiczne“ – że zwiększa on swoją płodność w nadziei na dostatnią starość na ten przykład. Praktyka tego nie potwierdza, w każdym razie – nie w odniesieniu do klas uprzywilejowanych, o których coś wiemy (strategie reprodukcyjnych zwykłych chłopów są dla nas niepoznawalne, bo źródła milczą na ten temat…). Czy kiedykolwiek jakiś bogacz umarł w nędzy dlatego, że nie miał potomstwa..?

Tu bym powiedział, że wręcz odwrotnie! Całkiem bowiem sporo bogaczy zmarło przedwczesną i gwałtowną śmiercią dlatego właśnie, że miało dziedzica – któremu czekanie na naturalną śmierć rodziciela nazbyt się już sprzykrzyło. Bezdzietny starzec zaś – mógł liczyć na troskliwą opiekę w każdej epoce: ma się rozumieć – dopóki nieroztropnie nie ujawnił treści swego testamentu…

Ostatnie stulecie to okres stopniowego rozmontowywania owego systemu „kija i marchewki“, który w przeszłości służył nakłanianiu ludzi do zwiększonej płodności, ignorując przy tym, gdzie tylko było to konieczne, ich osobiste upodobania i „dążenie do szczęścia“. Sprawa przy tym wcale nie ogranicza się ani do powstania systemów emerytalnych (które niewątpliwie działają antynatalistycznie – bo obciążają potencjalnych młodych rodziców kosztami utrzymania coraz to liczniejszych, niekoniecznie spokrewnionych z nimi emerytów, odbierając zarazem motywację do posiadania własnych dzieci – ową „ekonomiczną“ właśnie), ani do podważenia władzy ojca nad żoną i dziećmi. Przede wszystkim bowiem – zniknęły z naszego życia publicznego owe mechanizmy stygmatyzacji bezżennych i bezdzietnych, a dowartościowania – płodnych.

Władza publiczna, gdyby próbowała cokolwiek w tej materii zdziałać, naraża się na śmieszność. Żyjemy zresztą w epoce, kiedy wierzy się bez zastrzeżeń w ekonomię – i stąd takie pomysły jak ulgi podatkowe, żłobki czy inne ułatwienia czysto ekonomiczne.

Co jednak można uzyskać w efekcie zastosowania takich, czysto ekonomicznych środków „polityki pronatalistycznej“? Prawdopodobnie – wzrost płodności w szeregach marginesu społecznego, dla którego są to łatwe do uzyskania pieniądze „za nic“. Owszem – operując bardziej ulgami podatkowymi niż zasiłkami, oddziałuje się też i na „klasę średnią“.

Tym niemniej – nie wierzę, że może to być na dłuższą metę skuteczne! Nie wierzę też – i to jest, w tzw. „dyskursie prawicowym“, pewna nowość jak sądzę – że samo rozmontowanie istniejącego obecnie systemu emerytalnego (jakkolwiek trudne do wyobrażenia jest to zadanie), cokolwiek istotnego tu zmieni.

Po prostu: posiadanie licznej gromady dzieci jest warunkiem osobistego szczęścia dla niewielkiej części populacji. Większość woli lepszy telewizor. A skoro zgodziliśmy się, na przestrzeni ostatnich stu lat, że „instytucje społeczne“ mają raczej ułatwiać „dążenie do szczęścia“, niż maksymalizację płodności..?

Odgórnie niczego tu się zadekretować nie da. To wcale nie znaczy, że dzieje się coś złego – najwyraźniej bowiem, my wszyscy, którzy nie upatrujemy osobistego szczęścia w posiadaniu licznej gromadki dzieci (lub dzieci w ogóle) – powinniśmy po prostu spokojnie umrzeć, uwalniając populację od naszych felernych genów. Tak samo jak pomarli ongiś bezpotomnie wszyscy, którzy nie byli dostatecznie odporni na ospę, świnkę, szkarlatynę i inne banalne choroby dziecięce, które na nas – potomkach tych, którzy ocaleli – nie robią na ogół większego wrażenia. Epidemie tych chorób wyludniały świat wielokrotnie w przeszłości – czyż epidemia wygodnictwa (któremu sam ulegam – bo nawet nie umiem sobie wyobrazić, żebym miał mieć dziecko! 20 lat temu może, ale teraz..? Za stary już jestem na takie rzeczy…) różni się od nich czymkolwiek..?

Owszem – jest pewnym problemem fakt, iż ludzkość niejednakowo się owej „epidemii wygodnictwa“ poddaje. Nie wiadomo też – jeszcze – czy wszystkie ludzkie kultury są na erozję ich „składowych pro-natalistycznych“ tak samo podatne. Żeby się o tym przekonać potrzeba jeszcze zapewne około 100 lat, może ciut więcej, może ciut mniej – niby plenność spada i to dość dramatycznie, nawet w Iranie i w Indiach w miarę, jak coraz łatwiej są tam dostępne nowe, lepsze telewizory – ale to jednak wciąż za krótki czas obserwacji, żeby cokolwiek przewidywać. No i – co będzie, jak szlag trafi globalną ekonomię i szanse na nowy telewizor spadną nagle do zera..?

Europy to już nie uratuje – w tym sensie, że nie ma powrotu do ancient regime i nawet nagle zbiedniali, nie przestaną Europejczycy dążyć raczej do osobistej wygody i szczęścia, zamiast do posiadania jak największej liczby dzieci.

Przy „naturalnym“ przebiegu epidemii ta populacja, która pierwsza jej ulega, pierwsza też nabywa na nią odporność. Zdaje się, że coś takiego obserwujemy – skoro we Francji (której początek zapaści demograficznej datuje się na wojny rewolucyjne i napoleońskie, 200 lat temu) nawet wśród białych Francuzów wskaźnik urodzeń przekracza wskaźnik zgonów. To by znaczyło nie to wcale, że tamtejsza „polityka pronatalistyczna“ jest skuteczna – tylko to, że ci, którzy po prostu lubią mieć dzieci, są już – po wymarciu pozostałych – znaczną częścią populacji.

Jeśli mam rację, to w długofalowym interesie społeczeństw „bogatej Północy“ jest jak najszybsze wyrównanie światowego podziału bogactwa – poprzez wolny handel, industrializację „biednego Południa“, przeniesienie tam jak największej liczby miejsc pracy. W ten sposób, wciąż mnożący się jak króliki mieszkańcy Nigerii czy Etiopii, też ulegną zarażeniu „epidemią wygodnictwa“ i za 100 lat to Europejczycy (wśród których pozostaną przy życiu tylko potomkowie wielodzietnych, zatwardziałych reakcjonistów, kontynuujący, za sprawą genetycznego determinizmu, ten sam model reprodukcyjny, co da populacji europejskiej stosowny dynamizm) zaczną kolonizować wyludniającą się, zdeprawowaną bogactwem i rozleniwioną Afrykę i Azję.

Jeśli nie mam racji – to i tak bez znaczenia.

Swoją drogą: czyż nie jest to żywy dowód na zdziczenie i prymitywizację ludzkości w naszej skarlałej epoce..?

Co takiego bowiem właściwie się dzieje w wyniku m.in. emancypacji kobiet? Ano mechanizm ongiś kulturowy – zastępowany jest selekcją naturalną. Zachowaniem kulturalnym było wydać córkę za mąż, za upatrzonego przez ojca kandydata. Jeśli zaś córka parzy się dowolnie z tym, na kogo sama ma ochotę – to cóż w tym niby pozostaje z kultury..? Że przy tym nie używają wulgaryzmów i nie zawsze robią to na trawniku przed domem..? A jeśli i tego nie można się doprosić..? To już jest czysta natura i nic więcej! Czego jednak chcieć – skoro wśród ideowych bękartów monsieur Rousseau ideałem jest właśnie „powrót do natury“..?

Wracamy tedy do natury, adaptacje kulturowe zastępowane są przystosowaniami genetycznymi. Czy jesteśmy dzięki temu szczęśliwsi? Śmiem wątpić. Czytelniczki oczywiście się oburzą, są bowiem na ogół bardzo przywiązane do swojej osobistej wolności i swobody poglądów. Jest to zupełnie niesłuszne podejście: przecież, Drogie Panie, gdybyście od maleńkości były wychowywane w posłuszeństwie wobec ojca i przyszłego męża, to niewiele spośród Was czułoby jakąś stratę gdybyście, zamiast studiować i poznawać świat, trafiły w wieku lat, dajmy na to, trzynastu – wprost w szerokie, cuchnące starym potem, owłosione ramiona jakiegoś tęgiego wojownika. Skąd mogłybyście wiedzieć, że można żyć inaczej..? Były, owszem, takie jednostki, które się buntowały – te, zwykle, trafiały do klasztoru, gdzie przynajmniej o smród starego, męskiego potu było trudniej. Najbardziej zdeterminowanym – jak Anna Komnena, czy Heloiza – udawało się i studiować, czasem nawet – z dobrym skutkiem. W ramach jednak dostępnego tamtym ludziom układu odniesienia, nie był wcale ich los bardziej nieszczęśliwy, od losu przeciętnej, nam współczesnej „Bridget Jones“, daremnie goniącej za nierealnymi marzeniami…





Ludzie bowiem, są zwykle tak samo niezadowoleni ze swojego losu, niezależnie od tego, JAKI to los – a tylko konkretne powody tego niezadowolenia, zmieniają się w zależności od okoliczności i czasu.

Jest kwestią do dyskusji, na ile załamanie się tej części naszej kultury, która poprzednio odpowiadała za jej „pro-natalistyczne“ nastawienie, jest zjawiskiem przypadkowym i niekoniecznym (wynikłym z motywowanych ideologicznie działań ideowych bękartów monsieur Rousseau) – na ile zaś: przejawem jakiegoś jeszcze głębszego, jeszcze bardziej fundamentalnego mechanizmu adaptacyjnego, pozwalającego na zachowanie subtelnej równowagi między wielkością populacji, a ilością dostępnych dla niej zasobów..?

11 komentarzy:

  1. Zawsze mnie zadziwiają durnie, którzy myślą, że wystarczyłoby zlikwidować ZUS, a ludzie znowu zechcą mieć dzieci. Ot, mądrość cioci Kloci.

    Ale i Ty nie masz racji. To nie jest tak, że zwyciężą geny ludzi "lubiących dzieci". Musielibyśmy wrócić do stygmatyzacji bezdzietności, żeby każdy "chciał" się rozmnożyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przypadkiem nie jesteś w ciąży..?

      Bo to kolejny przejaw "kobiecej logiki" w ostatnim czasie! Toż piszę wyraźnie, że nie ma potrzeby, aby rozmnażał się "każdy". Zupełnie wystarczy, że rozmnożą się ci, którzy to po prostu lubią - których nieskoordynowane ruchy i piskliwe wrzaski dzieci, zamiast denerwować, jak normalnego człowieka, wprawiają wręcz w ekstazę.

      Owszem - żeby tacy ludzie, których jest w tej chwili pewnie parę procent w społeczeństwie, zaczęli mieć istotny wpływ na jego kształt demograficzny, potrzeba dużo czasu - a populacja "po drodze" ulegnie znacznej redukcji.

      W tym jednak, nie ma przecież nic nowego: w latach 1348 - 1350 populacja Europy Zachodniej spadła o połowę. I co? I pstro - płace wzrosły, a ceny nieruchomości spadły...

      Usuń
    2. " To nie jest tak, że zwyciężą geny ludzi "lubiących dzieci". Musielibyśmy wrócić do stygmatyzacji bezdzietności, żeby każdy "chciał" się rozmnożyć."

      To zalezy od tego czy "chec do rozmnazania sie" jest warunkowana genetycznie(jak sugeruje Pan Jacek i niemal kazdy kogo znam)czy tez kulturowo(co zdaje mi sie bardziej prawdopodobne patrzac na rozne wskazniki urodzen w roznych kulturach).Wiara w jakis mityczny gen "plodnosci" zdaje mi sie nieco dziwaczna-ze jakis wyksztalcony ewolucyjnie mechanizm istnieje to nawet dosc oczywiste ale obserwujac zmiany wskaznika urodzen chocby tylko w Europie na przestrzeni ostatniego stulecia latwo dojsc do wniosku iz jest on dosc slaby-kultura(i jej pro lub antynatalistyczne wzorce)gora.Z tego wniosek iz o przyszlosci chocby Europy w tej materii zdecyduje raczej kanon powszechnie wyznawanych wartosci(ideologia taka lub inna)niz cokolwiek innego.

      Piotr34

      Piotr34

      Usuń
    3. Panie Piotrze,

      Mój sąsiad i dobry przyjaciel ma czworo dzieci. A jest jeszcze młody, nie można zagwarantować, że to koniec. Ma też czworo rodzeństwa - i każdy z jego braci i sióstr, też ma już co najmniej trójkę, a starszy brat też czworo.

      Mieszkają ze swoją czwórką dzieci w jednoizbowej chatce i żyją z jednej pensji i gospodarstwa.

      Czym Pan chce to wytłumaczyć..? Oni to po prostu lubią...

      Owszem: do tej pory decydujący był czynnik kulturowy. Ale ten czynnik już nie działa. I nie ma żadnego sposobu, aby mógł działać ponownie - to se ne vrati..!

      W tej sytuacji, o czym przecież wyraźnie, jasnym i prostym językiem polskim napisałem - miejsce mechanizmu kulturowego zajmuje, bo zająć z konieczności musi - dobór naturalny.

      Czy oznacza to spadek zaludnienia Polski o połowę, czy o 93% - nie wiem: nie miałoby to zresztą poważniejszego znaczenia, gdybyśmy tylko mieli pewność, że dotknie wszystkich w rozsądnym okresie czasu (tj. właśnie w ciągu tych góra 100 lat...). Takiej pewności nie mamy - być może, istotnie, jakieś kultury okażą się odporne na demoralizację wynikającą z dobrobytu.

      Co jednak można zrobić..? Nic...

      Usuń
    4. Panie Jacku, rzecz w tym, że jeszcze nigdy w historii ludzie nie mieli takich możliwości oddzielania seksu od prokreacji. I jeśli w każdym pokoleniu będzie to tylko kilka procent "lubiących dzieci", to nie wróżę dobrze gospodarce. Nie, żeby mnie to martwiło.

      Usuń
    5. Co do "lubienia" dzieci, to częściowo masz racyją. Niemniej ludzie często JESZCZE je mają, bo - "wypada" je mieć. Właściwie to zauważyłam, że odkąd zaczęto wyć o kłopotach z niżem demograficznym, bezdzietni zaczęli być oskarżani o egoizm przez zupełnie obcych ludzi. Więc może ta stygmatyzacja jednak wróci. Wiele zależy od środowiska. W jednym panuje moda na bycie "społecznie użytecznym", inne promuje "hedonizm".

      Usuń
    6. Kira, aborcja czy dzieciobojstwo to jest swego rodzaju metoda na oddzielenie seksu od prokreacji. Takie rzeczy dzialy sie np. w Rzymie.

      Usuń
    7. Podobno - nie weryfikowałem, ale brzmi to prawdopodobnie - i tak najwięcej "niechcianych ciąż" jest tam, gdzie dostęp do antykoncepcji jest najłatwiejszy. Więc kwestia "rozdzielenia seksu od prokreacji" nie wydaje się aż tak istotna.

      Osobiście poważnie podejrzewam, że znaczna część z tych, którzy nie mają dzieci, lub mają ich kilka - po prostu: nie uprawia seksu. W typowym małżeństwie jest to bowiem zjawisko przemijające - w jakiś czas po ślubie ustaje. W sumie zresztą: cóż w tym złego..?

      A gospodarka? A co to jest "gospodarka"..? Mam zacytować początek "Caliguli" Camus..?

      Usuń
  2. Witam,

    Posiadanie dzieci dotychczas było stanem rzadkości zespolenia tego co wynikało z natury i kultury zakładając dystynkcje. Posiadanie dzieci jest bowiem imperatywem zarówno biologicznym jak i kulturowym. Przekazywanie genów jak i memów w tym samym procesie.
    Kultura poszła jednak bardziej w stronę: "pożarłem swoje dzieci i dobrze sie z tym czuje".

    Pozdrawiam
    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak się narobi takich długów, że gdyby chcieć je spłacić (wiem, że nikt nie ma takiego zamiaru, ale zawsze - jest to ryzyko jednak...), to nawet wnuki musiałyby do końca swoich dni zapieprzać o pajdzie chleba i misce cienkiej zupy - to uchylenie się od spłodzenia skazanych (potencjalnie) na taki los potomków - wygląda całkiem logicznie, nieprawdaż..?

      Usuń
  3. Witam,
    Uwaga moja ma charakter ogólny, a nie szczególny. Ossowscy także nie mieli dzieci.

    Pozdrawiam
    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...