niedziela, 27 stycznia 2013

Pogrzeb zimy

To nie jest (jak dotąd...) ani najśnieżniejsza, ani najzimniejsza z naszych zim w Boskiej Woli. Poza tym - nabieramy doświadczenia i to, co trzy lata temu było katastrofą, teraz jest ledwo przygodą. Jednym się już jednak ta zima zdążyła wyróżnić: nie pamiętam, aby kiedykolwiek białe łajno padało... tak długo!

I dziś nawet, choć w tej chwili już się przejaśnia, gdy wychodziłem rano z chatki, coś z nieba prószyło. To się może wydawać piękne i romantyczne tylko wtedy, gdy jedyne skojarzenia, jakie ma człowiek z zimą to gwiazdka i szusowanie po stokach! W rzeczywistości, jest białe łajno utrapieniem niemałym - a cała jego zaleta w tym, że okrywa puchem zmarznięte pola i przechowuje cenną wodę do momentu, gdy ta będzie bardziej potrzebna - do wiosny.

No i wygląda na to, że w tym roku nie bardzo przechowa - bo ma się zacząć topić już jutro, góra we wtorek...

Jeśli ktoś jest ciekaw, jak wyglądała NAPRAWDĘ ZAJEBJASZCZO ŚNIEŻNA zima, to zapraszam tutaj. Ewentualnie tutaj (choć mniej zdjęć - a i zima nie była już AŻ TAK zajebjaszczo śnieżna...). Zresztą: każdy może sam sobie poszukać. Motywy, ujęcia, sceny i pejzaże - powtarzają się. No bo co tu może być nowego..?

Już w piątek próbowała Lepsza Połowa ów skazany na rychłą zagładę krajobraz zimowy utrwalić matrycą cyfrową naszego Canona - ale złośliwie bateria rozładowała się po ledwo czterech zdjęciach:





Wczoraj były zdecydowanie lepsze warunki - około południa pokazało się słońce. Bardzo mi się, prawdę powiedziawszy - nie chciało. No, ale tych kilka fotek, dla świętego spokoju, cyknąłem:

droga do wsi

droga do torów kolejowych

droga do chatki.

Zima niby nie aż tak śnieżna - ale jednak, wyjść poza jako - tako odśnieżone drogi i przekopane łopatą ścieżki, tunele, okopy w śniegu - za bardzo się nie da. Nawet zwierzyna dzika z rzadka i ostrożnie zostawia trop poza drogami! Ma i swoje, wydeptane ścieżki - "zajęcze autostrady", które zresztą też już i dwa i trzy lata temu - Państwu pokazywałem. W tym roku są w tych samych miejscach co zawsze. Nic, tylko wynyki założyć - nieprawdaż..?

Nie wszyscy zresztą i naszą (przez naszego Sołtysa osobiście odśnieżoną) drogą przejadą. Nawet dla naszej Wendi jest to poważne wyzwanie (głównie dlatego, że opony mamy całoroczne...). Zaś Zulus, który nas wczoraj razem z Klaudynką odwiedził popołudniu - musiał zostawić swojego busa we wsi, bo nie dałby rady (jeszcze z przyczepą pełną siana...). Przy okazji: serdecznie zapraszam na nową stronę internetową Klaudynki i Zulusa. Stały link w stosownej kolumnie po prawej też już zostanie.

Grilla pod brzozą na razie raczej nie zrobimy...


chatka, jak chatka - normalnie - zawalona w kółko. Koćkodany (oba) nienawidzą białego łajna gorzej od nas - Krystyny przez kilka dni nie sposób było wygrzebać ze strychu, wolała nie zjeść śniadania, a na śnieg i mróz nie wychodzić - a Sylwestra, jak już koniecznie musi, to wybiega na chwilkę, załatwia się na ścieżce, co by tylko w białym łajnie się nie wytaplać - i wraca co prędzej pod kozę.

Kto zgadnie, co to jest..? Poza tym, że widać, jak było wczoraj zimno - kryształki śniegu się błyszczą.

Bywalców proszą nie podpowiadać...

Fragment ogródka, szklarenka, chatka i Wendi z perspektywy ścieżki prowadzącej do miejsca, gdzie w tej chwili wyrzucam guano spod wiaty. Czegoś brak na tym obrazku, nieprawdaż..?

No tak: przyczepy. Przyczepa jeszcze wczoraj stała między wiatą dla koni, a Laskiem Centralnym, "utknięta" - by tak rzec - w śnieżnej zaspie. Stała, ale już nie stoi, bo dziś ją odkopałem i przeciągnąłem na właściwe miejsce, przy chatce. Zajęło mi to tylko półtorej godziny: trzy lata temu w analogicznej sytuacji walczyłem prawie cały dzień, nadwyrężyłem poważnie sprzęgło - a przyczepy tak i spod wiaty nie ruszyłem, została tam do roztopów. Rutyna!

Co przyczepa robiła w śnieżnej zaspie między wiatą dla koni a Laskiem Centralnym?

To już jest dłuższa trochę historia. Macie Państwo czas i chce się Wam czytać..?

Wszystko przez to, że w sąsiedniej wsi, gdzie w Zaprzyjaźnionej Stodole trzymamy nasz zapas siana - był wyznaczony na piątek w południe niespodziewany i nie ujęty w planie pogrzeb. Ot - umarł starszy człowiek i zaraz następnego dnia go grzebali. A ja już byłem z M. umówiony i w zasadzie - przewidując atak mrozu w łykend - nie bardzo mogłem termin przerzutu beli siana zmienić.

Na szczęście - szybko się obrobiłem ze sprzątaniem pod wiatą i dobrze przed 10.00 ruszyłem z przyczepą spod chatki. Pogrzeb miał być o 12.00. Dwie godziny - no, z doświadczenia wiedziałem, że to już na styk - ale co zrobić?

Normalnie, do Zaprzyjaźnionej Stodoły mam mniej niż kilometr i wliczając ręczne wpychanie tej 300-kilowej beli po trapie do przyczepy - cała operacja zajmuje mi 20 minut. Ale nie po białym łajnie przecież..!

Jechałem dookoła, bo jak bystrzejsi z Państwa zapewne zauważyli deczko wyżej - droga do wsi jest odśnieżona, a droga do torów kolejowych, za którymi znajduje się Zaprzyjaźniona Stodoła, jest tylko przetarta - ogólnie, wrażenia z jazdy na tym odcinku są takie, mniej - więcej (wedle określenia Lepszej Połowy), jak z rajdu Paryż - Dakar. W czasach, gdy jeszcze jeździł po swojej normalnej trasie i po uczciwej, senegalskiej pustyni, a nie po jakichś latynoskich ersatzach. Z przyczepą zatem nie było w ogóle co próbować - pojechałem tedy objazdem, przez wieś, nadrabiając jakieś 4 km.

Na miejscu zaraz się okazała pierwsza przeszkoda. Z okazji pogrzebu sąsiednia wieś, za torami, miała odśnieżoną drogę. No i pług, który tę drogę odśnieżał - usypał ponadmetrowej wysokości zaspy po obu stronach drogi. Mowy nie było, żeby pod Zaprzyjaźnioną Stodołę podjechać, bo w ogóle na podwórko nawet nie próbowałem się dostać!

Ponieważ blokowałem drogę, stojąc zestawem na środku, za radą M., schowałem się na podwórku jego brata, gdzie wjazd był odwalony, bo brat już wcześniej wyjeżdżał samochodem - przy okazji: zawracając. I poszliśmy do sąsiada, który ma ciągnik z turem - co by belkę od stodoły do przyczepy przywiózł i na przyczepę załadował. Ciągnik sąsiada nawet zapalił - i w ogóle, szło wszystko gładko.

Ale tu popełniłem pierwszy błąd: zamiast poczekać, aż on z tą belką wyjedzie, kopnąłem się co prędzej wycofywać z tego podwórka, na którym stałem i ustawiać do wyjazdu. A z tyłu nadjechał ów pier...lony pług śnieżny, który właśnie sobie wracał... Miętki jestem, bo zamiast się uprzeć i postać już te 5 minut, aż się belka załaduje, nie zwracając uwagi na przekleństwa załogi (dwuosobowej!) pługa - ustąpiłem i pojechałem do przodu z zamiarem zawinięcia wokół tzw. "figurki", gdzie jest rozjazd i nawet w obie strony było odśnieżone.

I to był drugi błąd - bo oczywiście, przy tej figurce się prawie natychmiast zakopałem.

No cóż: pług mnie wyminął, bo już mógł - a za to przyjechał sąsiad ciągnikiem z belką siana na turze. Belkę załadowaliśmy, a sąsiad - jeszcze mnie tym ciągnikiem wyciągnął z zaspy. Super!

I cała ta zabawa tylko 40 minut zajęła. Co zachęciło M. (bo wciąż jeszcze do planowanej godziny pogrzebu mnóstwo czasu było...), żeby ze mną pojechać w tym zamiarze, że on mi pomoże rozładować przyczepę - a ja go w zamian podrzucę jeszcze przed pogrzebem do Grabowa.

Wróciliśmy znowu dookoła (bo jakże inaczej). Na drodze ze wsi do nas utknąłem tylko dwa razy i to już pod sam koniec - parę machnięć łopatą - i poszło!

Pozostał tylko jeden problem: jak tu wjechać pod wiatę..?

Z rozpędu - nie może być inaczej!

I faktycznie - poszło z rozpędu nawet lepiej niż po drodze. Zajechałem z fantazją i wśród fontann pryskającego spod kół śniegu pod wiatę. Wytoczyliśmy tę belkę, ustawiliśmy ją we właściwej pozycji. Nawet ruszyłem z miejsca pustą przyczepą - ale, jak widać na zdjęciu powyżej - niedaleko odjechałem... Było już dobrze po 11.00 - a nawet bliżej 11.20 - no i jasnym było, że jeśli mam dalej ciągnąć to brzemię - to cały pogrzeb na nic, M. na pewno nie zdąży!

Odczepiłem zatem przyczepę (konie się nią i tak nie interesowały) - i jakoś, tylko w kilku miejscach pomagając sobie łopatą, zdołałem wyjechać.

Za czym - w sprinterskim dość (biorąc pod uwagę okoliczności drogowe: odśnieżanie odśnieżaniem, ale tzw. "czarnej drogi", to nigdzie nie widziałem...) tempie zajechaliśmy do Grabowa. Gdzie jakiś zjazd ludności miejscowej chyba się odbywał - bo takiej masy ludzi i samochodów, to ja tam nawet w czasie odpustu nigdy nie widziałem!

W samym tylko banku zeszło się M. pół godziny - wyszedł więc już całkiem uspokojony, bo pewien, że na żaden pogrzeb nie zdąży. Na luzie skoczył jeszcze do sklepu - no i wracamy. O 12.30 dzwoni jego żona z pytaniem, czy prędko będzie - bo pogrzeb dopiero rusza..?

Sądzę, że karawan i cały kondukt miały dokładnie ten sam problem co ja na początku: pieprz...y pług śnieżny usypał im przed domem taką hałdę śniegu, że wynieść trumny się o czasie planem przewidzianym - po prostu nie udało!

Do domu zajechałem dobrze po 13.00, gdy Lepsza Połowa kończyła już zbierać wiaderka po końskim lunczyku. No bo już trzeba było poczekać, aż kondukt przejdzie - a potem, to i ja przestałem się spieszyć i jeszcze (że i tak jechałem dookoła...), wpadłem na chwilę do Radka, druha mego serdecznego...

Na koniec jeszcze tylko koćkodany:
jeden
i drugi.

Zdjęć koni dziamdziających siano pod wiatą lub drzemiących na słońcu zapodałem Państwu już tyle, że Lepsza Połowa zagroziła rozwodem, jeśli wkleję choć jedno więcej - zatem: zdjęć koni w takich pozycjach - nie będzie. A innych chwilowo nie przybierają.

10 komentarzy:

  1. A mnie się tam zima podoba . A w ciepełku w blokach nie żyję tylko codziennie muszę rozpalać w jednym lub w dwóch piecach i upału nie mam bo w niektórych pomieszczeniach w mrozy tylko 14 stopni np. w sypialni a w łazience jeszcze mniej bo nieogrzewana.Cóż już taka jestem zimnolubna.Za to letnich upałów nie znoszę.Zdjęcia bardzo fajne,dobrze oddają klimat...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten kominek-albo powietrze dla Herkulesa, albo coś od ścieków? Nic innego nie przychodzi mi do głowy... Przyjemnej odwilży. Nie ma to jak gęste, ciamkające błoto.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Blisko. Ale musisz się zdecydować na coś. Jak chodzi o kominek oczywiście.

      Usuń
    2. Stawiam na ścieki. U mnie podobny.

      Usuń
    3. To jednak ścieki - nie pisałbyś tyle o rozpalaniu w Herkulesie gdyby miał nawiew.

      Usuń
    4. Słuszne rozumowanie: to mogą być tylko ścieki.

      Ale, czy jesteście w stanie precyzyjniej określić, która to część naszego "systemu ściekowego"? Dla ułatwienia dodam, że jesteśmy nowocześni i nie mamy szamba. Zresztą - jak się przyjrzycie chatce, to zobaczycie tam na dachu coś, co powinno ułatwić sprawę...

      Usuń
    5. Biologiczna oczyszczalnia ścieków z tym drugim kominkiem na Waszej chatce? Jakiej marki? My wstawialiśmy Biorock w tym roku u znajomych a sami mamy od 6 lat takie coś z pompką produkcji słowackiej.

      Usuń
    6. Tak jest! To odpowietrznik drenażu oczyszczalni ścieków. Trzy takie "chopki" u nas z ziemi wystają...

      Oczyszczalnia zapewne produkcji chińskiej, już nie pamiętam, z Obi, najmniejsza, najtańsza i najprostsza - bez żadnych pompek (pompka może się zepsuć, a jak nie ma prądu, to nie pompuje...).

      Usuń
    7. Ano, bez prądu - pompka nie pompuje.:-) Świnto racjo. Teraz już byśmy wzięli bez pompki - ale ona niezepsuwalna jest (puk, puk,w niemalowane drewno) więc jeszcze sobie u nas popracuje.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...