poniedziałek, 14 stycznia 2013

Rozważania mroźne

Po słonecznym (acz mroźnym) przedpołudniu w tej chwili za oknem robi się szaro, a jednocześnie wzmaga się wiatr. Ze strachem patrzymy na prognozę pogody: nocą ma spaść wieeelka góra śniegu. W połączeniu z wiatrem oznacza to, że najprawdopodobniej rano już się stąd nigdzie nie ruszymy. Przynajmniej – nie samochodem. A w kolejnych dniach ma białego łajna wypaść jeszcze więcej…

Tymczasem na jutro zaplanowałem transport siana. Tragedii nie ma – nawet, jeśli nie dam rady przeciągnąć samochodem przyczepy przez śnieg, sąsiad mi tę belkę czy dwie podrzuci traktorem. Ale utrudnienie będzie. W każdym razie: dziś koniecznie trzeba zatankować Wendi. Czekam do 17.00, bo o tej godzinie umówiłem się na telefon z panią doktor z Warki: albo do niej pojedziemy (wtedy zatankuje się po drodze), albo nie (i wtedy pojadę specjalnie do Grabowa). W międzyczasie obdzwaniam znajomych i nieznajomych. Wiecznie z jednym pytaniem: jest jakaś fucha do wykonania..? No cóż – nie ma. Odpowiedź też jest aż nadto przewidywalna!

Czytam też sobie drugi tom „Historii życia prywatnego“. Tym razem poświęcony życiu prywatnemu wczesnorenesansowej Florencji (głównie). I co mnie uderza?

Ano – nieustanny wysiłek wkładany w podtrzymywanie więzów przyjaźni i pokrewieństwa. Wysiłek, który musiał być nader uciążliwy dla sporej części zaangażowanych w nieustanne wizyty, pogwarki, zebrania, spotkania, fiesty, małżeństwa i inne, wciąż zaprzątające uwagę wydarzenia: w niektórych wypadkach, jak w przypadku św. Katarzyny z Sieny, hagiografia przekazała nam tę mękę, w jej konkretnym wypadku – związaną przede wszystkim z brutalnym bardzo sposobem, którym rodzina chciała ją zmusić do małżeństwa.

Akurat św. Teresa - ale atrakcyjnego wizualnie wyobrażenia św. Katarzyny Sieneńskiej czegoś nie znalazłem - a czemu mam Państw katować przez oczy..?

Po co to wszystko? Rzecz całą wyłuszcza signore Giovanni Rucellai, głowa jednego ze znaczniejszych florentyńskich rodów: W naszym mieście, Florencji, winien wam jestem koniecznie tę przestrogę, nie zachowuje się swych bogactw bez przeogromnych trudności [podatki!] […] Nie widzę inszego sposobu, by się przed tym obronić, jak tylko starannie się wystrzegać przysparzania sobie wrogów – jeden wróg więcej napytać może biedy, aniżeli czterech przyjaciół dobra przysporzyć; po wtóre – w dobrych, doskonałych być stosunkach z consortes [ludźmi wchodzącymi w skład rodu], ze sprzymierzeńcami, sąsiadami i wszystkimi mieszkańcami swojego gonfalonu [dzielnicy]; ci bowiem dali mi jeno powody do zadowolenia; pomocnymi się okazali w uzyskaniu ulg podatkowych dla gonfalonu, wspierali mnie i współczucie okazywali.

Życie rodzinno – towarzyskie jako strategia walki z opresją podatkową gosudarstwa..?

A cóż innego opisywał Mistrz Lem w nowelce „Profesor A. Dońda“..?! Już kilka razy powoływałem się na to dziełko – osobliwie, gdy pisałem o przyczynowości. Ponieważ większość z Państwa jest stanowczo zbyt leniwa, żeby wykonać te dwa kliknięcia i ściągnąć sobie z netu (zwykle jest to część „Dzienników gwiazdowych“), a ja i tak mam to teraz w ręku w związku z tymi „stosunkami rodzinnymi“, to pozwolę sobie na początek zacytować fragmenty (całość byłaby zbyt długa) opisu genezy głównego bohatera, czyli prof. śwarnetyki A. Dońdy: Profesor Dońda przyszedł na świat dzięki serii omyłek. Ojcem jego była Metyska ze szczepu Indian Navaho, matki zaś miał dwie z ułamkiem, mianowicie białą Rosjankę, czerwoną Murzynkę, a wreszcie – Miss Aileen Seabury, kwakierkę, która urodziła go po siedmiu dniach ciąży, w poważnych okolicznościach, bo w tonącej łodzi podwodnej.

Kobieta, która była ojcem Dońdy, została skazana na dożywocie za wysadzenie kwatery porywaczy i za równoczesne spowodowanie katastrofy samolotu Panamerican Airlines. Miała ona rzucić do sztabu porywaczy petardę z gazem rozweselającym, co było pomyślane jako ostrzeżenie. W tym celu przyleciała do Boliwii ze Stanów. Podczas kontroli celnej na lotnisku zamieniła neseser z walizeczką stojącego obok Japończyka i porywacze wylecieli wskutek tego w powietrze, gdyż Japończyk miał w sakwojażu prawdziwą bombę, przeznaczoną dla kogoś innego. (…) Nieszczęsną skazano, i kto jak kto, ale ta dziewczyna zdawała się pozbawiona szans potomstwa, żyjemy jednak w wieku nauki.

Właśnie wtedy profesor Harley Pombernack bafdał dziedziczność więźniów na terenie Boliwii. Pobierał komórki cielesne od więźniów prostym sposobem: każdy więzień musiał polizać szkiełko mikroskopu (…). W tym samym laboratorium inny Amerykanin, doktor Juggernaut, zapładniał sztucznie ludzkie jajeczka. Szkiełka Pombernacka pomieszały się jakoś ze szkiełkami Juggernauta i dostały się do lodówki jako męskie plemniki. Wskutek tego komórką nabłonka językowego Metyski zapłodniono jajeczko pochodzące od dawczyni, co była białą Rosjanką, córką emigrantów. (…) Dla porządku dodam, że zagadką pozostaje płeć profesora, podług nauki bowiem z dwóch komórek żeńskich powinna by powstać kobieta. Skąd przyplątał się chromosom płci męskiej, nie wiadomo. Słyszałem od emerytowanego pracownika Pinkertona, któy był w Lamblii na safari, że w płci Dońdy nie ma zagadki, albowiem w trzecim oddziale laboratorium Pombernacka dawano szkiełka podstawkowe do lizania żabom.

Groteska? Owszem. Zauważcie jednak, że ów groteskowy, nieprzewidywalny i przypadkowy efekt spowodowany jest serią zdarzeń doskonale deterministycznych: bo nawet laboratoryjny bałagan podlega ściśle prawom grawitacji (wedle których upadają na podłogę rozsypane szkiełka podstawkowe), a jego – natalne w skutkach – sprzątanie – nie mniej ściśle da się opisać prawami psychologii i to tymi najprostszymi, bo tyczącymi się postrzegania i porządkowania wrażeń.

Wróćmy jednak do naszych baranów, czyli do kwestii „życie towarzyskie jako sposób na wysokie podatki“. Co dzieje się w skorumpowanej do cna Lumbii (fikcyjne państwo afrykańskie), gdy władze postanawiają wprowadzić tam postęp i nowoczesność..?

Mwahi Tabuhine, poczmistrz lumilski, u któregośmy zamieszkali (hotel stołeczny był od siedemnastu lat w remoncie), zdradził mi bez osłonek, czym się kierował, wydając za mąż sześć swoich córek. Przez najstarszą spowinowacił się za jednym zamachem z elektrownią i wytwórnią obuwia, gdyż teść dyrektora fabryki był głównym energetykiem. Dzięki temu nie chodził boso i miał zawsze prąd. Drugą córkę wżenił w kombinat garmażeryjny poprzez szatniarza, za którego ją wydał. I to pociągnięcie miał za nader zręczne. Wskutek wykrywania malwersacji kierownictwo za kierownictwem szło do więzienia, tylko szatniarz pozostawał na stanowisku, bo sam nie malwersował, a jedynie dostawał upominki. Stół poczmistrza był dzięki temu zawsze suto zastawiony. Trzecią córkę wyswatał Mwahi superrewidentowi kooperatyw remontowych. Dzięki temu nawet w porze deszczów nie lało mu się na głowę, dom jego świecił kolorowymi ścianami, drzwi zamykały się tak dokładnie, że żadna żmija nie mogła wpełznąć za próg, i nawet w oknach miał szyby. Czwartą córkę wydał za dozorcę miejskiego więzienia – na wszelki wypadek. Piątą poślubił pisarz rady miejskiej. Oczywiście pisarz, a nie na przykład wiceburmistrz, któremu Mwahi podał czarną polewkę z krokodylej wątroby. Rady zmieniały się jak chmury na niebie, lecz pisarz trwał na swoim urzędzie, tyle że zmiennością poglądów przypominał księżyc. I wreszcie szóstą dziewczynę wziął za żonę szef aprowizacji wojsk atomowych. Wojska te istniały wyłącznie na papierze, lecz aprowizacja była realna. 

I tak się toczy życie codzienne, modernizacji wbrew – aż jakaś mądra głowa w lambijskim rządzie wpada na pomysł, żeby zamiast motoryzacji, nierealnej z braku dróg, zaprowadzić powszechną helikopteryzację: Wieść o nabyciu licencji wprawiła ludność w panikę, każdy bowiem rozumiał, że przychodzi kres matrymonializmu jako podpory industrializmu. Helikopter składa się z trzydziestu dziewięciu tysięcy części, potrzebuje benzyny i pięciu rodzajów smaru, nikt więc nie mógłby sobie tego wszystkiego zapewnić, nwet gdyby płodził do końca życia same córki. (…) Na szczęście Europa, wieczne źródło innowacji, dostarczyła nowego wzoru, którym był grupowy seks w wolnych związkach. To, co w Starym Świecie stanowiło czczą igraszkę zmysłów, w kraju jeszcze surowym wsparło elementarne potrzeby życia.

"Gruppensex" w wersji XVIII-wiecznej

Satyra? Owszem – ale dzięki temu chyba jasnym się staje, dlaczego rodzice św. Katarzyny prawie ją zabili, gdy konsekwentnie odmawiała ożenku..? Nie było wprawdzie we wczesnorenesansowej Sienie ani wojsk atomowych, ani ich aprowizacji – ale żyć jakoś trzeba było, a żeby żyć i żeby nie dać się złupić lada poborcy podatkowemu – potrzebne były stosunki, znajomości, przyjaźnie, powinowactwa. Upór świętej – groził jej rodzicom majątkową ruiną. A jak wiemy od innego z kolei Florentyńczyka – łatwiej wybaczyć śmierć ojca, niż utratę ojcowizny.W tym przypadku – jakby na odwrót, ale sens pozostaje.

Obserwacja tego rodzaju nasuwa konieczność rewizji moich poglądów na gosudarstwo i szeroko rozumianą korupcję. Do tej pory sądziłem, że opór gosudarstwu, próbującemu zawłaszczyć jak najwięcej energii życiowej i dążności swoich poddanych stawiają ich naturalne namiętności, przez które wpadają – nawet będąc funkcjonariuszami i sługami gosudarstwa – w pułapkę przywiązań i relacji, mniej lub bardziej skutecznie tępiących ów „topór do pnia przyłożony“.

(Tu kolejna uwaga na marginesie: pan Woziński, do którego zabawnego bloga podałem link wczoraj, uważa mnie za zaprzedanego wielbiciela gosudarstwa. Większość z Państwa z kolei – żyje błędnym wedle mnie mniemaniem, iż gosudarstwo nie tylko może, ale wręcz nawet powinno – robić Wam dobrze, dbając o Wasze potrzeby. Jak już wiele razy wyjaśniałem, jeśli nawet przypadkiem rzeczywiście tak się dzieje, że państwo gdzieś tam złapie złodzieja, a gdzie indziej – uczciwie prowadzi księgę wieczystą – to jest to zjawisko całkowicie uboczne i marginalne. Nie po to bowiem gosudarstwo istnieje, aby czyjekolwiek potrzeby zaspokajać! Gosudarstwo istnieje, albowiem niektórzy z nas odczuwają przemożną potrzebę dominowania nad innymi, podczas gdy inni – nie mniej przemożną potrzebę bycia zdominowanym: jest tedy gosudarstwo bytem koniecznym, którego nie da się uniknąć. Niczego dobrego się jednak po nim nie spodziewam – a dzieje powszechne murem za mną stoją, stanowiąc zapis niezliczonych zasadzek, jakie różne istniejące dawniej i teraz gosudarstwa na swoich poddanych zastawiały. Uważam tedy wszystko, co skuteczność działania państwa pomniejsza, jego spoistość i prężność ogranicza, a siłę pomniejsza – za akt uprawnionej samoobrony…).

Biorąc jednak pod uwagę to, co działo się we wczesnorenesansowej Florencji (czy tam Sienie…) sądzę, że słuszniejsze jest inne wytłumaczenie. Otóż – zdecydowana większość z nas najchętniej to by się uwaliła na kanapie i oglądała telewizję popijając piwo. Tylko groźba śmierci głodowej, a też i – brak piwa – przymuszają nas ruszyć dupska i zrobić cokolwiek.

To samo tyczy się też i stosunków rodzinnych. Pociupciać – no, niektórym może się i chce. Młodzi są, muszą się wyszaleć – z wiekiem im przejdzie… Szybciej niż im się wydaje..!

Ale już – znosić konsekwencje tej przyjemności w postaci jakiegoś rozwrzeszczanego, wiecznie zsikanego lub zasranego bachora, który na koniec i tak trzaśnie drzwiami i pójdzie swoją drogą (opróżniwszy pierwej starannie wszystkie ojcowskie schowki z zaskórniakami…)..? To jest żaden interes..!

Żeby zrobić tak kiepski interes, musi być człek naprawdę nieźle zmotywowany. I wygląda na to, że bynajmniej we wczesnorenesansowej Florencji, taką właśnie motywacją do owych nużących, wymagających nieustannej ruchliwości, ciągłej ofiary z własnego „ja“ zabiegów – była właśnie groza spotkania poborcy podatkowego.

Innymi słowy: gosudarstwo swoim działaniem samo stwarza struktury społeczne, które je podminowują. We wczesnorenesansowej Florencji takimi strukturami były wielkie rody, które potrafiły nie tylko oprzeć się zakusom lokalnego fiskusa, ale i z powodzeniem – walczyć o dominację nad republiką. Do tego, aby powstały takie rody absolutnie niewystarczające są same tylko instynkty: potrzeba celowych, wieloletnich i rozpisanych na wiele głosów zabiegów, aby najpierw skłonić młodych ludzi do łączenia się w (mniej – więcej…) trwałe pary i płodzenia potomstwa, a potem – wymusić na większości (ze św. Katarzyną się nie udało…) potomstwa konformizm, pozwalający na korzystanie przez ród z tak zadzierzgniętych więzów…

Odkąd upowszechniło się szkolnictwo wyższe i biurokracja oparta na tzw. „kompetencji“ – rolę dawniej dominujących powiązań rodzinnych przejęły „kolesiostwa“ ze studiów. Przynajmniej – w jakiejś części. Na tyle, by presja na rodową solidarność osłabła – i by możliwa była emancypacja jednostek. Przejawiająca się tym, że coraz więcej ludzi robi to, co naprawdę lubi, czyli leży przed telewizorem i popija piwo – zamiast np.: płodzić potomstwo!

Wśród różnego rodzaju „kolesiostw“, „kumoterstw“, itp. – nie na ostatnim miejscu są i takie które, całkiem jak u Mistrza, zawiązują się w łóżku – ze szczególnym uwzględnieniem tzw. „różowej mafii“, która podobno, jak twierdzi ks. Isakiewicz, niejedną diecezję już w polskim Kościele opanowała (a strach myśleć, co się w tej materii dzieje w dykasteriach rządowych! Kolega, który dawno dawno temu pracował w IPN opowiadał, że jeszcze za komuny tego rodzaju stosunki były tolerowane, a nawet promowane w skoszarowanych jednostkach milicji – zatem w świecie służb mundurowych, niepomiernie w ciągu ostatnich 20 lat rozmnożonych – może być już któreś kolejne pokolenie tak „wypromowanych“ karier…).

3 komentarze:

  1. zabijasz mnie określeniem "białe łajno"

    dobra, a teraz trochę lansu

    zapraszam cię w końcu do mnie i do Riannon na nasz wspólny blog (link w podpisie)

    Admin R-O

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale ja nie planuję niczego kupować..?

      Usuń
    2. aaa.... pełna samowystarczalność i off-grid....

      szacun chłopie!

      };-)>

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...