poniedziałek, 31 grudnia 2012

Sylwestry

Radio Zet pyta dziś słuchaczy, jak się ubiorą na sylwestrową zabawę. Wiem, bo słuchałem w samochodzie czekając na M., którego podwoziłem do Grabowa po granulki dla prosiaczków, do banku i do sklepu. Nie zadzwoniłem oczywiście do Radia - szkoda czasu i telefonu (który mi zresztą coraz gorzej działa, o czym za chwilę...) - ale odpowiedzieć mogę, czemu nie! Otóż, ja się na Sylwestra zamierzam ubrać w kufajkę i gumowce. Albowiem, jak każdy inny opiekun koniowatych w ten dzień, będę próbował zapobiec panice przy spodziewanej o północy kanonadzie...

Co prawda, dziewczyny są niebojące - jeden Knedlik pacyfista, trzeba go będzie za mordę na uwiąz wziąć - ale, tak czy inaczej, spodziewam się, że będzie łatwiej niż w poprzednich latach. Dalia wlkp na ten przykład, była kobyłą niezmiernie wprost odważną - ale pozwalała swojej odwadze ujawniać się tylko w sytuacjach naprawdę krytycznych. Typu spotkanie z odyńcem, konieczność przejścia na przełaj przez ruchliwą stację kolejową, czy przejściem podziemnym pod autostradą. Na co dzień nie dawała poznać, jakie pokłady odwagi w niej tkwią, a sylwestrowa kanonada właśnie do takich "codziennych" okazji była przez nią zaliczana, więc musiałem służyć jej tej nocy pachą, pod którą wkładała głowę. I tak, gdzieś od 23.30 do 1.00, czasem 1.30. Zależy, na jak długo starczało miejscowym zapasów.

W tym roku widzieliśmy, że popularny jest zestaw pod nazwą "Duszanbe". Spodziewamy się zatem, że kryzys kryzysem, a kamień na kamieniu w okolicy nie zostanie! No karate, ósmy stopień wtajemniczenia, Bruce Lee, łubudu, Grozny i Sarajewo...


Dziewczyny, jako się rzekło, niebojące, a nawet wprost przeciwnie. Zwłaszcza Koń Lepszej Połowy (Piękny i Dzielny, a Czasem Nawet Mądry, Choć Nie Zawsze) wykazuje typowe cechy turkmeńskiego konia bojowego (nie mylić z "turkmeńskim kotem pustynnym" - w głowę zachodziłem, dlaczego Google Analytics pokazuje mi, że to jedno z najczęstszych haseł, pod którym nas znajdują - aż, zupełnie przypadkiem, trafiłem w pudle na skecz Kabaretu Moralnego Niepokoju, który mi wszystko wyjaśnił...). To znaczy: usłyszawszy kanonadę, zbiera się w sobie galopować w tym kierunku w nadziei, że na mordobicie trafi i wreszcie czymś przerwie tę nieznośną nudę... Całe szczęście, że walą równo ze wszystkich azymutów, więc jak do tej pory, jeszcze ani razu nie zdołała zdecydować, w którą stronę zaszarżuje.

Za to koćkodan! Oj, koćkodan niebojący nie jest! Teraz ma co prawda luksus i komfort, bo jak się zaszyje za Herculesem, zamykając mocno oczy i uszy, to i ciepło i kanonadę mniej słychać. Ale kiedyśmy mieszkali w Warszawie dosłownie okno w okno z Pałacem Kultury... Do dupy z takimi imieninami chciałoby się rzec!

Zresztą, starają się zwierzęta jak mogą, żeby ten ostatek mijającego roku urozmaicić. Wracam ci ja bowiem po tym, jak już sąsiada z granulkami dla prosiaczków i innymi sprawunkami do domu odwiozłem, a tu Lepsza Połowa naskakuje na mnie z pretensjami, co mnie tak długo nie było! O co kaman..? Ano - po pierwsze primo, telefon raczył mi się wyłączyć, choć jeszcze trzy kreseczki stanu baterii pokazuje, więc mu nie pora (ale stary już jest i bateria stara - muszę odgrzebać gdzieś tę umowę z Plusem, kiedyż to ona się kończy, przy poprzednim odnowieniu telefonu nie wymieniłem, ale teraz już trzeba...). Po drugie primo zaś - Knedlik raczył był rozwalić drabinę na siano i przewrócić świeżo, tego ranka dostarczoną belkę (pierwszy raz sam, w pojedynkę, te 300 kg na przyczepę włożyłem - wczoraj - i przyznam, że potem resztę niedzieli już jednak przeleżałem...). Trzeba było wszystko wyremontować. Skorzystałem z okazji, żeby przywalić sobie młotkiem w palec. Od razu czuje człowiek, że żyje, auu!

Zdjęć na razie nie będzie, choć pogoda piękna i światło korzystne. Po prostu: końputer Lepszej Połowy nie ma zamontowanego programu do importu zdjęć, a z racji (podobno - nie sprawdzałem nawet) problemów z napędem CD, uzupełnienie tego braku może być skomplikowane. A skomplikowanych rzeczy robić mi się nie chce.

Z racji tego, że to siedemset siedemdziesiąty siódmy (777) wpis na blogu (przegapiłem 666-ty...), coś się należy Drogim Czytelniczkom:

Zbyt sztywny..? Dajcie spokój, to chyba nie wada..??? Ale dobra, niech będzie i tak:

Ale to Wam musi na czas jakiś wystarczyć - chyba, że się dobry powód dla takiej ilustracji znajdzie, czego nie potrafię z góry przewidzieć...

Szczęśliwego zatem Nowego Roku! Konkretyzować życzeń to się jednak trochę sromam - bo zaraz się okaże, że - jak to zwykle bywa - są niewspółwykonalne (jak, nie przymierzając, wymagania inwestora przy budowie Terminala 2 na Okęciu, ech...)

niedziela, 30 grudnia 2012

Skutki zewnętrzne

Ponieważ “NCz!” docenił w noworocznym wydaniu mój tekst o “postępie” i “wolności”, nader polemiczny względem libertariańskiej utopii, spodziewać się należy odzewu. Z góry się zatem na ów odzew nastawiam. Nie jest to zresztą specjalnie trudne do przewidzenia...

Zacznę od tego, co już wiele razy powtarzałem - że rolą konserwatysty nie jest snucie subtelnych rozważań, tylko walenie nahajką po nazbyt rozpalonych łbach. Niestety, prawdą jest, że doktryny utopijne przyciągają ludzi inteligentnych. Można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że jest utopia “skutkiem zewnętrznym” inteligencji: kto lepiej od innych rozumie świat, rzadko kiedy potrafi się powstrzymać przed próbą jego ulepszenia. A że to się nieodmiennie źle kończy..? Takie stwierdzenie jest obelgą dla rzekomo nieograniczonych możliwości ludzkiego umysłu i rasowy intelektualista zawsze odrzuci je ze wstrętem!

Nie jest tedy przypadkiem, że cechą swoistą rasowego utopisty jest arogancja. Nierzadko dobrze ugruntowana, wszak w rzeczy samej JEST utopista inteligentniejszy, bardziej oczytany i sprawniejszy w mieleniu ozorem od swoich przeciwników. Jako się rzekło - na to najlepszym lekarstwem byłaby nahajka, która też niejednego “nihilistę” zamieniła w praworządnego poddanego w swoim czasie. Cóż - kiedy nie lzja...

Wspólną cechą wszystkich utopistów jest przekonanie, że świat jest zasadniczo poznawalny i racjonalny - bez tego założenia, próżnym byłoby wszak snucie pomysłów na jego ulepszenie. Oczywiście, założenie to jest wyłącznie kwestią wiary, bo udowodnić że tak jest, albo że tak nie jest - nie sposób. Niezaprzeczalny postęp nauki i techniki w ciągu ostatnich 200 lat niczego w tej materii nie dowodzi.

Da się jednak, na gruncie doświadczenia i wiedzy, sfalsyfikować niektóre spośród konsekwencji tego aksjomatu. Jak już niedawno pisałem, nierozsądnym i pozbawionym podstaw uroszczeniem jest przypisywanie takiemu bytowi jak “państwo” jakiegoś względem niego zewnętrznego “celu”. Jakoby miało być “celem państwa” czy to zaspokajanie takich czy innych potrzeb ludzkich, doskonalenie lub wręcz “hodowanie” ludzi, itp., itd.

Przyjąwszy takie założenie, łatwo (nazbyt łatwo!) udowadniają potem libertarianie, że państwo owego celu nie spełnia - i że nigdy tego celu nie spełniało i spełniać nie może. Po czym wymyślają “system”, który w ich pojęciu, ma “lepiej zaspokajać ludzkie potrzeby” (takie jak potrzeba bezpieczeństwa, sprawiedliwości, itd.).

Nic podobnego! Nie dam się w takie gierki wciągnąć. W pełni się zgadzam, że państwo rzadko kiedy i nader niedoskonale zapewniało swoim poddanym bezpieczeństwo, pewność posiadania, sprawiedliwość, itd.

Proszę tylko najpierw mi wykazać, gdzież to jest napisane, że państwo MA OBOWIĄZEK takowe potrzeby zaspokajać..? Państwo z całą pewnością zaspokaja potrzebę dominacji (a także całą masę innych potrzeb, z seksualnymi na czele) swoich władców. Oraz potrzebę podporządkowania i uległości u sporej części poddanych. Oczywiście, zawsze trafiają się poddani, którzy woleliby być władcami - ich potrzeby, póki to tylko możliwe, są ignorowane i tłumione. Sprawność państwa nie na tym polega, że lepiej czy gorzej strzeże własności swoich poddanych, tylko na tym - że potrafi utrzymać poddanych za twarz, skutecznie wybijając im z głowy pomysły jakiegoś przewrotu.

Innymi słowy: zabawa w państwo jest względem potrzeb innych niż te wprost przez ową zabawę zaspokajane (dominacja z jednej strony, podporządkowanie z drugiej), całkowicie autoteliczna. Państwo jest celem samo dla siebie i w sobie. Jest grą, w którą gramy, bo zmusza nas do tego nasza zwierzęca natura - natura zwierzęcia stadnego i hierarchicznego.

Jeśli PRZY OKAZJI państwo łapie złodziei i pilnuje porządku w hipotekach - to jest to “skutek zewnętrzny” jego istnienia, niezamierzony i przypadkowy. Czynić państwu wyrzuty, że robi to źle - to tak, jak mieć pretensje do k...wy o źle dobraną kolorystycznie bieliznę: owszem, mogła się postarać, to część jej pracy - ale czy naprawdę najistotniejsza..? Czy k...a przestanie być k...ą, jeśli przyjdzie do pracy bez bielizny, albo w powyciąganych majtasach prababci..?



Państwo jest grą, w którą grać z konieczności musimy. Konieczność zaś nie podlega ocenie moralnej - choć owszem, można oceniać w ten sposób SPOSÓB realizacji tej konieczności. Sam fakt, że musimy jeść jest moralnie obojętny. Obżarstwo jednak - bywało moralnie piętnowane i jest po temu słuszna racja. Choćby taka, że uleganie “niepomiarkowaniu w jedzeniu i piciu” dowodzi słabej woli, a to rzutuje na ogólną kwalifikację moralną człowieka.

Tak samo państwo może ów stosunek dominacji i podległości realizować z większym lub z mniejszym pomiarkowaniem i rozsądkiem. Nie jest przy tym istotne, jak władcy legitymizują swoją dominację, tylko jak i do czego jej używają.

Złudzeniem i utopią “demokracji” jest przekonanie, że jeśli tylko władzę legitymizuje dorozumiana zgoda poddanych, to wszystko jest już w porządku i treść działań owej władzy nie ma znaczenia. Temu złudzeniu ulegają, liczni wielce ostatnimi czasy, miłośnicy “liberalnej demokracji”: jak ci się nie podoba - zwykli mawiać ci poczciwcy - to przecież nikt ci nie broni - załóż własną partię i przekonuj jak tylko umiesz! Nie udaje ci się przekonać..? Aaa - widać nie masz racji...

Ludzie z natury są krótkowzroczni, głupi, skłonni do ulegania emocjom, leniwi, zawistni i podatni na manipulację - kto ośmieli się temu zaprzeczyć..? Cechy te czynią utopię “demokracji” bezprzedmiotową - bo jakże może być słusznym i sprawiedliwym taki system rządów, który dopuszcza do udziału w nich największą liczbę krótkowzrocznych głupców, łatwo ulegających emocjom, leniwych, zawistnych i podatnych na manipulację?

Czyż nie lepiej liczbę owych głupców ograniczyć? Trafiają się bowiem wśród ludzi jednostki nieco mniej głupie, a czasem nawet - mniej od innych krótkowzroczne. Statystycznie rzecz biorąc, jest ich więcej wśród rządzących elit, niż wśród rządzonego motłochu - im mniej więc motłoch ma do powiedzenia, tym większa szansa, że będzie elita realizowała swoją dominację z pomiarkowaniem i rozsądkiem. Oczywiście - nie ma najmniejszych gwarancji, że tak się rzeczywiście stanie: to czysto statystyczna prawidłowość. Gwarancji “dominacji realizowanej z pomiarkowaniem i rozsądkiem” dać nie sposób - żaden wyobrażalny ustrój nie jest odporny na głupotę i namiętności targające tak rządzącymi jak rządzonymi.

Skoro gwarancji tego rodzaju dać nie można, słusznym i rozsądnym jest poniechać utopii. Niezależnie od tego, czy jest to utopia zakładająca udoskonalenie państwa, czy jego likwidację. Zawsze zaś ważniejszym jest zwracanie uwagi na to, co rządzący robią, nie zaś na to - w jaki sposób usprawiedliwiają swoje rządy. Ktoś, tak czy inaczej rządzić musi. Nie ten, to inny. Nie w imię tej, to w imię innej ideologii. Ale nigdzie nie jest powiedziane, że rządzący - koniecznie musi rządzić głupio i niesprawiedliwie. A nuż - uda się przekonać władcę, by postąpił z korzyścią także dla siebie, czyniąc pokój i sprawiedliwość..? To się jednak, czasami, na krótko - udawało...

piątek, 28 grudnia 2012

Postęp czy anomalia?

Przyznam się Państwu, że się rozleniwiłem. Bo też: co właściwie można robić między Świętami a Nowym Rokiem..? Ograniczamy się też do czynności czysto wegetatywnych: karmimy zwierzęta (i siebie), palimy w Herculesie, popiół wyrzucając konsekwentnie do ogródka, odwiedzamy tylko najbliższych sąsiadów. Nasz Behemot, czyli Power Mac G5, oddany do remontu zaprzyjaźnionej firmie sadowniczej jeszcze tydzień temu, nie wrócił do nas dzisiaj, choć były takie plany - szef zaprzyjaźnionej firmy szczerze przyznał się do takiego samego rozleniwienia międzyświątecznego, jakie i mnie drąży. Tym się różnią firmy zaprzyjaźnione od zwykłych...

Lepsza Połowa zakończyła lekturę “Chłopów” - a ja zbliżam się do końca I tomu “Historii życia prywatnego”. Z jednej i drugiej okazji - mała refleksja. Taka na miarę “międzyświęcia”!

Proponowany podział jest do pewnego stopnia arbitralny, jako że ta sama rzecz różne może pełnić funkcje, zależnie od potrzeb i kontekstu. Tym niemniej, z dostateczną jak na tak luźne rozważania dokładnością podzielić można majątki w posiadaniu ludzi na produkcyjne i nie-produkcyjne. Produkcyjne to takie, które da się wykorzystać do wytwarzania wartości. Nie-produkcyjnych w tym celu wykorzystać się nie da.

Majątkiem produkcyjnym jest ziemia rolna nawet, jeśli leży odłogiem - bo można ją wziąć pod uprawę. Ale już mieszkanie: tylko pod warunkiem, że da się w nim uprawiać jakąś działalność gospodarczą. Natomiast złoty naszyjnik, czy muślinowa szata, niezależnie od tego, że mogą właścicielce przysporzyć korzyści, jeśli je wykorzysta podczas scenicznego show - zaliczymy jednak raczej do kategorii majątku zdecydowanei nie-produkcyjnego. 


Aż do czasów bardzo niedawnych, ogromna większość majętności przekazywanych w formie spadków, darowizn czy aktów kupna - sprzedaży miała charakter produkcyjny. Co więcej - ogromna większość ludzi posiadała lub współposiadała JAKIŚ majątek produkcyjny.

Wynikało to głównie z faktu, że 80 - 90% ludności stanowili rolnicy posiadający lub współposiadający gospodarstwa rolne. Dlaczego “współposiadający”? Dlatego, że w takiej na przykład gospodarce folwarczno - pańszczyźnianej nie można było chłopów tak ze wszystkim uznać za wyzutych z własności niewolników. Mimo wszystko, ich pan nie mógł ani ich osobami, ani działkami ziemi, które dzierżyli, dysponować całkiem swobodnie i wedle woli. Przez kilka dziesięcioleci tylko - od wprowadzenia, w roku 1807 Kodeksu Napoleona, do uwłaszczenia w 1863, byli chłopi traktowani przez prawo jako dzieżawcy, a nie współwłaściciele swoich gospodarstw, co też skutkowało najpierw coraz to bardziej masowymi rugami z ziemi (potrzebnej pod towarową hodowlę owiec na wełnę, lub pod nie mniej towarowe folwarki gospodarujące już “po nowemu” - płodozmianem), a w konsekwencji - coraz to gwałtowniejszym oporem wyzuwanych z ojcowizny chłopów.

W każdym razie, do czasów bardzo niedawnych prawie każdy jakiś majątek produkcyjny posiadał, a jeśli nie - to do jego posiadania mniej lub bardziej uporczywie dążył. Dążenie to nie dotyczyło tylko pewnych marginalnych grup, egzotycznych i społecznie stygmatyzowanych: Cyganów, Żydów (przed ich emancypacją, gdy nie mogli posiadać ziemi, ani zatrudniać “chrześcijańskiej czeladzi”, co poważnie ograniczało im możliwość działania w przemyśle), żebraków, złodziei i innych “ludzi luźnych”.

Tymczasem, w ciągu ostatnich 100 lat zaszła w tym względzie zmiana. Obecnie najpoważniejszym majątkiem, najpowszechniej posiadanym przez największą liczbę Polaków są mieszkania - najczęściej: mieszkania w blokach, bardzo kiepsko nadające się do czegokolwiek innego niż mieszkanie, a i to koniecznie - w pewnym szczególnym kontekście, zakładającym w miarę sprawne funkcjonowanie infrastruktury miejskiej, bez której i do tego się nie nadają. Potem idą samochody, sprzęt elektroniczny, meble, odzież. Majątek produkcyjny posiada drobna mniejszość Polaków - bodaj około kilkunastu procent (bo nawet nie wszyscy mieszkańcy wsi). Co i tak jest bardzo znacznym udziałem w porównaniu do wszystkich właściwie naszych sąsiadów.

Dlaczego tak się dzieje? Otóż - bardzo łatwo wytłumaczyć, dlaczego przez tyle wieków, a właściwie, przez tyle tysiącleci, ogromna większość ludzi gotowa była nawet do zbrodni, byle tylko jakiś kawałek płodnej ziemi, jakąś parę wołów, czy inne atrybuty ciężkiej pracy posiąść. Produktywność tego majątku była - nieledwie symboliczna. Z jednego ziarna wrzuconego w ziemię uzyskiwano od kilku do kilkunastu ziaren plonów. To samo dotyczyło ręcznej, w ogromnej większości, pracy w rzemiośle, czy nawet - mozolnego, na grzbietach osłów, mułów czy wielbłądów prowadzonego handlu.

W tej sytuacji, kto nie był najściślej z wytwarzaniem wartości związany, kto nie posiadał służącego temu celowi majątku, narażał się na wielki hazard i ryzyko, że go w podziale owoców tak mało wydajnej pracy - pominą. Nawet buddyjskie klasztory w dawnych wiekach chętnie gromadziły majątki ziemskie - widać tradycyjna jałmużna dla mnichów zbyt niepewnym była źródłem utrzymania.

Współcześnie natomiast panuje przekonanie, że tak naprawdę każdy jest w stanie zarobić na lepiej niż dobre utrzymanie wyłącznie najemną pracą - posiadaniem produkcyjnego majątku się nie kalając. I tak w rzeczywistości zapewne jest. Tym niemniej, zjawisko to mnie zafrapowało. Bowiem niezależnie od tego, co jest możliwe, a co nie jest - nawyki przez tyle wieków i tysiącleci utrwalone, powinny trwać dalej, niezależnie od zmian “w sferze materialnej”. Cóż to jest 100 lat, a  nawet mniej?

Tymczasem nie tylko nie widać jakiegoś pędu do posiadania produktywnej ziemi, nadających się do produktywnego wykorzystania lokali, czy innych potencjalnie produktywnych narzędzi, ale wręcz - zaryzykowałbym stwierdzenie, że obciachowym jest myśleć o takich rzeczach. Ba! Nawet Kościół katolicki w dzisiejszych czasach utrzymuje się raczej z jałmużny niż z majątku - co jest już niezwykłe zaiste, bo tak, jako żywo, nigdy nie było (posiadanie dość znacznego majątku, jak właśnie wyczytałem, potwierdzone jest dla wspólnoty chrześcijańskiej w Rzymie już w III w. po Chrystusie...).

Dlaczego tak się dzieje? Czy jest to wina “kulturowego marksizmu”, sączącego się ze szkoły, mass mediów i internetu? Czy może posiadanie majątku produkcyjnego, wiążące się też przecież z pewnymi obowiązkami - było przez te wszystkie wieki i tysiąclecia raczej ciężarem niż radością dla ludzi i teraz, skoro już nie muszą, ani myślą, w większości, się nim obciążać? Ma ktoś z Państwa jakiś pomysł na rozwikłanie tej zagadki?

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Błąd poznawczy

Historia nie jest tylko nudnym powtarzaniem oklepanych formułek o jakichś dawno umarłych i słusznie zapomnianych królach czy filozofach. Jest to, dla człowieka myślącego, najpotrzebniejsza z nauk - bo tylko poprzez odniesienie się do tego, jak ludzie myśleli i działali kiedyś, zrozumieć można samego siebie tu i teraz.

Wielce pod tym względem instruktywne są błędy historyków! Jak to zwykle w Wigilię (i w Wielką Sobotę), zrobiłem porządek na regale z książkami - zdjąłem wszystko po kolei, wycierając kurze i mysie bobki, a potem ułożyłem z powrotem. Przy tej okazji wyjąłem sobie lekturę - dwa pierwsze tomy “Historii życia prywatnego” mnogich autorów. I nawet zacząłem czytać początek tomu I “Od Cesarstwa Rzymskiego do roku tysięcznego”, czyli esej Paula Veyne “Cesarstwo Rzymskie”. Jest to lektura ponowna, ale przyznam, że fakt, iż czytałem to już jakieś 2 czy 3 lata temu, przypominam sobie dopiero w trakcie - znakiem tego, dobrze zrobiłem, bo widać mi się nie utrwaliło...



Monsieur Veyne jest historykiem pracowitym i uczciwym. Temat, którego się podjął - problem mentalności Rzymian - przebadał wszechstronnie. Skutkiem czego, nieustannie się dziwi. A to odkryciu, że miłość małżeńska jako zjawisko kulturowe odzwierciedlane przez literaturę, moralistykę i sztuki plastyczne, pojawiła się między początkiem I w p.ne., a końcem I w n.e. (z czego oczywiście wcale nie wynika, że wcześniej nie było ani miłości, ani małżeństw - ani, że od tej pory były już tylko małżeństwa z miłości!). A to faktowi (niezaprzeczalnemu!), że rzymska edukacja “klas oświeconych” unikała jak ognia uczenia ich czegokolwiek, co by choć przypominało jakąś umiejętność praktyczną i użyteczną. A to temu, że istniało wówczas wiele różnych relacji międzyludzkich o charakterze rodzinnym lub quasi - rodzinnym - jednym z nich był stosunek pana do niewolników i niewolników do pana.



Dziwi się, że niewolnicy na ogół kochali swoich panów (chyba, że - jak to w miłości bywa - poczuli się rozczarowani, bo wówczas zaczynali ich nienawidzieć...) - i że nikt tak naprawdę, w całej starożytności, nie wpadł w ogóle na pomysł, że złe może być “niewolnictwo jako takie”, a nie - zły pan, czy nieużyteczny niewolnik... Dziwi się też, jak to możliwe, że całe to Imperium było tak naprawdę jedną wielką gangsterką, w ramach której każdy, kto trzymał się władzy, od prostego posterunkowego czy szeregowego legionisty zaczynając, a na samym princypesie kończąc - łupił tak poddanych, jak i własnych podwładnych jak mógł i umiał, a o karierze decydowała wyłącznie protekcja i “układy”.



Pozostawiając może kwestię małżeństw i miłości, a takoż i edukacji na inną okazję, do sprawy niewolnictwa i do sprawy - nazwijmy to umownie - “uczciwości władzy” mam takie oto podstawowe zastrzeżenie: monsieur Veyne jako punkt wyjścia dla swojego zdziwienia wybiera przekonania, jakie przeciętny francuski mieszczuch, któremu ma nadzieję sprzedać swoją książkę, POWINIEN żywić na temat otaczającej nas obecnie rzeczywistości. Przeciętny francuski (niemiecki, polski...) mieszczuch POWINIEN być bowiem święcie przekonany że instytucja niewolnictwa stanowi obelgę jego człowieczeństwa i że, w związku z tym, nie może być tolerowana pod żadnym pozorem.

Przeciętny francuski (niemiecki, polski...) mieszczuch POWINIEN też być święcie przekonany, że ideałem administracji jest kompetentna bezstronność, sprawiedliwie i zgodnie z prawem ustanawiająca na Ziemi jedyny obiektywnie racjonalny i słuszny, bo gwarantujący największą ilość dobra dla największej liczby jego konsumentów porządek rzeczy.

Cóż: nie bardzo rozumiem, DLACZEGO instytucja niewolnictwa koniecznie musi budzić taki wstręt i obrzydzenie - skoro jest przecież oczywistą oczywistością, iż większość ludzi tak naprawdę o wiele większy wstręt odczuwa wobec zaprzeczenia niewoli - wobec wolności? Czyżby dlatego, że tylko znosząc niewolnictwo jako stosunek osobisty, oparty na emocjach, tradycji i prawie - można dać współczesnym panom niewolników, czyli “nowej klasie”, placet na całkowitą i niczym nie uregulowaną samowolę względem poddanych?

W możliwość wprowadzenia jedynego obiektywnie racjonalnego i słusznego porządku rzeczy, jak i w to w ogóle, aby dało się ludzkimi sprawami rządzić racjonalnie i sprawiedliwie - wybaczcie Państwo - nie wierzę. I całe szczęście zresztą, bo gdyby rzeczywiście komuś udało się zrealizować ów utopijny postulat i dostarczyć największej ilości dobra największej liczbie jego konsumentów - byłoby to takie Piekło, że wszystkie groteskowe wizje Hieronima Boscha to przy tym pastela!



Co więcej, jak uczy nas historia nawet, jeśli postawi się administracji dużo skromniejszy cel niż wprowadzanie Niebios na Ziemi - ot, chociażby: zapewnienie, że będzie owa administracja absolutnie lojalna i posłuszna wobec władcy. Nawet, jeśli dla realizacji o tyle skromniejszego celu, władca nie cofnie się przed najdrastyczniejszymi środkami, rodem wprost z utopii Platona - jak zrobili Osmani, rekrutując swoją biurokrację i najzaufańsze wojsko z prywatnych niewolników, na których życie erotyczne i możliwości reprodukcyjne nałożyli (początkowo) drastyczne ograniczenia, a to po to, aby wyeliminować, gdzie tylko to możliwe, ryzyko kumoterstwa. Nawet i w takim wypadku - sukces bywa nader krótkotrwały, bo bardzo szybko siły natury biorą górę i wszystko wraca do normalnego porządku, niczym się nie różniącego od absolutnie dominującego w dziejach “gangsterskiego” modelu sprawowania władzy.



Czy aby przypadkiem nie należy się w związku z tym spodziewać, że taki sam koniec spotka (a może już spotkał?) również i obecny projekt “rządów bezstronnej kompetencji”..?

niedziela, 23 grudnia 2012

Najdłuższa noc

Końca, niestety, nie było. A i najdłuższa w roku noc jest już za nami, dnia zaczęło przybywać: od razu jakoś raźniej, nieprawdaż?

TVN24 trąbi o Modlinie. Wysiłek, by zrobić z tego newsa sznur, na którym powiesi się przynajmniej prezesa, a najlepiej cały tamtejszy Zarząd - aż się potem na obliczu wysłanego na miejsce redaktora objawiał. No niestety, nagabnięta pasażerka (tu gościu zdradził, że jest hetero i że wciąż mu się chce - bo zaczepił w miarę przystojną blondynkę) zamiast puścić wiązkę bluzgów przyznała, że wie o wszystkim, nigdzie się nie spóźnia i po prostu czeka na autobus, który ją zawiezie na lotnisko zapasowe, a cała akcja przebiega wzorcowo. Błąd w sztuce Panie Redaktorze! Do takich "przebitek" to się wybiera nie przystojne blondynki (takowe rzadko miewają powody do niezadowolenia...), tylko sfrustrowanych, zagubionych facetów koło 50-tki...

Dlaczego o tym wspominam? A tak, dla przykładu. Po prostu, przy tej okazji widać jak na dłoni jak funkcjonują me(r)dia w Polsce. Jeden z moich przyjaciół twierdzi, że dziennikarze współcześnie nie są już kucharzami - nie przygotowują sami "potraw", które serwują publiczności - ale kelnerami: donoszą tylko to, co im ten, kto płaci i wymaga do podania przekaże. Żeby jakiś "news" przedostał się do "mediów głównego nurtu", najpierw ktoś musi tego chcieć i za to zapłacić. Inaczej, pies z kulawą nogą się wydarzeniem nie zainteresuje!

Kto zapłacił za ten jakże widoczny na (wciąż za mało) profesjonalnym obliczu Pana Redaktora wysiłek tym razem? Nie wiem - zresztą: to nie moja sprawa. 

Poza tym, skojarzyło mi się z wizytą naszych Przyjaciół z Warszawy wczoraj: oto oglądali sobie siedlisko w nieodległym Niedabylu i pragną przedsięwziąć kroki w celu osiąścia na hektarach. Całych dwóch na początek. Za czym poszła dyskusja o "wzniesionych grządkach", "otwartej biologicznej oczyszczalni ścieków", uprawie warzyw, krowie, kozach, drobiu, aż na koniec - padło pytanie, a czy konika do pługa i najlepiej pod siodło w jednym, dałoby się na tych dwóch (z perspektywą na trzy...) hektarach utrzymać i jakiego?

Z jednej strony, trochę nas to przeraziło. Próbowaliśmy też entuzjazm studzić. Osobliwie w kwestii owej "otwartej oczyszczalni ścieków" (od ideologii w tej kwestii stanowczo praktyczniejsza jest wizyta w Obi - na przykład - i wybór najtańszej oczyszczalni do samodzielnego składania - po prostu...). A i z tym konikiem, to nie jest takie łatwe!

Mam wrażenie, że studzenie entuzjazmu kompletnie nam nie wyszło:
Kto się bowiem oprze hasłu "wsi spokojna, wsi wesoła"?

No i właśnie dlatego, ów fizycznie wręcz wysilony "news" o Modlinie (na który zresztą trafiłem przypadkiem - w innej wersji - już wczoraj wieczorem, gdym przełączaniem kanałów próbował uchronić się przed zbyt szybkim zaśnięciem...) mi się z entuzjazmem naszych wczorajszych gości skojarzył. A to dlatego, że oglądając grymas na twarzy Pana Redaktora usłyszałem zarazem ogromny huk. To był kamień, który mi spadł z serca - że cały ten zgiełk to nie moja sprawa, nie muszę się tym przejmować, nie muszę gnać z obłędem w oczach, ani toczyć absurdalnych wojen. Uff!

No trudno: bywa zimno, bywa i głodno, przetrącony kulas wciąż drętwieje i boli - ale ci w mieście mają jednak gorzej!

Jutro odwilż, a to mi się bardzo podoba - pewnie nas odetnie od świata błoto, ale za to mniej trzeba będzie palić w Herculesie i odejdzie stres związany z rozmrażaniem kranu pod wiatą (na razie instalacja, którą pracowicie na rurę nawinąłem - działa bez pudła). Może też coś dłuższego napiszę. Gdybym jednak nie dał rady - już teraz: Wesołych Świąt Państwu życzę!

piątek, 21 grudnia 2012

Nadzieja końca

Dlaczego ludzie wciąż od nowa oczekują Końca Świata? To chyba trochę jak czasem z niektórymi bezbożnikami - nic by ich tak w głębi ducha nie uradowało, jak piorun z Niebios, rażący ich w samym środku najwyuzdańszej orgii! Czemuż tu się dziwić zresztą? Brak tego pioruna, całkowita obojętność Niebios na wszelkie wyzwania, jakie tylko najdziksza fantazja grzesznika potrafi im przeciwstawić - można rozumieć jako dowód na to, że Niebiosa są puste. Ale to jest myśl jasnego dnia, myśl która tylko na jawie może uspokoić skołatane nerwy neurastenika. Nocą, we śnie, gdy rozum śpi a budzą się strachy - pojawia się całkiem inny koncept: a czemuż owej (wzgardliwej dla ludzkiej dumy...) obojętności, owego milczenia upartego, całej tej niejasności i Tajemnicy - nie wytłumaczyć całkiem zgoła przeciwnie? Oto nie rażą piorunem Niebiosa, nie objawiają nowych proroctw i nowych gróżb, bo jest im - los bezbożnika... obojętny..?

Gdyby istotnie w tej sekundzie rozwarła się zasłona Niebios i nastał Koniec - nie byłożby to wydarzenie głośne i straszliwe, zarazem wyszukanym pod adresem ludzkości komplementem? Docenieniem - ostatecznym - owej Korony Stworzenia, czyli - dajmy na to - pani Zdzisi ze spożywczego, która wprawdzie nic już nie pamięta ze szkolnych nauk (poza piciem, paleniem i pie...niem...), ale za to głęboko wierzy, że wszystkie jej miłosne rozterki, związane z osobą pana Krzysia, magazyniera (strasznego drania, który pije i bije...), a tudzież wątpliwości i obawy na tle wcięcia w talii (którego, nie wiedzieć czemu, nie zawsze widać...) - zapisane są w gwiazdach od początku świata..? Czy można sobie wyobrazić lepszy dla pani Zdzisi komplement? Co jest straszniejsze: groza owego Dnia Sądu

czy smutny fakt, że jest pani Zdzisia i wszystkie jej rozterki miłosne i niemiłosne - całkowicie dla losów świata nieistotna i niezauważalna..?

Wszystko jedno, czy obwieszczą Koniec trąby archanielskie - czy pojawienie się Nibiru na nieboskłonie (byle przewidziane w stosownym proroctwie: nieprzewidziane Końce Świata takie, które skradają się jak złodziej - znacznie mniej już są dla naszego zbiorowego ego pochlebne...).

No cóż: nie traćmy nadziei! Na Yukatanie piątek dopiero się zaczął...

środa, 19 grudnia 2012

Grunt to gront

Jego gront, jego wola - jak słusznie podsumowała Dominikowa. Napiszę teraz coś, z czym nie zgodzi się żaden polonista w Polsce, więc przestrzegam przed posługiwaniem się tą interpretacją na lekcjach!

Uważam atoli, że wątek erotyczny w "Chłopach", całe to zamieszanie wokół lokalnej Heleny trojańskiej, czyli Jagny:

jest dla konstrukcji powieści zbędny!

Owszem, owszem - taki konflikt ojca z synem o jedną kobietę jest archetypiczny, przywołuje na myśl najstarsze mity ludzkości: Kronosa pożerającego własne dzieci, jest też szekspirowski, czyni z powieści dzieło uniwersalne i zrozumiałe na całym świecie. Tylko co z tego? A bo to nie miał Antek powodów, żeby się z ojcem pobić nawet zanim tamten zmiarkował zanurkować między białe, tłuste uda Jagusi?

Ja do waju na wycug nie pójdę! - oto istota konfliktu, oto prawdziwa oś dramatu. Też przecież szekspirowska - a "Król Lir" to o czym?

Tym bardziej, że ta powieściowa Jagna to taka lala gumowa, gdzie ją popchną, tam się kładzie. Bożena Dykiel:
dodała jej trochę życia w filmie:

Tego rodzaju trójkąty w kulturze współczesnej częściej jednak bywają przedmiotem kpin:
niż dramatu - nie wiem, czy ten aspekt powieści nie zestarzał się bardziej niż język, którym jest napisana, a którego większości młodzieży NIE CHCE SIĘ rozumieć?

Tymczasem dramaty takie, jak Jagustynki z dziećmi spór o "wycug" i Macieja Boryny z Antkiem o "gronta" - dzieją się współcześnie. O jednym z takich dramatów, zakończonym tragicznie - pisałem przecież nie tak dawno. Również w najbliższej okolicy - pewna smutna historia zakończyła się epickim iście sporem o spadek. A i wśród moich tutejszych przyjaciół, walka o władzę, walka o "gronta" i to, kto do kogo "na wycug" przyjdzie - toczy się jawnie i niejawnie, ale toczy się - codziennie, latami...

Dlaczego tak się dzieje na wsi - czyż muszę tłumaczyć? Naprawdę nie potraficie sobie Państwo sami na to pytanie odpowiedzieć?

Nie, nie chodzi o to, że "rolnicy" to dzikie bestie, gorsze od zwierząt! Chodzi o to, że ziemia nie guma - nie rozciąga się. A jest podstawowym "środkiem produkcji" w rolnictwie - czyż nie? Zatem, prawdą jest, że "grunt to gront" i kto ma ziemię, ten ma władzę!

Ma władzę nad mniejszym lub większym, ale jednak - nad pewnego rodzaju przedsiębiorstwem. Władzę, która polega na podejmowaniu trudnych decyzji: kosimy dzisiaj, choć może padać - czy poczekamy do jutra?

Nawyk podejmowania takich decyzji, wyrobiony przez lata - skutkuje pewną przyrodzoną arogancją.

Może nie aż taką:
ale różnica nie jest aż tak wielka...

Tak więc ograniczony zasób, w naturalny sposób dający władzę plus nawyk faktycznego sprawowania tej władzy, ćwiczona latami duma - to sam w sobie jest już przepis na niejeden szekspirowski dramat. A jak do tego dojdzie jeszcze bieda, na skutek której coś, co w innych warunkach byłoby tylko karygodną złośliwością, łatwo przeradza się w śmiertelne zaniedbanie - a mamy pod niejedną strzechą takie zdarzenia, które przeciętny mieszczuch tylko z kart "Ryszarda III" kojarzy...

Czy to znaczy, że w mieście rodzice i dzieci się nie spierają? Niestety - nie. Tyle, że powody tych sporów (pomijając nieprzemijający "problem mieszkaniowy") chyba jednak trochę inne. Najczęstszy, jak sądzę - jest ten, że czasem bardzo trudno jest o wspólny język. Moi rodzice się mnie wstydzą. Żeby byli ze mnie dumni, powinienem stać się taki, jak wszyscy. Znaleźć biurową pracę. Ożenić się i spłodzić potomka. Wybudować "domek z podjazdem". I nawet nie umiem sobie wyobrazić, jak miałbym im wyjaśnić, że żadna z tych rzeczy nie jest dla mnie ważna - skoro żadna z rzeczy dla mnie ważnych, dla nich nie ma najmniejszego znaczenia, albo wydaje się zgoła chorym dziwactwem..?

No ale cóż - Państwo, jak już ustaliliśmy, i tak wolicie, z całej tej wsi, takie widoki:
czyż nie?

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Przetrącony kulas

Zastanawialiście się kiedyś, co to właściwie znaczy "przetrącić kulasy"? Właśnie sobie jednego (prawego) przetrąciłem. Poprawiałem wczoraj wieczorem belkę siana - taka belka waży koło 300 kg i trzeba się naprawdę napiąć, żeby ją przesunąć z miejsca na miejsce. I kiedy byłem taki napięty, spadł mi na prawą łydkę od tyłu jeden z kęsów drewna, których używam do ustabilizowania plandeki, okrywającej belę siana, nim ją wytoczę koniowatym w celu spożycia. Aż mnie w kłębek zwinęło!

Łydka przez noc tak pogrubiała, jakbym przez miesiąc na siłkę chodził. Jakoś kuśtykam. Siano szamają już czterokopytne, bo przez noc opróżniły w większości "drabinę", którą im niedawno zrobiłem (drabina toporna i niezgrabna jak wszystkie moje dzieła - ale istotnie nam siano oszczędza - co bowiem pokruszą z beli, to na drabinę wkładam, więc mniej niszczą):




Roztopy straszne, a płynie tylko po powierzchni, bo ziemia zmarznięta - toteż nie do końca udało mi się udroźnić odpływ nadmiaru cieczy sprzed wiaty:

Jeszcze wczoraj wszędzie dookoła był śnieg:
Są oczywiście tacy, którzy się nie przejmują:

Czytamy na zmianę z Lepszą Połową "Chłopów". Dana, oj dana, wsi nasza kochana!

Co jest, oczywiście, skutkiem zapisania się do naszej gminnej biblioteki.

Wnioski będą - jak odcierpię. Nie dziś i pewnie raczej nie jutro...

A Państwo też dobrzy jesteście. Pierwszy od niejakiego czasu post wczoraj napisałem, gdzie ani o dupie nie piszę, ani żadnej gołej lub nie do końca gołej dupy nie pokazuję na obrazku - i już... cisza, jakby kto makiem (tym dawnym, opiumowym ma się rozumieć...) zasiał. No i sami powiedzcie - co ja mam o Was myśleć w tej sytuacji..? A wydawało mi się, że takie przesiane towarzystwo tutaj zagląda...

niedziela, 16 grudnia 2012

Przyczynowość w dziejach

Nie od dziś wiadomo, że spór deterministów z indeterministami to tak naprawdę kwestia skali. Jeśli bowiem badać jakieś zjawisko (zachowanie ludzkie – konkretnie) naprawdę szczegółowo, to zawsze znajdzie się – a przynajmniej – uda się post factum dopasować – przyczynę w sposób zupełnie satysfakcjonujący tłumaczącą najdziwniejsze nawet przypadki. Kto nie wierzy, niech sobie przestudiuje życiorys profesora Dońdy.



Układanie takich ciągów przyczynowo – skutkowych wyglądałoby na koloryt stylu, jeszcze jedną z Lemowych ekstrawagancji językowych które, jak mi się wydaje, są głównym powodem dla którego zidiociałe pokolenie wtórnych analfabetów wychowanych w kulturze obrazkowej już Mistrza nie czyta – gdyby nie ważna nauka, która z tych pasaży wynika. Tak samo bowiem, jak szukając przyczyn czyjegoś przyjścia na świat, zmuszeni jesteśmy cofać się do czasów, gdy pramałpoludka potknęła się o korzeń akacji, pozwalając w ten sposób pramałpoludowi dać się posiąść, ze skutkiem natalnym, która to akacja wyrosła w tym miejscu gdyż, itd., itd. – tak samo też, choć niekoniecznie i nie zawsze w tak trywialne wnikająca szczegóły – stara się też działać nauka. Na ogół z powodzeniem. Co bowiem „w skali makro“ wydaje się zjawiskiem przypadkowym, które można badać tylko metodami statystycznymi, „w skali mikro“ objawia czysto deterministyczną naturę, pięknie dając uzgodnić wyniki z przewidywaniami (jeśli bywa odwrotnie – jak np. w termodynamice – to dlatego, że przy bardzo wielkiej ilości zdeterminowanych zdarzeń mikro, praktyczniej jednak jest posługiwać się statystyką).

Dlatego właśnie, tak wielkim była zaskoczeniem, a wręcz obelgą dla nauki (czemu bodaj dawał wyraz nie kto inny, jak Einstein), niesprowadzalność zjawisk subatomowych do tego schematu, a przez to – nieuzgadnialność mechaniki kwantowej z resztą fizyki.

Jak zwykle, w humanistyce wszystko jest na odwrót. Zachowanie jednostki ludzkiej nawet u najzaprzysięglejszych deterministów, uchodzi jednak za w miarę swobodne. Nawet Marks, z Engelsem na dokładkę, musieli przyznać swoim, skądinąd zdeterminowanym jak automaty przez „stosunki produkcji“ ludziom tę przynajmniej swobodę wyboru, że „niektóre jednostki z klas uprzywilejowanych mogą przejść na stronę proletariatu“ – boż jak inaczej mieliby wytłumaczyć własne zachowanie, skoro żaden z nich proletariuszem bynajmniej nie był..?

Za to bieg dziejów powszechnych zwykle postrzega się jako zdeterminowany. Profesor Bobola pewnie by wręcz użył analogii do zachowania gazu – nie badamy torów i pędów poszczególnych jego cząsteczek, bo choć to możliwe, to zwykle niepotrzebne i tylko komplikuje opis, skoro scałkowane, dają się doskonale deterministycznie opisywać kilkoma prostymi wzorami.

Problem polega na tym, że przyjąwszy taką perspektywę bez głębszego namysłu – łatwo wpadamy w pułapkę tworzenia hipostaz. Oczywistą hipostazą są wszak „stosunki produkcji“, „klasy“ – a nawet, choć tu słowo zwykle przyobleka się w ciało – „narody“, czy „państwa“. „Stosunków produkcji“ nikt nigdy na oczy nie widział – to czysto abstrakcyjny „byt“, nie występujący nigdzie poza książkami. O tym, czy istnieją realnie czy nie istnieją „klasy“ – już chyba tutaj się spieraliśmy. Skłonny jestem przyznać, że istnieją – w badaniach socjologa, bo w życiu realnym „klasy“ nikt jako żywo spotkać nie może, w życiu realnym spotkać można co najwyżej konkretnych ludzi, a nie „proletariuszy“ czy „kapitalistów“.

Co do „narodów“, to z nimi jest trochę jak z „rasami“ w zootechnice: bardziej jest to bowiem pewien „projekt w działaniu“, niż kategoria opisowa. Przez większość XIX wieku, kiedy – jak nas uczą podręczniki historii – „Polacy bohatersko walczyli o odzyskanie państwowości“, stając się przy okazji – po raz pierwszy w dziejach Europy, o czym jakoś nikt nie chce pamiętać – „narodem“ w sensie „bytu prawnego“ (bo Kongres Wiedeński w 1815 roku stworzył – niebezpieczny jak się okazało – precedens, gwarantując traktatami, iż tak Rosja, jak Prusy i Austria „stworzą Polakom warunki narodowego bytu“) – więc, przez większość owego wypełnionego bohaterskimi walkami wieku XIX, z polskością utożsamiało się może kilka, w porywach do kilkunastu procent wszystkich mówiących na codzień po polsku (za to trafiali się, wcale nierzadko tacy, którzy na codzień wcale po polsku nie mówili, a jednak – uważali się za „Polaków“). W aktywnej walce zaś mogło brać udział może 1, może 2% wszystkich, teoretycznie „zainteresowanych“?

Nie jest wcale przypadkiem, że mamy w hymnie słowa „będziem Polakami“! Pierwotnie, oczywiście, oznaczało to co innego – bo gdy Wybicki pisał te słowa, nie istniało jeszcze pojęcie „narodu“ nowoczesne, więc – oderwane od państwowości. „Narodem“ byli obywatele/poddani określonego państwa – stąd mógł Branicki z sensem pisać, że „stał się Rosjaninem“ i wcale to nie oznaczało, że się zrusyfikował (co przecież jest oczywistą nieprawdą – nie dość, że się nie zrusyfikował, to jeszcze potomstwo na gorliwych patriotów, choć sam Targowiczanin – wychował…) tylko, że został poddanym cara – a „Rosjanami“ był ogół poddanych cara, bez względu na to, jaką wyznawali religię i w jakim na codzień mówili języku, licznej, a uprzywilejowanej w Imperium grupy Niemców – protestantów nie wyłączając.

W latach 1806/1807 i – na nieco mniejszą skalę także w latach 1809 i 1812 – Polacy udowodnili jednak czynem swoją nielojalność względem nowych panów („powstania kościuszkowskiego“ nie liczę, wszak gdy wybuchło, istniała jeszcze Rzeczpospolita, było to więc właściwie wojna z Rosją i Prusami…), wybierając Napoleona. Kongres Wiedeński wyciągnął wnioski z tej krępującej sytuacji, próbując jakoś „lojalność państwową“, z nowo odkrytą „lojalnością względem wspólnoty języka i historii“ uzgodnić. Niezgrabnie, bo niezgrabnie – ale czego chcecie od innowacji? Źle to się skończyło NIE TYLKO z powodu nieszczerości zaborców i nierealistycznych marzeń Polaków. Ostateczny cios „staremu porządkowi“ zadali bowiem nie Polacy, tylko Niemcy i Włosi, także uznając się, w ciągu następnych kilkunastu – kilkudziesięciu lat za „narody“ – co, gdy im się w końcu udało zjednoczyć, na dłużej zachwiało równowagą europejską – być może i do dziś nie udało się balansu, utraconego w roku 1871 odzyskać.

W każdym z tych przypadków jednak, za aktywnością „narodu“ stała wąska grupa rewolucjonistów, w porywach osiągająca do 1, może do 2% całej populacji, której reprezentacją się mieniła. I to właśnie jest nowy, a dla Wybickiego pewnie niespodziewany sens tych słów w naszym hymnie – „świadoma elita“ walczyła bowiem nie tylko o stworzenie własnego państwa, ale też i o to, aby zmienić świadomość pozostałej części populacji, do reprezentacji której pretendowała tak, aby owa populacja poparła jej walkę i aby uznała się za „Polaków“.

Ponieważ nie istnieje żaden „naród“ poza umysłami ludzi, którzy się za ów „naród“ uznają – taka sama walka, siłą rzeczy, musi się powtarzać w każdym pokoleniu, bo jest kwestią swobodnej decyzji poszczególnych jednostek, czy uważają się za „Polaków“, czy za „Niemców“, a może i zgoła za „Europejczyków“. Nie tylko Polaków zresztą ta prawidłowość dotyczy – nie istniał taki naród jak „Austriacy“ przed II wojną światową – a dziś, podejrzewam, myląc Austriaka z Niemcem, można czasem i w gębę zarobić.

Jest tedy „naród“ – każdy „naród“ – nie „bytem samoistnym“, tylko pewnym projektem, mniej lub bardziej udolnie realizowanym metodą manipulowania ludzkimi emocjami przez zainteresowaną jego istnieniem elitę – czasem jest to elita biurokratyczna państwa, a czasem tylko taka, która do roli elity biurokratycznej pretenduje. Na wczesnym etapie takiej „narodotwórczej manipulacji“ jest np. projekt „narodu śląskiego“ – możemy tedy wcale z bliska oglądać, jak to się robi, jeśli już sami zapomnieliśmy!

W jakim zaś sensie hipostazą jest również „państwo“, skoro nie ma chyba bytu szerzej, nachalniej i staranniej manifestującego swoje istnienie przy pomocy demonstrowanych publicznie symboli? W takim, że zagadnienie władzy nad określonymi ludźmi i terytorium, niby konkretne, rodzi jednak nieliche problemy poznawcze: mógł z sensem mawiać Ludwik XIV, że „państwo to ja“ (w sensie: on!) – ale kim/czym jest właściwie współczesne państwo polskie? Zapisy konstytucji, wedle których jest to „demokratyczne państwo prawa, realizujące zasady sprawiedliwości społecznej“, w którym „władza zwierzchnia należy do narodu“ – to jawny nonsens i tylko ostatni idiota brałby je dosłownie. Nawet jeśli – to jak się ma ów zwierzchni charakter narodu – do supremacji prawa europejskiego nad krajowym?

Nie wnikając już w szczegóły, bo zrobiłby się ten esej zbyt długi – „państwo“ to taki byt, który objawia się z różną intensywnością i w różnych formach, często dość niepochwytnych, ale zawsze – jako stosunek dominacji i podporządkowania. Jest tedy „państwo“ przede wszystkim relacją – relacją między „poddanymi“ a „władzą“: kimkolwiek lub czymkolwiek owa władza jest w rzeczy samej.

Tak więc, wracając już do meritum naszych rozważań i zmierzając pewnym krokiem do konkluzji – różne byty używane do tego, aby objaśniać bieg dziejów, rzekomo zdeterminowanych od powstania świata, jak „stosunki produkcji“, „klasy“, „narody“ czy „państwa“ to są wszystko hipostazy, a więc pojęcia błędnie i niewłaściwie uznawane za byty rzeczywiście istniejące podczas, gdy są one tylko abstrakcjami – tworami języka, dzięki którym łatwiej jest nam opisywać świat.

W rzeczy samej uważam, że o „zdeterminowaniu“ można z sensem mówić w przypadku konkretnych zachowań konkretnych jednostek. Piszę ten esej dlatego, że wdałem się w dyskusję o roli przypadku w dziejach na moim ulubionym historycznym forum (na marginesie: nie ma racji mój poniżejpisca twierdząc, że człowieka determinuje tylko natura, a kultura już nie – pisząc tak, dowodzi, że nie rozumie pojęcia „przyczynowości“ – jeśli bowiem nawet człowiek buntuje się przeciw namiętnościom swego ciała w imię kultury – to przecież oznacza to tyle, że jego zachowanie zostało przez tę kulturę zdeterminowane, a nie – że jest wolne!). Jest to przyczyna dostateczna, aby moje zachowanie dzisiejszego, paskudnego skądinąd, jak to w czasie roztopów, poranka – wyjaśnić. Możemy oczywiście wchodzić jeszcze w poboczne przyczyny, coraz to lepiej i coraz to dokładniej objaśniając dlaczego piszę i dlaczego piszę tak, a nie inaczej (przy czym przyjdzie uwzględnić wspomnianą już pogodę – więc cyrkulację wielkich mas powietrza w atmosferze, położenie Ziemi względem Słońca, itd. – tudzież cykl rozrodczy koni, serię zdarzeń które doprowadziły do tego, że nie mam pracy, inną serię zdarzeń, dzięki którym ukształował się mój pogląd na świat, itd., itp. – sporo tego będzie…). Na ogół – jest to niepotrzbne. Jeśli tylko bowiem pamiętamy o tym, aby nie przypisywać abstrakcjom rzeczywistego istnienia – ich użycie znakomicie taki opis upraszcza.

Nie są natomiast zdeterminowane dzieje powszechne – mogły się potoczyć inaczej niż się potoczyły i mogą swój bieg odmieniać jeszcze wiele razy w przyszłości. Ludzie, generalnie rzecz biorąc, pragną przy minimum nakładu pracy (a najlepiej wcale bez pracy): najeść się, napić, ogrzać, podupczyć, zabawić w towarzystwie, zyskać jego akceptację i móc czerpać satysfakcję z podziwu innych. Czasem: stworzyć coś własnego. Te potrzeby są niezmienne od zarania dziejów – i póki Chińczycy nie dobiorą się na szerszą skalę do manipulowania ludzkimi genami, takie też pozostaną.

Jednak do ich zaspokojenia wiedzie wiele dróg. Stąd – tak wielka liczba kultur, które człowiek stworzył (i wiele ich jeszcze wytworzy w przyszłości).

Być może – ale to jest hipoteza, którą dopiero trzeba przetestować i ja tego zrobić tu i teraz nie zdołam – być może nie jest przypadkowy ciąg odkryć i wynalazków, pchających ludzkość w górę skali Kardaszewa. Jeśli ten ciąg nie jest przypadkowy, tj. jeśli do kolejnych odkryć koniecznie musiało dochodzić tak właśnie, jak się to nam przytrafiło – to wówczas, byłby to pewien obiektywny i niezależny od naszej perspektywy poznawczej, szkielet ludzkich dziejów.

Aby mieć pewność, że dzieje naszej nauki i wynalazczości rzeczywiście nie są przypadkowe, musielibyśmy wiedzieć na pewno, że przebadaliśmy, odkryliśmy i wypróbowaliśmy WSZYSTKO co było (na danym etapie rozwoju naszego poznania – na danym poziomie skali Kardaszewa) możliwe. Nie wiemy tego. Zaś hipoteza „bomby megabitowej“ każe nam przypuszczać, że rozziew między nauką i techniką hipotetycznie możliwą a tą, która faktycznie jest przez nas realizowana – póki nie przezwyciężymy problemu lawinowego przyrostu informacji (a jak na razie żaden eksperyment myślowy nie dał nam nadziei na jej przezwyciężenie – i pozostanie ludźmi jednocześnie!) – będzie się pogłębiał. Co z tego wynika? To już temat na oddzielne rozważania…

piątek, 14 grudnia 2012

Podział ról

Już o tym pisałem. Co jednak szkodzi czasem powtórzyć? Osobliwie, że poranek wyjątkowo mroźny, a jak na złość - musiałem trafić na warstwę świeżego drewna, ładując pierwszą partię do węglarki jeszcze po ciemku i rozpalić się w Herculesie nie chce. Więc jest zimno. Za zimno, żebym coś nowego wymyślał. Z doświadczenia już czwartej zimy: jedno polano wilgotnej sosny potrafi cały piec zgasić, jeśli za wcześnie się w nim znajdzie! Stąd na ten przykład - zupełnie się nie boję pożaru mimo, że nasz zapas drewna zgromadzony jest przy ścianie chatki. Podpalenie tego bez większej ilości benzyny tak, jak to stoi na wolnym powietrzu - jest praktycznie niewyobrażalne.

Więc - już o tym pisałem. O podziale ról między płcie. Co prawda - nie pamiętam kiedy, ale pamiętam, że już wtedy dawałem dla ilustracji tę właśnie postać:



O co tu chodzi? Ano, Lepsza Połowa która jest doktorem od psychoanalizy twierdzi - a ja się z nią zgadzam - że tak naprawdę to kobiety przerażają mężczyzn. Jedną z odmian tego przerażenia jest np. strach przed defloracą. W Azji Południowo - Wschodniej objawia się on w ten sposób, że błonę dziewiczą usuwają specjalnym przyrządem mnisi w buddyjskich klasztorach - bo gdyby jakiś mężczyzna posiadł dziewicę, takiego mu to przyniesie pecha, że niechybnie umrze.

W naszej kulturze (i to konkretnie słowiańskiej, wszak to nasz wkład do popkultury jest!) lęk przed defloracją został spersonifikowany w postaci wampira. Co w klasycznym obrazie filmowym  Murnau widać jak na dłoni: to nie narzeczony przelewa krew dziewicy, robi to za niego wampir. A potem wszyscy żyją długo i szczęśliwie...

Oczywiście upraszczam, a nawet trywializuję, ale to dlatego, że ja się psychoanalizą nie zajmuję i zajmować nie zamierzam i raczej interesują mnie cywilizacyjne i społeczne skutki tego faktu.

Fakt zaś jest taki, że aby posiąść i zaspokoić kobietę, musi mężczyzna wykrzesać z siebie pewne minimum agresji. Co wcale, ale to wcale nie jest takie łatwe! Dawna kultura, sprzed 1968 roku, o tyle była patriarchalna i "maskulinistyczna", że wiele instytucji społecznych i panujących zwyczajów ułatwiało młodym mężczyznom wykonanie tego trudnego kroku. Mężczyzna - zasadniczo: KAŻDY mężczyzna - mógł czuć się ważny, ceniony, potrzebny. Kultura popularna dostarczała mu wzorców właściwego zachowania, a role społeczne, które odgrywał - m.in. i to, że kobieta pozostawała na jego utrzymaniu jako "żywiciela rodziny", ułatwiały "wczucie się w rolę" i kanalizowały jego energię w sposób pożyteczny i (czasem przynajmniej...) również - przyjemny.

Tak już nie jest. Składa się na to całe mnóstwo czynników, którym sumarycznie można dać jedno imię: "wyzwolenie kobiet". Mężczyźni nie są już niezbędni do biologicznego przeżycia kobiet, bo te twierdzą, że same potrafią się utrzymać (to nie zawsze i nie do końca jest prawdą - osobliwie jak chodzi o tzw. "pracę" w biurokracji państwowej czy korporacyjnej - mam poważne wątpliwości, czy zatrudnione tam kobiety - mężczyźni zresztą też - istotnie wytwarzają jakąś "wartość dodaną", czy tylko ją marnotrawią..?). Wzorce propagowane przez popkulturę uległy zmianie - jak raz, przeskakując wczoraj wieczorem z kanału na kanał, co robię chcąc zachować przytomność by palić w Herculesie jak najdłużej, trafiłem na fragment filmu, w którym jakaś kobieta robiła swojemu mężczyźnie dziką awanturę z tego powodu, że ów podobno okazał się homofobem. Oczywiście, natychmiast przełączyłem dalej - ale trafem, dziś rano na moim ulubionym forum historycznym (niestety, w wątku, którego Państwo nie zobaczycie, bo należy do "zabezpieczonego forum", dostępnego tylko po zalogowaniu) też zaklęcia stygmatyzujące "homofobię", jako widomy znak "faszystowskich poglądów" (dokładnie właśnie w wątku dotyczącym "faszyzmu i neofaszyzmu" - na jawnie "anty-homofobiczny" bym przecież nawet nie wchodził...) znalazłem. To mi się przypomniało  - i stąd ten post (oraz z uwag Kiry do wczorajszego eseju).

Mężczyźni zostali sami ze swoim naturalnym lękiem. Wzmacnianym dodatkowo (o czym wiele razy pisał nasz przyjaciel Wojtek) przez matki i nauczycielki, penalizujące przejawy agresji i asertywności, a nagradzające "grzeczność", "uładzenie", "konformizm". W efekcie to, co dawniej każdy niepiśmienny Maciek robił na sianie swojej Jagnie aż się stodoła trzęsła - teraz wymaga konsylium psychoanalityka z seksuologiem i trenerem osobistym.

Co się dziwić, że już 40 lat temu pojawiły się pierwsze narzekania:


Po prawdzie - tego akurat nie traktowałbym zbyt poważnie. Natura nie znosi próżni. Skoro większość mężczyzn ma/będzie mieć/nie przyzna się, ale ma - takie czy inne problemy "w tych sprawach" - to zaspokajaniem kobiet zajmą się ci, którzy tego rodzaju kłopotów nie mają. Przykład Paragwaju dowodzi, że jest to całkowicie możliwe. Gdyby zresztą miało chodzić tylko o rozmnażanie, to mężczyźni nie są potrzebni w ogóle (da się przecież już pobudzić jajeczka do partenogenezy...), a z całą pewnością - wystarczy jeden na wiele tysięcy kobiet (miliony - jeśli dopuścić sztuczną inseminację...). Akurat o rozmnażanie nie chodzi - ale i tak, panie nie mają się czym martwić: zawsze znajdzie się taki, który się nimi zajmie, ku obopólnej radości.

Bardziej mnie zastanawia, co w takim razie będą robić pozostali mężczyźni - ci, którym nie uda się "rozwinąć w sobie bestii"? Obawiam się, przede wszystkim, że niekoniecznie objawiać się to będzie tak sympatyczną pierdołowatością:


Mimo wszystko - hormony robią swoje. Skoro mężczyźni współcześnie nie uczą się jak być agresywnymi - a metodą prób i błędów dochodzą wreszcie do wniosku, że jest im ta agresja jednak potrzebna - ich frustracja może objawiać się także niekontrolowanymi, przesadnymi wybuchami, prowadzącymi do zbędnych ofiar i cierpień. Również (to tak a propos "homofobii") - wybuchami agresji wobec różnej maści odmieńców. A to dlatego, że - jak kiedyś słusznie zauważył jeden z moich przyjaciół - towarzystwo pederasty nie deprymuje takiego tylko mężczyzny, który jest swojej męskości pewien. Mężczyzna niepewny siebie, aby jakoś swoją tożsamość określić, będzie okazywał wobec zachowań i osób homoseksualnych jawną agresję. Jest to agresja obronna, wynikła ze strachu przed tym, że samemu "nie dorasta się" do swojej "roli płciowej".

Na razie jeszcze, tli się to na marginesie - nie jest zresztą przypadkiem, że najwięcej zachowań "homofobicznych" objawia się w środowiskach szczególnie narażonych na zainteresowanie ze strony pederastów, tj. w grupach młodych mężczyzn, wspólnie oddających się aktywności fizycznej, polegającej np. na "ustawkach" z Policją czy kibicami przeciwnej drużyny.

Zjawiska takie mogą się jednak, w miarę feminizacji i kastracji naszego życia społecznego tylko nasilać. Im mniej "męska" jest mainstreamowa kultura i przekaz medialny, im mniej męskich wzorców osobowych, im większa dominacja kobiet i kobiecego myślenia w "przestrzeni publicznej" - i im bardziej bezczelna jest homopropaganda - tym większe prawdopodobieństwo wybuchu na wielką skalę.

Widzimy więc po raz kolejny, jak "postęp" sam stwarza sobie problemy, które próbuje potem zwalczać. Najpierw bowiem doszło do "wykastrowania" (symbolicznego oczywiście) dawnej, patriarchalnej i maskulinistyczmej kultury, a gdy poczęło się to objawiać również wzmożoną agresją wśród niepewnych siebie i swojej tożsamości młodych mężczyzn - przyszło do interwencji gosudarstwa, prawie wszędzie już oficjalnie zwalczającego "homofobię", czy "mowę nienawiści". Nie daję gosudarstwu żadnych szans w tym starciu! To się musi skończyć rzezią "asfaltów, pedałów, lesb i polityków". Być może zadowolone ze swojej seksualnej wolności kobiety i pochłonięci ich zaspokajaniem "samcy alfa" stanowią razem większość liczebną społeczeństwa - ale to do sfrustrowanych i nie nauczonych samokontroli "samców beta" należy przewaga, jak chodzi o siłę fizyczną!

Ulubionym argumentem zwolenników postępu, demokracji i praw człowieka jest nazywanie przeciwników tych zjawisk "osobami niedojrzałymi". Jest to argument prawdziwy i rzeczywisty. Pytanie tylko: kto tak naprawdę za ową "niedojrzałość" odpowiada..?

czwartek, 13 grudnia 2012

O „postępie“ i „wolności“ raz jeszcze

Przyznam się Państwu na wstępie, że na stronę „Najwyższego Czasu!“ zaglądam zwykle raz w tygodniu, około środy, kierując się miłością własną – aby sprawdzić, czy Szanowna Redakcja doceniła któryś z tekstów posłanych jej w ciągu minionego tygodnia. Tym razem tak się stało, co – jak zwykle – poprawiło mi humor na cały dzień (uczenie rzec by można, że realizuję w ten sposób potrzebę uczestnictwa w kulturze: niby piszę też bloga, ale to jest łatwe – za łatwe – więc z takiej publikacji papierowej satysfakcja dużo większa…).

Komentarzy pod tekstami publikowanymi na tym portalu staram się na ogół nie czytać – niewiele się różnią poziomem od Onetowych. Coś mnie jednak podkusiło i kliknąłem na – świetny skądinąd – materiał p. Adama Wielomskiego, z którym zasadniczo częściej się zgadzam niż nie zgadzam. Znalazłem pod nim typowo libertariańskie duby smalone  czyli akty strzeliste ku czci Świętej Wolności. Coś w stylu p. Wozińskiego, z którym z kolei zdecydowanie częściej się nie zgadzam niż zgadzam.

Libertarianizm to zło wcielone o tyle, że jest taką samą konstruktywistyczną utopią, jak socjalizm, humanitaryzm, modernizm i cała masa innych „izmów“, tym się charakteryzujących, że są to pomysły na uszczęśliwienie ludzkości,  a przynajmniej znacznej jej części, najpierw wymyślone w głowie jakiegoś filozofa, a potem, niezależnie od oporu bezdusznej materii – wcielane w życie przy pomocy sądów doraźnych, plutonów egzekucyjnych i kancłagrów. No – w ogólnym zarysie oczywiście.

Wiem, że libertarianie odcinają się od takich metod, przypisując je swojemu wyobrażeniu Dyabła, czyli państwu. Co jednak zrobią gdy okaże się – a przecież okaże się nieuchronnie – że ogromna większość ludności wcale nie chce żyć w bezpaństwowym raju – i, jeśli tylko usunąć państwo, owa ludność momentalnie „zagłosuje nogami“, szukając opieki i bezpieczeństwa u lokalnych watażków?

Mniejsza z tym może – do praktycznej realizacji tego eksperymentu owszem, może dojść – ale nie dlatego, że gdzieś zwycięży „idea libertariańska“, bo to najoczywiściej niemożliwe (idea wolności, jak to wiele razy pisałem, jest wstrętną i przerażającą dla przeciętnego człowieka – w przeciwieństwie do konkretu pełnej michy i jasnej oraz trwałej hierarchii społecznej, dającej mu czysto zwierzęce poczucie bezpieczeństwa: gdyby bowiem – co jest sprzecznością samą w sobie – wymusić jakoś stan anarchii, w którym żadnej hierarchii i żadnej władzy by nie było – to się od tego momentalnie znakomita większość populacji pochoruje ze strachu – dokładnie tak, jak to się działo z moimi końmi w zeszłym roku, gdy na skutek pojawienia się nie uznających hierarchii stadnej, pensjonatowych wałachów, rozpadła się struktura przywództwa na padoku – kosztowało mnie to życie naszej starej alfy…), tylko dlatego, że państwo może się czasem rozpaść – jak w Somalii.

Najmniejszego sensu nie ma spór o to, czy „natura ludzka“ jest dobra czy zła – czy to z niej wynika istnienie gwałtu i niesprawiedliwości, czy też gwałt i niesprawiedliwość wprowadzają na ten łez padół instytucje (czyli kutura: jest to zresztą, dla każdego konstruktywisty typowa aporia: bo jeśli natura jest dobra, a kultura zła – to jakimże cudem z dobrej natury wynikła zła kultura..?). Natura ludzka jest bowiem, jak sama nazwa wskazuje – naturalna. Natura zaś nie podlega ocenom w kategoriach „dobra“ i „zła“. Czy kot zabijający mysz postępuje „dobrze“ czy „źle“?

Spór o moralny charakter natury ludzkiej wynika najpierw z pewnego problemu poznawczego. Takiego mianowicie, że „człowieka w stanie czystej natury“ zaobserwować niepodobna – zawsze będzie to człowiek „jakoś kulturalny“ (z czego wynika, skądinąd, że kultura jest naturą człowieka – i tym sposobem cały problem zjada własny ogon…), a że do sfery kultury należy także moralność, to siłą rzeczy, nie sposób pojmować postępowania jakiegokolwiek konkretnego człowieka w całkowitej izolacji od jego moralnej kwalifikacji.

W drugiej kolejności zaś – z żywionego także przez większoś ateistów, a najzupełniej metafizycznego przekonania, że człowiek różni się jakościowo od innych zwierząt. W tym przekonaniu jako takim, nie ma niczego złego. Konie też odczuwają solidarność z innymi końmi, a niekoniecznie – z sarnami czy z przepiórkami (choć bywa, oczywiście, że przyjaźnią się zwierzęta różnych gatunków – zwłaszcza, gdy na skutek izolacji od stada własnogatunkowego, nie mają innego wyjścia). Ba! I wśród koni da się zauważyć pierwociny „nacjonalizmu“, czy wręcz „rasizmu“! Konie doskonale odróżniają który koń jest „swój“, tj. należy do tego samego stada, a który jest „obcy“ – i nie jest wcale tak łatwo wkupić się obcemu w łaski zasiedziałych gospodarzy. Kiedy zaś nasze achałtekinki stały pensjonatem w Stadninie Koni Krasne, wśród folblutów – trzymały się razem, zdecydowanie dystansując się od „obcorasowej“ większości: mimo, że zawoziliśmy je tam w różnym czasie i nie znały się, nim się spotkały po raz pierwszy w Krasnem właśnie!

Tak więc, „gatunkowizm“, jak to kiedyś określił nasz przyjaciel Wojtek, to zjawisko naturalne – i nie ma najmniejszego powodu wstydzić się tego, że zabijanie ludzi budzi w nas większe emocje niż zabijanie koni i konie zjadamy, a ludzi – niekoniecznie.

Tym niemniej, z tego właśnie faktu, że tak samo solidarność wewnątrzgatunkową manifestują ludzie, konie, psy czy koty – wynika też i to, że nie ma między ludźmi a końmi, psami czy kotami – jakichś jakościowych różnic. Zachowujemy się, ogólnie rzecz biorąc, tak samo jak wszystkie inne zwierzęta (z dokładnością do naturalnych różnic między roślinożercami a drapieżnikami, zwierzętami stadnymi a samotnikami, itp., itd.) – tylko jesteśmy nieporównanie potężniejsi dzięki uniwersalizmowi języków, którymi się posługujemy i sprawności naszych mózgów.

Libertarianizm dlatego jest złem wcielonym, że ignoruje stadny charakter człowieka. Dla prawidłowego funkcjonowania, przeciętny człowiek potrzebuje przywódcy, który będzie mu mówił, co jest dobre, a o złe. Brak takiego przywódcy powoduje silny dyskomfort psychiczny.

Widzimy to nawet współcześnie! Jest bowiem niemiłościwie nam panujące gosudarstwo wprawdzie wścibskie, upierdliwe, kosztowne i rozrzutne – ale, gdzieś tak od I wojny światowej – ulega modzie na egalitaryzm. Dawniej (to szło falami, więc były takie miejsca na świecie, gdzie skończyło się to ledwo co…) hierarchia społeczna była widoczna na każdym kroku. „Warstwy oświecone“, które pewnie i z przekonaniem dzierżyły władzę od samego dołu, aż po samą górę ludzkiego stada, odróżniały się od „prostego ludu“ ubiorem, mową i zachowaniem. Prosty lud, napotykając na ulicy dżentelmena w surducie i kapeluszu – zdejmował czapki i schodził z chodnika, gnąc się w ukłonach. Zupełnie nie wiem dlaczego są ludzie, którzy widzą w tym jakieś poniżenie czy gwałt? Tym przecież sposobem właśnie ów „prosty lud“ upewniał się codziennie, że może pracować, cierpieć i umierać w spokoju, bo losy świata są w dobrych rękach – dyskomfort, to mógł odczuwać właśnie ów dżentelmen. Jeśli bowiem zapuścił się na robotnicze przedmieście, mógł być pewien, że każdy jego krok będzie śledzony i nie uda mu się wtopić w tłum. Nawet, gdyby na surdut zarzucił robotniczą kapotę, a cylinder zastąpił filcowym kaszkietem – zdradzi go krok, wyprostowana postawa, maniery i mowa – musiałby być naprawdę dobrym aktorem, aby przemknąć się niezauważonym. Jakiekolwiek zatem żądze czy interesy przywodziły go do dzielnic nędzy i występku – musiał się hamować, jeśli nie ze wstydu, to chociażby dlatego, że zbyt by ułatwiał pracę najtępszym nawet policjantom, „ogon“ ciekawskich spojrzeń za sobą ciągnąc!

 Kubie Rozpruwaczowi jednak się udało...

Współcześnie tylko twarz (czy… inna część ciała?), znana z telewizji, może zdradzić na ulicy polityka czy innego „celebrytę“ – bo ani ubiorem, ani zachowaniem, ani mową, nic a nic nie różni się on od pospolitej tłuszczy. Czy ma zatem motywację, aby różnić się od niej na plus moralnością? Widzimy przecież dowodnie, jak świat polityczno – finansowej elity swobodnie przeplata się z elitą przestępczego półświatka – tak, że często nie sposób odróżnić jednych od drugich: to jest skutek właśnie owego egalitarnego szaleństwa.

Innym skutkiem tej samej mody jest podatność współczesnych ludzi na manipulacje demagogów, masowe histerie, szał na tle idoli popkultury. Nie chodzi nawet o to, że w dawnym, uładzonym i hierarchicznym społeczeństwie, tacy parweniusze jak Mussolini czy Hitler nigdy nie zrobiliby kariery (to nie jest takie oczywiste – rzadko w dziejach trafiała się elita tak hermetyczna, by nie dokoptować prawdziwego charyzmatyka!). Trudno jednak sobie wyobrazić, aby byli w stanie wyzwolić tak szaleńczy fanatyzm, gdyby „energia psychiczna“ tłumów podzielona była między szacunek i uwielbienie dla całego szeregu „ciał pośrednich“, od majstra w warsztacie czy ekonoma w folwarku zaczynając, a na cesarzu kończąc. Żeby mogły zaistnieć takie fenomeny jak Mussolini czy Hitler – musiał najpierw upaść autorytet owych „ciał pośrednich“, tłumy musiały utracić szacunek dla swoich majstrów, ekonomów, sierżantów i policmajstrów (to, że ani Mussolini, ani Hitler, nie usunęli dotychczasowych majstrów, ekonomów, sierżantów, itd., tylko dali im nową legitymizację i nową władzę – to inna sprawa: jednak ta nowa legitymizacja wynikała już nie z nabożnego lęku i drżenia przed urzędem i dzierżącą je, oświeconą osobą – tylko z woli Wodza. Mógł też Wódz dowolnie każdego ze swoich sług uśmiercić, pozbawić władzy lub awansować – tym się właśnie różni nowoczesna Tyrania Doskonała od starej, znanej w Europie co najmniej od czasów Oświecenia biurokracji…).

Brak „autorytetu naturalnego“ sprawia, że ludzie, którym taki autorytet jest dla psychicznego komfortu niezbędny – szukają go sobie pokątnie. Co bywa groźne i dla nich samych i dla społecznego pokoju. Usunięcie niemiłościwie nam panującego gosudarstwa – nic pod tym względem nie zmieni. Libertarianizm jest zatem utopią w powiciu daremną – szczęścia, które obiecuje, nie sposób ziścić, bo nie szczęściem, a nieszczęściem właśnie będzie dla ogromnej większości!

Oczywiście, jak zawsze – doskonale wiem, że nikogo nie przekonam. Zakuci libertarianie, co im się osobiście chwali, odczuwają głęboką potrzebę wolności – i nie są w stanie uwierzyć, że inni ludzie jej nie czują, a nawet, że ta ich wyśniona wolność, innym wydaje się na ogół straszna. Argument, który zwykle w takich sytuacjach podnoszą, jest jednak próżny, bo obosieczny. Skąd ja wiem, że ludzie boją się wolności? Z dziejów powszechnych. Czy nie jest to tylko moje złudzenie, wynikłe z faktu, że od prawieków gosudarstwa na całym świecie sprytną manipulacją wmawiają ludziom owo mentalne niewolnictwo? Być może, ale tak monstrualny spisek jest jednak mało prawdopodobny – bardziej prawdopodobnym jest jednak, że się nie mylę – a jeśli nawet: to skąd Wy wiecie, że ludzie CHCĄ wolności? Po sobie sądzicie, nieprawdaż..? A jakiż to argument..?

Że wolność przynosi na ogół błogosławione skutki? Z tym się w zupełności zgadzam. Problem w tym, że najpierw trzeba ludzi do niej przymusić, bo dobrowolnie wolni być nie chcą.

Wolność, czyli kapitalizm, dały nam niespotykany w dziejach dobrobyt. To oczywista oczywistość. Pisałem niedawno, jak kapitalizm na wsi polepszył byt chłopów i chłopskich zwierząt. Zauważcie jednak, że nim tak się stało, chłopi wcale żadnej wolności nie pragnęli! Chłopi buntowali się, gdy panowie zabierali im ziemię pod hodowlę owiec lub pod nowe, folwarczne pola – gdy inni panowie zwiększali im ciężar pańszczyzny czy czynszów – ale konia z rzędem temu, kto znajdzie przykład buntu chłopskiego wymierzonego w samą zasadę dawnego ustroju, w to, że są panowie i chłopi i że chłopi oddają panom część swojej pracy lub plonów, w zamian za co panowie mówią im co jest dobre, a co złe, a w razie potrzeby – ratują od głodu? No, może rabacja – ale to wymagało trzech pokoleń austriackiej propagandy „dobrego cesarza“ i ręcznego sterowania stosunkami na wsi tak, aby maksymalizować konflikty między „polską szlachtą“ a „ojstriackimi chłopami“.

Nikt się nie pytał chłopów, czy chcą gospodarować na własny rachunek, ponosząc pełne ryzyko głodowej śmierci w razie niepowodzenia – bo gdyby zadano im tak sformułowane pytanie, niewielu pewnie by na to poszło. Uwłaszczenie przeprowadzono, bo opłacało się władzy – bo można było dzięki zmianie sposobu gospodarowania uzyskać więcej podatków i więcej rekruta. Uwłaszczenie przeprowadzono dopiero wtedy, gdy wypróbowano i udowodniono, że działają nowe techniki uprawy roli, pozwalające znacznie zwiększyć pewność uzyskiwania plonów – że zatem, jest możliwe samowystarczalne gospodarstwo chłopskie, a folwarki już nie potrzebują aż tyle aż tak mało wydajnej siły roboczej, a mają z czego opłacić lepszą.

Uwolnieni chłopi, ledwo stanęli na własnych nogach i poczuli całą radość i cały ból samodzielnego gospodarowania, a już zorganizowali się i utworzyli PSL. Mam kontynuować..?

To tyle w przedmiocie tzw. „wolności gospodarczej“ (choć nie lubię tego określenia – stwarza to złudne zupełnie wyobrażenie, że można rozdzielić „gospodarkę“ od „obyczajów“ – a to przecież najoczywiściej nieprawda!). Czy jednak „wolność obyczajowa“ ma się pod jakimkolwiek względem lepiej?

Przemiany, o których tak zajmująco pisze nasz przyjaciel Wojtek, odkąd się przebranżowił – są oczywiście korzystne dla ludzkich „samoców alfa“: bo mogą mieć teraz nieograniczoną liczbę samic. Niby zawsze mogli – ale dawna kultura narzucała im tu liczne ograniczenia. Nie tylko dlatego, że poznając coraz to nowe panie, zwykle pozostawiali im tego poznania pamiątki (a panująca kultura stygmatyzowała „panny z dzieckiem“, więc chcąc nie chcąc, nie mogąc poślubić wszystkich, musieli im wynajdować jakichś „samców beta“ na mężów…). Pojęcia „hańby“ i „cnoty“, konwenanse towarzyskie, bariery obyczajowe między klasami – wszystko to sprawiało, że sumarycznie, znacznie więcej mężczyzn mogło współżyć i siłą rzeczy, czasem nawet zapładniać kobiety, niż jest to możliwe współcześnie, tj. odkąd kobiety mają pełną kontrolę nad tym, kogo wpuszczają do swojej łożnicy. Nawet, jeśli w efekcie przeciętny „samiec beta“ wychowywał też jedno lub kilka nie swoich dzieci – przecież, nie ginęły i jego geny.

Jeśli dobrze rozumiem to, o czym pisze Wojtek, konsumpcyjne społeczeństwa Zachodu zmierzają do sytuacji, w której trwałe związki z kobietami budować będą tylko nieliczni „samcy alfa“ – cała reszta zaś, będzie się zadowalać albo profesjonalistkami, albo przygodnymi tylko kontaktami. Skoro bowiem pomoc społeczna uwalnia kobiety od troski o zapewnienie materialnego komfortu sobie samej i ewentualnemu potomstwu – dlaczego miałyby się wiązać z „gorszymi“ mężczyznami, którzy nie potrafią dać im seksualnej satysfakcji?

Jest to dość nowa sytuacja dla naszego gatunku: tak bodaj nigdy nie było, nawet w paleolitycznej hordzie – bo nigdy, najbardziej nawet dominujący szef hordy, nie był w stanie sam wykarmić wszystkich kobiet i ich potomstwa. Musiał się zatem nimi dzielić, żeby pozostali mężczyźni też mieli motywację do tropienia i ubijania mamutów, budowy szałasów, zbierania gałęzi na opał czy łupania krzemienia.

Rozumiem, że jest to nowa wolność – dla kobiet (które już nie muszą się troszczyć o samopoczucie jakiegoś nieudanicznika, potrzebnego tylko po to, aby tę marną pensję do domu przyniósł…) i dla dominujących samców. Co w sumie, rzeczywiście, daje dużą większość. Byłżeby to zatem wyjątek od reguły – a przykład na to, że „postęp społeczny“ rzeczywiście daje wyzwolenie i szczęście powszechne? Pożyjemy – zobaczymy. Jest to jednak przykład na nierozdzielność „wolności obyczajowej“ od „gospodarczej“. W tym przypadku: ta pierwsza możliwa jest na taką skalę tylko dzięki temu, że nie ma tej drugiej. Bo przecież, cóż by się stało, gdyby tak nagle – pomocy społecznej zabrakło..? A zauważmy, że jeśli kobieta samotnie wychowuje córkę – to przecież nie uczy jej ani subtelnej sztuki manipulowania nieudacznikiem przynoszącym pensję, ani, nie mniej subtelnej sztuki dopasowywania się do jego gustów i poglądów. Jej córka zatem, już tego umieć nie będzie – i jeśli pomocy społecznej zabraknie, a nie znajdzie się żaden „alfa“, który by ją sobie chciał wziąć – to co wtedy..? Są zatem takie kobiety zakładniczkami niemiłościwie nam panującego gosudarstwa. Z pewnością nie poprą libertariańskiego przewrotu!


Rozumiem, że tak samo jak hańbiącym wydaje się sporej części z Państwa czapkowanie i schodzenie z drogi jaśnie panu w surducie – tak też okrutną niewolą było dzielenie łoża i stołu z nieudacznikiem przynoszącym marną pensję? Jedno i drugie zastąpiła bezosobowa tyrania gosudarstwa. Na dobre, czy na złe – nie wiem. Wiem jedno: wolność absolutna, a więc stan w którym nie ma ani asymetrycznych, bo opartych na dominacji i podporządkowaniu więzów osobistych (jakie dominowały przez większość dziejów powszechnych – i jakie wydają się, sądząc po naszych małpich krewnych chociażby, najbardziej naturalne dla ludzkiego gatunku), ani owej bezosobowej tyranii gosudarstwa – jest niemożliwy. Ziszczona wolność libertariańska, zakładając na chwilę, że dałoby się ludzi przemocą lub podstępem przywieść do takiego wyboru – to by przecież był natychmiastowy niemal powrót i do widomych różnic między zaradnym a niezaradnym – i do garów, których napełnienie tylko od marnej pensyjki nieudacznika zależy…
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...