sobota, 19 stycznia 2013

Bezczelność nieuków

Przez wieczorne programy informacyjne przewinął się wczoraj temat nowej dyrektywy europejskiej, nakazującej, w ramach dbałość o tzw. „dobrostan zwierząt“ – zapewnienie zwierzętom hodowlanym rozrywki…

A więc stało się… Przychodzi na nas kres! Knedlik, jak to facet, istota nieskomplikowana, za całą zabawkę starczy mu własne przyrodzenie (widok ten, dość na naszym padoku częsty, jakoś nigdy nie został uwieczniony na fotografii…). Koty, jak to już ustaliliśmy, głównie śpią, a gdy nie śpią – potrafią na nas zabawy wymusić sposobem terrorystycznym.

Ale nasze Trzy Gracje..? Trzy Gracje nudzą się na potęgę! Nudzą się wprost olimpijsko! Jedyną, właściwie, do tej pory rozrywką były ucieczki. Odkąd jednak radykalnie poprawiłem ogrodzenia (co, przyznaję, zajęło mi wiele czasu – a wiele też pozostaje tu do zrobienia…), w normalnych warunkach nie ma co liczyć na poznawanie okolicy i zdobywanie nowych przyjaciół sposobem nielegalnym i przez to właśnie ekscytującym, czyli na gigancie…

Co zrobić? Prawdę powiedziawszy – nic mi nie przychodzi do głowy. Poza nadzieją, że ewentualne pojawienie się źrebiąt (to już tylko trzy miesiące..!) może trochę tę olimpijską nudę rozproszy..?

Problem nudy w stadzie dostrzegliśmy już zresztą dawno temu. Różne też przychodziły nam na myśl sposoby jej rozproszenia. Prawdę powiedziawszy jednak, żaden z nich nie nadawał się do praktycznej realizacji: ani wielkiego ekranu nie wystawimy pod wiatą, żeby na nim wyświetlać filmy przyrodnicze (Piękny i Dzielny Koń Lepszej Połowy jednakowoż preferuje gatunek „płaszcza i szpady“…), ani teatrzyku kukiełkowego nie zbudujemy – wszystko to przekracza nasze aktualne możliwości.

W zasadzie, to „w pakiecie“ do konia achałtekińskiego, a przynajmniej – do achałtekińskiej klaczy (faceci, jak już ustaliliśmy, swoje ulubione zabawki zawsze mają przy sobie…) – powinno się dodawać kilku niewolników. Ilu? To zależy od pory roku i nastroju. Z pewnością co najmniej dwóch tylko po to, aby drapali konia i odganiali od niego dokuczliwe owady, po jednym na każdy bok (warto przy tym pamiętać, iż „odganianie owadów“ NIE polega na bezmyślnym machaniu łapą – to może stresować Jaśnie Wielmożną Panią – należy ruchem płynnym, a dyskretnym, chwycić gza w trzy palce i ścisnąć, uciszając tym sposobem raz na zawsze…). Latem przydałby się choć jeden ze stosownych rozmiarów wachlarzem, co by Szanownego Konia chłodzić. No i jakiś błazen, trefniś, komediant czy inny Stańczyk, co by – stosownie do indywidualnych upodobań i chwilowego nastroju – zajmował uwagę konia. Przynajmniej w tych chwilach gdy nie je, nie śpi i nie uprawia seksu.

Ponieważ nawet sułtan Brunei nie wyrobiłby finansowo przy zatrudnianiu w stajni tak licznego personelu na umowę o pracę – na trzy zmiany, ze stosowną rezerwą kadrową na wypadek urlopu lub choroby, co implikuje w zasadzie konieczność dodania osobnego menadżera do każdego z zespołów, żeby jego działania koordynował i ustalał grafik (a w dalszych konsekwencjach: kadrowej i księgowej, które obsługą tego personelu się zajmą…), za czym też, siłą rzeczy, wyższej dyrekcji z sekretariatem – jedynym praktycznym rozwiązaniem jest korzystanie z pracy niewolnej. A jakoś, do tej pory, nie udało się nam tu nikogo złapać i za nogę do płotu przywiązać…

Ten niefart przesądza, iż jesteśmy do wykonania nowej dyrektywy europejskiej niezdolni. No i co teraz? Odbiorą nam konie? Jak Państwo myślicie..?[1]



Tymczasem chciałbym dokonać syntezy dyskusji, która toczyła się pod ostatnimi wpisami. Zarówno jak chodzi o sens pojęcia „elitarności“ – jak i o potrzebę, lub też brak potrzeby, schlebiania pospolitym gustom.

Zdaje się, że osiągnęliśmy z Panem Piotrem porozumienie jak chodzi o sens różnego rodzaju „pawich ogonów“ roztaczanych przez dawne elity – a, niezawodny jak zwykle Wojtek, dodał do tego cenne obserwacje z życia przyrody i stosunków damsko – męskich, więc ze sfer, które chyba bardziej Państwu przemawiają do wyobraźni, niż historia..?

Dzisiaj chciałbym pójść krok dalej. Zaczynając od stwierdzenia prostego faktu: Gombrowicz dopuścił się zdrady stanu – i słusznie go, z tego powodu, narodowo – katolickie „karki“ prześladowały.

Wcale mi przy tym nie chodzi o karykaturalny obraz ziemiaństwa czy inteligencji, jaki się w jego dziełach pojawia – karykatura rzecz zdrowa, nie takie szyderstwa zyskiwały poklask.

Gdzie zatem Gombrowicz dopuścił się zdrady stanu? Gombrowicz dopuścił się zdrady stanu, gdy stwierdził, że „Słowacki nie zachwyca“.

Co jest takiego rewolucyjnego, antypaństwowego w tym stwierdzeniu?

Ano – skoro „Słowacki nie zachwyca“ – to, logicznie z tego wynika, że: nie trzeba się Słowackim przejmować, nie ma potrzeby wkuwać go na pamięć i bezsensem jest udawać, że zachwyca, skoro właśnie nie zachwyca – czyż nie..?

Skoro jednych „nie zachwyca Słowacki“ – to innych może tak samo „nie zachwycać“ Gombrowicz, Różewicz, Herbert, Miłosz, Lem czy Szczuka. Wolność mamy!

I ta właśnie proklamacja, ten akt zrzucenia estetycznych kajdan – jest właśnie niewątpliwą i w pełni zasługującą na stryczek – zdradą stanu!

Kanon literacki to nie jest kwestia indywidualnego gustu, widzimisię, smaku czy potrzeby.

Kanon literacki to jedno z najbardziej podstawowych, najbardziej elementarnych – narzędzi sprawowania władzy!

Czy ja naprawdę muszę to Państwu tłumaczyć..? Elita Indii to zawsze byli ci, których cechowała doskonała znajomość Wed – i dyskusja nad tym, czy komuś się estetycznie podoba melodyka, rytm i poetyckość hymnów Rigwedy – jest po prostu: nie do pomyślenia. W czasach trochę tylko dawniejszych od mongolskiego najazdu na Indie – taka dyskusja skończyłaby się dla dyskutanta bolesną i powolną śmiercią.

Elita świata antycznego to ludzie którzy znają na pamięć Iliadę i Odyseję. Wytykanie Homerowi nadmiaru powtórzeń i ubóstwa poetyckiego języka – nikomu nie wróżyłoby kariery, czy choćby: towarzyskiego powodzenia.

Elita chrześcijańskiej Europy może się między sobą nie zgadzać co do znaczenia religijnego takich czy innych fragmentów Biblii. Może się ze sobą nie zgadzać co do tłumaczenia lub sensu poszczególnych wyrażeń. Ale wyobrażacie sobie dyskusję nad estetyczną czy wychowawczą wartością biblijnych opowieści..? Nie dziś – ale, dajmy na to: jeszcze pół wieku temu?

Kanon literacki w sposób najbardziej widoczny i zarazem najpełniejszy – definiuje „elitę“ i „elitarność“. „Elita“ to ludzie którzy biegle władają kanonem literackim i – co więcej – starają się tak żyć, a przynajmniej, sprawiać wrażenie że tak żyją, jak to kanon literacki definiuje. „Elitarność“ to właśnie – (w miarę) skuteczne dążenie do realizacji ideału zawartego w kanonie literackim!

Różnie to w różnych epokach wyglądało, to prawda. W czasach Merowingów czy Karolingów (a też i – w czasach Piastów, gdzieś tak do zjazdu łęczyckiego mniej więcej), żeby stać się rycerzem, zasadniczo, wystarczyło sprawnie jeździć konno i skutecznie operować różnymi narzędziami służącymi do zadawania śmierci.

Jednak już chwilkę potem – takie tylko, czysto utylitarne (w społeczeństwie wojowników…) umiejętności – przestały mieć jakiekolwiek znaczenie jak chodzi o zaliczenie kogoś do „stanu rycerskiego“ lub nie. Ktoś, kto tylko sprawnie jeździł konno i skutecznie operował narzędziami służącymi do zadawania śmierci mógł zostać, w najlepszym razie, pogardzanym towarzysko kondotierem, najemnikiem – a częściej: zwykłym rzezimieszkiem.

Aby zostać zaliczonym do „stanu rycerskiego“, trzeba było – oprócz tego – także opanować pewne podstawowe kompetencje kulturalne: tańczyć, śpiewać, posługiwać się dworną konwersacją – a nade wszystko: całym swoim życiem dawać dowód niezłomnego dążenia do realizacji ideału „rycerskości“ zawartego w – powiedzmy – Pieśni o Rolandzie, czy też (jak chodzi o dworną miłość) – w Opowieści o Róży.



Nie podoba się…? A toś hultaju nie rycerz, tylko zwykły bandyta – fora ze dwora..!

Tego rodzaju estetyczna tyrania, literacki terror wręcz – wcale a wcale NIE JEST wyłączną cechą społeczeństw, jak by to określił Popper, „zamkniętych“, czy też „totalitarnych“. Wprost przeciwnie! Najbardziej nawet demokratyczne społeczeństwa przeszłości, ZAWSZE cechował taki sam stosunek do kanonu literackiego.

Wyobrażacie sobie Szwajcara, który nie zna historii Wilhelma Tella? Brytyjskiego dżentelmena, który nigdy nie słyszał o Szekspirze? Amerykanina, który nigdy nie czytał Biblii?

Kanon literacki tego rodzaju jest podstawowym narzędziem tzw. „przemocy symbolicznej“ (wg Piotra Bourdieu) – a więc: sposobem, dzięki któremu klasa wyższa narzuca całemu społeczeństwu pewien określony sposób porozumiewania się – tak (podświadomie rzecz jasna) pomyślany, że afirmuje on „wyższość“ klasy „wyższej“ – i tym samym, automatycznie wymusza posłuszeństwo reszty społeczeństwa.

Kanon literacki powinien być trudny i mało dla pospólstwa zrozumiały (przybliżeniem jego treści pospólstwu zajmują się sztuki figuratywne – stąd „Biblia pauperum“ – a też i tzw. „sztuka ludowa“, która przetwarza, upraszczając, motywy i wątki wzięte z kanonu…). Dzięki temu bariera utrudniająca dostęp do grona elity jest szczelna: przepuszcza tylko jednostki wyjątkowo zdolne, bo trzeba być geniuszem, aby przyswoić sobie – trudny – kanon, jeśli się go nie wkuwa od wczesnego dzieciństwa do wieku dojrzałego (a na to może sobie pozwolić tylko elita!).

Tak samo zresztą, trudna powinna być ortografia – żeby nawet w piśmie drukowanym na pierwszy rzut oka móc odróżnić, kto go napisał. Skomplikowane i pełne niuansów winny być (i były – aż do niedawna!) obyczaje towarzyskie i reguły grzeczności.

Oczywiście – choć nauka szkolna, jak to już zresztą zostało powiedziane wcześniej, odgrywa w kształtowaniu się kanonu literackiego fundamentalną zgoła rolę – nie jest tak, że da się „kanon literacki“ zadekretować. Nikt greckim arystokratom uczyć się na pamięć Homera nie kazał. Robili to przez długie wieki, nim jego epopeje w ogóle spisano…

Jak w takim razie rozumieć naszą dzisiejszą wolność – estetyczną i literacką anarchię lub też, jak kto woli – bezhołowie – jakie współcześnie panuje?

Jak to możliwe, że ktoś potrafi publicznie oświadczyć: nigdy nie słyszałem o żadnym Platonie – i dobrze mi z tym?

Czyżbyśmy, rzeczywiście, osiągnęli ideał demokracji..? Społeczeństwo, w którym nie ma „przemocy symbolicznej“, a „dyskurs publiczny“ nie uprzywilejowuje żadnej, a żadnej grupy ponad inne..?

Może.

Ale moim zdaniem – raczej osiągnęliśmy stan „a-społeczny“ – stan w którym nie to, że „klasy wyższej“ nie ma (jest przecież: to biurokracja…), a raczej – nie ma „społeczeństwa“. Nic bowiem, tak naprawdę, nie łączy ze sobą ludzi, jeśli choć jeden z nich zdobywa się na bezczelność stwierdzenia, że nigdy nie słyszał o żadnym Platonie – i pozostaje bezkarny, a nawet – zyskuje poklask.

Wydaje się to być szczególnie widoczne we współczesnej Polsce – gdzie mamy przecież owe miliony „nowych magistrów“, świeżo od pługa i wideł oderwanych, z gustami ukształtowanymi w remizie OSP (podobno już nawet na oficjalnych uroczystościach akademickich grają disco polo – bo „młodzież studencka“ innej muzyki słuchać nie chce…).

Czy można coś na to poradzić?

Nie wiem. Ja w każdym razie – co chyba Państwo mieli okazję zauważyć – od dawna stosuję politykę „zero tolerancji“ wobec bezczelnych nieuków. Nikt, kto otwarcie przyzna się do kontemptu wobec klasycznej filozofii i klasycznej literatury – nie ma tu czego szukać: każdą następną wypowiedź tego rodzaju skasuję bez cienia miłosierdzia, niezależnie od tego, kto będzie jej autorem.

Nieucy mają się swojego nieuctwa wstydzić. Taka była podstawa KAŻDEJ cywilizacji przez ostatnie 10 tysięcy lat (a pewnie i wcześniej – acz paleolityczny kanon literacki do nas nie dotrwał – niestety…). Nie wiemy, czy jest w ogóle możliwa cywilizacja dopuszczająca swobodę w tej materii – eksperyment współczesny trwa zbyt krótko. Nie wiemy, jakie zagrożenia może nieść ze sobą tak drastyczna ingerencja w uświęcony dotychczasową praktyką i tradycją sposób przepływu informacji pomiędzy ludźmi. Stan współczesny można pod tym względem przyrównać do amputacji rdzenia kręgowego. Ideał, jaki można ewentualnie wyinterpretować z obecnego stanu rzeczy: dążenie do całkowitej wolności wyboru WSZELKICH wartości – jest w najlepszym razie niejasny, a w najgorszym – aporetyczny. Jednym słowem – mamy bardzo wielkie szanse, na potężną katastrofę.

Że co, proszę Państwa, że Słowacki Was nie zachwyca..? Mnie też – bo, prawdę pisząc, potwornie smęcił. I co z tego? Do wielu przyjemności trzeba się zrazu przymusić. Pierwszy raz. I drugi. I może nawet – dziesiąty. Ale za którymś kolejnym przeczytaniem, zadeklamowaniem czy wysłuchaniem – w końcu zachwyci! Przyzwyczajenie to nie druga – a pierwsza i najprawdziwsza natura człowieka…



[1] Dziś, wyjątkowo, udało mi się jednak zapewnić stadu rozrywkę. Oto – odśnieżyłem dach wiaty (jest zbyt płaski, skutkiem czego przy większej ilości śniegu, zdarzały się w przeszłości problemy – wolę zatem dmuchać na zimne…). Bardzo było zabawnym próbować zabrać panu drabinę, po której (z wielkim trudem: drabina za krótka, do krawędzi dachu nie sięga, trzeba ją oprzeć o ścianę i pokonać przewieszkę, bo dach od ściany o kilkadziesiąt centymetrów odstaje – wbiłem sobie specjalnie kilka gwoździ, żeby mieć się o co złapać – cóż, kiedy dupa przez rok prawie niejeżdżenia – za wielka urosła..?) wdrapał się na ów dach. I patrzeć, czy zauważy. Zauważył – w ostatniej chwili…

37 komentarzy:

  1. Taka jest chyba definicja postmodernizmu - odrzucenie wszelkiego absolutu czy jak to autor bloga nazywa kanonu w dziedzinie kultury. Jest to kulturowe zblazowanie po którym nieuchronnie przyjść musi jakieś ozdrowienie, pytanie tylko czy w Europie obędzie się to pod flagą dżihadu??

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kanon z pewnością nie jest absolutem. To znaczy - postmoderniści mają rację, widząc w nim nie tylko zwykłą konwencję, ale też - oczywiste narzędzie opresji.

      Powstaje tylko pytanie: czy widząc narzędzie opresji - koniecznie musimy je od razu "dekonstruować"..?

      Sam fakt, że takie narzędzie funkcjonuje od 10 tysięcy lat w takiej samej formie - powinien nam dać do myślenia...

      Usuń
    2. Nie zgadzam się z Panem. Jeśli "kanon" przestaje być absolutem, to przestaje być też "kanonem". Oczywiście pisząc absolut nie mam na myśli kategorii obiektywnej tylko sposób, w jaki jest postrzegana, czyli jego subiektywny odbiór. Czy gdyby Koran dla jego wyznawców nie był absolutem, to byliby skłonni się za niego wysadzać w powietrze? Podobnie w Europie do niedawna oddanie życia za honor, czyli właśnie taki "literaturowy" twór, było czymś najzupełniej normalnym.

      To co robią postmoderniści to wprowadzają ten relatywizm kulturowy pod strzechy, pokazują, że nic absolutem nie jest, a już na pewno nic, co przeciętny człowiek może objąć swym małym rozumkiem. To się musi skończyć wielkim łubudubu.

      W kategoriach obiektywnych nie można o niczym stwierdzić, że absolutem jest. Ale to temat na zupełnie inną dyskusję.

      Usuń
    3. A co do narzędzia opresji - to jest stanowczo zbyt mocne słowo. Tam gdzie jest cywilizacja, społeczeństwo tam MUSI być hierarchia. Hierarchia zaś potrzebuję jakiegoś narzędzia, które na tyle ją spetryfikuje, by była stabilna i społeczeństwo nie złożyło się jak domek z kart.

      Jeśli odrzucimy kulturowe narzędzia utrzymywania stabilnej hierarchii, to zmierzamy nieuchronnie w kierunku rozwiązań prawnych, a to jest droga w stronę państwa policyjnego, a dalej łagrów i tym podobnych ośrodków rehabilitacji społecznej.

      Usuń
    4. Powrotu do naiwnie pojmowanego "absolutyzmu wartości" już nie ma i być nie może.

      To było dobre w czasach, gdy sąsiad zza lasu był już egzotyką. Ale w czasach internetu każdy się w może w ułamku sekundy przekonać, że co on za "absolutne" uważa, inni wyśmiewają - i jakże tu tak - zachować wiarę..? Tak zupełnie bez wątpliwości..? Przecież, gdyby "absolut" faktycznie był "absolutny" - to tych prześmiewców winien piorun z Niebios na miejscu trupem położyć - a czegoś nie kładzie..?!

      Natomiast - czy to naprawdę jest niezbędne..?

      Dobrze, że Pan przywołał pojęcie "honoru". Proszę zauważyć, jak błahe były powody, dla których "naruszenie honoru" mogło za sobą pociągnąć śmiertelne zgoła skutki!

      Czy tak się działo dlatego, że "honor" był wartością absolutną - czy raczej dlatego, że do "stylu życia" rycerza - dandysa należało lekce sobie ważyć życie własne i cudze? A cóż może tej nonszalancji lepiej dowieść - niż narażanie się na śmierć o głupstwo..?

      To jest pewna relacja czysto kontekstowa - by tak rzec - bo z kontekstu pewnej preferowanej (także i przez literaturę!) postawy życiowej - wynikają konsekwencje, które z kolei - ów kontekst społeczny wspierają. Perpetum mobile.

      "Pamiętnik znaleziony w Saragossie" - bodaj byłby do tego dobrą ilustracją...

      Natomiast ma Pan oczywiście rację: gdy brak jest narzuconego przez elitę kanonu literackiego - trzeba go zastępować Indectem, kamerami, w ostateczności - łagrami...

      Usuń
    5. To prawda. Fascynujące są rozważania o wzajemnych zależnościach pomiędzy postępem technicznym, a "postępem" społecznym.

      Z tym honorem to też prawda. Miałem na myśli, że elita miała zupełnie różną hierarchię wartości od zjadaczy chleba, a w słowie honor zawiera się ta różnica. Taki przywiązany do michy i bzykania chłopek nie podskoczył Panu, wiedząc, że ów Pan ma swoje życie za niewiele, a jego zupełnie za nic, do tego całkiem nieźle wywija metalem. W efekcie ten Pan, mimo odwrócenia wartości w stosunku do chłopka, więcej bzykał i miał pełniejszą michę.

      Czy w skali ogólnej panowanie takiej kultury byłoby korzystniejsze niż dzisiejszy paradygmat materialistyczny? Tego chyba nikt nie wie.

      A z tym kanonem jako źródłem wszystkiego to można się spierać - co było pierwsze (jajo czy kura)- czy kanon kreował zachowania (na pewno później już tak) czy powstał on ku chwale pewnych zachowań, które były wobec niego pierwotne.

      Usuń
    6. A to akurat da się dość dobrze prześledzić - pewnie bardziej ode mnie kompetentny byłby jakiś znawca literatury średniowiecznej, ale na razie żaden się nam tu nie objawił.

      Ogólnie: epos (jak "Pieśń o Rolandzie" na przykład) powstaje na bazie wyobrażeń elity o tym, jaka POWINNA być - wyidealizowanych i pewnie, początkowo, mało zgodnych z rzeczywistością.

      Ale kolejne pokolenia wychowywane są w kulcie eposu i wartości, które przenosi. Te wartości "zgrzytają" w kontakcie z przaśną rzeczywistością - ale człowiek, nie świnia, do wszystkiego się przyzwyczai i nie ma takich dysosnansów poznawczych, których nie dałoby się jakoś "odtłumaczyć"!

      Grunt, że indoktrynacja z pokolenia na pokolenie przychodzi coraz łatwiej - aż, w którymś kolejnym pokoleniu, zachowania RZECZYWIŚCIE zgodne z ideałem - zaczynają przeważać.

      Stąd mamy tyle przykładów nieracjonalnie rycerskiego (tj.: odważnego, pełnego poświęcenia, ale - głupiego...) zachowania z PÓŹNEGO średniowiecza: że choćby naszego Warneńczyka wspomnę.

      Na poziomie gosudarstwa tego się bardziej "urycerzyć", niż to było w wieku XV nie dało, bo groziło już kompletnym oderwaniem od rzeczywistości i katastrofą w starciu z byle mydłkiem, który jednak za nic miał ideały.

      Ale na poziomie indywidualnym? Ideał miał się dobrze - i chyba jego "punktem kulminacyjnym" był dopiero brytyjski dżentelmen wieku XIX: istota tak doskonała - że aż nieludzka...

      Usuń
    7. No i zaraz po średniowieczu mamy następny kawałek kanonu literackiego " Don Kichot", który zajmuje się wyśmiewaniem rycerskiego patosu.

      Usuń
    8. Chciałbym, żeby się ze mnie tak wyśmiewano! Don Kichot to, koniec końców, postać budząca zdecydowanie pozytywne odczucia - mimo swego wariactwa...

      Usuń
    9. Don Kichot był takim prześmiewcą eposów rycerskich jak Michnik bojownikiem o niepodległość (komunizm tak - wypaczenia nie). Nawet gdy lewacki przecież Monthy Python prześmiewał ten etos (poszukiwanie Graala) czy postawę angielskiego dżentelmena (świetny skecz w Sensie Życia wg MP) to było to takie prześmiewanie z mrugnięciem okiem i wyraźną sympatią.

      Usuń
  2. Z akceptacją kanonu literackiego i znajomością filozofii jest jak z rodzeniem dzieci - bez pierwszej wali się (wg Ciebie, ale mogę i ja to zaakceptować) porządek kulturalny, bez drugiego nie ma ludzkości po paru pokoleniach. Tylko co z tego? Zawsze znajdą się jednostki, które będą z politowaniem patrzeć na frajerów zaczytujących się nudami lub wychowujących w pocie czoła kolejnych płatników podatków - frajerów, którzy na łożu śmierci będą skamleć z zawiści, że ktoś przeżył życie ciekawiej, olewając "święte" zasady.

    Kocham książki, ale kanon aż tak bardzo mnie nie interesuje. Owszem, ściągam namiętnie dzieła "znanych" pisarzy - bo MOŻE mi się spodobają? "Ulissesa" nawet ściągnęłam (audiobook), ale to już chyba tylko po to, by kogoś nim obdarować, bo zdecydowanie nie jest z mojej bajki.

    Od filozofii zawsze wolałam naukę - ta pierwsza jest faktycznie zabawą dla bogaczy. Jeśli jednak bogacz (lub inaczej - członek elity) jest kolejnym niewolnikiem, tu - własnego wyobrażenia elitarności - to po cóż mam go naśladować? Nie ma to jak dobrowolnie nakładać sobie kajdany. Ludzkie życie trwa kilkadziesiąt lat. Większość ludzi zdycha jednak po wyjściu z okresu dzieciństwa, przymuszając się do rzeczy, które tak naprawdę nie dają im żadnej korzyści. A że korzyść odnosi kultura, cywilizacja? Ha ha.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Wolność" której tak pożądasz nie istnieje. Jest to ideał całkowicie wydumany i, w gruncie rzeczy - nieludzki.

      Ale mniejsza z tym. Zgodzisz się zapewne, że nie ma obiektywnej miary tego, co to jest "ciekawe" życie..? Linneusz miał chyba dość ciekawe życie -a przecież nic, tylko klasyfikował roślinki i robaczki... A Lindsay Lohan (taka kurewka z Holywood - wiem, bo regularnie Onet ją wrzuca na pierwszej stronie pod złudnymi tytułami, przez co niechcący parę razy kliknąłem...), która z całą pewnością "olewa" wszelkie zasady - to ma, Twoim zdaniem, życie ciekawe, czy przejebanie nudne..?

      Tak naprawdę, to kanon literacki jest ważniejszy od rodzenia dzieci. Jeśli Niemcy zaczną masową czytać w oryginale Słowackiego - zostaną Polakami i naród jako "twór kulturowy" trwać będzie, choćby żadna "etniczna Polka" nigdy więcej już nie urodziła ani jednego dziecka!

      Usuń
    2. Mylisz się. Cywilizacja odnosi korzyść, więc wszyscy jej członkowie również taką odnoszą. To że tu piszesz, że korzystasz z dzisiejszej techniki jest zasługą wielowiekowego budowania kultury, której jednym z aspektów jest wiedza techniczna. To taki dylemat więźnia na dużą skalę. Każdy nieco ustępuje (oprócz elity oczywiście) i wszyscy mają z tego korzyść.

      Jeśli ludzie nie zginaliby karku, kontestowali hierarchię, to nie byłoby rozwoju, tylko nadal biegalibyśmy za jeleniami po lesie.

      Problemem pozostaje jaki mechanizm zginania karku jest najlepszy? I jakie kryterium tej lepszości zastosować do niego?

      Usuń
    3. To powyżej było do Kiry oczywiście, ale się przetasowało.

      Usuń
    4. @Kira
      Sam mam wielu bogatych ludzi za frajerów z przerośniętą dumą. Bo jaki sens jest pracować po 80h tygodniowo, gdy ma się już dziesiątki milionów i nie mieć możliwości cieszyć się pieniędzmi czy życiem?

      Usuń
    5. Jacek Kobus, wolność istnieje o tyle, że jednak wściekasz się, gdy ktoś ośmiela się podważać jakieś "święte" zasady. Jakby nie było wolności, to o co byś się tak ciskał?

      Nie ma obiektywnej miary n i c z e g o , od razu sobie powiedzmy. Żyjesz tak, jak chcesz, jak możesz, jak uważasz, że powinieneś - wszystko naraz.



      Anonimowy, to, co piszesz, jest banałem. To jasne, że "każdy musi trochę ustąpić". A niektórzy muszą ustąpić BAAAARDZOOOO. ;) Rzecz w tym, że ludzie o mentalności istot wolnych sami decydują, ile, kiedy, komu i - co najważniejsze - PO CO ustąpić. Pomijam sytuacje, kiedy są zmuszeni przez czynnik zewnętrzny (bieda, przymus prawa, przymus fizyczny). Tak samo to oni decydują, co jest honorowe, a co nie (sprzeczałam się kiedyś z pewnymi ludźmi, którzy twierdzili, że nawet walcząc z atakującym nas skinheadem nie należy zachodzić go od tyłu i wbijać mu w oczy pazurów ;)), co jest godziwe, a co nie.

      Tak więc sorry, nie ma jakichś niepodważalnych zasad. Ja korzystam z tego, co stworzyły przeszłe pokolenia, ale nie czuję się wdzięczna tym ludziom za to, że schylali karki i budowali cywilizację. Jeden był pokorny, drugi się buntował i zabijał pana/króla/etc - i to były ich wybory. Nie muszą się z niczego tłumaczyć. Ja też nie muszę.

      A dobro ogółu... sorry, mam je gdzieś. Zależy mi na dobru określonych jednostek. I będę robić co w mojej mocy, by inni "zgięli kark" przed zasadami, które JA uznam za dobre. ;)

      Usuń
    6. Wiemy już od pewnego czasu, że nie interesujesz się filozofią i stąd, zachowując konsekwentny i radykalny, indywidualistyczny woluntaryzm, nie przejmujesz się faktem, iż jest on - pod względem logicznym - stanowiskiem wewnętrznie sprzecznym. Tak więc, nie ma tu po co strzępić klawiatury.

      Natomiast - interesujące jest, dlaczego ma Cię atakować akurat skinhead - a nie np.: bojownik antify..? Mnie to akurat wisi, ale bądź pewna, że posługiwanie się takimi właśnie przykładami - nie pozostanie nie dostrzeżone..!

      Usuń
    7. To był tylko przykład. Może mnie także atakować starsza pani parasolką. Jestem pragmatyczna, liczy się dla mnie danie odporu przeciwnikowi. Innymi słowy: wg kodeksu Boziewicza należę do plebsu pozbawionego honoru. :)

      Usuń
    8. PS. Wewnętrznie sprzeczne jest także stawianie ludziom jakichkolwiek zarzutów, przy jednoczesnym upieraniu się, że jakakolwiek wolność to fikcja.

      Usuń
    9. To do Kiry, wg. Boziewicza nawet chłopek czy plebs staje się godnym pojedynku/sprawy honorowej, jeżeli np. sprawuje funkcje państwowe itp.

      Usuń
    10. Za czasów Boziewicza za "człowieka honoru" uchodził każdy, kto zdał maturę.

      Dzisiaj to nie wiem, czy wszystkich z doktoratem da się zaliczyć. Skoro już na studniówkach gra się disco polo? http://matura.onet.pl/1675153,artykuly.html

      Usuń
    11. Proszę sobie porównać ile było tych funkcji państwowych przed Wojną i ile jest dzisiaj oraz jakie były stawiane kandydatom wymagania.

      Dzisiejszy urzędnik jest ostatnią osobą, którą bym podejrzewał o zdolność honorową.

      Usuń
    12. A już na pewno nie podejrzewałbyś o "zdolność honorową" osoby, która uważa, że walczyć honorowo należy TYLKO I WYŁĄCZNIE podczas turnieju z uczciwym przeciwnikiem. Podczas normalnej walki - nigdy.

      Usuń
  3. Myślę, że zblazowanie to czysty eufemizm. Nie jesteśmy już społeczeństwem, a "bandą rozproszonych bydląt", jak pisał Witkacy. Takim nie potrzebne są więzi z innymi, a przez to przestają się liczyć ze zdaniem ludzi i swoim statusem. Kiedyś ważne były ambicje i dążenia: do wiedzy, do wygodnego życia, do pełnego brzucha, do szacunku, itp, Od ponad dwudziestu lat rozpadają się rodziny, więzi krwi przestają być ważne w rodzinach, w których rodzi się coraz mniej dzieci, a dalsi krewni mieszkają w innym województwie. Spotkania towarzyskie zastępowane są grami w sieci. Za kilkanaście lat jedynak mający pod opieką swych starych rodziców, a może jeszcze dziadków, nie będzie miał czasu na dzielenie się wrażeniami z przeczytanych książek, lub po prostu ucieknie przed nadmiarem obowiązków, równocześnie odcinając się od jakichkolwiek więzi z przeszłością, rodziną, kulturą. Kiedyś, gdy życie było trudne więzi społeczne i rodzinne były konieczne by przeżyć i funkcjonować w życiu codziennym. Potrzebne były normy i kanony porządkujące wzajemne relacje lub "porządek dziobania", formy grzecznościowe, pułap wiedzy określający lub wpływający na hierarchię. Wtedy, gdy życie było trudne, dążenie do znalezienia się na "wyższej półce" wiązało się z łatwiejszym bytem i budziło ludzkie ambicje. Dziś wygoda życia przekonuje ludzi, że wysiłek włożony we wszechstronne kształcenie jest zbędny. Tworzy się powoli (nieuchronnie?) zbiorowisko jednostek, które bez wysiłku zapełni brzuch i zapewni sobie samodzielną rozrywkę, a do osiągnięcia tego błogostanu niepotrzebne im będą jakiekolwiek kanony, więzi czy wiedza wykraczająca poza to co konieczne. Nie wiem, czy ludzkie ambicje może jeszcze obudzić cokolwiek poza instynktem przetrwania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te ludzkie ambicje i dążenie do polepszenia swojego statusu NIGDY nie były wartościami obiektywnymi. Nasi przodkowie nie byli ani lepsi, ani mądrzejsi, ani piękniejsi. Byli takim samym bydłem, tylko ładniej się wysławiali.

      Usuń
    2. Z braku lepszych kryteriów - wybór tej opcji, która się "ładniej wysławia" - nie jest złym pomysłem...

      Usuń
    3. Niedługo o przynależności do elity będzie decydować znajomość "Monologów waginy" czy "50-ciu twarzy Grey'a".

      Usuń
    4. To znaczy że elita będzie umieć czytać! To i tak wiele!

      Usuń
    5. Fakt: wcale sporo jest takich, co to "pretendują", a potrafią się szczerze i bezczelnie oburzyć w twarz na samą propozycję, żeby przeczytać książkę - jakąkolwiek...

      Usuń
    6. Ładne wysławianie stawia ich dużo wyżej od obecnego społeczeństwa. Ale nie o to idzie.
      Nawet jeżeli mieli problem z czytaniem i pisaniem, byli wewnątrzsterowni, królował wewnętrzny rozsądek, prawomówność i dziesięć przykazań. Nawet, jeżeli ktoś miał je w poważaniu, to dla własnego dobra musiał się do nich starać dostosować. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu społeczeństwo było tym, co wyraz ów znaczy - potrafiło działać społem. Potrafiło się organizować, walczyć z wrogiem różnymi sposobami, potrafiło zdjąć z siebie przyciskający but zaborcy czy okupanta. Dziś jest to według mnie niemożliwe. Wyobrażacie sobie, że dzisiejsi młodzi ludzie potrafią zorganizować jakiekolwiek powstanie? Nie potrafimy nawet wybrać rządu, który nie będzie nam szkodził - straciliśmy instynkt samozachowawczy. Dajemy się ogłupić frazesom i obietnicom, nawet wtedy, gdy rozsądek mówi, że są niemożliwe do spełnienia.
      A jeżeli elitą będą potrafiący czytać, to jak nisko zejdzie reszta? Już dziś przedwojenną maturę można postawić wyżej od dzisiejszej magisterki. A ludzie honoru? Ponoć ktoś kiedyś takiego gdzieś widział... A, nie - są! To ci, o których się mówi frajerzy.

      Usuń
    7. @Archanioły i Ludzie

      Pojecie honoru jest ideą. A wszelkie idee mają jedną cechę wspólną: są ZMYŚLONE. Niektóre może i czynią życie piękniejszym, ale inne mogą czynić je nieznośnym. Dlatego zawsze będę szanować bardziej odmieńca kierującego się własnymi zasadami, niż motłoch, który uważa, że to inni mają mu mówić, co jest dobre, a co złe.

      Usuń
    8. Masz zadziwiające zupełnie pojęcie o "ideach".

      Przy tym - mnie nie przeszkadza Twój impulsywny weredyzm. Zauważ jednak, że innym taki styl bycia, nawet w necie - może czasem przeszkadzać...

      Usuń
    9. @Kira
      Właśnie takie podejście do idei czyni nieznośnym życie obok tych, którzy je odrzucają. To właśnie facet z takimi, jak Twoje poglądami zaparkował mi ostatnio na dwu miejscach parkingowych - ciążyły mu normy. Bo normy porządkują. A należy zapamiętać tylko jedno: Twoja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna ograniczać wolność innego człowieka.

      Usuń
    10. @Jacek Kobus

      Poznałam dzięki Tobie nowe słówko. Super.


      @Archanioły i Ludzie

      Ten facet zrobił to, co uważał za słuszne. Że i z Twojego i z mojego punktu widzenia niesłuszne? Ano - tacy ludzie zawsze istnieli.

      Jednych norm warto przestrzegać, innych - nie. Kiedyś seks przed ślubem był nie do pomyślenia. Tzn. był tabu. Teraz mało kto się tego (w Europie) wstydzi. I - rzecz jasna - nie wszystkim się to podoba.

      Czy to jednak zadaje kłam moim słowom? Niestety - nie.

      A tak poza tym: norma NIE jest dobrem.

      Usuń
    11. PS. Ja bym starała się nie parkować na dwóch miejscach. No chyba że baaaardzo bym się spieszyła (nie wątp, że gdybym leciała do lekarza z kotem lub do publicznego kibelka, to Twoje święte normy byłyby ważniejsze). Ale za to mogłabym Cię zirytować czymś innym. I co - kto ważniejszy? Na pewno Ty?

      Usuń
  4. Witam,

    Cóż niestety dochodzimy nieubłaganie do konstatacji, ze największym błędem człowieka (ludzi), było to że zszedł z drzewa i "złamał ogon" ergo własny kręgosłup.

    Pozdrawiam
    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń
  5. Spróbuj zacytować rzymską sentencję albo nawiąż do kanonu literackiego w administracji Dobrze Ci Znanej. Wielkie oczy to widzę w najlepszym przypadku, w najgorszym pojawia się myśl, że kogoś obrażam. Naprawdę.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...