wtorek, 22 stycznia 2013

Recykling: Cudze opowieści.

Poniższy tekst powstał i był opublikowany na łamach "Końskiego Targu" wiosną 2009 roku. Recyklinguję go ze specjalną dedykacją dla blogerki Agniechy. Tekst był oczywiście skutkiem szkolnego zjazdu naszego kursu w Popielnie.

Zdjęcia: Krzysztof Pietras

O życiu koników polskich w rezerwacie w Popielnie może opowiadać opiekujący się nimi od 22 lat prof. dr hab. Zbigniew Jaworski albo jego najstarszy stajenny, pan Czesio. Powtarzanie opowieści zasłyszanych, jakkolwiek by nie wryły się w pamięć, mija się z celem. Dlatego nie będzie tu mowy o dramatycznych walkach ogierów. Nawet, gdy w scenie wypędzania dorastających synów i córek przez ojca, wcześniej czy później zwieńczonego pokonaniem dotychczasowego patriarchy przez (często) własnego potomka dostrzegamy prefigurację pogańskiego mitu Kronosa (a wszystko to naprzeciw Czarciego Ostrowu, miejsca kultu bałtyckich Galindów, jednego z ostatnich pogańskich ludów Europy). Nie będzie też mowy o koniach, które utonęły bo nagłe ocieplenie stopiło lód, po którym wchodziły na bagna jeść wyschłą trawę. Ani o długowiecznych klaczach – wieloródkach, które przechodząc przez kilka tabunów w czasie swego sięgającego 33 lat życia rodziły po ćwierć setki źrebiąt. Turysta, który będzie miał wiele szczęścia, może usłyszy te opowieści z pierwszej ręki. Może zaś prof. Jaworski sam zechce je spisać lub opowiedzieć przed kamerą – konie: Tarka, Trawa, Turówka, Liściak, Nacios, Osowiec, Tulipan, Tasznik, Mor – będą wówczas żyć w tak utrwalonej historii przez wiele lat, może przez wieki…



Nawet jeśli przyjezdny nie będzie miał tyle szczęścia, to na wizycie w Popielnie i tak skorzysta. Półwysep wciśnięty pomiędzy Śniardwy, Bełdany i Warnołty, odcięty od stałego lądu dwumetrowym płotem kilka kilometrów powżyej Wejsun, daje na powierzchni ok. 1630 ha schronienie wielu stworzeniom. W samej stacji badawczej Polskiej Akademii Nauk w Popielnie, poza rezerwatem, hoduje się też koniki polskie w normalnych warunkach stajennych, a oprócz tego oswojone bobry, jelenie, bydło rasy polskiej czerwonej i czarno – białej nizinnej oraz jednego bizono-żubronia.

Zaczynając od bobra. Ten wielki gryzoń o wyglądzie dobrego purytanina z pokładu Myflower, przy całej swej maniakalnej pracowitości urodzonego mordercy drzew, która czyni z niego jednego z najgroźniejszych szkodników w Polsce, jest po prostu sympatyczny i poczciwy (jak to purytanin): przynajmniej wyrwany ze snu w środku dnia, który jest dla niego porą odpoczynku. Futerko ma przy tym miękkie i delikatne w dotyku jak aksamit.



Nie chciałbym popadać w tani sentymentalizm właściwy rozmaitym samozwańczym obrońcom przyrody: ale może, skoro dało się go oswoić, spróbować też bobra wytresować? Wyobraźcie sobie Państwo: wieczorem wypuszcza się rodzinę bobrów z przydomowego żeremia (koniecznie ze zbiornikiem wodnym: bez wody, bobry nie potrafią wykonać podstawowych czynności fizjologicznych i szybko giną), a rano zgromadzone na podwórzu pnie drzew są już przerobione na eleganckie klocki prosto do kominka… J

Bizono-żubroń z Popielna, wyhodowany przez prywatnego hodowcę, który ongiś pracował przy tym tajnym, strategicznym programie rozwiązania „problemu mięsnego“, jest sam i może przez to nie robi tak wielkiego wrażenia jak grupka tych hybryd w pokazowym rezerwacie w Białowieży. Zresztą, wydaje się, że pokolenie F1 hybrydy, czyli krzyżówka żubra z krową, jest po prostu większe od drugiego pokolenia, efektu skrzyżowania samicy żubronia (samce są bezpłodne) z amerykańskim bizonem. Wiele lat temu, po wizycie w Białowieży, gdzie prezentowane były wtedy uzyskane jeszcze w latach 80. żubronie (na początku lat 90. zarzucono produkcję tego rodzaju krzyżówek w ramach programu rządowego – jest jednak pasjonat, który w oparciu o zapasy mrożonego nasienia żubrów, kontynuuje projekt prywatnie), czytałem trochę na ten temat. Jeszcze za Gierka, a potem za Jaruzelskiego poprzez krzyżowanie zwykłej krowy z żubrami chciano uzyskać nowy gatunek bydła mięsnego: o wiele większy, szybciej rosnący i – co najważniejsze – o wiele mniej wymagający pod względem pokarmowym (a zatem nie wymagający tzw. „wsadu dewizowego“ na dodatki paszowe). Sprawdza się to o tyle, że żubroń faktycznie jest o wiele większy od krowy i większy od żubra i (podobno) ma bardzo smaczne mięso, a przy tym je byle co. Tyle tylko, że bezpłodność samców czyni hodowlę bardzo kosztowną już na etapie rozmnażania. Krzyżując samice z bizonami (to był dopiero „wsad dewizowy“!) liczono na uzyskanie w drugim pokoleniu płodnych samców z 25% udziałem krowy – co też się nie udało. Pasjonaci tej iście apokaliptycznej bestii mają nadzieję, że uda się to w trzecim lub w czwartym pokoleniu – a potem, używając płodnych samców z 12,5% lub 6,25% udziałem krowy, do krycia płodnych samic pokolenia F1 uda się powtórzyć hybrydyzację i tak kilka razy, aż w końcu tak się to wymiesza, że powstanie zupełnie nowy gatunek biologiczny. Nie wiadomo, czy tak się rzeczywiście stanie i czy produkt końcowy będzie równie użyteczny co giganty wynikłe z pierwszej hybrydyzacji – w każdym razie, po upadku minionego systemu „problem mięsny“ rozwiązał się sam i hodowla żubroni wypadła z listy rządowych priorytetów…

Swoją drogą z Popielna, gdzie eksperymenty z żubroniami pierwotnie prowadzono, wcale niedaleko jest do tajnego ośrodka w Kiermuzach, sławetnego rzekomym przetrzymywaniem talibów. Jakie jeszcze ciekawostki kryją się w mazurskich lasach?

Spośród wielu innych doświadczeń, jakie prowadzono w Popielnie warto wspomnieć o inicjatywie pewnego docenta z PAN, który uzyskał środki na sprawdzenie, czy ptaki będą chciały zamieszkać w betonowych domkach. Już wiadomo – nie chcą. Niektóre z nich (a wisi ich jeszcze w rezerwacie całkiem sporo, choć większość się rozpadła) zasiedliły nietoperze. O przeszczepianiu rogów łaniom i badaniach nad porostem poroża u byków jelenia każdy, kto zwiedzi miejscowe muzeum, sam będzie mógł sobie przeczytać, a efekty eksperymentów wyeksponowane są w największej z muzealnych sal (wstęp: dorośli 7, dzieci 4 zł).

Oczywiście najważniejsza w Popielnie jest hodowla konika polskiego. Kilkadziesiąt koników żyje w rezerwacie w stanie pół-dzikim: żeby były całkiem dzikie powiedzieć nie można, w końcu odławia się je, pobiera krew, znakuje, zimą dokarmia, a jeśli jest taka szansa, udziela pomocy w razie wypadku. Są zatem dość przyzwyczajone do człowieka. Niektóre nawet nauczyły się czerpać korzyści z obecności turystów: wymuszając na nich datki w postaci cukru czy innych smakołyków.



Eksperyment polegający na rezerwatowym utrzymaniu koników polskich zapoczątkował twórca tej rasy, prof. Tadeusz Vetulani jeszcze w latach 30. Wówczas zakładano, że w warunkach możliwie zbliżonych do naturalnych dla dzikiego konia leśnego szybciej uda się, drogą selekcji, zarówno naturalnej jak i dokonywanej przez człowieka, odtworzyć dalekich przodków dzisiejszych koników: tarpany. Po 70 latach trwania eksperymentu jasnym jest, że to niemożliwe. Tarpanów się w ten sposób nie odtworzy – jeśli już, to dzięki manipulacjom genetycznym w laboratorium, a nie dzięki bieganiu po lesie. Inna sprawa, że jeśli uzyskamy kiedyś tak wielką biegłość w inżynierii genowej, to i uzyskanie płodnej hybrydy krowy z żubrem nie będzie dla nas żadnym problemem! Podobnie jak odtworzenie tura (o czym podczas II wojny światowej myśleli Niemcy, bracia Heck – podobno po białoruskiej stronie Puszczy Białowieskiej nadal jakieś dzikie bydło ich produkcji biega…), mamuta, czy wręcz dinozaurów. Tarpan z probówki nie będzie miał przy tym z konikiem polskim wiele wspólnego, tj. oczywiście będą do siebie podobne na tyle, na ile konik polski podobny jest do tarpana, ale taki „laboratoryjny“ tarpan nie będzie wcale potomkiem dzisiejszych koników polskich nawet, jeśli to klacz konika polskiego go urodzi, po wszczepieniu jej embrionu.

W praktyce ewentualne laboratoryjne odtworzenie tarpana oznaczałoby, że mielibyśmy w Polsce dwie równoległe rasy prymitywnych koników: koników polskich, które są produktem, by tak rzec, „naturalnym“, bo zostały wyselekcjonowane wyłącznie na podstawie oceny ich zewnętrznego podobieństwa do tarpanów; oraz tarpanów oryginalnych, z probówki. Koniki polskie nie staną się tarpanami – i jeśli tarpany miałyby je np. w Popielnie zastąpić, to istniejącą populację koników polskich trzeba by gdzieś przenieść, lub po prostu wybić…



Koniki polski są pewnym paradoksem. To nasza rasa rodzima, na ziemiach polskich występująca od niepamiętnych czasów, co potwierdzają wykopaliska archeologiczne. Z drugiej strony – rasa ta nie istniała, nim w 1933 roku prof. Vetulani nie złożył wniosku o rozpoczęcie hodowli zachowawczej i nie wyselekcjonował wśród całej populacji chłopskich koników z okolic Biłgoraju tych, które wedle przyjętych przez niego założeń, były najbardziej podobne do tarpanów. Wcześniej koniki te były tak samo „miejscowe“ jak ich „tutejsi“ właściciele. Tak naprawdę, najbliższymi krewnymi koników polskich są hucuły i koniki żmudzkie – rasy prymitywne Karpat i Pribałtyki, które także powstały w zamierzchłych czasach pod wpływem dzikiego tarpana leśnego. Wszystkie są do siebie nawzajem oraz do tarpana dość podobne, a różnice między nimi wynikają z odmiennej historii i różnych, w konsekwencji, dolewów obcej krwi. W XIX wieku wszystkie te rasy (hucuły w najmniejszym stopniu z uwagi na rozbiorowy kordon) zostały w dużym stopniu „rozwodnione“ masowymi zakupami dziesiątków tysięcy pędzonych co roku na targi Ukrainy, Królestwa Polskiego i Litwy koni kałmuckich i tatarskich znad dolnej Wołgi: ten właśnie „import“ sprawił, że koników zachowujących jakieś podobieństwo do tarpana pozostało tak niewiele nawet tam, gdzie chłopi używali do hodowli oryginalnych tarpanów, rozdanych im przez Zamoyskich przy likwidacji Zwierzyńca w 1806 roku.



Współczesny konik polski jest przede wszystkim koniem użytkowym. To idealny koń dla rekreacji i agroturystyki: tani zarówno jeśli idzie o koszt nabycia, jak i koszt utrzymania (po prawdzie, to 1500-złotowa dotacja na klacz zupełnie pokrywa koszty jej rocznego utrzymania…), niewymagający jeśli idzie o warunki zewnętrzne (rozwiązaniem preferowanym jest chów bezstajenny), odporny na choroby i brak opieki, spokojny i zrównoważony, a przy tym na tyle niewysoki (pomiędzy 130 a 140 cm w kłębie), by nie wzbudzać strachu w początkujących i by nadawał się także dla dzieci, zarazem jednak dostatecznie silny, by mogły na nim jeździć, a co najważniejsze – układać go do pracy, osoby dorosłe. Trzeba tylko uważać, by rekreanci takiego pracującego w szkółce konika nie zepsuli, o co zwykle starają się ze wszystkich sił: koniki są zaradne i inteligentne i szybko się uczą, także złych rzeczy.



W stanie pół-dzikim w Popielnie i w innych rezerwatach i ostojach (w Zwierzyńcu – od 1982, w Ostoi Zielony Ostrów od 1990, na terenie Biebrzańskiego Parku Narodowego od 2004 i na groblach stawów milickich) utrzymywanych jest ok. 120 – 140 koni. To ok. 8% populacji. Ogromna większość źrebiąt urodzonych w rezerwatach i ostojach jest odławiana i trafia na rynek – gdzie jeszcze do niedawna był na nie dość stabilny popyt, zwiększany nadzieją na uzyskanie dotacji wynikającej z programu ochrony zasobów genetycznych. W tej chwili doszło już do pewnego wysycenia rynku, a nawet do nadprodukcji – i ceny koników spadły. Tym bardziej zatem, nadają się one dla największego użytkownika koni w Polsce, jakim są gospodarstwa agroturystyczne. Konik polski idealnie wpisuje się przy tym w krajobraz polskiej wsi (no, może niekoniecznie na Śląsku… ale na tle mazowieckich wierzb i chałup komponują się znakomicie!).



Hodowla rezerwatowa nie jest wcale najtańszym sposobem hodowli koników polskich – wymaga przecież ogromnych obszarów które, jeśli nawet niekoniecznie o wielkiej wartości gospodarczej, mogłyby przynieść dużo wyższy dochód jeśli byłyby wykorzystawane intensywniej. Nawet w Popielnie drugie tyle matek, co we wszystkich dzikich tabunach, mieszka po prostu w stajni przy stacji badawczej. Reprezentują one przy tym inne rodziny żeńskie niż te z rezerwatu, co zwiększa różnorodność puli genowej.



Tak naprawdę jedynym zagrożeniem dla populacji konika polskiego jest lenistwo i bałaganiarstwo użytkowników. Do czasu wdrożenia programu ochronnego właściciele klaczy tych koników bardzo często kryli je najzupełniej przypadkowo, uzyskując mnóstwo najdziwniejszych metysów. Nawet i teraz czasem się to zdarza – te koniki są tak tanie, że wielu ich właścicielom nie chce się nawet schylać po dotację, dokumentując krycie (a zresztą, od czego są kserokopiarki, prawda..?). Przy ciągle jeszcze nielicznej populacji, jest to za każdym razem strata.



Jak opowiadał prof. Jaworski, zdarzało się już, że koniki z rezerwatu (najczęściej młodzież wygoniona przez ojca z tabunu po osiągnięciu dojrzałości płciowej) wydostawały się przez dziury w płocie lub po zamarzniętym jeziorze na zewnątrz. Za każdym razem łatwo dawały się złapać okolicznym mieszkańcom – są zbyt przyzwyczajone do ludzi, by złapanie ich stanowiło poważniejszy problem. Nie ma zatem szans na wprowadzenie konika polskiego jako dzikiego zwierzęcia do polskich lasów – poza ogrodzonymi rezerwatami. Nie wydaje mi się jednak, aby ta konstatacja miała być równoważna przekonaniu, że konie na zawsze już zniknęły z polskich lasów. Agroturystyka jest jedną z najszybciej rozwijających się gałęzi polskiej gospodarki – a jedynym poważnym konkurentem konika polskiego do pozycji „konia pociągowego“ tej branży są konie NN (niewiadomego pochodzenia) – których powinno być coraz mniej… 

12 komentarzy:

  1. Nie Kiermuzy, a (Stare) Kiejkuty, w dodatku to jest koło 40 km; fakt, że takich jednostek wojskowych zagubionych w Puszczy Piskiej trochę jest.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie pamiętam dlaczego Kiermuzy - w końcu pisałem to prawie 4 lata temu...

      Usuń
  2. Te konie moim zdaniem (laika) ciekawie reagują na ludzi, tzn. stare wydają się ich ignorować, młode natomiast ciekawie się przypatrują (od czasu do czasu je spotykałem, lubię tam biegać czy jeździć na rowerze). Nie zauważyłem takiego podziału u koni, które trzymają rolnicy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widać stare już się nauczyły, że ludzie generalnie nic od nich nie chcą...

      A młode zwykle są ciekawskie i włażą (w pierwszej kolejności tam, gdzie włazić nie powinny) wszędzie, gdzie się da.

      Chłopskie konie często (nie zawsze) trzymane są pojedynczo i rzadko wypuszczane. To prowadzi do szeregu problemu psychicznych i zabija w koniach ciekawość świata.

      Usuń
  3. Serdecznie Ci dziękuję za ten wpis. Miło sobie poczytać o ulubionych zwierzątkach. Oraz o szalonych naukowcach z Popielna. Może kiedyś tam dotrę.

    OdpowiedzUsuń
  4. co do wskrzeszania tarpanow, podejrzewam ze raczej nie spowoduje znikniecia konikow ale beda one uzyte jako matki zastepcze (w pierwszej fazie) i pula niezbyt obcych genow do podtrzymania populacji w fazie drugiej. bo przeciez nawet jak sie uzyska w laboratorium zarodek tarpana, donosi i wychowa zdrowego to z czyms on sie musi krzyzowac. nie wiem ile sie da uzyskac materialu genetycznego ale dla wymarlych gatunkow cudem jest uzyskanie jednego kompletnego genomu a co dopiero pary nie mowiac o stadzie. wiec raczej ten jedyny tarpan, byc moze w kilku kopiach bedzie krzyzowany z konikami a nastepne pokolenia selekcjonowane pod katem tarpanowatosci. jesli roznice nie beda wielkie to prawdopodobnie osoba odpowiedzialna za program machnie reka i uzna ze krzyzowka konika z tarpanem jest wystarczajaco bliska oryginalu.
    przeciez gatunki (i rasy) i tak ewoluuja wiec roznica miedzy tymi rasami moze byc nawet mniejsza niz miedzy dwoma tarpanami zyjacymi w odstepnie 500 lat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzecz jest, na gruncie czystej teorii - nie do rozstrzygnięcia.

      Zauważ, że nie ma czegoś takiego, jak "gen tarpanowatości". Jest cały zespół genów, które charakteryzowały tę konkretnie populację. Krzyżując rozdane przez Zamoyskich tarpany z jakimiś innymi końmi (nie wiemy - z jakimi) biłgorajscy chłopi doprowadzili do wymieszania tych genów w sposób całkowicie przypadkowy z "ogólną pulą" genetyczną koni w Polsce.

      Wiemy tylko o niektórych spośród takich domieszek - jak np. o maści kasztanowatej, która czasem, przy nieumiejętnym doborze pary, może się u koników trafić, choć nie powinna.

      Ściśle ustalić, jak "blisko tarpana" jest jakiś konkretny konik - niemal nie sposób. Sądzę, że gdy już będziemy w stanie to zrobić - to zrekonstruowanie tarpana metodą inżynierii genetycznej (a więc - wcale niekoniecznie poprzez klonowanie materiału pozyskanego z jakichś wykopalisk...) - będzie już formalnością. Ale - nie wcześniej!

      Usuń
    2. ha, cos nie doczytalem wczesniej. Jesli istnieje populacja wywodzaca sie od prawdziwych tarpanow to mozna by zrekonstruowac genom tarpana (dokladniej to populacji nalezacej do Zamojskich) z duzym prawdopodobienstwem przez porownanie genow tych mieszancow. ja robie cos podobnego z wirusami ktore sa oczywiscie o kilka poziomow prostsze ale to jest raczej kwestia pieniedzy a nie technologii. to wszystko pod dwoma warunkami: pierwszym ze grupa mieszancow jest wystarczajaco liczna i drugim ze nie uplynelo zbyt wiele czasu. kryteria oczywiscie nie sa ostre wiec to czy warunki sa spelnione bedzie wiadomo dopiero po zainwestowaniu kupy kasy w kilkuletni projekt;)

      Usuń
    3. A dasz radę ustalić, jakie geny pochodzą od "wspólnych tarpanich przodków" - a jakie od "wspólnych nie-tarpanich przodków"? Bo nie wiadomo tak naprawdę - z czym ci biłgorajscy chłopi krzyżowali otrzymane od Zamoyskich tarpany. Ja tam osobiście podejrzewam jakieś nadwołżańskie konie Kałmuków, bo takie wówczas akurat były na targach najtańsze - ale to jest nie do ustalenia. Równie dobrze mógł im się każdy inny koń przyplątać - akurat wojny były...

      Chodzi mi o to, że wcale niekoniecznie "najczęściej powtarzający się wspólny zespół genów" prowadzi do tarpana. Równie dobrze może prowadzić do jakiegoś popularnego wśród Kałmuków w pierwszej połowie XIX wieku ogiera znad Wołgi. Da się to odróżnić..?

      Oczywiście, "oryginalne tarpanie DNA" z wykopalisk może być jakimś punktem odniesienia - o ile nim dysponujemy. A tego nie wiem.

      Usuń
    4. W gruncie rzeczy to nie wiem, czy zadanie nie sprowadza się do kwestii zmapowania całego końskiego DNA. Dopiero będąc w stanie przyporządkować każdy element do jakiejś konkretnej grupy przodków - dałoby się chyba z jakąś dozą pewności powiedzieć: "tak - to są geny tarpana". Po prostu na zasadzie "pozostałej reszty", odrzucając to, o czym będziemy wiedzieli, że pochodzi od innych koni.

      O ile mi wiadomo, jak do tej pory takie badanie nie wykroczyło poza bardzo, ale to bardzo wstępne sondaże...

      Tak naprawdę, to konikom polskim do tarpana w fenotypie nie tak znowu wiele brakuje:
      - nie siwieją na zimę,
      - ogiery nie mają aż tak wyrazistych cech płciowych, jak to przedstawiają zachowane opisy i wizerunki tarpanów (pytanie - na ile wiarygodne?),
      - nie są nieposkromione i agresywne (i tu może być "pies pogrzebany": badanie końskiego "Y" wykazało, że WSZYSTKIE żyjące obecnie konie, poza Koniem Przewalskiego - pochodzą od jednego ogiera, lub od małej grupy blisko spokrewnionych ogierów - najprawdopodobniej wybranych do hodowli WŁAŚNIE DLATEGO, że były szczególnie łagodne - pytanie, czy przypadkiem już Zamoyscy w swoim Zwierzyńcu nie powtórzyli przypadkiem tego, co Nasi Aryjscy Przodkowie dokonali gdzieś, hen na stepie 6 tysięcy lat temu - i nie wyeliminowali ze swojego stada osobników nadmiernie agresywnych..?).

      Usuń
    5. Kompletny konski genom zostal zmapowany i opublikowany w 2007 roku:) z wykorzystaniem kilku osobnikow roznych ras w tym Achal-teke. (poza tym sa oczywiscie inne eksperymenty jak wspomniany przez Ciebie "Y"). Natomiast do "odtworzenia" tarpana czy jakiegokolwiek innego mitycznego stworzenia nie wystarczy "konski genom" ktory jest w pewnym sensie dopiero szablonem tylko mozliwie bogata baza danych wariacji (SNP). Ta druga faza bedzie sobie trwala teoretycznie w nieskonczonosc. Im wiecej osobnikow roznych ras i fenotypow porownamy z szablonem tym lepiej bedziemy rozumieli zarowno ich genealogie jak i biologie.
      Masz racje sugerujac ze raczej nigdy nie bedzie pewnosci (raczej prawdopodobienstwo) czy dany konkretny gen pochodzi akurat od "ogolu" tarpanow, konkretnej populacji (Zamojskich) czy od innego stadka z nimi kiedystam skrzyzowanych ale dopoki sie rozumiemy to chyba nie wielki problem, zwlaszcza jesli chodzi np o gen okreslajacy odpornosc na ptasia grype czy cos w tym stylu. Przyznaje ze nie tylko nie wierze w czystosc rasowa ale tez nie uwazam jej za jakis szczegolnie wartosciowy cel, z tym ze nie jestem hodowca wiec pewnie nie rozumiem problemu.

      Usuń
    6. Hipotetyczna rekonstrukcja tarpana sama w sobie jest tylko ciekawostką. Co chyba zdecydowanej większości takich gatunków dotyczy.

      No bo niby jaki "praktyczny" pożytek moglibyśmy mieć - dajmy na to - z tura..? Oprócz tego, że łatwiej byłoby o Nagrodę Darwina (starczyłoby wleźć do zagrody...)?

      Badanie nad genomem tarpana, jeśli w ogóle poszerza naszą wiedzę, to chyba tylko w jednym aspekcie: mogłoby bowiem rzucić nowe światło na to, w jaki sposób ludzie udomowili konie. Poprzez skatalogowanie różnic.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...