sobota, 5 stycznia 2013

Herosi i heroina

Mawia się czasem, że dzieło jest mądrzejsze od swojego twórcy. W o wiele większym stopniu dotyczy to kultury jako całości. Mimo, że to ludzie są twórcami kultury – kultura jest z całą pewnością „mądrzejsza“ nie tylko od każdego pojedynczego człowieka, ale i od wszystkich ludzi razem wziętych.

Dlaczego tak uważam? Przecież, koniec końców – ludzie są nie tylko twórcami, ale i nosicielami kultury, nie ma znaczenia jakie mądrości tkwią w papirusach przysypanych piaskami Pustyni Zachodniej, póki owe mądrości pozostają martwe, nie znajdując się w ludzkich głowach!

Ten problem, trwałości, siły oddziaływania, sposobu przenoszenia kultury – nie jest łatwy, ani mały, nie sposób go zbyć dowcipem. Bo też zaiste: czy wiedza o treści pewnych starożytnych i średniowiecznych apokryfów, łączących Jezusa z Marią z Magdali w stadło małżeńskie, owocne potomstwem, z którego wywodzić się miała potem panująca we Francji dynastia – była częścią kultury czy nie, póki pewien literacki hochsztapler nie zapodał jej w formie łatwo strawnej, a sensacyjnej papki, przyprawiając to Leonardem da Vinci i mrocznymi sekretami Watykanu..?



Jak to możliwe, że jakaś tandetna szmira potrafi przyćmić nie pozbawione wdzięku dziełko madame Aury sprawiając, że „odkrycie“ kobiecej uległości staje się nagle „tematem dnia“ – w 60 lat po francuskim pierwodruku „Historii O“?



Podaję takie przykłady nie bez powodu. Hochsztaplerstwo w obu wypadkach bowiem polega na tym, że autorzy tych tandetnych szmir podają się za oryginalnych autorów, odkrywców, twórców „sensacyjnej nowości“, która w jakiś tam sposób „zmienia oblicze naszej kultury“. Podczas gdy tak naprawdę niczego nowego nie odkryli, ani nie powiedzieli – spłycili tylko, pozbawili głębi, sensu i urody opowieści które przynajmniej pewnej części publiczności były już znane od dawna: a tylko nie kursowały w szerokim, komercyjnym obiegu. Tak samo jak nie kursuje w szerokim, komercyjnym obiegu „Księga Umarłych“, czy dzieło Mitannijczyka Kikkuli, o którym właśnie próbuję się czegoś dowiedzieć, ale mam problem, bo Australijka, która tłumaczyła go z hetyckiego na angielski, a potem przeprowadziła na własnych koniach potwórkę jego programu treningowego, dr Ann Nyland – konsekwentnie nie odpowiada na moje prośby o kontakt.

Jest więc kultura rzeczywiście mądrzejsza od swoich twórców – czy może jednak: głupsza? Skoro koniecznie trzeba spłycać, kastrować, ogłupiać – żeby idea czy dzieło mogło liczyć na dotarcie do mas?

Pewnym rozwiązaniem byłby podział na „kulturę wysoką“ i „kulturę pospolitą“ – nie wydaje mi się jednak, aby daleko nas to w tych rozważaniach zaprowadziło.

Prawdziwa mądrość kultury, swoisty spryt naszego języka, w tym bowiem właśnie leży, że jakimkolwiek by nie był tytanem ducha ten czy ów twórca kultury – jego wpływ na kursowanie propozycji, które przedstawia, jest praktycznie żaden.

Pomysł Platona – to, co Reale nazywa „drugim żeglowaniem“, a więc refleksja metafizyczna – został praktycznie zapomniany niedługo po śmierci Teofrasta, pierwszego następcy i wydawcy Arystotelesa. Hellenistyczni Grecy dużo bardziej niż dociekaniami o prawdziwej naturze bytu interesowali się praktycznymi wskazówkami co do tego, jak godnie (i wygodnie) żyć w świecie, który nagle stał się taki ogromny w porównaniu do ich skalistej ojczyzny – rozciągnął się od Sycylii po Indus.

Pomysł ten odkryto ponownie po wiekach – nie przejmując się przesadnie ani prawami autorskimi, ani poglądami samego pierwoodkrywcy na to, jak te lub inne zagadnienia rozwiązywać. W efekcie, po kolejnych transformacjach i rewolucjach – obfitujących w herosów, takich jak Roger Bacon, Galileusz, co by tylko pierwszych z brzegu wymienić – doszliśmy na koniec do takiej nauki, jaką mamy dzisiaj.

Czy był to tylko ciąg szczęśliwych trafów, dzięki któremu w kilka wieków po Platonie urodził się św. Augustyn, po nim św. Tomasz, Galileusz i inni..? Czy też – ciąg zdarzeń logicznie wynikających jedno z drugiego, który MUSIAŁ doprowadzić, koniec końców, do teorii strun czy badania ludzkiego genomu?

I tak – i nie. Nic tu bowiem nie jest proste! Język, czyli ogół kodów, którymi posługuje się człowiek, oraz kultura, która jest płodem ludzkiego działania to obszary szczególnej wolności – da się bowiem tworzyć konstrukcje językowe w całkowitym (przynajmniej pozornie…) oderwaniu od świata materialnego, a i sposobów organizacji ludzkiego świata przy danym poziomie opanowania sił natury, jest niepoliczalna liczba, z której faktycznie ludzie realizują tylko drobną część.

W przeciwieństwie do najczęstszych na ten temat poglądów uważam, że kultura ma więcej „stopni swobody“, niż każda z jednostek ludzkich, które są jej nosicielami. Postępując bowiem dostatecznie metodycznie i drobiazgowo, zdołamy zapewne wytłumaczyć przyczynowo, dlaczego urodził się ktoś taki jak Platon, skąd wzięły się jego poglądy na świat, dlaczego zamiast poezji uprawiał filozofię i czemu nie lubił współczesnych sobie Ateńczyków. Jak jednak wytłumaczyć, dlaczego Ateńczycy najpierw upodobali sobie wazy czarnofigurowe, a potem woleli jednak – czerwonofigurowe? Czy odwrotnie – mniejsza z tym!

Wbrew pozorom, wielcy herosi kultury, twórcy nowych wartości, idei i koncepcji – wcale nie pociągają za sobą tłumów wyznawców. Albo inaczej: jest to mniej – więcej tak samo prawdopodobne jak sytuacja zgoła odwrotna – gdy to wyznawcy pociągną za sobą swojego mistrza, czy to interpretując na swój sposób jego nauki (i stąd nader uprzejmym ze strony „mistrzów“ – jest umierać możliwie co rychlej po przekazaniu swojej Rewelacji – martwych „mistrzów“, cechuje niepomiernie większa elastyczność poglądów niż żywych..!), czy to wciągając swego „mistrza“ w konflikt z wyznawcami innych „mistrzów“ – gdzie już nie osobiste inklinacje i upodobania, a matematyczna logika gry dyktują sposób postępowania.

Cóż w tym dziwnego, zresztą? Są dwie metody opanowania zbiegłego stada koni. Teoretycznie wystarczy złapać klacz dominującą („alfę“), a stado pójdzie za nią posłusznie. Co jednak zrobić, gdy alfa złośliwie złapać się nie daje? Wtedy, trzeba wyłapać wszystkie pozostałe konie, lub przynajmniej ich większość – a szefowa, czy tego chce, czy nie chce, pójdzie za swoimi poddanymi…

Jest to podstawowy powód dla którego irytuje mnie indywidualistyczny woluntaryzm. Przekonanie, że „jednostka tworzy wartości“ to zwykłe złudzenie – omam, błąd poznawczy, widziadło senne. Heroina dla herosów kultury – innymi słowy! Nawet jako metafora, jest koncept „jednostki – twórcy wartości“ nie tyle zbędny nawet, co szkodliwy – podobnie jak (również z indywidualistycznego woluntaryzmu się wywodząca) idea „umowy społecznej“ zakłamuje rzeczywistość, tworząc miłe ludzkiej dumie złudzenia.

Owszem – świat języka, jest światem wolności. Z tego jednak w najmniejszym stopniu nie wynika, że da się powiedzieć wszystko, co tylko się komuś żywnie zamarzy. Po pierwsze – to też trzeba umieć. Trzeba zatem opanować reguły posługiwania się kodem tak, aby nadawać przekaz zrozumiały i sugestywny. Nie jest to bynajmniej kwestia jakiejś mitycznej „woli mocy“, czy „bezczelności“ – jak to sobie niektórzy wyobrażają – bo te „jakości“ czysto osobiste, są bez znaczenia niemalże, jeśli zabraknie dla nich podłoża, w postaci dostatecznie głębokiej akulturacji. „Bezczelny“, „ekspansywny“, pełen „woli mocy“ małpolud, który nie potrafi powiedzieć ani „be“, ani „me“, to może co najwyżej karierę w cyrku zrobić: nawet w celu popełniania trywialnych szmir i czerpania stąd niskich korzyści, trzeba jednak coś umieć. Lub przynajmniej – zatrudniać zdolnego i dobrze opłacanego marketingowca…

Już tym sposobem „twórca kultury“ sam jest jej „tworem“ – bo go cały ten balast odniesień, wzorów i idei, który musiał przyswoić, aby móc z powodzeniem funkcjonować wśród ludzi, tym samym determinuje. Co, swoją drogą – jest szczególnie wyraźnie widoczne u twórców programowo odcinających się od swoich korzeni. Niezależnie od tego, czy są to twórcy dzieł sztuki, czy systemów moralnych. Zazwyczaj bowiem, nie powstają w ten sposób żadne nowe idee, a tylko – negatywy idei panujących poprzednio. Czyż można sobie wyobrazić większe zniewolenie..? A jednak! Ateista post-chrześcijański nie dogada się z ateistą post-konfucjańskim. Brak im wspólnych wartości, które mogliby pospołu zanegować.

W ostatecznym rachunku idee autonomizują się względem swoich twórców i żyją własnym życiem. Nikt też, żaden z „herosów kultury“, o których już wiele razy wspominałem, nie może prawdziwie rzec, że od niego się wszystko zaczyna, on jest źródłem i cezurą. Kultura to patchwork i to taki, który nigdy nie jest „gotowy“, bo wciąż się doń doszywa jakieś gałganki czy szmatki, w zdecydowanej większości – z odzysku – a inne odpruwa, by po jakimś czasie znaleźć je na wysypisku i, przerobiwszy, przyszyć z powrotem. Kontynuacja jest ZAWSZE ważniejsza od innowacji – a doświadczeń raz przebytych, praktycznie nie da się wymazać chyba, że zginą w otchłani czasu wraz ze swoimi twórcami tak dokumentnie, że żaden ślad materialny po nich nie zostanie. ZAWSZE też – ważniejsze jest to co ponadindywidualne, od tego co jednostkowe.

Wyczulenie na ciągłość, poszukiwanie odniesień do eksperymentów z przeszłości i lekcji, które ludzkość już przeszła – to, moim zdaniem, cecha nie tylko urodzonego konserwatysty, ale też i – element fundamentalnej strategii przetrwania dla naszego gatunku. Brać się bowiem za bary z naturą ani się oglądając za siebie i nie bacząc na to, czy ktoś kiedyś już aby nie był w podobnej sytuacji i jak mu wtedy poszło, jest głupio, choć zapewne: romantycznie.

To, co jednostkowe, w granicy zmierza do niepoznawalnego, a przynajmniej – niekomunikowalnego. Wychodzi zatem poza język i poza kulturę, znikając nam tym samym z pola widzenia. Nie można wykluczyć, że któryś z warszawskich nurków śmietnikowych przeżywa w tej chwili, gdy to piszę, Rewelację tak wstrząsającą i piękną, że cały dotychczasowy dorobek 200.000 lat ludzkiej kultury blednie przy tym jak ogarek w blasku Słońca. Cóż z tego jednak – skoro jest owa Rewelacja, tylko trochę wspomagana „Nalewką babuni“ (Jezu, ale to świństwo! Sąsiad kupił ostatnio na święta i dał nam powąchać – ale nie było chętnych, żeby to pić – chyba wylał..?) – totalnie niewyrażalna w żadnym ludzkim języku. Tym samym, tak zyskane wewnętrzne bogactwo naszego bohatera, może mu nieco ułatwić osobiste życie, a zwłaszcza – jakże bolesne przebudzenie następnego poranka – dla nas jednak, jest tak bez znaczenia, jak stan atmosfery Marsa u podnóży Mons Olimp latem zeszłego roku…

Z tego punktu widzenia profanacja, której dokonał Dan Brown, nie jest już taka istotna. Zrobił to, a właściwie – zrobił to jego zespół marketingowców – kierując się prostoduszną chytrością szczura, który porywa taki tylko kawałek świątecznej pieczeni, jaki jest w stanie unieść. Jednak – kultura jest chytrzejsza od Dana Browna: kto wie, może w przyszłości, dzięki jego podłej szmirze, ktoś inny wpadnie na lepszy pomysł ożywienia mitu Świętego Graala..?

Kultura determinuje sposób myślenia i działania jednostek – ale sama nie poddaje się w tak prostoduszny sposób ich działaniom, nie jest stosunek jednostki do kultury i jednostki do zbiorowości symetryczny, ani odwracalny (nie jest do pomyślenia jednostka istniejąca w oderwaniu od zbiorowości i w oderwaniu od kultury – podczas gdy żadna konkretna jednostka nie jest niezastąpiona dla zbiorowości i dla kultury…): dlatego właśnie uważam, że jest mądrzejsza nie tylko od każdego pojedynczego człowieka, ale i od wszystkich ludzi razem wziętych. Niezależnie od tego, że jest w pewnym sensie sumą tego, co wszyscy ludzie razem wzięci mają w swoich głowach. Najwyraźniej – jest to taki przypadek, kiedy elementy zbioru nie sumują się, tylko – mnożą..?

26 komentarzy:

  1. Rzecz w tym, że to jednak jednostki dają początek zmianom. To one popychają masy do działania. Sam Chrystus - na przykład - niewiele zrobił, by propagować swój kult. Ale bez niego to by się nie zaczęło.

    Nie czytałam bestsellera o panie Grey'u i jego podobno niezwykłych upodobaniach (piszę to z przekąsem, bo po tym, jak odkryłam kilka lat temu w Internecie reklamę osobliwych usług seksualnych, wśród których znajdowały się nie tylko fisting i spanking, ale także MUMIFIKACJA, nic mnie już nie zdziwi). Już prędzej przebrnę przez "Historię O". Rozważam założenie bloga, na którym znajdowałyby się wyłącznie teksty cudze, m. in. fragmenty tej powieści. Niech ludzie wiedzą, o czym się pisało ponad pół wieku przed Greyem. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Popychają - albo tak się im (lub ich wyznawcom...) wydaje.

      Przykład wyjątkowo nieszczęśliwy...

      Usuń
    2. Ostatecznie - nie mamy zbiorowego mózgu. Kultura jest wytworem działania wszystkich jednostek, które chcą i mogą na nią oddziaływać. A że niektóre oddziałują niefortunnie? A przed kim miałyby się tłumaczyć?

      Usuń
    3. Jest dokładnie odwrotnie niż piszesz!

      Właśnie dlatego, że nie mamy zbiorowego mózgu, mamy język. I to ten język (i kultura) właśnie nam ów "zbiorowy mózg" zastępuje. To nie kultura jest wytworem działania jednostek - to jednostki są wytworem kultury!

      Kultura określa sposób definiowania "ja", postrzegania rzeczywistości, ciała, potrzeb - jednym słowem: wszystko, bez jakiejkolwiek reszty.

      Jest tylko złudzeniem mniemanie, iż to jednostki dokądkolwiek "popychają" kulturę. W rzeczywistości - same są przez nią popychane. Człowiek jest zdeterminowany - kultura jest wolna. Człowiek jest tylko narzędziem - kultura jest celem.

      Dokładnie to samo zresztą tyczy się naszego DNA, którego język naturalny jest swoistym "echowym odbiciem" - z tym, że DNA "mówi" bezpośrednio naszymi ciałami, które są dlań tylko chwilową artykulacją - a kultura "mówi" poglądami i działaniami swoich przedstawicieli.

      Twój indywidualistyczna woluntaryzm nie jest nawet niemoralny. On jest zwyczajnie... naiwny..?

      Usuń
    4. "To nie kultura jest wytworem działania jednostek - to jednostki są wytworem kultury!"

      Jedno i drugie. Kultura sama z siebie się nie zmienia. Coś (ktoś) daje początek zmianom.

      A że lwia większość ludzkości jest "popychana", to już inna sprawa.

      O tym, czy coś jest moralne czy nie, każdy decyduje sam. Myślisz, że ktoś się przejmuje na serio opinią innych? Raczej tym, czy inni się "dowiedzą i osądzą". :)

      Usuń
    5. Powiem tak: to nie Mickiewicz mówił językiem polskim, tylko język polski mówił Mickiewiczem - albowiem w samym tylko kombinatorycznym bogactwie naszego języka tkwił był "Pan Tadeusz" od zarania dziejów jako byt potencjalnie możliwy, na równi z miriadami innych wierszy już napisanych i tych, które dopiero napisane zostaną.

      Osobista zasługa ojca wielu dzieci, ślubnych i nieślubnych - mniejsza jest, niż jemu samemu się wydawało, ponieważ nie wymyślił "Pana Tadeusza", a tylko - odkrył go dla nas, wydobywając z owej potencjalności. Tak samo zresztą, jak Pitagoras nie stworzył swojego twierdzenia, tylko je odkrył - a Kolumb nie stworzył Ameryki, tylko zabłądził w drodze do Indii...

      W kulturze oczywiście przejawia się ludzka twórczość, ale inaczej niż Tobie się wydaje - dużo mniej patetycznie i dużo mniej prometejsko. Wpływ każdej konkretnej jednostki na kulturę jest pomijalny. Gdyby Mickiewicz nie odkrył nam "Pana Tadeusza", to zapewne - w dostatecznie długim czasie (inna sprawa, że czas ten może przekraczać przewidywane trwanie naszej Galaktyki...), zrobiłby to ktoś inny. To samo dotyczy też sprawy wartości - twierdzić, że jakakolwiek jednostka "tworzy wartości" - nie wiem, czy to bardziej śmieszne, czy bardziej żałosne..?

      Usuń
    6. Potencjał może tkwić w kulturze, ale realizuje się dzięki woli jednostki. Oczywiście wola istnieje tylko na poziomie świadomości.

      Usuń
    7. Innymi słowy: jest tylko figurą retoryczną - i sposobem na poprawę samopoczucia. I czy to warto wokół tak wątpliwego pojęcia budować ideologię..?

      Usuń
    8. Jednak bez wolnej woli (choćby i podświadomość takowej nie miała) nie da się w ogóle czytać tego, co Ty tutaj wypisujesz. Od razu można powiedzieć to, co ja mówię: hulaj dusza, piekła nie ma. Tyle że ja tak mówię, bo wiem, że odpowiadam tylko przed swoim sumieniem; a Ty musiałbyś tak powiedzieć, bo jesteś wyznawcą jakiegoś osobliwego rodzaju determinizmu...

      Usuń
    9. Sprzeczność między determinizmem a wolnością to temat na jakiś osobny wpis.

      A Piekło przecież z pewnością istnieje. Piekło to Inni...

      Usuń
    10. "Sztuka jest jak najwyższe z rzemiosł apostoła i jak najniższa modlitwa anioła". C.K.N. Innymi słowy nie tworzymy kultury, pod wpływem kultury uda się czasem "popełnić" "Pana Tadeusza", którego skądinąd, nie lubię, choć czuję respekt przed formą...

      Usuń
  2. Kultura ma większą odporność i potencjał do samoregulacji niż poszczególny człowiek. Choćby w tym jej "siła".

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam,

    Nie ulega wątpliwości, ze kultura jest pierwotna, a jednostka wobec niej wtórne. Oczywiście, ze kultura może istnieć bez jednostek, a odwrotnie taka zależność nie zachodzi. Choć przyznać trzeba, ze w rzadkich sytuacjach to od jednostki czy tez bardziej zindywidualizowanego zestawu cech, zależy przetrwanie kultury. C

    OdpowiedzUsuń
  4. Odnośnie zaś wolnej woli, to odpowiem Kroeberem. Zastanawianie sie nad wolna wola człowieka jako jakas kategoria absolutna jest podobne śmieszne jak zaatanawianie sie, czy organizmy tworzące radę kolarową miały wolny wybór ;)

    Pozdrawiam i przepraszam za literowki ale pisze z małej, niewygodnej klawiatury.

    Pozdrawiam
    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To istnieją jakieś absoluty? Ja tam uznaję tylko to, co... ja uznaję. Czyli A równa się A. Co było do udowodnienia.

      Usuń
    2. Weź Ty się raz zdecyduj. Albo "uznajesz to... co uznajesz" - więc jesteś solipsystką w najgorszym, a woluntarystką absolutną w najlepszym razie i żadna dyskusja z Tobą nie ma sensu, bo jakże ja Cię mam do czegokolwiek przekonać, jeśli jestem tylko Twoim złudzeniem..?

      Albo jednak nie "uznajesz to... co uznajesz", tylko JEDNAK ów hipotetyczny świat zewnętrzny ma jakieś reguły od Twojego widzimisię niezależne. A w takim razie żadne A nie równa się A - póki się tego nie udowodni...

      Usuń
    3. Nie jestem relatywistką poznawczą, tylko moralną. Tak więc oceny działań nie są dla mnie interesujące, poza moją własną. Ale ja nie o tym... teraz. Chodziło mi o to, że nie tworzę żadnych teorii o "kategoriach absolutnych".

      Usuń
  5. Chodziło mi oczywiście o rafe koralową.
    M.

    OdpowiedzUsuń
  6. Witaj,
    Cóż, perspektywizm jest nudny, no przynajmniej od któregoś momentu ...

    Pozdrawiam
    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń
  7. Droga Kiro,

    Moje zdanie bez słowa absolutna, które tak Cię pochłonęło ma dokładnie taki sam sens.

    Odnośnie zaś wolnej woli, to odpowiem Kroeberem. Zastanawianie sie nad wolna wola człowieka jest podobne śmieszne jak zaatanawianie sie, czy organizmy tworzące rafę koralową miały wolny wybór ;)

    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń
  8. Witam,

    Ponadto nie da się oddzielić epistemologii od moralności. To jak awers i rewers.

    Pozdrawiam
    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie znam się na filozofii. Zawsze interesowały mnie FAKTY. Faktem - a nie wymysłem - jest, iż jednak w jakimś sensie człowiek wolną wolę posiada. Bez tego w ogóle nie można by mówić o moralności. Byłoby to idiotyzmem.

      Usuń
    2. Wolność woli, jak uczy doświadczenie, jest w każdym razie KONIECZNĄ fikcją prawną w ramach prawa karnego ("fikcje prawne" to takie założenia, o których wszyscy doskonale wiedzą, że są nieprawdziwe, ale mimo to, przyjmuje się z pewnych względów je za pewniki - np. to, że KAŻDY ZNA PRAWO, jeśli tylko było ogłoszone w sposób prawem przewidziany, i że w związku z tym - nieznajomość prawa nie zwalnia z odpowiedzialności...).

      Dlaczego? Dlatego, że jeśli tylko odchodzi się od tego założenia - liczba i dotkliwość przestępstw natychmiast rosną!

      Nic z tego jednak nie wynika a propos tego, czy wola jest rzeczywiście wolna, czy tylko nam się tak wydaje. Spróbuję napisać o tym obszerniej, choć jestem dzisiaj bardzo zmęczony. W wielkim skrócie jednak: teza, iż "sądy moralne" nie mają wartości logicznej ma sens tylko wtedy, gdy przyjmujemy jakieś "substancjalne wyobcowanie" człowieka z natury. Które to założenie było całkowicie naturalne i wręcz oczywiste w czasach, gdy filozofowie Koła Wiedeńskiego uprawiali swój niecny proceder demontażu filozofii.

      Problem w tym, że dzisiaj raczej nie mamy już wątpliwości co do tego, że teza ta jest nieprawdziwa. Człowiek POD KAŻDYM WZGLĘDEM podlega tym samym prawom natury co wszystkie inne zwierzęta.

      A to oznacza, że i jego moralność jest tym prawom podległa. Można sobie roić, że "fiat iustitia, pereat mundi" - ale brutalna prawda jest taka, że założenie to było na pewnym etapie pożyteczne dla przetrwania gatunku i tylko dlatego miało szansę się pojawić!

      Więcej: w osobnym wpisie. Nie gwarantuję, że dzisiaj...

      Usuń
    3. To, że podlega jakimś zupełnie niezależnym od niego, bezrozumnym (bo istniejącym nie z nadania istoty rozumnej, ale same z siebie) prawom, nie wyklucza, że w PEWNYCH sprawach to on decyduje. Owszem, może i nasz mózg podjął już decyzję (czy skręcić w prawo czy w lewo, kupić pączka czy gniazdko), lecz ciągle piszę o ŚWIADOMOŚCI.

      Usuń
    4. Czyli o swoim dobrym samopoczuciu... Zatoczyliśmy chyba koło w dyskusji - co dowodzi, że pora zmienić temat!

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...