czwartek, 17 stycznia 2013

Fetysz kompetencji

Zażyłem tabaki (a mam wyśmienitą!), walnąłem szklaneczkę płynu karmelem barwionego, posmuciłem się nad skrzynką pocztową, na którą mi, z kilku portali, ogłoszenia o pracy przychodzą – i tak sobie myślę: już Platon, 2500 lat temu jednym dialogiem kładąc podwaliny zarówno pod utopię, jak i pod socjologię zauważył, że wśród mnóstwa różnych specjalności zawodowych koniecznych, aby mogło funkcjonować ludzkie życie zbiorowe – na szczególną uwagę zasługuje specjalność zarządzania.

W jaki jednak sposób proponował kształcić „strażników państwa“, jego władców i obrońców..? Przede wszystkim – zalecał uczyć ich… matematyki i filozofii!

Co ma matematyka i filozofia wspólnego z rządzeniem? Prawdę powiedziawszy, matematyka to może i coś ma – zwłaszcza, jeśli mamy na myśli teorię gier, czy (matematyczną) teorię konfliktów. Dyscypliny, skądinąd, w czasach Platona jeszcze nie istniejące, a i współcześnie – jakoś mało popularne. Co wnioskuje po tym, że nie tylko Państwo, Moi Wierni Czytelnicy, ale nawet użytkownicy forum historycy.org, zwykle wolą do roztrząsania ważkich problemów naszej cywilizacji używać tak przestarzałych i niejasnych konceptów jak „zdrowy rozsądek“, a czasem nawet – „honor“, czy „poczucie sprawiedliwości“.

Pod tym względem, jedyny znany mi w polskiej blogosferze wyjątek, to Profesor Bobola – z którym nie zgadzam się tylko o tyle, że, moim zdaniem zbyt powierzchownie, a nawet naiwnie, podchodzi do pewnych pojęć biologicznych: jako praktyk z pewnym jednak przygotowaniem teoretycznym (skończyło się w końcu te studia podyplomowe, czyż nie?), nie potafię np. pojęcia „rasy“ używać tak bezkrytycznie, dobrze wiedząc, skąd się ono wzięło i czemu służy – wkrótce zresztą, coś a propos genezy „ras“ koni powinienem dla Polskiego Instytutu Kultury Jeździeckiej popełnić – jako drugą część już rozpoczętego cyklu, na bazie dawniejszych poszukiwań filologicznych, i nowszych, a dopiero liźniętych przelotnie – badań polimorfizmu końskiego DNA.

Równie starannej krytyki jak pojęcie „rasy“, wymaga też i pojęcie „narodu“ – zaś analogia do biologicznej walki o przetrwanie tak samo jak państw, tyczy się też kultur – i nie widzę żadnego fizycznego zakazu, który by uniemożliwiał zwycięskie szerzenie się kultury tam, gdzie jej pierwotny biologiczny „nośnik“, w postaci ludu, który jej pierwociny stworzył – wymiera zgoła! W istocie: wiele razy tak właśnie w dziejach było. Język dziedziczności i język naturalny (którego pochodną jest kultura) nieprzypadkowo cechuje swoiste „echowe podobieństwo“ – sfery te są od siebie wzajem niezależne i dopiero nałożenie ich oddziaływań daje jakąś sensowną macierz obrazującą realne zachowania ludzi.

Wracając do naszych baranów: pomysł Platona co do ogólnej zasady się nie przyjął – aczkolwiek, niewątpliwie, w curriculum młodzieńców z dobrych rodzin, słuchanie wykładów jakiegoś filozofa należało do punktów obowiązkowych. Zdecydowanie – bez matematyki! Chyba, że ktoś specjalnie chciał i lubił…

Podstawą wykształcenia elit od głębokiej starożytności, aż do czasów całkiem niedawnych, była przede wszystkim literatura: zaczynając od Homera (choć pewnie były też jakieś wcześniejsze wzorce na Bliskim Wschodzie…) już u archaicznych Greków, przez kanoniczny corpus dzieł antycznych wykładanych w ramach średniowiecznego i nowożytnego (różnice były tu drugorzędne – tyczyły się raczej sposobu wykładu, a nie jego treści!) kursu „gramatyki“, „poetyki“ i „retoryki“, Biblię która u wielu protestantów była przez parę wieków jedynym wykładanym dziełem, aż po Joyce’a, po którym, jak twierdzi pan Michalkiewicz, mieli się za komuny rozpoznawać „kochający inaczej“.

Do naszych czasów przetrwały głównie te dzieła starożytne, które w swoim czasie trafiły na „listy lektur szkolnych“ – bo tylko wówczas były kopiowane w tysiącach egzemplarzy, co znakomicie zwiększało szansę ich przetrwania przez dziejowe zawieruchy (na tej samej zasadzie przetrwało też do nas trochę starożytnych „prohibitów“ – bo je kopiowano „pod stołem“, z wypiekami niezdrowej sensacji na licach…). Proces był niemal kołowy: kopiowane było dzieło uznane za przydatne w edukacji – a przydatne w edukacji były te dzieła, który były… dostępne, ponieważ w swoim czasie zostały skopiowane w wielu egzemplarzach!

Po co to wszystko? Po co młodemu, rzymskiemu patrycjuszowi pamięciowe opanowanie Homera i greckich mitów oraz ćwiczenie retorycznych wprawek o takiej treści i w takiej formie, która już absolutnie nie nadawała się do praktycznego wykorzystania podczas rozprawy sądowej lub obrad publicznych? Po co – nader podobne – wykształcenie patrycjuszowi florentyńskiemu z XV wieku, albo angielskiemu dżentelmenowi z wieku XIX?

Po to samo, po co „kochającym inaczej“ potrzebne były egzemplarze „Ulissesa“: żeby się nawzajem rozpoznać.


Wykształcenie nie tylko nie musi, ale wręcz – nie powinno uczyć umiejętności praktycznych i przydatnych w codziennym życiu – jeśli ma służyć kształceniu elity. Utylitaryzm ewentualnego kształcenia dzieci, to cecha płaskich groszorobów – ludzi, którzy w żadnym razie do elity nie należą, bo są na to zbyt biedni, na co konieczność zarobkowania rękoma lub głową, wyraźnie wskazuje. Elita to ci, którzy już pracować – w żaden sposób – nie muszą.

Jak najłatwiej poznać, kto do takiej elity rzeczywiście należy, a kto się tylko podszywa? Najprościej i najłatwiej, od pierwszego rzutu oka i pierwszego słowa: ten jest prawdziwym członkiem elity, kto zachowuje pełną godności postawę w każdych okolicznościach (niezależnie od tego, jak bardzo by to było niewygodne czy niepraktyczne), kto wyróżnia się strojem (im mniej ten strój jest praktyczny, tym lepiej – tu jednak, bywały wyjątki: zwłaszcza tyczyło to elit wojowniczych…), a przede wszystkim: panowaniem nad sobą, wyszukaną mową, no i właśnie – kompetencją specyficzną, bo całkowicie od praktycznych potrzeb życia oderwaną – znajomością literatury.

Poświęcenie najlepszych lat życia na wkuwanie na pamięć niezrozumiałych już dla przeciętnego człowieka wersów dawno umarłych poetów zamiast nauczenia się jakiegoś praktycznego zawodu, to najlepszy dowód przynależności do klasy ludzi, którzy pracować nie muszą. Owszem: zwykle klasy wyższe posuwały się nawet i dalej w swojej ostentacji. Demonstracyjne próżniactwo może przybierać różne formy. U zarania „naszej“ cywilizacji, takim rodzajem ostentacji był zwyczaj zamieniania nocy w dzień – po to bowiem zbierali się greccy arystokraci na całonocnym „wspólnym piciu“, by tym sposobem pokazać wszystkim wokół, że stać ich na przesypianie całych dni potem.



Zastanawiam się – co się właściwie pod tym względem zmieniło..? Zrazu można by sądzić, że wszystko: cnotą obecnie jest pracowitość, a kto się głośno i publicznie przyznaje do próżniactwa, ten ściąga na siebie nie nabożny podziw, jak dawniej, a pełną złości zawiść.

Skądinąd jednak, jesteśmy przecież od tych biednych, starożytnych Greków tysiące razy zamożniejsi! Wierzyć się nie chce zatem, że mniej u nas próżniaków żyjących z majątku lub jakiegoś rodzaju renty, bez potrzeby kalania sobie rąk czy głowy pracą..?

To prawda, ale spora większość owej „klasy próżniaczej“, to nie bogacze, tylko właśnie – najbiedniejsi, którzy żyją z zasiłków, rent i stypendiów. Próżnują, owszem – i nawet, w ujęciu bezwzględnym, bogatsi są w tym swoim próżnowaniu od swych starożytnych antenatów – przecież jednak, nie szczycą się tym i nie chwalą na każdym kroku, tylko raczej – narzekają, jawnie demonstrując wspomnianą już, pełną złości zawiść do wsystkich, którzy „posiadają“ więcej od nich.

Jeśli ktoś nie pracuje, bo nie musi – nie z biedy, a z bogactwa – to raczej, miast się tym chwalić publicznie, ukrywa się starannie: za wysokimi murami dobrze strzeżonych willi czy całych, „monitorowanych“ dzielnic. Napytałby sobie biedy, gdyby robił inaczej!

Swoją drogą: czy ktoś badał „kulturotwórczą“ działalność niepracujących meneli? Oni tylko piją i klną ordynarnie, czy jednak – coś przy okazji, bo ja wiem? Deklamują, bazgrolą na ścianach, przyśpiewki jakieś mają, dowcipy bodaj, mity własne i legendy..? Nasz sklep wiejski przyozdobił niedawno słusznych rozmiarów napis o treści (pisownia oryginalna): „Nigdy w życiu tak nie żygałem“. Toż to jest zaczątek nowej historiografii! Wola upamiętnienia zdarzeń przeszłych – ku pamięci potomnych…

Można takim „kulturotwórstwem“ gardzić – czy jednak jakieś inne mamy do wyboru..? Na bogaczy bym nie liczył – skoro bowiem zmuszeni są ukrywać się ze swoim bogactwem (co, tak na marginesie, chyba nie świadczy zbyt dobrze o tzw. „sytuacji ogólnej“, czyż nie..?), to wątpliwe, by chcieli się ujawniać en mass jako mecenasi bodaj – jakiejś specyficznej kultury.

Kulturotwórcza rola bogaczy uległa erozji już zresztą w czasach hellenistycznych: bo gdy się greccy arystokraci wzbogacili na kampaniach Macedończyka – wrychle też odkryli, że zamiast, po amatorsku, samemu składać heksametry, wygodniej jest zatrudnić „fachowca“ – sobie pozostawiając mniej aktywną rolę słuchacza i sędziego dobrego smaku. Stąd właśnie wzięła się „inteligencja“ – szczególna klasa ludzi wykształconych jak bogaci, a mimo to – na tyle biednych, że zmuszeni są szukać zarobku!

Już po kilku wiekach inteligencja odkryła zresztą, że wcale nie musi szukać niepewnej łaski prywatnych patrycjuszy – bo dużo hojniejszym i, przede wszystkim, dużo mniej wymagającym patronem jest imperialne gosudarstwo. Od tej pory też, „wykształcenie klasyczne“ i służba gosudarstwu idą ręka w rękę przez następne tysiąclecie z okładem!

Analogiczny proces, który toczył się w Chinach doprowadził, jak wszyscy wiemy, do wprowadzenia za rządów dynastii Tang (nasze wczesne średniowiecze) systemu egzaminów państwowych – egzaminów, których przedmiotem była znajomość literacko – filozoficznej klasyki chińskiej – jako sposobu rekrutacji rządzącej biurokracji.

W Europie, o czym już kiedyś pisałem, egzaminy przyjęły się dopiero w XIX wieku. Jednak dużo wcześniej – zdobycie „wykształcenia klasycznego“ gwarantowało niemal – zatrudnienie w służbie gosudarstwa: lub przynajmniej – jakieś beneficjum z łaski władzy, pozwalające nie troszczyć się o utrzymanie. Mikołaj Kopernik jest mi świadkiem i przykładem – i jego kanonia fromborska, którą otrzymał, choć księdzem nie był: pełnił tylko, na rzecz swojego wuja, biskupa, pewne funkcje administracyjne, a poza tym – mógł się dowoli zajmować nauką.

Pod tym względem – chyba aż tak wiele się nie zmieniło? Domyślam się, że Państwo już od pewnego czasu zgadujecie, że piję do naszej obecnej nadprodukcji magistrów z ministerialnymi ambicjami. Otóż: nie do końca. Bardziej chciałem zwrócić uwagę na prostszy, ale też i – bardziej fundamentalny fakt.

Jeszcze w czasach studenckich zdarzało mi się zdawać egzaminy za studentów ekonomii, prawa czy zarządzania. W ogromnej większości przedmioty, które im wykładano – to stek bzdur, których związek z rzeczywistością jest nader abstrakcyjny. NIE WIERZĘ, że podczas swoich studiów, rzeczywiście opanowują jakąś „obiektywną wiedzę fachową“, która „daje im kompetencję do sprawowania rządów“.

To tylko mit. Rodzaj fetyszu. Tak naprawdę – uczą się tego wszystkiego dokładnie w tym samym celu, dla którego Grecy wkuwali na pamięć Homera – żeby móc się odróżnić (głównie: specyficznym żargonem!) od tłumu „profanów“.

„Wykształcenie klasyczne“ odeszło w przeszłość wraz z triumfem bezinteresownej zawiści w naszym życiu publicznym – gdzieś tak około I wojny światowej i rewolucji bolszwickiej. Ale przecież: po czymś muszą się kandydaci na władców rozpoznawać, czyż nie..? Skoro nie po „Ulissesach“, bo ten sygnał zawłaszczyła już inna grupa, to..?

Nie jestem pod tym względem nic a nic lepszy od moich rówieśników. Powiedzmy sobie szczerze: związek takich przedmiotów, wykładanych na kierunku „stosunki międzynarodowe“, jak „historia doktryn politycznych“, czy „organizacje międzynarodowe“ – o „międzynarodowych stosunkach kulturalnych“ (Boże dopomóż!) nie wspominając – z tym, co faktycznie robiłem w życiu zawodowym – jest dokładnie żaden. Mimo to uważam, że byłem dobrym handlowcem i niezłym szefem – może tylko za wiele rzeczy robiłem samemu, zamiast delegować – ale tak to już jest, jak się potrafi mówić równie dobrze na wdechu co na wydechu: brak cierpliwości, by czekać, aż praca zostanie wykonana przez kogoś innego… Ale pracowałem nad tym problemem, pracowałem.

Dużo gorzej mi szło potem, gdy zamiast pracy w dużej organizacji, gdzie z większością współpracowników rozumiałem się prawie bez słów – dzięki temu właśnie, że podzielaliśmy wspólny „kod kulturowy“ – przyszło mierzyć się z prawdziwym życiem w roli sprzedawcy. Z przyczyn, które dla mnie samego są niejasne, gdzieś mi się ulotniła cała przedsiębiorczość, zaangażowanie, sprawność – wszystkie te cechy, które były przyczyną zarówno mojej kariery, jak i mojego upadku w „poprzednim życiu“. W bogatszym kraju niż Polska, pewnie bym poszedł na rentę, a co najmniej na długi „urlop zdrowotny z powodu wypalenia“. Mam się tu nad czym i po co zastanawiać – pieniądze z dopłat powoli się kończą, a tu żadna praca na horyzoncie się nie rysuje: bodaj jeszcze nigdy posucha w tej materii nie trwała tak długo!

Program Platona – w każdym razie – planowej „hodowli“ władców, jest oczywiście utopijny. Występuje tu bowiem, jak się zdaje, pewna fundamentalna sprzeczność: wykształcenie praktyczne nie może być elitarne – zaś elita kształcona w sposób praktyczny – zatraca swoją „elitarność“. Co przecież, obecnie, na każdym chyba kroku widzimy..?

6 komentarzy:

  1. wójek dobra rada17 stycznia 2013 17:48

    Napiszę parę słów, bo mi żal patrzeć jak się produkujesz w internecie, nie zwiększając czytelności tego bloga (wnioskuję po ilości komentarzy i gronie komentującym).
    Jak chcesz zrobić karierę w blogosferze albo chcesz chociaż aby Twój blog był popularny, musisz pisać krótsze teksty. Tak żeby się dało ogarnąć wzrokiem i zorientować o co chodzi.
    Unikaj też odwołań do filozofii, mało kto wie kim był Platon i jemu podobni, a do historii odwołuj się tylko najnowszej (po 1945r.).
    Nie rób broń Boże wstawek z łaciny, greki.
    Pisz też częściej, tak jak dawniej, o rzeczach prostych, z życia codziennego, np. o kotach, koniach, przygodach z sąsiadami, domku, okolicy itp.

    OdpowiedzUsuń
  2. mocniej, głośniej, więcej o szatanie, haha

    OdpowiedzUsuń
  3. Nauka retoryki,poezji,filozofii itp mialy sluzyc mniej wiecej temu samemu co obecnie nauka czytania mowy ciala,NLP itp czyli sprawnemu robieniu wody z mozgu postawionym nizej w hierarchii ludzkiego stada.Po coz umiec cos "pozytecznego" jesli potrafi sie przekonac poddanych(niewolnikow,chlopow,proli itp)do odwalenia owej pozytecznej(czytaj czarnej)roboty za nas?Wiec wcale to ich elitarne wyksztalcenie nie bylo takie niepraktyczne jak pan sugeruje-trzeba tylko pamietac o tym ze zbiorowosc ludzka to stado "buzujace" walka o miejsce w hierarchii(dostep do zasobow,samic itp)a kto lepeij robi bliznim wode z mozgu jest gora(niestety).Przy czym prosze zauwazyc ze owe elity wcale nie byly tak naiwne aby pokladac cala nadzieje w owej zdolnosci "perswazji"-latwo zauwazyc iz elity szkolily sie takze we wladaniu bronia,jezdzie konnej,tropienu i zabijaniu(polowania,turnieje itp).Sadze iz owa niepraktycznosc owej elitarnej wiedzy to pozor-nawet obecnie ktoz lepiej zamiesza w glowach bliznim niz absolwent psychologii czy filozofii(czy aby wiekszosc politykow i urzednikow zyjacych na koszt podatnika jak poczki w masle to nie absolwenci kierunkow humanistycznych i czy co ambitniejszych kobiet najlepiej nie "wyrywalo sie" na takie "inteligenckie" teksty?).

    Piotr34

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myli się Pan, Panie Piotrze, myli się Pan głęboko! Starczy sięgnąć do pierwszego lepszego opracowania.

      Retoryka bardzo szybko oderwała się od jakichkolwiek praktycznych zastosowań (pomijając fakt, że po Demostenesie i Filipie Macedońskim i tak nie miała już żadnego znaczenia, bo realną władzę zagarnęli królowie, więc przekonywanie zgromadzonego ludu nikomu już nie mogło przynieść nic, poza guzem lub utratą głowy...).

      Na obszarze grekojęzycznym, uprawiano "retorykę salonową", jako rodzaj rozrywki intelektualnej dla elit, w klasycznej gwarze attyckiej z V w p.n.e., która niewiele miała wspólnego z żywym językiem greckim i dla większości "ludu" była po prostu niezrozumiała.

      Na obszarze łacińskojęzycznym, do tego samego celu - popisów retorycznych, a czasem wręcz ćwiczeń szkolnych, ale nie "dla ludu", tylko we własnym, arystokratycznym gronie - służyła nader wyszukana odmiana łaciny - to już kol. Iulius może objaśnić lepiej, czym się cycerońska składnia różni od hipotetycznego (hipotetyczngo, bo Cyceron przetrwał, a mowa ludu - tylko w tych grafitti na murach Pompejów...) języka "zwykłych" Rzymian.

      W każdym razie, w obu wypadkach arystokrata próbujący w ten właśnie sposób zwracać się do "klas niższych" zyskałby jedno: oni od razu by wiedzieli, że mają do czynienia z wielkim panem! Natomiast co mówi i czego od nich chce - a, to już jest problem...

      Problem, gdyż dekrety cesarskie pisano dokładnie tym samym stylem, którym zabawiali się w fikcyjne rozprawy sądowe możni - i były, w związku z tym, dla większości populacji niezrozumiałe. Trzeba było tłumaczyć!

      Popełnia Pan błąd, który na tak beznadziejne manowce wywiódł też mojego, pożal się Panie Boże, "przeciwnika" z łamów "NCz!", pana Wozińskiego: zakłada Pan, że aby elita panowała, musi ona przemocą lub podstępem zagarnąć władzę i pozbawić lud wolności. Tymczasem historia dowodzi, że akurat czego jak czego, ale wolności to lud zawsze pozbywał się bardzo chętnie - i nawet nie trzeba go było do tego celu przymuszać czy oszukiwać: wolność po prostu NIE JEST dla znakomitej większości ludzi "wartością", tylko zgoła wprost przeciwnie - obciążeniem (jeśli przypadkiem akurat się trafi...).

      Elita, aby skutecznie panować nad ludem, musi się od niego wyróżniać. Właśnie tym, że mówi w sposób dla ludu niezrozumiały (a dlaczego u nas tak długo panował język francuski? Bynajmniej nie tylko dlatego, że kamerdynerzy w Warszawie byli etatowo na usługach carskiej policji...), że odróżnia się od niego fizycznie i że zajmuje się sprawami, których przeciętny człowiek po prostu nie rozumie.

      Tak jak dla większości naszych sąsiadów kompletnie niezrozumiałym jest - po co my właściwie trzymamy tak bezużyteczne konie i co my tu robimy w tej Boskiej Woli..?

      Usuń
  4. Ja sie nawet z panem zgodze ale prosze zauwazyc iz ja napisalem "perswazji" a nie po prostu perswazji.Wszystko zalezy jak odlegle od siebie w hierarchii szczeble rozpatrujemy i jak "subtelne" oddzialywania rozpatrujemy.Sadze ze w relacji pan-ekonom taka wlasnie bezposrednia "perswazja"(a moze i perswazja)zachodzila podczas gdy na szczeblu pan-chlopi oczywiscie zadnej bezposredniej perswazji NA OGOL nie bylo(choc nie zapominajmy o kaplanach trzymajacych w ryzach maluczkich itp)-bylo tylko wywieranie WRAZENIA-poddani nie musieli nic rozumiec z tego co tam bylo w carskich ukazach czy panskiej gadce-wystarczy ze "rozumieli" z tego iz Pan jest od nich madrzejszy i maja sie go sluchac(a posrednik czyli wlasnie ekonom im juz szczegoly wylozy).Mechanizm "ucieczki od wolnosci" jest zreszta powszechnie znany i dobrze tu pasuje-masy oddaja swoja wolnosc ale nie pierwszemu lepszemu tylko temu kto w JAKIKOLWIEK sposob "przekona" masy(stworzy wrazenie)iz o owe masy zadba(bo jest madry,szlachetny itp itd)-wiec po to owe umiejetnosci aby wlasnie takie image elit tworzyc dla mas-ze go do konca nie zrozumieja to bez znaczenia-wazne ze "rozumieja" ze elity sa od nich "lepsze" i "maja prawo" do wladzy.

    Zreszta czesc z tych "umiejetnosci niepraktycznych"(vide salonowa retoryka itp)miala jeszcze jeden aspekt(o ktorym Pan zreszta napomknal)-pozwalaly one czlonkom elity rozpoznawac sie nawzajem i zapobiegaly osiagnieciu zbyt wysokiej pozycji spolecznej i towarzyskiej roznym nuworyszom i podszywaczom ktorzy jako nieposiadajacy takich "umiejetnosci niepraktycznych" byli latwi do rozpoznania i "spacyfikowania"(chociazby poprzez osmieszenie).Oczywiscie poniewaz to wszystko jako powiedzmy strategia "walki klasowej" bylo robione na wpolswiadomie wiec bardzo czesto wyradzalo sie to w rozne absurdy i sztuke dla sztuki i tu sie Panem zgodze iz czesc z tych umiejetnosci faktycznie po jakims czasie nie sluzyla juz w gruncie rzeczy niczemu a jesli nawet czemus to juz nikt nie pamietal czemu wlasciwie.

    Jak Pan widzi ja to widze NA OGOL bardziej jako odzialywnaie posrednie niz bezposrednie(krotko mowiac chodzi przewaznie o zwyczajne robienie WRAZENIA)przez co chyba bardzo zblizylem sie do panskiego stanowiska.

    Piotr34

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...