poniedziałek, 28 stycznia 2013

Przeszłość – czy przyszłość..?

Niektórzy twierdzą, że konserwatyści to ci, którym wydaje się, że „lepiej już było“. W takim razie – jestem konerwatystą niekonwencjonalnym, bo wcale tak nie uważam! Ani nigdy nie było „lepiej“ – ani też nigdy „lepiej“ nie będzie.

Nie dlatego bowiem ludzie i zwierzęta bywają szczęśliwi lub nieszczęśliwi, że ich coś uwiera, boli, przeszkadza czy tłamsi – a dlatego, że… takie lub inne mają nastawienie do życia! „Szczęście“ lub „nieszczęście“ to stan całkowicie, a nawet absolutnie – subiektywny – i żadna rzeczywistość na zewnątrz nic do tego nie ma.

Oczywiście – bywają okoliczności wybitnie niesprzyjające odczuwaniu szczęścia (nader często są to zwłaszcza takie sytuacje, gdy ktoś gwałtownie próbuje swoich bliźnich uszczęśliwić – co i gwałtownego uszczęśliwiania wielkiej liczby zwierząt dotyczy, że o przypadku ś.p. pani Villas tylko wspomnę…). Wówczas – zdolne są do tego tylko jednostki wyjątkowe, o szczególnie odpornej osobowości. Słabsi zaś, mniej lub bardziej masowo załamują się, co prowadzi wprost do destrukcji (tu przykładem mogą być tzw. „muzułmanie“, czyli więźniowie obozów koncentracyjnych, którzy utraciwszy wszelką nadzieję – popadali w apatię, rychło też umierając: podobne zjawisko występuje zawsze, ilekroć grupa ludzi poddana jest silnej presji – w historii najnowszej jednym z bardziej znanych przykładów było zachowanie części żołnierzy francuskich wojsk kolonialnych oblężonych w Dien Bien Phu – nie mogąc ani uciec, ani liczyć na miłosierdzie Wietnamczyków ci, którzy się załamali, porzucali broń i swoje stanowiska, biernie koczując na błotnistym brzegu rzeczki Nam Yum…).

Swoją drogą – nader symptomatycznym jest, że o ile stosunkowo łatwo jest doprowadzić człowieka do rozpaczy, to już próby działania odwrotnego – nie dają najmniejszych zgoła efektów!

To znaczy: o ile działaniem „zewnętrznym“, czyli wywołaniem silnego stresu można człowieka wcześniej szczęśliwego uczynić człowiekiem nieszczęśliwym – to uszczęśliwienie nieszczęśliwego jest o wiele bardziej skomplikowane i właściwie, bez jego woli i wysiłku – niemożliwe. Zwycięzcy totolotka, choć pewnie łykają sporą dawką endorfiny, zwłaszcza na początku – bardzo szybko wracają do tego samego poziomu „satysfakcji z życia“, jaki mieli przed wygraną – a bywa, że im się pogarsza (nie na ostatnim miejscu dlatego, że osiągnąwszy tak wiele bez wysiłku – szastają pieniędzmi na lewo i prawo, w czym też im zwykle pomaga pazerna rodzina – i częściej niż rzadziej – szybko są biedniejsi niż byli wcześniej…).

Każdy może być szczęśliwy – na ogół, jeśli nie są to okoliczności ekstremalne (choć są i tacy, którzy TAKICH okoliczności do szczęścia właśnie potrzebują…) – niezależnie od okoliczności zewnętrznych. Tylko mało komu się chce.


Bo to wymaga wysiłku. A właściwie – po co się wysilać..? Przy okazji niedawnej debaty sejmowej pojawiły się też i takie głosy, które interpretuję jako potwierdzenie mojej dawnej już intuicji. Oto – na marginesie sporu o tzw. „związki partnerskie“, co niektórzy blogerzy lub userzy na forach zastanawiali się, czy jest jeszcze jakaś przyszłość dla „związków“ jakichkolwiek. No bo – po co ten cały szpas – skoro zawsze można włączyć sobie pornosa i zwalić konia..?

A z czasem to już i najlepszy pornos bynajmniej nie gwarantuje, że będzie co „zwalać“ – trzeba tylko trochę poczekać…

Chęnie wierzę, że różni nawiedzeni „naprawiacze świata“, utopiści, „obrońcy zwierząt“ i inni tacy, których nie lubię – odczuwają głęboką satysfakcję z tego co robią. Kłamią jednak bezczelnie twierdząc, że celem ich maniakalnego działania jest „szczęście ogółu“, dla którego „poświęcają“ swoje życie. „Szczęście ogółu“ to obok „dobra wspólnego“ i „woli powszechnej“ niejakiego Rousseau – seria słów pozbawionych jakiegokolwiek sensu, zasłon dymnych, ukrywających w najlepszym razie głupotę (a w trochę gorszym: cynizm…). No dobrze: bywają pewnie tacy, co kłamią też i przed sobą, bo właśnie – nic im takiej radochy nie sprawia, jak przekonanie, że cierpią za miliony (no ostatecznie… zależy w jakiej walucie, prawda..?). Tak, czy inaczej – tego rodzaju działalność jest z pewnością jednym z lepszych pomysłów na własne, osobiste szczęście (co prowadzi nas, swoją drogą, do wniosku, że tak naprawdę ten najłacniej będzie szczęśliwy, kto… najmniej o szczęście zabiega! Stan bowiem trwałej satysfakcji z życia – stosunkowo jeszcze najłatwiej osiągnąć wtedy, gdy ma się w życiu jakieś silne pasje…).

Tak więc – nie można z sensem twierdzić ani tego, że ludzie dawniej byli szczęśliwsi, ani tego, że szczęśliwi to oni dopiero w przyszłości będą. Tak naprawdę, to mam mocne podejrzenie, że „suma doznań pozytywnych“ i „suma doznań negatywnych“ jest niezależna od upływu czasu (zaś skutkiem zsumowania jednych z drugimi jest albo zero, albo – niewielki „minus“) i zależy tylko od liczebności zbioru podmiotów doznających.

Czy jednak tylko do szczęścia lub nieszczęścia się „lepszość“ lub „gorszość“ czasów dawnych lub tych dopiero, które mają nadejść – ogranicza?

Subiektywnie jest wszystko jedno, czy człowiek musi polować na mamuty oganiając się od namolnych tygrysów szablozębnych – czy gonić za mamoną, oganiając się od różnych ludzkich sępów, które próbują mu ją wyrwać.

Obiektywnie jednak – nie da się ukryć, że ludzkość „postąpiła“. „Postąpiła“ przede wszystkim na tzw. „skali Kardaszewa“, którą można potraktować jako miarę potencjalnej skuteczności homeostazy naszego gatunku.

Człowiek pierwotny był praktycznie całkowicie zależny od sił przyrody. Wszystko, czym dysponował, aby się im przeciwstawić lub wykorzystać je na swoją korzyść, to były jego własne mięśnie, spryt i tych kilka maszyn prostych, dzięki którym siłę swych mięśni mógł podwoić lub potroić. W najlepszym razie.

Postęp jaki od tamtej pory się dokonał nie jest aż tak imponujący, jak by się nam na pierwszy rzut oka wydawało, bo do homeostazy prawdziwie globalnej – wciąż nam bardzo daleko. Erupcja superwulkanu, przebiegunowanie dipola magnetycznego Ziemi, impakt – to są wszystko katastrofy, które dla nas byłyby prawie tak samo zabójcze, jak byłyby dla naszych odległych przodków.

Leży co prawda w zasięgu naszych możliwości technicznych zapewnić przetrwanie ludzkości jako gatunku: ale z pewnością nie – przetrwanie wszystkich ludzi jako jednostek. Gdyby taka katastrofa zdarzyła się w paleolicie – być może przetrwaliby jacyś ludzie czystym trafem, o ile znajdowaliby się akurat na obszarze przez katastrofę przypadkowo oszczędzonym.

Obecnie – mają szansę przetrwać generałowie i politycy, o ile zdążą ewakuować się do pozostałych po Zimnej Wojnie schronów… Mam nadzieję, że chociaż sekretarki ze sobą zabiorą..? Byłoby zaiste sardonicznym chichotem dziejów, gdyby w ten sposób ocalała z katastrofy ludzkość – miała w następstwie wymrzeć z braku płodnych samic do dyspozycji…

Dokładnie zresztą z tego powodu uważam budowanie takich schronów – a jeszcze bardziej: ekspansję w Kosmos – za zadania dużo ważniejsze od zwalczania trapiących ludzi chorób, biedy, wyzysku czy… złego traktowania zwierząt!

Metody, jakich obecnie używamy do leczenia chorób dają skutek tylko chwilowy: tępione środkami farmakologicznymi patogeny ewoluują w przyspieszonym tempie, stając się coraz to zjadliwsze. W efekcie wracają takie choroby, które jeszcze 30 czy 40 lat temu wydawały się wytępione raz na zawsze: gruźlica, koklusz, polio. Każdy oczywiście ma dobre prawo ratować siebie i swoich bliskich jak tylko wie i może – ale sumaryczny efekt funkcjonowania medycyny współczesnej (tj. gdzieś tak od wynalezienia penicyliny…) – optymizmem nie napawa. Wydaje się, że są to środki wyrzucone w błoto – i cała metoda wymaga przemyślenia od początku – do czego nikt się jakoś nie kwapi, skoro można z tego przemysłu nieźle żyć!

Zwalczanie biedy to walka z wiatrakami. „Biedni zawsze będą wśród was“ – jak rzekł swego czasu Chrystus. Poczucie „bycia biednym“ jest tak samo subiektywne, jak poczucie „bycia nieszczęśliwym“ – i równie mało możemy na jedno, jak i na drugie poradzić. Owszem – biorąc pod uwagę ruinujące zgoła koszty współczesnej „walki z biedą“ (zwłaszcza jak chodzi o „walkę z biedą osób starszych“ – czyli: systemy emerytalne…) – niewątpliwie poziom bogactwa wzrósłby zauważalnie, gdyby… „walki z biedą“ raz na zawsze zaprzestać!

Co do „wyzysku“ i „złego traktowania zwierząt“, to już naprawdę nie ma chyba potrzeby, abym się powtarzał po raz kolejny. Głównym skutkiem „zwalczania“ tak jednego, jak i drugiego – jest wzrost władzy gosudarstwa. Gotów jestem założyć się o dowolne pieniądze, że gdyby udało się policzyć ostateczny efekt ingerencji prawnej tak w jednej, jak i w drugiej sferze – wyłączając z rachunku te zmiany, do których doszło NIEZALEŻNIE od owej ingerencji – to efekt okazałby się ujemny.

Dlaczego jestem tego tak pewien? Dlatego, że taka właśnie jest natura naszego świata. Łatwiej jest niszczyć, niż budować, zabijać, niż dawać życie – czynić nieszczęśliwym, niż uszczęśliwiać. Biurokracja gosudarstwa nie jest wolna od praw fizyki! Skoro zaś prawa fizyki narzucają taki, a nie inny bieg procesów termodynamicznych, mrzonką jest oczekiwać, że skutkiem działania gosudarstwa nie będzie więcej krzywd wyrządzonych – niż sprawiedliwości uczynionej.

Tak więc: rozsądnym byłoby środki przeznaczane w tej chwili na służbę zdrowia, opiekę społeczną i zwalczanie „społecznych patologii“ – obrócić albo w kopanie bardzo głębokich sztolni – albo (lepiej) – w eksplorację Kosmosu. Dokładnie odwrotnie, niż to różni domorośli „mędrkowie“ proponują! Budowa systemu głębokich schronów – albo (lepiej) – założenie kolonii gdzieś w Kosmosie – w sposób ewidentny zwiększyłaby szanse przetrwania naszego gatunku i życia w ogóle. Wydatki „socjalne“ – raczej te szanse zmniejszają…


Posunęliśmy się zatem w górę „skali Kardaszewa“ – to jest fakt obiektywny – ale z przyczyn nie mających nic wspólnego z racjonalnością, ów obiektywny i niewątpliwy postęp – nie przekłada się na adekwatny wzrost naszej gatunkowej homeostazy. Zamiast bowiem użyć zdobytych dzięki bezprzykładnemu rozwojowi nauki mocy na cele, które by rzeczywiście służyły całemu gatunkowi – trwonimy je i przejadamy w daremnej nadziei, że pozwoli to zwiększyć „sumę doznań pozytywnych“ – ponad to, czego byli w stanie doświadczyć nasi przodkowi. Co jest utopią.

W dalszym ciągu zatem – brak jest podstaw zarówno do twierdzenia, że „lepiej już było“, jak i do stawiania hipotezy, że „lepiej to dopiero będzie“. Jest inaczej niż było i niewątpliwie – będzie inaczej niż jest. Ale „lepiej“, „gorzej“..? A cóż to znaczy?

Jedną ma tylko przewagę przeszłość nad przyszłością. I to jest przewaga bezdyskusyjna. Otóż – przeszłe biedy są już nam dobrze znane. Zdążyliśmy się z nimi oswoić i przyzwyczaić. Tymczasem pułapki jakie czekają na nas w nieznanej przyszłości – zwykle są tym bardziej nieprzyjemne, że wpadamy w nie znienacka. W miejscu i czasie, który zawsze wydaje się nam najmniej po temu odpowiedni. A to jest nadzwyczaj wprost – nie w porządku!

12 komentarzy:

  1. Witam,
    Ergo - każda zmiana jest kosztem.

    Pozdrawiam
    Markowy

    OdpowiedzUsuń
  2. Schron pod chatką musi być zaczęty, kity z bio oczyszczalnią już nie przejdą - wiem , po co te kominki wentylacyjne.:-)

    OdpowiedzUsuń
  3. "Zamiast bowiem użyć zdobytych dzięki bezprzykładnemu rozwojowi nauki mocy na cele, które by rzeczywiście służyły całemu gatunkowi – trwonimy je i przejadamy w daremnej nadziei, że pozwoli to zwiększyć „sumę doznań pozytywnych“ – ponad to, czego byli w stanie doświadczyć nasi przodkowi."

    Cóż to za bzdury, drogi Autorze? To ja już wolę "utopię" ekologów od "utopii" ratowania gatunku. To pierwsze ma sens z punktu widzenia jednostek. To drugie - nie bardzo. Gatunek nie ma jednego mózgu, który by mówił: masz przetrwać. A poszczególne jednostki mają ogół w d...e. I bardzo dobrze. Mało kto jest tak niebezpieczny, jak ten, kto chce dobra ogółu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlaczego "utopia ekologów" ma sens z punktu widzenia jednostek a "utopia ratowania gatunku nie"?Niezbyt rozumiem.

      Usuń
    2. Najśmieszniejsze zaś jest, że pisz te ktoś, kto wcześniej wyśmiewał się z "moralności pasibrzuchów" i deklarował gotowość poniesienia śmierci za ideały.

      Rozumiem zatem, że spełnianie płaskich i nudnych marzeń bezrobotnych - o kolejnej flaszce i śledziu na zagrychę - jest warte najwyższych poświęceń i pełne godności. Natomiast zapewnienie przetrwania ludzkości - to nic nie warta fanaberia..?

      Przy tym - to pierwsze, czyli "spełnienie marzeń ubogich" - jest zwyczajnie: niewykonalne. Bo zawsze, ile by w to nie zainwestować - będą się czuli tak samo podle. Albo i podlej!

      Natomiast zapewnienie przetrwania gatunku - jest technicznie wykonalne. I nawet niedrogie, jeśli porównać to do takich idiotyzmów jak "walka z globalnym ociepleniem" - na ten przykład...

      Usuń
    3. @Agniecha

      Może i są jednostki chętne do ratowania NASZEGO gatunku. Ale niech robią to na własny koszt. Gorzej, gdyby rządy zaczęły przeznaczać na ten cel kasę z podatków. Ooo, wówczas zaczęłyby się kłótnie, kto konkretnie ma zostać uratowany - i tym samym mają zostać uratowane i powielone (w przyszłych, urodzonych już na statku kosmicznym pokoleniach) jego geny.



      @Jacek Kobus

      A dlaczego ja, Kira, mam walczyć o CUDZE ideały? Mnie obchodzą MOJE. Mam na tyle przyzwoitości, by nie pieprzyć, że jedne ideały są obiektywnie lepsze od drugich. Ktoś, kto insynuowałby, że każdy musi przyjąć jego punkt widzenia, od razu stałby się w moich oczach osobnikiem niebezpiecznym. Z dala od takich, brrr.

      Mam głęboko w [...] szczęście pijaczków. Ubogim zafundowałabym na koszt społeczeństwa darmowe jadłodajnie - bo na totalny brak socjalu nie możemy sobie pozwolić. Zostawiłabym "darmową" edukację w szkole podstawowej. No i służba zdrowia - jednak opłacana przez państwo, zwłaszcza, jeśli chodzi o badania nad nowymi lekami. I tyle. Może dla Ciebie to "uszczęśliwianie", dla mnie to pragmatyzm.

      Trwałość gatunku może Ciebie obchodzi, mnie - nie. Mnie obchodzą określone wartości. Czyli - jakość gatunku.

      Usuń
    4. PS. Kiedyż to ja deklarowałam, że poniosłabym śmierć za ideały? Zapewniam, że można być moralnym ORAZ zadowolonym z życia człowiekiem.

      Usuń
    5. No więc właśnie: wielokrotnie deklarowałaś. że istnienie ludzkości nic Cię nie obchodzi, za to sprawiedliwość, moralność i tego rodzaju duperele - zdecydowanie tak. Innymi słowy - zgadzasz się umrzeć, byle tylko Twoje ideały były realizowane!

      Co do kryteriów wyboru ludzi, którzy mają zostać ocaleni, to przecież są one proste i oczywiste - polecam w tym zakresie nader instruktywny film p.t. "Dr Strangelove". Będą to najważniejsi politycy i generałowie oraz grono niezbędnych specjalistów - plus, naturalnie, odpowiednia liczba młodych i płodnych kobiet.

      Reszty, na obecnym poziomie techniki - uratować się i tak nie da. Więc nie ma się o co spierać...

      Co do tego, kto i za czyje pieniądze ma ratować ludzkość - no cóż: nie ma raczej szans na to, aby fiskalna tyrania gosudarstwa mogła zostać poluzowana. A skoro nie ma na to szans - to czyż nie lepiej wydać te pieniądze na rzeczy ważne, a nie na głupoty..?

      Usuń
    6. Na rzeczy ważne dla kogo? Dla Ciebie? Sorry, tacy ludzie jak Ty przerażają mnie... To ja już wolę relatywizm. Przynajmniej nie muszę udawać, że wiem, co jest słuszne.

      Usuń
    7. Ależ ja niczego nie udaję! Przetrwanie życia jest najważniejsze: nic nam po sprawiedliwości i moralności, gdy nie zostanie nikt, kto by zdołał te piękne wartości docenić. Każdy inny wybór zatem - jest absurdalny.

      A Ty się zachowujesz jak pies ogrodnika. Nikt ani Tobie, ani mnie przecież - miejsca na "arce" nie zaoferuje. Powinniśmy jednak wznieść się ponad tak płaskie instynkty i odczuwać prawdziwą satysfkację na myśl, że gdy nas będzie palić ogień z niebios, pochłaniać rozstępująca się ziemia, albo rozrywać fala uderzeniowa - Kasia Tusk poleci ze swoim Tatą do gwiazd...

      Usuń
    8. Skądinąd: po co czekać..? Mogliby całkiem spokojnie polecieć od razu...

      Nieprawdaż?

      Usuń
    9. Jak za swoje, to nawet im pomacham chusteczką. Dołożyć to bym się mogła, jakby zabrali na obcą planetę tych, których JA bym uznała za wartościowych. Plus bank zwierzęcych zarodków.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...