poniedziałek, 7 stycznia 2013

Kapitalizm, czyli normalność.

Nawet sobie Państwo nie zdajecie sprawy, jak bardzo marksistowski sposób myślenia jest utrwalony w Waszych głowach. Wręcz – gwoździami przybity! Najłatwiej ten wniosek uzasadnić obserwując dyskusje na forum historycy.org – ale sądzę, że problem jest dużo szerszy, bo skoro tam to wyłazi jak słoma z butów mazowieckiemu szlachetce w XVII wieku, to czego się spodziewać po tzw. „przeciętnym człowieku“, który ani się stara krytycznie podchodzić do tego, co mu podręczniki szkolne i media do myślenia podają..?

Jedną z najbardziej oczywistych cliché, jakie pozostały nam w spadku po słusznie minionej ideologii jest podział dziejów ludzkości na epoki wedle „dominujących stosunków produkcji“. Najpierw zatem była „wspólnota pierwotna“ – rajski ideał, w którym w ogóle nie było własności prywatnej, a wszyscy byli szczęśliwi i bardzo się kochali. Potem z tajemniczych, bliżej nieokreślonych przyczyn, owa „wspólnota“ się rozpadła i niektórzy – ci źli – poczęli zawłaszczać sobie przemocą „środki produkcji“.

Przy czym, początkowo najważniejszym „środkiem produkcji“ miał być sam człowiek i stąd pierwsza, po „wspólnocie pierwotnej“ epoka to niewolnictwo (kojarzone powszechnie ze Starożytnością – co, prawdę powiedziawszy, jest oczywistym kłamstwem: nigdy w dziejach nie żyło tylu niewolników, co… obecnie!). Potem, takim „dominującym środkiem produkcji“ staje się ziemia i stąd mamy „feudalizm“. Na koniec wreszcie, „dominującym środkiem produkcji“ staje się „kapitał“ – i tak przechodzimy nareszcie do epoki kapitalizmu.

Czy ktoś z Państwa pomyślał sobie kiedyś prywatnie, w cichości serca, jaka to bzdura..?

Dokładne dane zdarzają się nam sporadycznie, trudno więc o uogólnienia, jednak bardzo trudno byłoby znaleźć w Starożytności takie społeczeństwo, w którym byłoby więcej niż kilkanaście procent niewolników. Były zaś takie, gdzie niewolników nie było prawie wcale: Egipt, Chiny. Przez krótki czas, nie przekraczający stulecia, wielkie, oparte na pracy niewolniczej latyfundia dominowały w południowej części Italii, na Sycylii i w Afryce – to właśnie wtedy przytrafiło się głośne powstanie niejakiego Spartakusa oraz kilka dużo potężniejszych, ale mniej nagłośnionych w popkulturze, powstań niewolniczych na Sycylii.



Zresztą – nie dlatego zarzucono tę formę uprawy ziemi, że się niewolnicy buntowali, tylko dlatego, że okazała się niewydajna – osobiście wolni dzierżawcy i najemni pracownicy, sprawowali się o wiele lepiej. Zwróćcie zresztą, przy kilku najbliższych niedzielach uwagę na czytania mszalne: ewangeliczne przypowieści obfitują w różne smaczki z życia gospodarczego palestyńskiej wsi czy małego miasteczka w I w. n.e.: no choćby ta o właścicielu winnicy najmującym najemników do pracy, czy o talentach, czy o skarbie ukrytym na roli – jest tam coś aby o jakichś niewolnikach..?

Potrafi mi zatem ktoś wytłumaczyć, co oznacza termin „dominujący sposób produkcji“, skoro przez całą prawie Starożytność, niewolna była głównie służba domowa, a ogólny udział niewolników w tzw. „rynku pracy“ nie przekraczał 10 – 15% (z zastrzeżeniem, że były takie branże, gdzie niewolnicy dominowali – nie na galerach wszakże, bo tam pracowali wolni i dumni ze swojej „strategicznej“ specjalności, bez której nie mogła istnieć żadna ówczesna flota wojenna wioślarze, bezczelnie zresztą wykorzystujący ten fakt do wymuszania ciągłych podwyżek i okazjonalnych bonusów – prześcigali ich pod tym względem tylko tak samo wolni i dumni tragarze portowi i zawodowi żołnierze – nie myślcie, że terror związków zawodowych, to wynalazek XX wieku! – tylko np. wśród… nauczycieli, księgowych, skrybów, lekarzy..! Wiadomo nie od dziś, że „z niewolnika nie masz pracownika“ – ale jak się trafił np. zdolny podrzutek, czyli takie dziecko, które zostało porzucone przez swojego ojca jako „zbędne“ – stawało się wówczas własnością tego, kto go zabrał – to kształcenie go w takim, paradoksalnie „wolnym“ zawodzie, co było dość kosztowne, dawało godziwy zysk: domy zamożnych patrycjuszy wciąż potrzebowały pedagogów, filozofów, zarządców – a ich ceny zwracały włożony w naukę kapitał z naddatkiem – potem zresztą, jak się „specjalista“ dobrze sprawował i utrafił w gusty swojego pana, mógł być pewien wyzwolenia, a czasem też – jakiegoś testamentowego zapisu; wśród lekarzy rzymskich zwyczajem wręcz było kształcić sobie na następcę niewolnika – wyzwalanego, gdy jego patron likwidował swoją praktykę z racji wieku)?

Jeżeli 10 – 15% niewolników na rynku pracy stanowi „dominujący sposób produkcji“, to w takim razie nie będę od tej pory brał pod uwagę sprzeciwów wobec nazywania naszego obecnego państwa „socjalistycznym“ – bo przecież pracowników „sektora państwowego“ mamy w tej chwili z całą pewnością co najmniej tylu właśnie!

Tak naprawdę niewolnictwo zakwitło dopiero w epoce nowożytnej, w XVII i XVIII wieku – jedyny znany mi przypadek, gdzie rzeczywiście bezwzględna większość wszystkich „zatrudnionych“ to niewolnicy – to tzw. „wyspy cukrowe“: Barbados, Jamajka, Mauritius, w nieco mniejszym stopniu – Kuba, Haiti. Tam, rzeczywiście 60 – 70% wszystkich mieszkańców stanowili czarni niewolnicy – eksploatowani w sposób bezwzględny, praktycznie bez nadziei wyzwolenia, za to z dość krótką, przeciętnie, persepktywą życia – kilka lat starczało zwykle, by z całego transportu „hebanu“, które wciąż od nowa przypływały z Afryki, nikt już nie pozostał żywy.

Dokładnie tak samo jak niewolnictwo na francuskich, brytyjskich i holenderskich „wyspach cukrowych“ zorganizowane były w XX wieku wielkie systemy eksploatacji więźniów: w Sowietach, w komunistycznych Chinach, w narodowo – socjalistycznych Niemczech.

Co ciekawe, już w kontynentalnych koloniach brytyjskich – tych, które potem utworzyły Konfederację – nigdy nie było aż tylu niewolników, w proporcji do ogółu społeczeństwa, co na Jamajce – a też ich los był przeciętnie jednak sporo lepszy: pracowali lżej, żyli dłużej, zdarzało się, że bywali obdarzani wolnością. Nie tylko dlatego, że na Jamajce nie było dokąd uciec, a w XVIII-to czy XIX-wiecznej Wirginii jak najbardziej tak: również dlatego, że w kontynentalnej Ameryce większość niewolników pracowała wraz ze swoimi panemi i członkami ich rodzin przy uprawie tytoniu, bawełny, ziemniaków i czego tam jeszcze nie uprawiano – mieli szansę poznać się wzajemnie i może czasem – nabrać do siebie wzajem jakiegoś szacunku. Wielbiciele Południa podają też z upodobaniem przykłady oddania tamtejszych niewolników dla swoich panów – i to nawet w czasie wojny secesyjnej! Akurat w tym nie ma niczego dziwnego – w Rzymie też niewolnicy najczęściej swoich panów kochali, a przynajmniej – byli z nich dumni…

Okrucieństwo „wysp cukrowych“ brało się stąd, że tam właściciele plantacji rzadko rezydowali na miejscu, preferując Londyn, Paryż czy Amsterdam jako miejsce zamieszkania – zatrudniani przez nich zarządcy, rekrutujący się zresztą na ogół z tzw. „elementu“ (bo kto inny chciałby się podjąć takiej pracy?), rozliczani byli nie z humanitaryzmu, tylko z zysków. No i dokładnie tak samo było przecież w łagrach, czyż nie..?

W każdym razie: ani nie było niewolnictwo „dominującym sposobem produkcji“ w Starożytności, ani też – jako fenomen prawny i socjologiczny – wcale się do tak zamierzchłych czasów nie ogranicza. Jeśli wierzyć różnym agendom ONZ, ma się dobrze i rozwija się nad podziw: nigdy wcześniej nie żyło na Naszej Umęczonej Planecie tylu niewolników co współcześnie (jakkolwiek, tak prawdę powiedziawszy, to ja mam wobec metodologii zliczania tego zjawiska przez agendy ONZ trochę zastrzeżeń…).

Idźmy dalej – feudalizm. Co jest takiego „feudalnego“ w „feudaliźmie“? Że chłopi odrabiają pańszczyznę? Każcie im – w karolińskiej Francji, albo w XVII-wiecznej Polsce – zapłacić czynsz dzierżawny gotowizną, a dopiero zobaczycie „nieszpory sycylijskie“ i „jesień Średniowiecza“! Renta odrobkowa czy produktowa – to taki sam rodzaj czynszu, jak renta pieniężna. Każdy tym płaci, czego mu nie brakuje – a gotówki akurat wtedy najczęściej brakowało.

W rzeczywistości wcale nie to stanowi o istocie feudalizmu. O istocie feudalizmu stanowią dwa fenomeny (będące, w rzeczywistości, dwoma aspektami jednego zjawiska). Pierwszy to ten, że niektóre osoby prywatne (feudałowie) sprawują w stosunku do innych osób (poddanych) pewne funkcje władcze, współcześnie właściwe tylko władzy publicznej. A więc: wymierzają im sprawiedliwość (funkcja sądownicza), utrzymują porządek (funkcja policyjna), regulują i reglamentują możliwość przemieszczania się, osiedlania, wykonywania zawodu, zawarcie małżeństwa (funkcja „gosudarstwa“ – jako „państwa – gospodarza“), w zamian za co – zapewniają im wsparcie w razie głodu, choroby czy klęski żywiołowej (funkcja socjalna).

Nie to budzi szok u Państwa, że ktoś ma taką władzę – tylko to, że może ją sprawować osoba „prywatna“, tj. ktoś, kto pełni tę funkcję nie z racji mianowania przez władzę, tylko z racji urodzenia. To też jest postawa „wdrukowana“ nam w ciągu ostatnich 200 lat przez bynajmniej nie bezinteresowną w tej materii państwową biurokrację edukacyjną.

Engels komentując dla prasy brytyjskiej wojnę 1866 roku od początku przewidywał zwycięstwo Austriaków. Na jakiej podstawie, oprócz tego, że po prostu nie lubił Prus? Ano na takiej, że w armii pruskiej wyższe funkcje dowódcze pełnili członkowie rodziny królewskiej: sam monarcha dowodził 1 Armią, zaś następca tronu – 2 Armią.

Tymczasem w armii Franciszka Józefa oficerami byli zawodowcy, z feldmarszałkiem Benedekiem (bodajże zgermanizowanym Czechem nawet?) na czele, który służbę Habsburgom zaczynał od prostego kadeta i żadnego szczebla w swojej drabinie kariery nie przeszedł inaczej, niż dzięki zdolnościom, zasługom i lojalności.

Jak to się zaś skończyło? Ano skończyło się tak, że obie pruskie armie spotkały się w ściśle określonym miejscu i czasie, dokładnie zgodnie z planem – i, tak przez Engelsa wychwalany profesjonalizm Benedeka tyle tylko dał, że część armii austriackiej zdołała zwiać spod Sadowy – 4 lata później, Napoleonowi III już się taka sztuka pod Sedanem nie udała, choć też miał całkowicie „profesjonalnych“ marszałków.




Nie jest prawdą, proszę Państwa to, co sobie zwykle myślicie, że sprawowanie funkcji władczych wymaga pewnych „specjalistycznych“ kompetencji, które tylko odpowiednio długa scholaryzacja dać może. To jest propoganda, która ma usprawiedliwić aktualne rządy – bo one właśnie tak się rekrutują współcześnie! Przez większość dziejów ludzkości uważano jednak, że urodzenie jest równie dobrym tytułem do rządzenia, co ukończenie (nawet z wyróżnieniem…) samej SGH na ten przykład. Po prostu: kto urodził się władcą lub feudałem, ten był od maleńkości uczony właściwego zachowania – i, pomijając pewne ekstremalne przypadki, które przecież i współcześnie się jak najbardziej zdarzają – na ogół było to całkowicie wystarczające, aby sprawował swoje funkcje poprawnie.

Tak więc „przypadkowy“, „prywatny“ feudał – na ogół co najmniej poprawnie wywiązywał się ze swoich obowiązków władczych wobec ludności poddanej. Na tyle poprawnie zresztą, że zachodnia część Europy, gdzie feudalizm powstał i rozkwitł o wiele wcześniej niż u nas na ten przykład – tak się rozwinęła demograficznie i ekonomicznie, że wzbogaceni poddani na długo przed 1789 rokiem po prostu wykupili od swoich dawnych panów większość przysługujących im przywilejów. Nie powiecie chyba, że stało się to za sprawą złych rządów..?

Drugim fenomenem istotnym dla pojęcia feudalizmu jest ówczesne pojęcie własności – szczególnie: własności ziemi. Nie jest słusznym traktowanie poddanych chłopów po prostu jako dzierżawców pańskiej ziemi – chłopi angielscy stali się dzierżawcami dopiero w XVII wieku na skutek tzw. „grodzenia“, kiedy to lordowie angielscy OBALILI ustrój ziemski wprowadzony jeszcze przez Wilhelma Zdobywcę i po prostu – pozbyli się swoich chłopów. Nigdzie indziej się ta sztuka dawnym feudałom nie udała – choć np. w takim Królestwie Kongresowym w latach 40-tych XIX wieku byli panowie, którzy i po kilkadziesiąt wsi potrafili za jednym zamachem wymazać z mapy.

W „klasycznym“ feudalizmie, nie byli bynajmniej chłopi prostymi dzierżawcami. Posiadanie ziemi stanowiło podstawę do ponoszenia powinności względem właściwego dziedzica. Póki jednak chłop się ze swoich powinności wywiązywał – nie mógł dziedzic dowolnie go z ziemi usunąć, co przecież nie stanowi problemu w przypadku dzierżawy. Co więcej – posiadanie ziemi „chłopskiej“ dawało chłopu pewne prawa także w stosunku do ziemi „pańskiej“: mógł bowiem, zasadniczo proporcjonalnie do wielkości własnego gospodarstwa, używać też pańskich łąk i lasów. Cała zaś gospodarka – wsi i folwarku – prowadzona była w pewnym stopniu wspólnie: czemu szczególnie sprzyjała trójpolówka, dla przyczyn, o których już wiele razy pisałem.

Jeśli w czymkolwiek przejawia się „przejście od feudalizmu do kapitalizmu“ to właśnie – w rozplątaniu tej współzależności.

Czy jednak zanim zanikła „feudalna współwłasność ziemi“ – naprawdę nie było „kapitalizmu“..? Ponownie odysłam Państwa do Ewangelii – do przypowieści o talentach chociażby… Czy to nie jest kapitalizm przypadkiem – pożyczać na procent, „puszczać w obieg“, pomnażać kapitał..?

Myślicie może, że to bajka, opowieść zmyślona, kościelna propaganda?

Ale przecież Ewangelie spisano między końcem I a końcem II w n.e. – mogły zmyślić istnienie takiej osoby jak Jezus (aczkolwiek, nie jest to szczególnie prawdopodobna teza – nawet mimo braku „zewnętrznych“ świadectw, od chrześcijan niezależnych…), ale, na Boga, kto i po co zmyślałby istnienie wolnych najmitów, pożyczanie na procent, pomnażanie kapitału..? Tym bardziej, że przecież przypowieści, to taki gatunek literacki, gdzie poprzez obrazy łatwo zrozumiałe, cielesne, namacalne, próbuje się przekazać metodą analogii jakieś tezy natury wznioślejszej – muszą to zatem być historyjki absolutnie typowe, powszechne, normalne i nie budzące najmniejszych wątpliwości co do swojego prawdopodobieństwa.

Tak samo sprzedawano i kupowano, pożyczano na procent, wchodzono w spółki – i w merowińskiej Francji i w „pańszczyźnianej“ Rzeczypospolitej. Polecam w tej materii „Pamiątki Soplicy“ pana Rzewuskiego – bodaj najczęstszą tam sytuacją jest obracanie „kartami“ – zapisami dłużnymi, zabezpieczonymi na jakichś dochodach. Inżynieria finansowa uruchamiana przy okazji małżeństw lub podziałów spadków wśród najbogatszej magnaterii dorównuje zresztą złożonością tej, stosowanej współcześnie przy fuzji wielkich koncernów…

Kapitalizm, proszę Państwa, istniał ZAWSZE. Już w neolicie – czego największa odkryta do tej pory na świecie kopalnia krzemienia w Krzemionkach Opatowskich jest żywym dowodem: tamtejszy surowiec miał takie wzięcie, że spotyka się go w stanowiskach archeologicznych całej Europy i przyległych części Azji, najwyraźniej już wówczas – połączonych siecią transkontynentalnych dróg handlowych. Co z tego, że przenoszono ten krzemień, z braku innych środków transportu, na własnych plecach..?

Kapitalizm to po prostu normalność. Normalnym jest bowiem, że ludzie wolni zawierają między sobą takie umowy, jakie zawrzeć im się spodoba, na warunkach, które swobodnie uzgodnią.

Od tej normalności zawsze były pewne wyjątki. Te wyjątki bywały uzasadnione specyficznymi okolicznościami miejsca, czasu i stopnia opanowania sił natury przez człowieka – a czasem po prostu: widzimisię tych, którzy przemocą lub podstępem zdołali zawłaszczyć władzę.

Nigdy jednak nie było żadnego „niewolnictwa“, ani żadnego „feudalizmu“ w marksistowskim sensie tych terminów, bo ani realnie istniejące niewolnictwo, ani realnie istniejący feudalizm – nigdy nie wyszły poza status pewnego wyjątku od ogólnej zasady wolności wolnych umów między wolnymi ludźmi.

Jakie uzasadnienie dla OBECNYCH wyjątków od tej zasady proponują nasi współcześni „ludziowie rozsądni“, co to „nie popadają w ekstremizm“ i dlatego – „szukają prawdy pośrodku“, a czasem wręcz „trzeciej drogi“, jak trzeciej nogi między prawą a lewą co, przyznaję – niektórym kobietom i niektórym mężczyznom rzeczywiście przynosi godziwe środki utrzymania, a juści..?

8 komentarzy:

  1. E tam, kapitalizm. Kirk Douglas, idol mojej mlodosci!!! :))))

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawy artykuł. Na długość życia a raczej jej brakom wśród niewolników uprawiających trzcinę cukrową wpływał również fakt, że trzcinę uprawia się niemal na bagnach, które to stanowią idealne schronienie dla rozwoju przenoszących malarię komarów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie przeczy to przesłaniu artykułu, ale czy przypadkiem spartańscy heloci nie byli niewolnikami i czy nie stanowili większości społeczeństwa Sparty?

      Usuń
    2. Nie mam zdania w tej kwestii. To znaczy - Sparta była specyficzna, a ja za mało o niej wiem, żeby się wypowiadać. Wiem jednak, że był zwyczaj np. wywpowiadania co roku wojny helotom - a młodzież spartańska przechodziła inicjację mordując jakiegoś helota. Nasuwa mi to podejrzenie, że choć heloci byli ludnością z pewnością zniewoloną, to trudną ich traktować jako "majątek ruchomy"!

      O majątek przecież się dba, czyż nie..?

      Usuń
    3. Może ma to związek z tym, że ilość ziemi do uprawy była ograniczona a populacja rosła..?

      Usuń
    4. Proszę mnie nie cytować, ale sądzę jednak, że wynikało to głównie z faktu, że podbój i zniewolenie Messeńczyków przez Lacedemończyków było faktem nader świeżym - i że, zniewoliwszy swoich sąsiadów po wielu wiekach rywalizacji, popadli Spartanie w rodzaj obsesji na tle możliwego buntu i zemsty pokonanych.

      Nie bez racji zresztą: Rzymianie w pewnym momencie uwolnili helotów - i dali im założyć własne państwo, "wianuszkiem" otaczające okrojoną Spartę...

      Usuń
  3. Sadowa jest przykładem o tyle nietrafionym, że Prusacy mieli swój Sztab Generalny, niespotykany chyba w innych dziedzinach przykład skutecznej instytucjonalizacji tego, co normalnie stanowi kwestię talentu, w znacznej mierze uniezależniający sukcesy armii od kompetencji naczelnego dowódcy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda. Wygląda na to jednak, że Engels tego nie wiedział..?

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...