środa, 28 listopada 2012

Konserwatywna rewolucja

Od razu na wstępie zastrzegam, że szczyt moich ambicji – to przeżyć najbliższy tydzień. No, w chwilach uniesienia – czasem mi się roi dożyć do tych trzech planowanych na kwiecień wyźrebień – lubo nie mam na razie najbledszego zgoła pojęcia, jak to zrobić? Żadnych planów wybiegających dalej w przyszłość nie żywię, bo też, w mojej sytuacji, byłyby to jeno mrzonki bez pokrycia.

Jeśli zatem zabieram głos w sprawach bardziej ogólnych – to z czysto teoretycznego punktu widzenia. Zresztą – jak doskonale Państwo wiecie, jestem pesymistą zarówno jak chodzi o sytuację ogólną, jak i w każdym możliwym szczególe – więc też i nie widzę powodu, aby się na jakiekolwiek działanie „dla dobra ludzkości“ napinać, bo i cóż to da..?

Tym niemniej – dałem się sprowokować do wypowiedzi na moim ulubionym forum – i kwestia w tej wypowiedzi poruszona mnie od tego czasu, czysto teoretycznie ma się rozumieć – dręczy. Co to znaczy: być konserwatystą – w świecie współczesnym?

Konserwatysta w ogóle nigdy nie miał lekkiego życia. W takiej Anglii w wieku XIX stał przed trudnym dylematem: czy bardziej „tradycyjną“ wartością jest prawem zwyczajowym zawarowana wolność czynienia na swoim co się komu żywnie podoba („my home is my castle“) – czy też, tradycyjny krajobraz „dobrej, wesołej Anglii“, coraz to szpetniejszy w cieniu kominów i robotniczych slumsów? Wyglądało bowiem na to, że pogodzenie tych dwóch wartości, tj. wolności czynienia co się komu żywnie podoba na swoim – i tradycyjnego, sielskiego krajobrazu – jest trudne, albowiem dorobkiewicze z gminu, gdy tylko dorwą na własność jakiś kawałek owego sielskiego krajobrazu, zaraz go obstawiają szpetnie dymiącymi kominami, albo cuchnącymi, robotniczymi slumsami…

Ponieważ konserwatyzm, najogólniej rzecz biorąc, nie jest efektem jakichś subtelnych medytacji, tylko sentymentu i „czucia“ – rozstrzygającej odpowiedzi na to pytanie żadna „doktryna“ konserwatywna (niżej wyjaśnię, dlaczego uważam pojęcie „doktryny konserwatywnej“ za wewnętrznie sprzeczne) nie dawała. W konsekwencji – część ówczesnych konserwatystów wybrała jednak wolność – a część: jednak krajobraz. I tak, jako odłam najczarniejszej pierwotnie, najbardziej skrajnej konserwy – powstały pierwociny ruchu „ekologicznego“ – dziś przecież, w swej większości, jakże postępowego i lewackiego, nieprawdaż? A jednak!

Nie tylko ruch „obrońców przyrody“ z takich konserwatywnych dylematów się wywodzi. Również socjalizm był pierwotnie efektem filantropijnych odruchów części tradycjonalistów – przynajmniej, nim go Marks „unaukowił“ i z filantropii zmienił w oręż wojującego resentymentu.

„Stary porządek“, sprzed rewolucji przemysłowej bowiem, porządek w którym nigdy nie było zbyt wiele siły roboczej – bo też i jej wydajność była mikra – dawał co prawda nader skąpe środki utrzymania, ale też – dawał je wszystkim, lub niemal wszystkim. Zaś podstawową rolą społeczną „klas oświeconych“, które same dysponowały lwią częścią owego wspólnego niedostatku (trudno bowiem tak marne, w porównaniu z tym, co się potem stało, fortuny – bogactwem nazywać!), było właśnie dbanie o to, aby owego niedostatku nikomu nie zabrakło. Niektórym – jak Saint Simon na ten przykład – tak to weszło w krew, że nie dostrzegli, przez pozory cuchnącej nędzy (wynikłe z gwałtownie zniesionych barier w mobilności biedoty, jej nagłego stłoczenia w podmiejskich slumsach – i demograficznej eksplozji…), zaczątków przyszłej zamożności – i próbowali praktykę swoich pradziadów jakoś do nowej rzeczywistości dostosować.

Dlaczego konserwatyści dawnych wieków nie mieli gotowej odpowiedzi na tego rodzaju dylematy? Ponieważ, jako rzekłem – konserwatyzm nie jest „doktryną“, nie jest „systemem“ niesprzecznych tez wynikłych z jakichś pierwotnych aksjomatów. Konserwatyzm był pierwotnie moralnym odruchem instynktownego sprzeciwu wobec spekulatywnej orgii Oświecenia – odruchem opartym na sentymentach, przeczuciach – a nie na jasnej myśli tworzącego swój wyśniony świat idei filozofa.

Przez kolejnych 250 lat owe sentymenty i przeczucia – obrosły w doświadczenie: ilekroć bowiem konserwatyści spodziewali się niejasno, że taki lub inny pomysł ich ideowych przeciwników przyniesie grozę i zniszczenie – za każdym razem okazywało się, że mieli rację!

Konserwatyści sprzeciwiali się obaleniu dawnych monarchii twierdząc, że postulowane ludowładztwo to utopia, a efektem rewolucji będzie jeszcze gorsza tyrania. No i proszę: doczekaliśmy się po drodze różnych Gułagów i Kanzłagrów, co by tylko najczarniejsze zbrodnie nowej, demokratycznej rzeczywistości wymienić – a teraz mamy co prawdę tyranię w białych rękawiczkach, ale chyba nikt rozsądny nie wierzy, że jakikolwiek demos jest w stanie „podskoczyć“ trzymającej go za gardło biurokracji..?

Konserwatyści sprzeciwiali się rozdziałowi Kościoła i państwa twierdząc, że w rezultacie zapanuje nihilizm. A cóż my innego w efekcie mamy w dzisiejszych czasach, jak chodzi o „szerokie masy“ goniących za tym, co telewizor albo internet pokaże konsumentów?

To są już jednak zaprzeszłe dzieje i dawno przegrane boje. Nawet tam, gdzie zachowała się sama instytucja – nie ma już powrotu do monarchii w typie ancient regime. I nie ma też powrotu do „sojuszu ołtarza z tronem“ – Benedykt XVI to nie Grzegorz XVI, dzisiejszy Kościół nawet, gdyby mu ktoś proponował powrót do takiego układu, oferty tego rodzaju nie przyjmie – bo i nie ma jak jej „skonsumować“.

Ogólnie rzecz biorąc – konserwatyzm przegrał i przegrywa w dalszym ciągu. Tym mocniej, rzecz jasna, zyskując naszą sympatię – czyż bowiem sentyment do spraw przegranych i beznadziejnych, nie jest silniejszy od uwielbienia dla zwycięzców..?

Owa przegrana może się niektórym wydawać zjawiskiem naturalnym, a nawet koniecznym. Ja jednak wcale tak nie sądzę! Nie był bowiem, przynajmniej w swoim głównym nurcie, nigdy konserwatyzm ślepym sprzeciwem wobec każdej zmiany (aczkolwiek, co trzeba uczciwie zaznaczyć, zdarzały się i takie incydenty, jak zdemontowanie oświetlenia gazowego w Turynie po restauracji Dynastii Sabaudzkiej, czy różne, nierozważne – z perspektywy dziejów – opóźnienia w implementacji tych lub owych nowinek technicznych…). Ponieważ konserwatyzm zdecydownie mniej polega na subtelnych, filozoficznych rozważaniach, a bardziej na rąbaniu szablą i waleniu nahajką – wiele razy trudno było tak od razu określić, jaka zmiana jest dopuszczalna i może nawet potrzebna – a jaka to dyaboliczny spisek Sił Ciemności.

Nie wydaje mi się jednak, aby to postęp techniczny i naukowy „obalał“ kolejne drogie dawnym konserwatystom instytucje. Czyniła to raczej rządząca od 1789 roku wszystkimi państwami kontynentu biurokracja (w krajach anglosaskich rządy „nowej klasy“ zaczęły się dopiero w okolicach I wojny światowej – co wyjaśnia całą masę różnic między kontynentalną Europą a Wielką Brytanią i USA) – i to jej potrzeby uczyniły klęskę tradycjonalizmu tak dotkliwą i głęboką.

Czym jest zatem konserwatyzm dzisiaj? W przywołanej już dyskusji dobrze to scharakteryzował użytkownik balum (skądinąd, bynajmniej nie konserwatysta – o czym wiem stąd, żeśmy się parę razy w innych wątkach ideowo starli):

1. Nigdy nie było i nie będzie takich ulepszeń i usprawnień życia ludzkiego, które nie musiałyby być opłacane pogorszeniem pod innymi względami, i że z tej racji przy wszystkich projektach reform obowiązani jesteśmy zadawać sobie pytanie o ich cenę. Można to wyrazić inaczej: istnieją niezliczone zła, które się dają pogodzić, które więc w pełnych rozmiarach możemy jednocześnie cierpieć, a istnieją liczne dobra, które się wzajem wykluczają lub ograniczają, z których zatem nigdy nie możemy jednocześnie w pełni korzystać; społeczeństwo, gdzie nie ma żadnej wolności i żadnej równości, jest najzupełniej możliwe, nie jest natomiast możliwe społeczeństwo, gdzie jest pełna wolność i pełna równość zarazem. To samo odnosi się do zgodności między planowaniem i zasadą autonomii, między bezpieczeństwem i postępem technicznym. Mówiąc jeszcze inaczej: nie istnieje happy ending historii ludzkiej.
2. Nie wiemy, w jakich rozmiarach rozmaite, z tradycji odziedziczone formy życia - rodzina, naród, społeczności religijne, rytuały - są ważne i są nieodzowne dla trwania i dla jakości trwania społeczeństw. Nie ma żadnych racji do mniemania, że niszcząc te formy lub piętnując je jako irracjonalne, mnożymy szanse zadowolenia z życia, pokoju, bezpieczeństwa i wolności; są natomiast liczne racje, by oczekiwać czegoś przeciwnego. Nie wiemy, co by się stało na przykład, gdyby zniesiona została rodzina monogamiczna lub gdyby tradycyjny obrzęd grzebania zmarłych zastąpiony został racjonalną eksploatacją trupów dla celów przemysłowych. W rzeczy samej, możemy racjonalnie spodziewać się jak najgorszych skutków.
3. Oświeceniowy przesąd, wedle którego zawiść, żądza wyróżnienia, chciwość, agresywność, są tylko wynikiem wadliwych instytucji społecznych i zostaną razem ze zmianą tych instytucji zniesione, jest nie tylko w najwyższym stopniu niewiarygodny i sprzeczny z doświadczeniem (i jakże to, u diabła, powstały te wszystkie instytucje, skoro się tak sprzeciwiają autentycznej naturze ludzkiej?), ale zgubny w myśleniu społecznym. Spodziewać się, że można zinstytucjonalizować braterstwo, miłość i bezinteresowność, to tyle, co mieć już niezawodną receptę na despotyzm.


Oczywiście, jest to cytat z klasyka – ale też: nic tu się nie zmieniało jak chodzi o aktualność owych czarnych przestróg i mrocznych przepowiedni.

„Nowa klasa“, na którą składa się pasożytująca na niebywałym bogactwie jakie nam dała rewolucja przemysłowa biurokracja oraz liczne zastępy „kandydatów na biurokratów“ (zjawisko formowania się „nowej klasy“ tak naprawdę po raz pierwszy wystąpiło w Chinach dynastii Ming – napiszę o tym kiedyś osobno), siłą rzeczy zdominowana jest przez „konstruktywistów“, traktujących rzeczywistość jako pole nieustannego eksperymentu – i wszelkie dane wskazują na to, że owi „konstruktywiści“, nieprzerwanie sprawujący władzę od 250 lat – prowadzą nas wprost ku zagładzie.

Na czym zatem mogłaby polegać „konserwatywna rewolucja“ – gdyby była w ogóle możliwa? Pisałem o tym w ten sposób:

Oczywistym jest, że w tych okolicznościach przyrody, występuje pewna taktyczna zbieżność interesów pomiędzy nędznymi resztkami pokonanych, rozbitych i zaszczutych konserwatystów, a tymi spośród konstruktywistów, którzy najradykalniej odrzucają "konstruktywizm kolektywistyczny". Skoro bowiem niczego, co by można było "ładem naturalnym" nazwać już nie ma - to jedynym sposobem na jego przywrócenie jest obalenie tych instytucji, dzięki którym konstruktywiści planowali wychować sobie "nowego człowieka": opieki społecznej, związków zawodowych, państwowej szkoły, itp. - w nadziei, że po ich zburzeniu, spontaniczna twórczość ludzka odbuduje jakiś nowy "ład naturalny".

Jest to jednak sojusz li i jedynie taktyczny. Konserwatysta bowiem, po ewentualnym odebraniu władzy konstruktywistom - kolektywistom i ich bękartom z "nowej lewicy" (co, swoją drogą, wydaje się skrajnie nieprawdopodobne w dzisiejszym świecie) zamierza poprzestać na działaniach czysto negatywnych - wymazując z rzeczywistości te i tylko te instytucje, które spontanicznej odbudowie "ładu naturalnego" przeszkadzają. Nie ma jednak żadnego, z góry powziętego planu co do tego, jak ów "ład" ma wyglądać! To by była sprzeczność sama w sobie: jak można planować "ład naturalny"..?


Innymi słowy – „konserwatywna rewolucja“, jeśli ma być istotnie konserwatywną, a nie liberalną (czy raczej: libertariańską) – musi być rewolucją samoograniczającą się i czysto negatywną.

Celem rewolucji konserwatywnej nie jest ani zniesienie zła na świecie, ani uszczęśliwienie ludzkości. Celem rewolucji konserwatywnej winno być jedynie przerwanie aktualnie prowadzonych eksperymentów tego rodzaju.



Skutkiem tego działania będzie cała masa indywidualnej krzywdy i zła. Ludzie przywykli do życia z opieki społecznej – z dnia na dzień zostaną bez jakiejkolwiek pomocy i środków do życia. Rodziny nieprzywkłe do tego, że same muszą zadbać o wychowanie swoich dzieci – zostaną nagle bez kuratoriów i szkół, które mówiły im, czego i w jaki sposób ich dzieci mają się uczyć. Kobiety, które lekkomyślnie wyszły za mąż licząc na to, że „w razie czego“, łatwo dostaną nie tylko rozwód, ale i opiekę ze strony państwa dla siebie i dla ewentualneg potomstwa – nagle znajdą się na łasce i niełasce swoich głupio wybranych mężów.

Możemy tylko mieć nadzieję, że powstała w ten sposób luka zostanie szybko zapełniona przez różnego rodzaju „ciała pośredniczące“: Kościoły, dobrowolne stowarzyszenia ludzkie, być może jakichś „neo-feudałów“. Nie możemy jednak z góry zakładać, że stanie się tak, a nie inaczej. W niektórych wypadkach możliwe będzie zastosowanie jakichś doraźnych działań ułatwiających „miękkie lądowanie“ zdezorientowanej populacji (takich jak np. „bon edukacyjny“, czy jakaś forma „renty socjalnej“) – w większości przypadków jednak: nie ma takiej możliwości.

Co jest celem tego przewrotu? Nic. Nie ma takiego celu. Cokolwiek bowiem wyniknie – będzie równie dobre. Jeśli wyniknie dziedziczna dyktatura, z czasem, po kilku pokoleniach, przekształcająca się w monarchię z książętami i baronami – fajnie. Jeśli wyniknie „labilna demokracja“, w której niewielkie, rządzące się bezpośrednio gminy kooperują w ramach jakiejś „internetowej demokracji“ – równie fajnie! Jeśli wyniknie coś innego, czego na razie nie potrafimy sobie nawet w żaden sposób wyobrazić – tak samo fajnie.

No i to jest właśnie część problemu: przez te 250 lat ludzie przyzwyczaili się, że dostają do realizacji gotową receptę – a nie jakieś zagadki, enigmy, „białe karty“.

Na szczęście – jest to tylko jedna i mniej istotna część problemu. O wiele ważniejsze jest to, że ogromna, przytłaczająca większość konsumentów telewizyjno – internetowej papki wcale żadnej „konserwatywnej rewolucji“ nie chce i nawet nie bardzo wiadomo, jakim sposobem miałaby zachcieć. Ludziom jest dobrze, niektórym nawet za dobrze – dlaczego zatem mieliby się buntować..?

poniedziałek, 26 listopada 2012

Moralność, niemoralność…

Jak Państwo doskonale wiecie, nie aspiruję do roli moralnego herosa. Wręcz przeciwnie! Ludzką rzeczą jest być słabym, ulegać pokusom, błądzić i upadać – a rygoryści, którzy twierdzą, że takie sytuacje są im obce, w większym stopniu mnie przerażają, niż napełniają podziwem.

Oczywiście: święci też są potrzebni na tym świecie. Wcale nie twierdzę, że nie. Obok jednak prawdziwych herosów moralnych, czyli świętych, trafiają się też filuci: wielce bowiem zabawną sztuczką jest bycie rygorystą – relatywistą. Postać taka twierdzi, że ZAWSZE postępuje moralnie. Jak to możliwe? Ano dlatego, że zawsze przecież, postępuje zgodnie ze swoją wolą. Ponieważ zaś nie ma żadnych innych kryteriów prawomocności takiej czy innej moralności, jak tylko swobodna decyzja jednostki – to wystarczy przyjąć za własną „zasadę moralną“ taką, która akurat owej jednostce z tych czy innych względów odpowiada – a będzie się miało pełną satysfakcję z życia i miłe poczucie bycia doskonale moralnym – w jednym.

Czyż to nie piękne..? Owszem – i takowy „rygorysta – relatywista“ może zbłądzić moralnie, jeśli postąpi niekonsekwentnie. Skądinąd jednak – jeśli owe „niekonsekwencje“ będą mu się przydarzały częściej – to przecież, w każdej chwili może orzec, że stara „zasada moralna“ już mu dłużej nie odpowiada, a w to miejsce, wolnym aktem woli – przyjmuje sobie nową „zasadę“, z którą jego praktyczne postępowanie jest już w pełni zgodne. Zawsze zatem, można mieć dwa w jednym – i przyjemności i mile łechcące poczucie czynienia słusznie naraz.

Szczerze pisząc, mam wrażenie, że rygorysta – relatywista wiele w ten sposób traci. Co traci? Ano – traci owo wspaniałe, oczyszczające, zmuszające do refleksji i do wysiłku – poczucie winy. Czy relatywista może w ogóle czuć się winny..? Niekonsekwencji – co najwyżej. Ale tylko do czasu, gdy owa niekonsekwencja zostanie powtórzona dostateczną liczbę razy, by stać się godną miana – nowej „zasady“…

Jest to, w każdym razie, moim zdaniem – tak samo nieludzkie i odrobinę przerażające, jak każdy inny rygoryzm moralny. Człowiek normalny wie, że istnieją pewne zasady moralne. Nie stworzył ich i ani mu w głowie twierdzić, że istnieją one tylko dzięki jego własnym aktom woli – przecież nic jego własna wola nie miała wspólnego z tym, że urodził się w roku, dajmy na to 1974, a nie 1774 czy zgoła 774 i w Polsce, a nie w Chinach czy na Półwyspie Yukatan. Urodził się w czasie i w miejscu, którego najoczywiściej nie wybierał. Społeczeństwo, w którym się urodził – wyznaje takie a nie inne wartości. Może je przyjąć za swoje – i to jest naturalne, na tym polega wychowanie dziecka, socjalizacja. Może się oczywiście przeciw nim zbuntować, proponując jakieś własne wartości – jeśli ma dość odwagi, aby ponieść konsekwencje takiego wyboru.

Na ogół – i to jest właśnie typowe, normalne, ludzkie – nawet buntując się i tak będzie się w rzeczywistości owych w dziecięcym wieku zinternalizowanych wartości trzymał. Dlatego nieszczerze, sztucznie, egzotycznie brzmi owo zaklinanie „wolnej woli“ i osobistej suwerenności, pozwalającej dowolnie kształtować własne wartości – ani to ludzkie, ani sympatyczne, a mnie, prawdę pisząc – wkurza. Bo wygląda na wynoszenie się ponad „tłumy ciemniaków“ – a kto lubi takich, co się wywyższają i pogardzają innymi..?

Grzech pierworodny

Więc – ludzkie, typowe i normalne jest przyjmowanie wartości społeczenie akceptowanych w danym miejscu i czasie. A jeśli nawet pojawia się jakiś bunt – to, by tak rzec, w miarę i z pewną (zdrową) dozą nieśmiałości.

Co się dzieje z człowiekiem normalnym, gdy jego słabostki, zachcenia, a też i okoliczności po temu sposobne – prowadzą go, jak to często bywa, do złamania owych zinternalizowanych norm moralnych? Człowiek normalny stwierdziwszy że zgrzeszył – nie próbuje wymyślać sobie nowej „zasady moralnej“, która by jego grzech uczyniła cnotą – tylko popada w poczucie winy. Od którego ma, w każdym cywilizowanym społeczeństwie, jakąś metodę uwolnienia się – czy to przez pokutę i postanowienie poprawy, czy to przez rytualne oczyszczenie, czy w jakiś inny sposób.

Grunt – że tak naprawdę nie ma jakiegoś trwalszego i poważniejszego „systemu moralnego“,  który by możliwości złamania norm, które się nań składają nie przewidywał – i nie wskazywał zarazem błądzącej jednostce drogi powrotu na ścieżkę cnoty.

 Krzysztof Bukalski, Innocent sin

Nie da się ukryć – że najbardziej mi się podoba tradycyjna metoda katolicka, przewidująca możliwość nawrócenia i żalu za grzechy nawet na łożu śmierci! Byle się tylko nie pomylić i nie nawrócić za wcześnie – kiedy wciąż jeszcze będą siły i sposobność do grzechu…

Jest to metoda, dzięki której surowa moralność łączy się z niczym nieograniczoną radością życia w sposób harmonijny, łagodny, naturalny, a zarazem – pełen pokory i umiarkowania, bez tromtadrackich deklaracji, publicznego demonstrowania drażniącej pychy i psucia samopoczucia bliźnich kłuciem ich w oczy jakąś nieludzką doskonałością. Że można tę metodę nazwać także brzydkim słowem „hipokryzja“..? Nic nie jest doskonałe na tym łez padole..!

niedziela, 25 listopada 2012

Wielki ptak?

Znalazłem dzisiaj na pastwisku dziwne odchody:


Wyglądają mi na ptasie:


tylko jaki ptak - albo jakie ptaki - mogły ich zrobić tak wiele w jednym miejscu?

Jedyne co mi przychodzi do głowy to, że jakieś duże wędrowne ptaki (gęsi?) spędziły u nas przerwę w podróży. Co prawda - i ta hipoteza ma słabości: raz, że chyba takie ptaki preferują odpoczywać gdzieś nad wodą, a u nas takowej jako żywo nie ma - a dwa, że znalazłem te odchody na otwartej przestrzeni - byłyżby dzikie gęsi, czy inne wędrowne ptaki tak nieostrożne, żeby się nie chować i spać na widoku..?

Dziwne te ślady znalazłem przed południem, gdy poszedłem obejrzeć koniowate (i ogrodzenia przy okazji). Sfotografowałem je jakieś dwie godziny później - wciąż jednak dobrą godzinę przed najwcześniejszą dopuszczalną porą lanczu. Mimo to - Knedlik już zdołał namówić swoje kobiety na strajk okupacyjny pod bramą:





A skoro już wziąłem ze sobą aparat, to cyknąłem też nowo wymieniony daszek nad wiatą na drewno:

a skoro już wlazłem na dach, to uwieczniłem też nasz przygotowany do zimowego snu ogródek, z zupełnie nowej perspektywy:

i tak się cały nie zmieścił. Niestety, narazie nasz budżet nie przewiduje możliwości zakupu szerokokątnego obiektywu...

Generalnie, powinienem robić mnóstwo rzeczy. Powinienem gwałtownie szukać jakiegokolwiek płatnego zajęcia (nie nazywajmy już tego "pracą"...) - bo inaczej przetrwanie zimy jest mocno wątpliwe. Powinienem pisać artykuł, który zacząłem i wciąż nie skończyłem. Powinienem dorobić podpisy pod zdjęcia do ostatniego artykułu dla "KT". Powinienem rozczyścić koniom kopyta, przewieźć siano i znaleźć nowego dostawcę owsa. Powinienem dokończyć wykaszanie (kosą...) niedojadów na Pierwszym Padoku, zużyć pozostałe deski na dokończenie podłogi na strychu chatki, wykoncypować i zbudować poskrom, oraz skopać nasz stary sadzik i ogrodzić go na nowo, a także - jeszcze przynajmniej raz pojechać po młode brzózki (co najpewniej jutro właśnie zrobię...). Powinienem też wreszcie zająć się pijarem naszego przyjaciela Zbyszka, bo zostało bardzo mało czasu.

Tyle, że dopadła nas znowu jakaś dziwna słabość. Lepsza Połowa jest skrajnie wyczerpana bardzo ciężkim tłumaczeniem, które zajęło jej ostatnie dziesięć dni. A mnie się kręci w głowie, leje z nosa i z trudem łapię oddech. A nawet nie mamy tym razem na kogo tej przypadłości zwalić - bo nikt nas, od ponad tygodnia, nie odwiedzał!

Nawet naszemu koćkodanowi słabość państwa się udzieliła:

Być może zresztą było odwrotnie - to koćkodan zaczął słabować pierwszy. Trzecią dobę bowiem nasz, rozgadany zwykle do niemożliwość Tyran Domowy - milczy. Zrobiła się przy tym jakaś taka wiotka, nieważka, nieobecna - prawie jak Gluś, gdy miał umierać... No cóż: zobaczymy!


sobota, 24 listopada 2012

Dlaczego nie kibicuję „naszym“ w Brukseli..?

Gdzieś tak we wrześniu pojawiły się w naszej wsi koparki, rury i spychacze. Uznałem za stosowne zasięgnąć języka, co też jest powodem tak niezwykłego widoku. Otóż: gmina buduje nam wodociąg.

Nas to w żadnym razie nie dotyczy i dotyczyć nie może – absolutnym absurdem byłoby ciągnąć rurę ze wsi do samotnego gospodarstwa prawie kilometr – i to pod górę!

Przy okazji zasięgania języka dowiedziałem się też, że z tą budową wodociągu to nie takie hop siup. Asfaltowa (i bardzo dziurawa) droga powiatowa, przy której położona jest nasza wieś, ma po obu stronach szerokie pobocza. Na początku wsi, gdzie domy stoją tuż przy płotach – rurę pociągnięto owym poboczem właśnie. Potem jednak, gmina chcąc zaoszczędzić na czynszu, który musi płacić powiatowi za rurę położoną pod powiatowym poboczem – zapragnęła pociągnąć ją ogródkami. No i ludzie się zbuntowali – bo niby z jakiej racji znosić bałagan w obejściu, szkody w (ozdobnych!) płotach, itp. – skoro wcześniej dało się tego uniknąć, ciągnąc rurę pod poboczem..?

Dwa tygodnie temu było w naszej wsi zebranie. Podejrzewam, że właśnie na ten temat. Że jednak ani mnie ta sprawa nie dotyczy, ani też nie miałem kogo zostawić na gospodarstwie (Lepsza Połowa jeszcze w Wilnie była), ani nawet samochodu nie miałem – to się na zebranie nie udałem i nie wiem, na czym w końcu stanęło. Pewnie na niczym, bo jakoś ostatnio żadne koparki, rury ani spychacze się po wsi nie kręcą…

Zmierzając do tak zwanego „ad remu“: każdemu, kto mnie o to pyta odpowiadam, że nie ma innej możliwości – w dłuższym terminie woda z gminnego wodociągu MUSI być droższa od wody z własnej studni. I nawet, jeśli ktoś się podłącza – to nader nierozsądnie postąpiłby, nie pozostawiając sobie możliwości korzystania ze starej studni – a odcięcia wody z sieci.

Dlaczego tak uważam? Z kilku, dość oczywistych powodów, spośród których najważniejszy i najściślej ze wspomnianym „ad remem“ związany jest fakt, że projekt „uporządkowania gospodarki wodno – ściekowej na terenie gminy Stromiec“ jest, naturalnie, współfinansowy ze środków Jewrosojuza. Co to oznacza? Oznacza to, że gmina realizuje ten projekt nie wtedy, gdy zgromadzi jakieś środki własne, tylko w terminach ściśle wynikających z możliwością „ciągnięcia“ owych jewrosojuznych środków. Co oznacza – że nie ma wyjścia, musi się zadłużać (przecież Jewrosojuz nie finansuje 100% inwestycji – i nie z góry…) – i to na takich warunkach, jakie banki jej podyktują, mając bardzo małą swobodę ruchów (bo kredyt MUSI być przyznany w konkretnym terminie, inaczej – jewrosojuzne środki przepadają…).

Innymi słowy: musi się zadłużać na złych warunkach. Dotyczy to zresztą wszystkich korzystających z tego rodzaju dotacji.

Znaczący popyt na koparki, rury i spychacze ze strony gmin w całej Polsce (popyt, który w dodatku kumuluje się w ściśle określonych terminach – zdeterminowanych terminami wynikającymi z procedur konsumowania środków Jewrosojuza) oznacza, że ceny owych koparek, rur i spychaczy rosną – akurat wtedy, gdy gminy chcą je kupować!

Zdjęcie z netu Nasz wodociąg przez aż tak dzikie pustkowia - nie przebiega!
 
Ale jest to realne zdjęcie skądś z Polski...

Owszem – jakaś część inwestycji jest teoretycznie za „free“. Tylko – czy aby niekorzystny kredyt i wysokie koszty tej inwestycji, wynikłe ze skumulowania popytu dużej liczby podmiotów korzystających z dotacji naraz – nie niwelują owej darowizny do zera..?

Kto, koniec końców spłaci kredyt i poniesie realne koszty gminnej inwestycji? Oczywiście – korzystający z gminnego wodociągu, bo kto niby..? Nie wmówicie mi, że te parę machnięć łopatą, albo obrotów świdrem, plus kawałek rurki, plus pompa z hydroforem (używane można na Allegro za kilka stów kupić!), plus prąd zużywany przez pompę – wyjdą drożej, niż spłata nie tylko bieżących kosztów funkcjonowania gminnego wodociągu, ale i zaciągniętego na jego budowę kredytu, wraz z odsetkami!

Przy tym, mam poważne wątpliwości, czy ta inwestycja ma w naszych, konkretnych warunkach jakikolwiek praktyczny sens. Owszem – sytuacja gdy obok siebie kilkadziesiąt pomp ssie wodę ani zdrowa, ani normalna nie jest – lustro wody się obniża na znacznym obszarze i wszyscy na tym cierpią. Niewątpliwie w takiej na ten przykład Kępie Niemojewskiej (ale to chyba gmina Warka..?), a też i na koloniach Boskiej Woli na wschodnim krańcu wsi, gdzie działeczka letniskowa przytula się do działeczki letniskowej i gęsto od domków, na takich działeczkach o wymiarze 10 x 10 metrów pobudowanych – wodociąg to jedyne słuszne i sensowne rozwiązanie.

Pytanie tylko, czy specjalnie w tym celu trzeba budować sporą stację pomp i ciągnąć te rury kilometrami..? Przecież z góry wiadomo, że dla potrzeb gospodarskich wody z wodociągu i tak nie starczy. Jak do tej pory w żadnej z okolicznych wsi, które szczęścia „przystąpienia do cywilizacji“ dostąpiły przed nami – wody nie starczało. Latem w Grabowie i w okolicznych wsiach nie raz i nie dwa słychać narzekania, że z rury nie leci – a bydło poić trzeba, truskawki, jabłka, czy co tam kto posadził podlewać – nie ma zmiłuj!

Wedle geologa, którego zatrudniłem dla wykonania projektu mojego własnego ujęcia wody – woda jest tu praktycznie wszędzie, boż to Pradolina Pilicy i tak jak rzeka widoczna na powierzchni, tak i pod ziemią – płyną wody w stronę Wisły w wielkiej obfitości. Tyle, że nie wypompuje się tej wody więcej, niż jakieś 20 m3/godz w jednym miejscu. Choćby „skały srały“ – nie da się i już! Warstwa wodonośna za płytka, a zresztą tempo pompowania nie może być szybsze, niż napływ owej podziemnej wody, spływającej w stronę Wisły – to jasne.

To co się dziwić, że w gminnych wodociągach latem, gdy wszyscy zużywają tej wody najwięcej – bywa, że sucho..?

Czy nie lepiej byłoby zatem, zamiast wielkiego, znaczną część gminy łączącego wodociągu – zbudować mniejsze tam, gdzie to rzeczywiście potrzebne (bo działeczka do działeczki, a wszystkie 10 x 10 metrów – gęsto poprzytulane i szkodliwym byłoby, gdyby każdy na własną rękę pompował…), oszczędzając na rurach i stacjach pomp?

Tyle, że takie projekty – coś mi się zdaje – raczej nie dostałyby dofinansowania z Jewrosojuza. Za mało „postępowe“ są! „Postęp“ przecież i „światło cywilizacji“ na tym polega, że się wszystko w wielkie sieci łączy. Czy z sensem, czy bez sensu – a kogo to obchodzi? Grunt, że „nowocześnie“! Że „postępowo“! Że „cywilizacja“ wreszcie do nas dociera!

Żeby było jasne: lokalna polityka (i polityka w ogóle zresztą) – nic a nic mnie nie obchodzi. Nic nie mam ani do Pana Wójta, ani do Szacownej Rady. Nie mam najmniejszego zamiaru „przypierdzielać“, „oczerniać“ czy w jakikolwiek inny sposób szkodzić. Nikt mi na odcisk nie nastąpił i ja też nikomu na odcisk następować nie mam najmniejszego zmiaru, a nasza gmina jest przesympatyczna, porządna i gospodarna.

Że w sens owego wodociągowego projektu wątpię? Ale to nie gminy wina! To wina Brukseli. Skoro Bruksela daje – głupi by nie brał! Sam dopłaty biorę – i chętnie bym brał większe, bo czemu nie..?

Tyle, że Bruksela (a właściwie to Warszawa, na warunkach przez Brukselę podyktowanych) daje w taki właśnie sposób, że postępując rozsądnie i racjonalnie – pakujemy się wszyscy w nieliche g…o: w długi, w inwestycje za wielkie, zbyt kosztowne, nie przystające do potrzeb, dyktowane nie zdrowym rozsądkiem, a stereotypowymi wyobrażeniami o tym, co jest „postępowe“.

Skok cywilizacyjny..? No nie wiem, nie wiem – zobaczymy, w co wskoczyliśmy, jak już będziemy na drugim brzegu. Bo równie dobrze – może się to okazać skokiem w przepaść

I to jest właśnie powód dla którego (biorąc dopłaty jak każdy inny rolnik, a owszem – bo głupi by nie brał!) – jakoś nie kibicuję tzw. „naszym“ w Brukseli! Im większy bowiem budżet Jewrosojuza i im większa część wydatków tego budżetu na Polskę przypada – tym głębsza może się okazać ta przepaść, w której – z długami i z kosztami utrzymania różnych „pomników cywilizacji“ – na końcu się znajdziemy…

piątek, 23 listopada 2012

Tak się pluje

Zgodnie z obietnicą z wczoraj wypluwki pozostałe po spożyciu tarninowej konfitury:


I, przy okazji, zdjęcie koćkodana (bo się akurat napatoczył):


Koćkodany spożyły wczoraj kości z kaczki, z której Lepsza Połowa zrobiła zupę z soczewicą. Tak się nażarły, że kolacji nie chciały wcale - a śniadanie zjadł tylko koćkodan zewnętrzny, widoczna na powyższym zdjęciu Sylwestra karmę z puszki marki "Kumpel" obwąchała ze wstrętem i nie ruszyła.

Wniosek? Do dobrego łatwo się przyzwyczaić...

Lepsza Połowa finiszuje z ciężkim tłumaczeniem, które pochłania ją od przyjazdu z Wilna. Jutro pewnie skończy. A ja większość dnia spędziłem w Radomiu - a jakże, czekając aż naprawi się nasz przepływowy podgrzewacz wody marki "Dafi". Co się okazało? Okazało się, że nowe grzałki nie mają fabrycznie zmniejszonej średnicy wylotu wody gorącej i trzeba w tym miejscu instalować dodatkową wkładkę. Bez której woda ciepła leci tylko wtedy, gdy odkręci się bardzo, ale to bardzo mały strumyczek! Tymczasem nasz podgrzewacz przepalił się pół roku temu i miał wymienioną (w ramach n-tej naprawy gwarancyjnej - jak to się może producentowi opłacać, że trzy lata gwarancji na tak wypadkowy sprzęt daje..?) grzałkę, ale dławika nie zamontowano, bo monter - jak się przyznał dzisiaj - nie przeczytał na czas maila od producenta i nie wiedział, że ma to zrobić. Odkrył to dopiero po naszej skardze.

Dlaczego po pół roku dopiero? Ano dlatego, że mamy te "Dafiki" dwa. Nauczeni doświadczeniem, że jeden zwykle jest popsuty i potrzeba rezerwy. Poprzednim razem właśnie po przepaleniu tego dziś naprawianego założyłem rezerwę (która  jest, Bóg wie czemu, nominalnie bowiem mają taką samą moc - słabsza...). Ponieważ powoli robi się zimno, to zatęskniliśmy za gorącym prysznicem i stąd - zmieniłem na mocniejszy podgrzewacz. I się rozczarowałem... Ale już jest lepiej. Dużo lepiej. Czy aż tak dobrze, jak było poprzednio - nie wiem. No bo przecież różnic w temperaturze wody uzyskiwanej z podgrzewaczy o tej samej mocy, tego samego typu, od tego samego producenta - być nie powinno, prawda? A są. I mogę to udowodnić czynem, gdyby ktoś wątpił! Tak więc - jest lepiej, ale czy aż tak dobrze jak poprzednio - nie wiem, jeszcze prysznica nie brałem. Po cichu sądzę, że nasz "mocniejszy" podgrzewacz dlatego był mocniejszy, bo miał dlaczegoś felerną grzałkę (która właśnie dlatego się przepaliła...). Poprzedni nasz podgrzewacz, marki "Bianca", grzał bowiem tym mocniej, im był starszy - no, ale ten wytrzymał bez awarii dokładnie do dnia, kiedy skończyła mu się gwarancja - i wtedy padł jak długi...

czwartek, 22 listopada 2012

Dwie godziny słońca

Na sam koniec wczorajszego dnia, około 14.00 - rozstąpiły się ołowiane chmury które od tygodnia zasnuwają niebo nad Boską Wolą (najczęściej do kompletu z mlecznobiałą mgłą, której jednak w takich okolicznościach nie da się fotografować - za mało światła). Pobiegłem oczywiście natychmiast sfotografować nasze futrzaki.

Sesja się nie powiodła: akurat były niezmiernie wprost zajęte zażartym pożeraniem trawy - i ustawiły się w najmniej chyba fotogenicznej części Wielkiego Padoku, gdzie za tło robią o zachodzie słońca jakieś smutne krzaki za płotem - a tu już nie było czasu na pozowanie, bo słońce i tak szło spać. Zresztą, wieczorne światło nigdy nie było u nas rewelacyjne - przedkładam nad nie stanowczo poranki - cóż, kiedy w tych okolicznościach, nie było wyboru.

Pokazuję tedy te zdjęcia głównie po to, aby udowodnić, że stado żyje i ma się dobrze, bo urody końskiej uchwycić mi się nie udało. Że jednak nie widzę szans na poprawki w najbliższej przyszłości (prognoza pogody pokazuje na dziś i następne dni stabilnie 100% zachmurzenia i 100% zamglenia - to ostatnie: nocami) - nie ma wielkiego wyboru:

Knedlik z daleka i w dodatku z przednimi w rowie - ale właśnie, bohatersko, nie zważając na ryzyko ugryzienia, wyżerał trawę spod pastucha - i oderwał się od tej czynności tylko na tę krótką chwilę, gdy pojawiłem mu się za plecami...

Małe (i Grube) Złe nie oderwało się trawy ani na chwilę.

Bubcia Grubcia. I nie - to JESZCZE nie jest tzw. "brzuszek ciążowy". To tylko upodobanie do trawy i siana...

Jedyny koń, który jeszcze jakoś wygląda, czyli Piękny, Dzielny (i Czasami Mądry) Koń Lepszej Połowy - ale to tylko dlatego, że ona ZAWSZE była bardziej przy kości od pozostałych, więc mniej się ostatnio zmieniła.

Wyhodowała sobie w zeszłym tygodniu wielkiego bąbla na tyłku. Zwrócił mi na niego uwagę dopiero nasz Miły Gość, dokładnie tydzień temu. Lepsza Połowa twierdzi, że był ten bąbel na tyłku co najmniej od jej powrotu z Wilna - ale nic mi nie mówiła, bo sądziła, że skoro ja nic o tym nie mówię, to widać tak ma być. Tymczasem - ja zwyczajnie nic nie zauważyłem (bardziej mnie martwiły kopyta, które znowu trzeba przycinać - i po prostu po tyłkach nie patrzyłem...). Posmarowałem bąbel - wyglądający tak, jakby coś nam konia użarło w tyłek (któraś z tych rozkopanych os..?) maścią na krowie wymiona (rewelacja, weterynarze dużo tego i po ludziach rozprowadzają, bo wszystkie opuchlizny ściąga!). Następnego dnia bąbel pękł i wyciekła z niego krew i ropa. Od tej pory smaruję maścią tranową - ale wygląda to wciąż tak sobie...

Generalnie, to całe towarzystwo na ogół wyglądało mniej - więcej tak:

Tymczasem dość chłodna, momentami wietrzna, ale sucha aura pozwala na rozliczne prace w gospodarstwie. Wymieniłem (nareszcie!) eurofalę na dachu wiaty na drewno na zwykłe deski z papą. Technologia niewątpliwie o wiele mniej kunsztowna - ale za to: deski się nie dziurawią od byle czego, a że 1/3 tej wiaty zajmuje też magazyn na owies i warsztat (skądinąd - niewątpliwie za duży jak na moje w tej materii ambicje - no, ale to Ojciec jeszcze go zbudował... Może w przyszłości spróbuję go zminiaturyzować stosownie do realnych potrzeb..?) - przestanie nam się lać na (zabezpieczone z tego powodu dodatkową plandeką, to fakt) worki i narzędzia.

Ociepliłem też kran pod wiatą. Nowy kabelek grzewczy został owinięty wokół rury do głębokości 20 cm poniżej poziomu gruntu, a całość otuliłem wełną mineralną - no i, naprawiłem "skrzynkę"  w ścianie wiaty, mieszczącą kran, choć to akurat nie ma większego znaczenia, bo sama obudowa bynajmniej przemarzaniu nie przeszkadza. Czy tak głęboko wpuszczony kabelek będzie działał lepiej niż poprzednio - nie wiem. Na wszelki wypadek zachowałem stary, który zawsze można założyć wedle poprzedniego zwyczaju. Moje 3-letnie obserwacje dowodzą, że do temperatury -5 stopni i tak zamarza tylko sam kran, na końcu rury - i wystarczy grzać w tym miejscu. Zaś poniżej -20 zamarza głęboko w gruncie i żadne ogrzewanie do tej pory nie pomagało. A jak będzie - zobaczymy!

Zebrałem też resztę lnu. Problem jego młócenia, który tak mnie poprzednio zaprzątał, rozwiązał się sam z siebie: konie bowiem, bardzo chętnie zjadają go w całości, razem z torebkami nasiennymi! Lepsza Połowa wyraża obawy, czy są w stanie to strawić. Ale przecież - te torebki nie są z plastiku, tylko z włókna i z celulozy - a cóż to za problem dla okrzemków w końskim jelicie ślepym..? Na wszelki wypadek dałem do tej pory tylko raz (i chyba właśnie raz w tygodniu będę dawał - do wiosny nam tym sposobem lnu dla koni starczy!), po małej garsteczce jako dodatku do owsa.

W zasadzie, gdybym jeszcze znalazł sposób na hurtowe przetransportowanie siana spod Jedlińska do Zaprzyjaźnionej Stodoły - to jesteśmy gotowi na zimę. Owszem - przydałoby się jeszcze nowego dostawcę owsa znaleźć, ale owsa zużywamy niewiele, więc nie jest to kwestia spędzająca mi sen z powiek. Zrobi się to przy okazji.

Co innego Wendi: wprawdzie kontrola poziomu oleju nie wykazała ubytków, ale zachowanie pompy olejowej bardzo mi się nie podoba. Ciśnienie spada czasami znacznie poniżej 2 kg/cm2 - a to nader niezdrowy objaw! Minionej niedzieli, specjalnie żeby zachowanie samochodu sprawdzić, pojechaliśmy nawet na krótką wycieczkę. Albowiem jadąc w piątek pociągiem do stolycy, wypatrzyłem w pewnym Tajnym Miejscu (którego lokalizacji na razie nie zdradzę - być może uda się nam tam jeszcze wrócić wkrótce, tym razem z aparatem, to wtedy o tym szczegółowo opowiem...) gęste zarośla dzikiej róży i tarniny. Łubianka dzikiej róży trafiła już do nastawu z jabłek, a z tarki Lepsza Połowa zrobiła orgiastyczną wręcz konfiturę...

Samochód w czasie wycieczki zachowywał się poprawnie - ale nie mam do niego zaufania. Na razie, w każdym razie i tak nic z tym zrobić nie mogę - zaprzęgam zatem przyczepę i jadę, skoro pogoda pozwala, a łańcuch piły świeżo skrócony - narżnąć jeszcze trochę młodych brzózek.

środa, 21 listopada 2012

Sen straszny i niepoprawny

Często śni mi się w kolorze, stereo i z dynamiczną akcją. Tyle, że rzadko potem pamiętam szczegóły. Tym razem jest inaczej głównie dlatego, że opowiedziałem sen (z grubsza) Lepszej Połowie zaraz po przebudzeniu. A sen był zaiste straszny! Jeśli nawet w efekcie opowieść o nim okaże się zabawna i w dodatku niepoprawna politycznie – to już mówi się trudno: we śnie, w każdym razie, bałem się straszliwie…

Był sobie rok 1939. Byłem galicyjskim chłopem (!), w Galicji zasadniczo Zachodniej, ale tuż przy granicy z tą wschodnią – ruską. W naszej wsi mieszkali pół na pół Polacy i Żydzi. Żydów, oczywiście, strasznie nie lubiliśmy i jak przyszło co do czego, tośmy nawet ich trochę poturbowali, pierze z pierzyn poleciało itp.

Koniec końców jednak, gdy Niemcy zaczęli się do tych Żydów dobierać, doszliśmy wspólnie do wniosku, że jednak ich jakoś przechowamy. Pamiętam jak jeden z wyśnionych współobywateli z niejakim wahaniem stał nad walizką swojego żydowskiego sąsiada wypchaną walutami, złotem i biżuterią, a ja mu tłumaczyłem: Jontek, weź ich schowaj, wojna będzie długa, sami ci to oddadzą i jeszcze będą ci dłużni! (Zauważmy tu na marginesie oczywistą nielogiczność tego przesłania, możliwą tylko we śnie - skoro Jontek już MIAŁ tę walizkę, to po co mu było do kompletu jeszcze ryzyko i trud przechowywania jakichś Żydów..? No, ale sen to sen...)

Potem były znane z filmów sceny zapędzania do gett, palenia synagog i wysadzania cmentarzy. „Nasi“ Żydzi, ogoleni i przebrani, przeczekali to udając Polaków. Niczym się zresztą od nas nie różnili – we śnie pamiętałem, że ostatni za pańszczyzny dziedzic nie miał rasowych uprzedzeń, a Żydówki dorabiały jako praczki we dworze…

Żeby nie było tak pięknie, władze okupacyjne postanowiły przerobić nas na Ukraińców. W tym celu miano nam przysłać instruktora. Oczekiwaliśmy jego przybycia z drżeniem i przestrachem. Jakoż zajechał czarny Opel w asyście motocyklistów. Drzwiczki się otworzyły i wysiadła… dziewoja nieco już może przytłoczona wiekiem i doświadczeniem, ale wciąż w miarę sprawna, o udach grubych jak dorodne arbuzy, tym lepiej widocznych, że nosiła ludową spódniczkę tak krótką, że za przepaskę biodrową mogłaby co najwyżej uchodzić.

Zasiedliśmy w szkolnych ławach, każdy z jakąś „ukraińską“ robótką – a to z wyszywanką, a to z pierogami czy z barszczem. My w ostatniej ławce z rabinem (zresztą niebieskookim, tyle że z krogulczym nosem – wspominałem: dziedzic… Skądinąd, musiał być ów wyśniony dziedzic nie tylko pozbawionym rasowych przesądów je..ką, ale i - kazirodcą, boż to recesywne geny i tylko w wypadku, gdy dziedzic ów hobby odziedziczył po ojcu lub dziadku tak samo jak majątek - mógł był taki efekt nastąpić. Ale to już refleksja po - senna, we śnie wcale mnie to nie zdziwiło!), staruszkiem zasuszonym, niewielkim, ale żwawym i jak się okazało – jurnym.

Wpadł bowiem w oko owej dziewoi – instruktorce i inspektorce zarazem – i to, niestety, z wzajemnością. Szturchaliśmy go i kopaliśmy pod ławką po kostkach pomni, że jak mu się baba do portek dobierze, wszyscy zginiemy – a ten zamiast się sromać, tylko się poślinił i perskie oko do babsztyla puszcza. Ta do niego michę jarzy i coraz jest bliżej, sprawdzając (nieuważnie, co i dobrze wyszło – bo ani te wyszywanki, ani potrawy przesadnie udane nie były…) po kolei, ławka po ławce, prezentowane „prace domowe“.

Już do nas doszła, już się nad nami pochyla, ogromnym biustem zwisając nam nad głowami jak gradowa chmura, a tymczasem sąsiad z prawej strony siedzącego w środku rabina demonstruje jak pierożki lepi – na desce kunsztownie inkrustowanej motywem menory, szlag by go trafił! Rzucam mimochodem uwagę: zdobyczne! Baba jarzy się jeszcze bardziej i nuże do rebego. W akcie desperacji zaczynam coś opowiadać o rosyjskim szrapnelu w czasie poprzedniej wojny – czując zarazem ze strachu parcie w kiszce stolcowej, coraz to natarczywsze… i w tym momencie się budzę: pora na mnie, konie z pastwiska zbierać i śniadanie dawać.

Ufff. Nie powiem: wszystko to pewnie przez ogromnego blina, którego Lepszego Połowa nam na obiadokolację wczoraj przygotowała, a którego lwią część sam, z czerwoną kapustą na ostro pożarłem (czerwona kapusta = barszcz = Ukraina, skojarzenie niedokładne, powinny być przecież buraczki, ale zrozumiałe – buraczki też czerwone! takoż ogólnie kulinarny kontekst finałowej sceny: od blina do pierogów nie tak daleko…). Na jawie bym jednak czegoś takiego nie wymyślił – mimo oczywistych odniesień do pewnej komedii o uciekających Żydach, którą dawno dawno temu oglądałem…

wtorek, 20 listopada 2012

Brunon K. - bohater niedzisiejszy..?

Od razu na wstępie napiszę prosto z mostu, że nic a nic w te rewelacje ABW i prokuratury nie wierzę. A bo to pierwszy raz, gdy różne służby jawne, tajne i dwupłciowe wypinają pierś po medale, a portfel po premie..?

Ale nawet jeśli miałaby to być prawda - to jest to prawda zwyczajnie zbyt piękna, aby mogła być naprawdę prawdziwa!

W relacji Onetu bowiem, jawi się Brunon K. jako bohater całkowicie niedzisiejszy. Jak ktoś żywcem przeniesiony sprzed przynajmniej półwiecza!

Co miał był bowiem rzekomy niedoszły zamachowiec czynić? Ano - gromadził broń, materiały wybuchowe. OK - to normalne, wszyscy zamachowcy, doszli i niedoszli, siłą rzeczy muszą tak robić, żeby w ogóle móc dokonać zamachu. Przy odrobinie złej woli ze strony zwykłego stójkowego - można o taki "czyn zabroniony" posądzić dowolnego kolekcjonera z militarnym feblikiem. Żaden dowód na autentyczność przestępczego zamiaru to w rzeczy samej nie jest.

Dalej: miał był "werbować członków zbrojnej grupy". Ciekawe, czy przy tym zamawiał piwo takim charakterystycznym gestem, co to u niektórych wywołuje natychmiast skojarzenia..? I ile tego piwa było..?

Wreszcie: miał był jeździć do Warszawy i "rozpoznawać" miejsce przyszłego zamachu. Czym się właściwie "rozpoznawanie miejsca przyszłego zamachu" różni od na ten przykład - zwiedzania..? Ja w czasach studenckich kilka razy tanie wino w krzakach pod Sejmem z kumplem mym, Siłą, łoiłem z gwinta. Można nas było na tej podstawie oskarżyć o zamach na Władzę Ustawodawczą..? A pewnie że tak! Wprawdzie butelki zawsze wyrzucaliśmy do kosza - ale przecież, mieliśmy je przy sobie przed opróźnieniem i wyrzuceniem - a taka butelka to groźna broń, osobliwie w zetknięciu z miękkimi czaszkami naszych, pożal się Panie Boże, prawodawców...

No i właśnie - tu dochodzimy do konkluzji. Zdaniem bowiem ABW i prokuratury, miał był tajemniczy Brunon K. planować zamach na Sejm, rząd i prezydenta w jednym...

Kaj się taki ulógł..? - że zapytam, siląc się na gwarę śląską (to przez to imię, "Brunon", tak mi się kojarzy...).

To on nie wiedział, że takie spontaniczne, oddolne zamachy na ważnych polityków są już od dawna passee, że od półwiecza właśnie - terroryści z prawdziwego zdarzenia, terroryści profesjonaliści- wyciągnęli jedyny logiczny wniosek z obowiązującej, demokratycznej ideologii i nie atakują już Władz Państwowych (skądinąd, zwykle dobrze chronionych - to i zamachy na nie, o ile jakaś służba jawna, tajna lub dwupłciowa, nie ma w tej materii innych planów - kończą się zwykle tak... jak w przypadku Brunona K., czyli na niczym!)? Od półwiecza co najmniej - celem podstawowym dla terrorystów z prawdziwego zdarzenia, terrorystów profesjonalistów jest (co przecież logiczne!) Władza Najwyższa - czyli, całkiem przypadkowo, acz, z punktu widzenia powodzenia zamachu i bezpieczeństwa zamachowca nader fortunnie, bezbronny na ogół - tzw. "elektorat". Zwykli przechodnie, pasażerowie metra czy pociągu, pracownicy biurowca, strażacy.

Urwał się Brunon K., jak nie przymierzając, z próby czytanej "Nocy Listopadowej", czy innego "Wyzwolenia"!


Jeśli to wszystko prawda, a nie tylko niezręczna (bo zbyt piękna, by była naprawdę prawdziwą...) próba wypięcia piersi do medali, a kieszeni do premii - to przyjdzie zmienić intonację z którą wypowiadamy frazę jaki kraj - tacy terroryści!

Jak tu się jeszcze jakiś Hibernatus, po półwieczu ze snu zbudzony zaplątał i nie wie, o co chodzi - pokazuję i objaśniam.

Otóż zaraz po 11 września roku pamiętnego, po Warszawie kursował taki oto dowcip:



- Siedzą pijaczkowie pod Pałacem Kultury i patrzą w niebo. A po niebie lata wokół Pałacu motolotniarz. Lata, lata - aż wreszcie rzuciło nim, zakręciło - i wyrżnął w ścianę. Na co jeden pijaczek do drugiego: jaki kraj - tacy terroryści...

Nie sądziłem, że dożyję czasów, gdy frazę tę trzeba będzie wymawiać z mieszaniną nabożnego podziwu i zdumienia...

poniedziałek, 19 listopada 2012

Wilno, 2 - 11 listopada 2012, kościół św. św. Piotra i Pawła

Nie to, że nic się nie dzieje - ale czasu i sił brak. Toteż wszystko, do czego dzisiaj jestem zdolny, to obiecane zdjęcia z kościoła świętych Piotra i Pawła w Wilnie. Na mnie to wnętrze działa hipnotycznie. Ilekroś tam bywaliśmy, Lepsza Połowa musiała mnie wyprowadzać, bo traciłem orientację przestrzenną i gubiłem kierunki. Zobaczcie zresztą sami:









I pomyśleć, że gdyby nasze dzieje potoczyły się tak, jak to proponowałem w scenariuszu alternatywnym "Dynastia Sobieskich" na historycy.org - kościół by pewnie istniał, ale czy z takim, hinduskie zgoła wrażenie czyniącem, psychodelicznym tłumem rzeźb i sztukaterii..? Fundator tego dzieła, Michał Kazimierz Pac, robił tam za naczelny Schwarzcharakter, takiego lokalnego Goldstina czy Trockiego - więc nie miałby raczej szansy na dokończenie wystroju wnętrza..!

sobota, 17 listopada 2012

Gdy nieszczerze dają...

prezent, to potem boli po nim głowa. Nawet, jeśli się wypije ledwo kilka łyczków!

A może po prostu tak już się przyzwyczaiłem to mojego wina czeremchowego, że sklepowego "łyskacza" zwyczajnie nie trawię..?

No więc, w każdym razie: wróciłem wczoraj z Warszawy późno, zamiast pieniędzy z ciemnych machinacji przywiozłem butelczynę


kompletna porażka na tym froncie, jednym słowem! Niby to "wyższy sort" niż Golden Loch, z "Pierdonki" a po jednej szklaneczce objętości trzech łyczków - czuję się jakoś dziwnie


nie to, żebym zaraz musiał proszki łykać, czy też, broń Panie Boże, wodę z ogórków pić - ale ćmi w głowie i ewidentnie do żadnej poważnej pracy intelektualnej nie jestem w tej chwili zdolny.

Plusy wycieczki do stolycy są takie, że pomimo lokalnego końca świata w postaci poważnego remontu Biblioteki Narodowej (nie zamierzam się tam wybierać przed jego zakończeniem!) udało mi się zarówno ściągnąć owo "Java SE 6 runtime" na nowego laptoka Lepszej Połowy, jak i - pozbierać cytaty potrzebne dla z dawna obiecanego artykułu. Który powinienem właśnie pisać (w ciągu dnia będę miał dość zajęcia przy wymianie dachu nad wiatą na drewno - a wieczorem pewnie, przy zapalonym Herculesie, będzie mi się chciało spać...) - a nie mogę, co mnie frustruje.

Inna sprawa, że też się zwyczajnie nie wyspałem, albowiem Małe Złe, mimo pokaźnego (aczkolwiek wcale jeszcze nie ciążowego...) brzucha

(tu akurat w trakcie owijania się wokół naszego Miłego Gościa, który to samo zdjęcie pokazał już na forum, więc czuję się upoważniony do jego publikacji - ale odstający boczek Małego Złego widać, czyż nie..?) - zdołało się około godziny 4.30 wydostać poza wyznaczony teren kwarantanny robalowej, budząc nas głośnym tupaniem pod chatką. Ciąża chyba jej przy tym poszkodziła na mózg, albowiem próbując znaleźć owies - rozbebeszyła worek z sizalami z kostek siana! Mimo, że tuż obok stoi skrzynka z resztą zulusowych jabłek i nowo otwartym workiem marchewki...

Porażka na froncie ciemnych machinacji oznacza, że będę musiał w przyszłym tygodniu pożyczyć kasę na rachunek za prąd. No cóż: zacznę się tym martwić w poniedziałek. Metoda Scarlett O'Hara jest jedynym słusznym wyjściem w takich sytuacjach - proszki od bólu głowy też na drzewach nie rosną, a martwienie się już dziś nic a nic mi nie pomoże!

Na poprawę humoru dwie przesympatyczne blogerki zaszczyciły mnie wczoraj zaproszeniem do łańcuszka:


Czuję się tym bardziej wyróżniony, że z jedną z pań, mieliśmy całkiem niedawno dyskusję, w której byłem zdecydowanie zbyt gruboskórny. Za co, przy tej okazji - przepraszam.

Wyróżnienia przyznanego w takich okolicznościach nie mogę zignorować. Aczkolwiek, pozwolicie Panie, że tę bardziej twórczą część, tj. wymyślanie pytań i blogów do dalszego ciągu - odłożę na moment, gdy trucizna, którą sobie wczoraj zadałem, przestanie działać..?

Odpowiadam zatem na zadane pytania:

1.Golenie czy depilacja?

No cóż. Poranne golenie to prawie tak samo jak poranna kawa - część rytuału. Ale, gdyby istniała opcja depilacji ryja..? Może wtedy nie czyściłbym zębów pastą do golenia - co mi się ostatnio przydarzyło..?

2.Co jest bardziej sexy: wąsy czy łysina?

Wąsy Lepsza Połowa kazała mi zgolić zaraz na początku naszej znajomości. Za to od 15 lat strzyże mnie na łyso. I właśnie pora się przystrzyc - tylko czasu nie było ostatnio...

3.Lamborghini R3-85T  czy Ford Mustang 5610?

Jaguar Sovereign

4.Wiosna czy jesień?

Wiosna. Bo tak!

5.Na górze czy w dolinie?

Na górze. Mimo, że wieje!

6.Zosia czy Telimena?

Telimena. Zdecydowanie. Podlotki przerażają mnie prawie tak samo jak Murzynki...

7.Fantastycznie czy realistycznie?

Realistycznie. Rzecz jasna - mam na myśli realizm magiczny.

8.Styl nowoczesny czy vintage?

Fetyszystą nie jestem - ale jednak... vintage!

9.Szklanka czy filiżanka?

Filiżanka. Szklanki są niewygodne: nawet te z uszkiem.

10.Pies duży czy mały?

Nie lubię psów w ogóle. Ale jak już - to duży.

11.Religia czy ateizm?

Cenię religię dokładnie z tego samego powodu, dla którego wielu ateistów jej nienawidzi: bo ogranicza, narzuca reguły, ramy, przykazania, rytuały. Obawiam się jednak, że przypominam w tym Nowosilcowa z "Dziadów". Pokrewieństwo ideowe, z którego przewrotnie mógłbym być dumny - to w końcu nad wyraz hipsterskie jest, obnosić się z filisterstwem i konformizmem! Mimo wszystko - dumny nie jestem. Coś mnie bowiem w ten sposób omija. Co takiego..? Łaska szczerej wiary, albo... nie mniej szczerej niewiary..!



No i jednak bez procha się nie obyło. 

Musimy teraz pojechać na targ - kółko od taczki znowu sflaczało, a robalowa kwarantanna oznacza, że dziś i jutro będzie bardzo dużo kursów spod wiaty. W drodze powrotnej mam nadzieję zakończyć negocjacje w sprawie nowych dostaw owsa, które otwarłem w czwartek.

piątek, 16 listopada 2012

W biegu

Ktoś biega, żeby drychnąć mógł ktoś:
Zdjęcie z wczoraj, z sesji którą wykonałem przy okazji wizyty Miłego Gościa z Forum (inne zdjęcia, to już ewentualnie w gestii Gościa, bo jest na nich uwieczniony...) - dziś ani pogoda taka ładna, ani też stada nie ma na pastwisku. Odebrałem bowiem wieczorem pastę i całe towarzystwo zostało odrobaczone, w związku z czym ma pastwiskowy szlaban i stoi pod wiatą: jak to zwykle bywa, już im się nudzi i choć zazwyczaj robiły co mogły, żeby się pod wiatę (i do siana!) dostać, tak teraz tęsknie wypatrują za płot...

Zamówione przesyłki takoż wczoraj wysłałem z wareckiej poczty, a czterech spośród przywiezionych przedwczoraj 101 desek (wiem dokładnie, ile ich było, bo policzyłem przy okazji układania według rozmiarów...) użyłem do wymiany tych w ścianie wiaty, które koniowie połamali ostatnimi czasy.

Dziś pora na wizytę w Bibliotece Narodowej i kilka innych spraw, których już dłużej nie mogę odkładać. Jeszcze tylko sprzątnę guano spod wiaty...

środa, 14 listopada 2012

Wilno, 2 - 11 listopada 2012. Spacer po Užupisie

Podczas pobytu na łonie pogrążonej w bólu Rodziny, Lepsza Połowa zrobiła trochę zdjęć. Ponieważ przedstawiają zakątki Wilna dość rzadko odwiedzane przez wycieczki z Polski - niektóre z nich pozwolę sobie tu zamieścić. Również dlatego, że sam mam w związku z niektórymi miejscami, dość żywe wspomnienia...

Strome i wyboiste schody na ulicę Peteliškiu (Motylą...) nic a nic się nie zmieniły.

Mój ulubiony drewniany domek "w stylu rosyjskim" za to - ewidentnie w stanie rozpadu!

Co więcej - na plecach coś mu się buduje właśnie. Nie daję więc tej "chatce Baby Jagi", pamiętającej pewnie jeszcze carskie czasy, wielkich szans na przetrwanie...

Cmentarz bernardyński (wybór):


Jedna z wąskich uliczek (na Kociewiu nazwalibyśmy takie przejście "tryftą") Zarzecza:

Užupis, czyli Zarzecze, to rejon Wilna ulubiony przez artystów - i przez anioły, których jest tam nieskończona liczba, w nieskończonych wersjach. Niektóre zdążyły trochę przerdzewieć:

Inne, dopiero co wykluły się z jaja:

No i na koniec: coś dla ciała i coś dla ducha. Duch, czyli sylwetka kościoła Misjonarzy góruje symbolicznie nad ciałem, czyli nad jedną z lepszych w Wilnie pizzeri...

Zdjęć starczy jeszcze na jeden odcinek - o kościele św. św. Piotra i Pawła. Ale to innym razem.
-----------------------------------------------

Tymczasem tu i teraz mam za sobą bardzo wyczerpujący dzień. Z najdzikszych ostępów Puszczy Stromieckiej, z zaprzyjaźnionego tartaku, przywiozłem trochę desek do naprawy wiaty dla koni i dachu nad wiatą na drewno. Spod Jedlińska zaś - dwie, bardzo ciężkie i bardzo wielkie belki siana dla naszych koniowatych. Których trzeba będzie wkrótce odizolować na zimowym padoku, bo już na nie czeka pasta do odrobaczania, która właśnie w tej chwili ma się dostarczać do gabinetu dr Wnuka...

wtorek, 13 listopada 2012

Wtorek, 13-tego

Dzień jak co dzień. Narżnąłem trochę młodych brzózek - mniej jednak, niż planowałem, bo łańcuch się wyciągnął tak, że już trzeba go skrócić.


Na jutro zaplanowaliśmy bardzo intensywny dzień. 

Wszystko również i po to (oczywiście, prace te są też zwyczajnie potrzebne...), żeby nie poddać się depresji. I cóż z tego, że nikt nie potrzebuje moich grzybów, tytoniu ani tekstów? Że, wygląda na to, nie potrafię robić kompletnie nic, co by komukolwiek było potrzebne na tyle, że gotów byłby za to zapłacić?

Od takich rozważań lepiej nie będzie. Dlatego stanowczo lepiej jest robić cokolwiek - niż siedzieć i poddawać się ponurym myślom (zaczęło się chyba od pewnego telefonu w niedzielę... no, ale to już naprawdę temat na oddzielną opowieść - o ile kiedykolwiek będę w nastroju...). Na szczęście: jest naprawdę wiele do zrobienia!

poniedziałek, 12 listopada 2012

Java SE 6 runtime

Wszyscy już w domu: i Lepsza Połową, którą nasza przyjaciółka Monika Batog podwiozła bladym świtem z Warszawy z bagażami i nawet Wendi u której ostatecznie majster stwierdził li i jedynie... pęknięcie węża łączącego chłodnicę z pompą! Przy okazji też wymienił olej i filtr oleju. Cała naprawa zatem, do której się tydzień przymierzał - zajęła raptem... trzy godziny..?

A tytuł postu to nie dlatego, że próbuję się podpiąć pod popularne wśród Mac-owców (jak właśnie się dowiedziałem...) słowa kluczowe w wyszukiwarce. Wszystko, jak najbardziej, ma swoje uzasadnienie i sens!

Już wyłuszczam. Otóż, Lepsza Połowa odziedziczyła po swojej siostrze takie oto cudo:
Ponieważ to pierwszy 64-bitowy procesor w naszej "stajni" - zapałałem oczywiście pragnieniem połączenia go ze światem za pomocą tego blueconnectowego "palucha", który z naszym starym Behemotem odmówił był współpracy.

No niestety - nowe cudo, w celu instalacji blueconnecta domaga się właśnie owego tytułowego programu, żaląc się przy tym, że nie jest podłączone do internetu (no, kurna chata - a jak ma się podłączyć..?). Nawet już się coś tam ściągnęło, obaczym, czy to co trzeba - i czy zadziała..?

Ogólnie - nastrój minorowy. W sprawach całkiem zwykłych i pozbawionych zdawałoby się drugiego dna - napotykam zadziwiające zupełnie przeszkody - i to ze strony osób, po których najmniej bym się tego spodziewał. Z planów, projektów i okazji, które zdawały się rodzić w ciągu ostatnich dwóch tygodni - nic zgoła nie wyszło i nie wiadomo, czy wyjdzie.

No ale cóż - trzeba iść przed siebie! Nawet, jeśli miałyby to być Syzyfowe prace (tu, z okazji świeżo minionego święta - w wersji patriotycznej):


niedziela, 11 listopada 2012

Naga małpa

Jesienna aura dostarcza żywych dowodów na pochodzenie człowieka z Afryki: wprawdzie bowiem zrobiło się wreszcie słonecznie i nawet w miarę ciepło (nie na długo – jeśli wierzyć prognozie…), z czego korzystam robiąc właśnie drugie dzisiaj pranie (bo rozwinięta intelektualnie męczyzna ze mnie: pamiętałem, żeby białego z kolorowym nie mieszać…), to jednak temperatura w naszej chatce dąży do wyrównania się z temperaturą otoczenia – co zależy, jak zaobserwowałem, w większym stopniu od siły wiatru, niż od samej tylko różnicy temperatur, przez co dzisiaj wyziębia się szybciej niż dwa czy trzy dni temu, choć wtedy na dworze było ładnych parę stopni chłodniej. W konsekwencji będę pewnie musiał wieczorem przepalić w Herculesie, bo nawet te 10 stopni na plusie – to jednak daleko od komfortu cieplnego dla nagiej małpy.

Co innego stworzenia ofutrzone, którym w tej chwili jest wręcz za ciepło (nie dotyczy wcale nie mniej ofutrzonych kotów – bo te najchętniej to by do pieca wlazły…): koniowie nasi zrobili się od wczoraj, o ile to w ogóle możliwe, jeszcze bardziej leniwi, ospali i powolni w ruchach… No, ale koty też podobno z Afryki, za to konie – są u siebie w domu, nawet nasze, rzekomo egzotyczne (bardzo mnie bawią spotykane od czasu do czasu opinie, że przecież konie „z ciepłych krajów“ nie mają prawa przystosować się do naszego klimatu – i jak nie teraz, to za chwilę na pewno „płuca wyplują“! Ciekawe co na to nasi przyjaciele, takie same konie hodujący z powodzeniem od dawna w Estonii..?).

Pochodzenie koni to sprawa poniekąd polityczna. Koń przez wieki był nie tylko środkiem transportu, motorem roboczym czy dostawcą mięsa, mleka i skóry. Był też oznaką prestiżu. W związku z czym – również i jego pochodzenie obrosło stosownymi mitami.

Jak by to wytłumaczyć laikom..? Ktoś, kto kupuje Rolls-Royce’a nie płaci takich chorych pieniędzy za stal, chrom, drewno i ręczną robotę przy ich obróbce (bo nawet biorąc pod uwagę ową ręczną, mozolną i wymagającą długiego treningu robotę – to dalej są chore pieniądze, nic nie mające wspólnego z materialną wartością przedmiotu…) – tylko za to, że gdy zajedzie takim samochodem przed liceum, wszystkie panienki oknami powyskakują, żeby się choć na to cudo pogapić.

Dawnymi czasy tak to właśnie działało z końmi: panny, wdowy i mężatki gubiły pantalony gdy tylko rycerz dzielnego dosiadający rumaka gwizdnął znacząco. Albo, gdy im się chociaż wydawało, że gwiżdże…

Tak samo więc, jak ów rycerz nie mógł przyznać, że jeszcze jego pradziad trudnił się na ten przykład handlem walutą albo wydobyciem soli (swoją drogą, kilka polskich rodzin magnackich do tej pory się do takich przodków nie przyznaje – choć dawno już udowodniono, skąd się zaczątki ich fortun wzięły…), tylko szukał sobie możliwie szacownej genealogii po mitach i historiach starożytnych – tak też ani on, ani (tym bardziej!) hodowca owego dzielnego rumaka nie mógł za nic w świecie przyznać, że ów dzielny rumak i zabiedzona szkapina ciągnąca w tym samym czasie żydowski wóz z gałganami – mają na ten przykład wspólnego dziadka. Co jest jak najbardziej możliwe, a nawet całkiem prawdopodobne!

Tak samo więc jak i ludziom, tak też koniom dorabiano w przeszłości różne mniej lub bardziej wydumane genealogie – najchętniej sięgające a to Pegaza, a to Bucefała, a to jakichś innych, znanych z kart Tacyta czy Herodota dzielnych koni.

Przesada w tej materii odeszła wraz z barokiem, ale przecież koń i dzisiaj służy za ozdóbkę, pieścidełko, oznakę prestiżu. Wprawdzie panienki już nie gubią stringów na widok dzielnego konia (nie mówiąc już o wdowach i mężatkach…) – a przynajmniej: nie wszystkie i podjechanie na najpiękniejszym nawet koniu pod liceum niczego na ten wieczór nie gwarantuje – ale, jednak trochę tego dawnego uroku zostało. W dużo węższym gronie, spokojniej, bardziej kameralnie – dalej jest czym i przed kim pawi ogon roztoczyć. I stąd te miliony euro za najpiękniej podnoszące nogi i ogony araby w Janowie – co przecież, realnie rzecz biorąc, ma mniej – więcej taki sam związek z ich użytkową wartością, jak cena Rolls-Roysa z kosztami materiałów i robocizny, które się nań złożyły!

Jasnym jest więc, że owe „prestiżowe“ konie – nie mogą, no po prostu nie mogą i basta – mieć wspólnych przodków z jakimiś tam roboczymi czy mięsnymi „pućkami“.

To by była niemalże obraza majestatu…

Dawno, dawno temu zakwestionowałem tzw. „teorię ostatniej kropli“ wedle której moje własne konie są bezpośrednimi potomkami w prostej linii koni używanych pod siodło przez króla Dariusza. Nie mam na to dowodów, ale całkiem możliwe, że co poniektórzy hodowcy i czytelnicy – właśnie dlatego się na mnie poobrażali. Pies ich trącał! Tylko prawda jest ciekawa.

Nie będę się tutaj powtarzał, już choćby dlatego, że rozszerzona i uzupełniona „historia sekretna koni“ wkrótce, mam nadzieję, zawiśnie na stronie Polskiego Instytutu Kultury Jeździeckiej i tam będzie sobie można detalicznie poczytać, co o tym sądzę.

Historia konia rozgrywa się na przestrzeni zaledwie około 6 tysięcy lat. A mimo to – mamy poważne trudności z jej rekonstrukcją i zrozumieniem. Więcej tu hipotez i przypuszczeń, niż twardych dowodów. Kilka rzeczy jednak można stwierdzić z całą pewnością.

Przede wszystkim – zarówno badania genetyczne (dalekie, skądinąd, od zakończenia!), jak też świadectwa archeologiczne i źródła pisane jednoznacznie wskazują na zachodnią część Wielkiego Stepu Eurazjatyckiego (obszar pomiędzy dolnym Dnieprem a zachodnimi stokami Ałtaju…) jako miejsce, gdzie po raz pierwszy udomowiono konia. Potem wynalazek ten rozprzestrzeniał się przez naśladownictwo – i rozprzestrzeniał się bardzo szybko!

Co więcej: rozprzestrzenianiu się sztuki jeździeckiej, towarzyszyło też rozprzestrzenianie się genów owej pierwotnej, niewielkiej grupy udomowionych po raz pierwszy koni. Badanie dziedziczonego w linii męskiej chromosomu Y dowodzi, że wszystkie żyjące obecnie konie (za wyjątkiem dzikich i nigdy nie udomowionych koni Przewalskiego – żyjącego jednak na wschód od Ałtaju!) pochodzą od bardzo nielicznej grupy męskich przodków – być może nawet: od jednego tylko ogiera.

Owa nieliczna początkowo grupa udomowionych koni, mogła być po drodze uzupełniana o odłowione dzikie klacze, gdyż z kolei badanie mitochondrialnego DNA, dziedziczonego wyłącznie w liniach żeńskich wykazuje, że żyjące obecnie konie pochodzą od 77 różnych klaczy, zgrupowanych w 17 linii. Owe linie są przy tym terytorialnie ograniczone, co może wskazywać na istnienie pewnych lokalnych centrów, w których, w izolacji od reszty świata, kształtowały się znane nam rasy koni.

Co ciekawe – nie stwierdzono istnienia takiego centrum na Półwyspie Arabskim. Za to Półwysep Iberyjski i Afryka Północna posiadają własną, charakterystyczną „rodzinę“ żeńską – nie da się wykluczyć zatem, że znany nam obecnie koń berberyjski jest historycznie starszy od konia arabskiego (podczas gdy z przyczyn polityczno – prestiżowych do tej pory dogmatycznie przejmowano, że było odwrotnie: i zresztą, gdy tylko doszło do opublikowania tej rewelacji – szejkowe wycofali środki na badania…).

Współcześnie żyjące konie dzielą się, najogólniej rzecz biorąc, na trzy typy, różniące się znacznie nie tylko budową i rozmiarami ciała, ale też wydajnością przemiany materii, proporcją tkanek, stopniem unerwienia i szybkością reakcji na bodźce: „konie gorącokrwiste“, „konie zimnokrwiste“ oraz „konie prymitywne“ (w tym kuce). Analogicznie też, przyjmowano, że musiały być co najmniej trzy odmiany pierwotnie udomowionych koni: „ciężki“, limfatyczny koń Europy Zachodniej, leśny i stepowy tarpan północnej części Eurazji oraz wielce hipotetyczny „koń typu III“, od którego wywodzić się mają wszystkie konie gorącokrwiste. Na hipotezę istnienia oddzielnego przodka dla współczesnych zachodnioeuropejskich koni półkrwi, spuśćmy może zasłonę milczenia, bo to już wszystkie granice śmieszności przekracza – przecież doskonale wiadomo, jak powstały takie rasy jak „koń holsztyński“, czy „koń hanowerski“, stało się to ledwo 150 lat temu, są na to dokumenty, zdjęcia nawet: są to po prostu i zwyczajnie konie zimnokrwiste, do których dolano pełnej krwi angielskiej – i dorabianie sobie w tym momencie starożytnych przodków to kpina z ludzkiej naiwności!

Ani archeologia, ani badania genetyczne – nie potwierdzają dosłownej słuszności hipotezy „trzech typów dzikich koni“. Cała zmienność genetyczna współczesnych koni (nie wyłączając nawet koni, o których przecież dobrze wiemy, że przenoszą znaczną ilość genów dzikiego tarpana – jak nasze rodzime koniki polskie…) to 1 ogier i 77 klaczy. Owe klacze na pewno różniły się między sobą znacznie – nie można wykluczyć, iż rzeczywiście należały do trzech, a może nawet do czterech różnych typów – a może i do większej ich liczby, a tylko zapoczątkowane w ten sposób lokalne odmiany konia nie przetrwały do czasów historycznych, a ich szczątków jeszcze nie odnaleziono?

Ras koni wytworzyli ludzie w ciągu tych 6 tysięcy lat ponad 300. Z czego około 100 przetrwało do naszych czasów, o pozostałych wiemy głównie dzięki zachowanym przekazom. W jaki sposób można stworzyć nową rasę koni – udowodnił czynem Aleksy hrabia Orłow, o którym już wspominałem. W roku 1777 hrabia kupił w Turcji siwego konia orientalnego (prawdopodobnie arabskiego) Śmietankę, którym pokrył pięć klaczy, w tym duńską klacz Izabelinę z królewskiej stadniny we Frederiskburgu. Z tego związku urodził się ogier Pałkan (1778 – 1793), którego hrabia skrzyżował z klaczą kłusaczką holenderską (Holendrzy z dawien dawna hodowli rasę kłusaczą, dość blisko spokrewnioną z końmi fryzyjskimi – a używaną do rozwożenia poczty i wyścigów na zamarzniętych kanałach) i w 1784 roku przyszedł na świat ogier Bars I – pierwszy koń nowej rasy, czyli kłusaka orłowskiego. Potem tylko wystarczyło zastosować chów wsobny, tj. krzyżować potomstwo Barsa I pomiędzy sobą, aż się jego genotyp utrwalił w szerszej populacji: rasa istnieje po dziś dzień i ma się dobrze.

Hrabia miał przy tym, prawdę pisząc, mnóstwo szczęścia (a może to po prostu była genialna intuicja?). Celem, który sobie stawiał, był wyhodowanie rasy rosłych, szybkich kłusaków. O ile  wzrost (a raczej: gabaryty ciała) kodują się monogenetycznie, więc dość łatwo dojść do pożądanych na potrzeby takiej krzyżówki osobników homozygotycznych, posługując się regułami mendlowskimi (fakt, że nie były one wtedy jeszcze sformułowane na piśmie nie znaczy, że genialni hodowcy nie przeczuwali ich istnienia!) – o tyle z szybkością, i to koniecznie jeszcze w biegu kłusem – nie jest taka prosta sprawa! Szybkość zależy od całej masy innych cech, takich jak wydajność układu krwionośnego i oddechowego, struktura mięśni i szkieletu, itd., itp. Ogólnie rzecz biorąc, jest to cecha wybitnie poligenetyczna, w dodatku obdarzona stosunkowo niskim wskaźnikiem odziedziczalności – rzędu kilku do kilkunastu procent. Innymi słowy: nawet selekcjonując pary do rozpłodu tylko i wyłącznie ze względu na szybkość (w tym przypadku w biegu kłusem) – mamy co najwyżej kilkunastoprocentową szansę na to, że selekcja będzie udana i osobniki potomne odziedziczą po swoich wybitnych rodzicach, co najmniej taką samą, jak nie lepszą szybkość!

Konie pełnej krwi angielskiej selekcjonowano tylko i wyłącznie ze względu na szybkość w galopie – nie zwracając najmniejszej uwagi na ich wzrost, maść czy inne cechy – a uzyskanie efektu na tyle zadowalającego, że można mówić o wyodrębnieniu się rasy – zajęło około 200 lat.

Hrabiemu udało się w czasie 40-krotnie krótszym. Fakt, że jego osiągnięcie nie okazało się trwałe – już w wieku XIX kłusaki amerykańskie prześcignęły kłusaka orłowskiego, który też dzisiaj nie jest już używany do „poważnych“ gonitw kłusaczych, jako wyraźnie wolniejszy od swoich konkurentów – kłusaki orłowskie ścigają się od czasów sowieckich tylko we własnym gronie, a hoduje się je ze względu na urodę i piękny ruch, jako reprezentacyjne konie zaprzęgowe. Ci, spośród hodowców kłusaków z Rosji, którzy pragnęli triumfów na torach, w drugiej połowie XIX wieku skrzyżowali kłusaka orłowskiego z kłusakiem francuskim i amerykańskim – tworząc nową rasę, „kłusaka rosyjskiego“, w zasadzie – dotrzymującego tempa swoim amerykańskim kolegom (od których niczym się już prawie nie różni, bo de facto – zastosowano krycie wypierające, więc w „kłusakach rosyjskich“, ich orłowskiego przodka jest już góra kilka procent…).



Przechodzimy teraz, po tym długim i specjalistycznym wstępie, do sakramentalnego pytania: a po co ja to wszystko Państwu opowiadam..? Przecież, skoro zacząłem od „nagiej małpy“, to nie po to, aby intuicję hrabiego Aleksego sławić, nieprawdaż..?

Oczywiście, macie Państwo rację. Od samego początku idzie mi tylko i wyłącznie o polemikę z Profesorem Bobolą w kwestii znaczenia „składowej biologicznej“ dla życia politycznego.

Na początek chciałbym wyraźnie zaznaczyć, że zgadzam się z Profesorem jak chodzi o niszczący wpływ „poprawności politycznej“ na stan badań naukowych nad pochodzeniem człowieka i ewentualnymi podziałami wewnątrz ludzkiego gatunku.

Jak widać z przytoczonych wyżej przykładów, względy prestiżowe i polityka powodują, że nawet jak chodzi o badanie pochodzenia koni – nauka potyka się o brak zrozumienia ze strony sponsorów, a szeroka publiczność karmiona jest pozbawionym podstaw mitami, niekiedy nader bezczelnymi.

Nie wiem – bo nigdy się tym nie interesowałem: a jak jest z kwestią pochodzenia i udomowienia psów? Też są „lepsi“, którzy za skarby świata nie mogą mieć wspólnych przodków z tymi „gorszymi“ – czy jednak wszyscy przyjmują pokornie tego szarego wilka jako wspólnego przodka, z którego tylko ludzki geniusz wydobył wszystkie te, tak różne rasy, od pekińczyka po bernardyna..?

Zasadniczo jednak – dlaczego niby obraz, jaki powoli i nie bez trudności wyłania się z tych badań, które są prowadzone – miałby być fałszywy? Sądzi się obecnie na ogół, że człowiek współczesny opuścił Afrykę pomiędzy 50 a 100 tysięcy lat temu, częściowo wypierając, a częściowo absorbując wcześniej istniejące na terenie Eurazji gatunki hominidów (do 6% puli genetycznej człowieka współczesnego to spuścizna po Neandertalczyku i Denisowianinie, przy czym – populacja afrykańska tych przymieszek nie posiada). Lokalne odmiany naszego gatunku miały w każdym razie o wiele więcej czasu na okrzepnięcie, niż rasy zwierząt hodowlanych – ale też, jak już wiemy, ludzi nikt nie selekcjonował, więc też i owe odmiany krzepły tylko na tyle, na ile w sposób naturalny były od siebie odizolowane – o żadnej „hodowli w czystości krwi“ mowy nigdy nie było.

Pomijając owe neandertalskie i denisowiańskie przymieszki – wszyscy żyjący obecnie ludzie pochodzą od niewielkiej grupy wspólnych przodków, która pierwotnie żyła w Afryce Wschodniej jakieś 400 do 250 tysięcy lat temu. Tylko część owej pierwotnej populacji opuściła Afrykę – i stąd ludność afrykańską cechuje większa zmienność tak genotypowa, jak fenotypowa, od reszty ludności świata (zwłaszcza w Afryce Zachodniej spotyka się takie odmiany ludzkiego genotypu, których nigdzie indziej na świecie nie ma).

Raz zasiedliwszy „Stary Świat“, był nasz gatunek już stosunkowo mało mobilny. Zmieniały się wprawdzie języki i kultury – ale „biologiczny substrat“ na ogół trwał o tyle, o ile w ogóle daje się go zidentyfikować. Wiele lat temu odwiedziliśmy z Lepszą Połową muzeum w Zamościu. Prezentowana była tam rekonstrukcja twarzy Sarmatki, której czaszkę wykopano na pobliskim stanowisku. Kiedy wracaliśmy potem pociągiem do Lublina – do naszego przedziału wsiadła dziewczyna, która była… bliźniaczą kopią owej zmarłej 2000 lat temu Sarmatki! Niewątpliwie – jej odległa pra-pra-pra… wnuczka. A przecież – po starożytnych Sarmatach nic nie pozostało, przeminęli bez śladu.

Języki i kultury rozprzestrzeniają się, trwają i zanikają niezależnie od cech biologicznych ludzi, którzy nimi się posługują. W moich stronach rodzinnych, na Pomorzu, ogromna większość urodzonych w ostatnim kwartale 1945 roku to „Ruscy“ – potomkowie Armii Czerwonej, która w zwycięskim marszu na Zachód gwałciła wszystko, co nie zdołało się schować. Czy z tego wynika, że ludzie ci powinni przejawiać jakiś „genetyczny filorusycyzm“, albo „filosowietyzm“..? Nie spotkałem się z takim zjawiskiem, jako żywo…

Gwałcenie kobiet na zdobytym terytorium to zjawisko absolutnie typowe i normalne. Dzięki temu, geny zwycięzców rozpowszechniają się w podbitej populacji. Jeśli proceder ten potrwa dostatecznie długo – może się okazać, że owa „populacja podbita“ pod względem genetycznym bardziej przypomina swoich opresorów, niż legalni i oficjalni potomkowie zwycięzców. Ostatecznie: gdy mężowie poświęcają się rozprzestrzenianiu swoich genów po szerokim świecie, ktoś musi zadbać o ich żony – a któż zrobi to lepiej, niż młody, sympatyczny niewolnik z dopiero co podbitej krainy..? Nawet podczas II wojny światowej Niemcy mieli problem z Niemkami figlującymi – z braku mężczyzn „własnej rasy“ – z przystojnymi robotnikami przymusowymi…

Akurat przykładu wybitnego Polaka o czarnej skórze nie znam. Ale mamy taki przecież tuż za miedzą! Czy Profesor Bobola twierdzi, że Aleksander Puszkin, najwytbitniejszy poeta rosyjski – nie był prawdziwym Rosjaninem, bo jego dziadek pochodził z Etiopii..?

Henryk Sienkiewicz był z pochodzenia Tatarem. Czy z tego powodu Profesor proponuje wyrzucić „Trylogię“ z listy lektur szkolnych? Ups! Już ją, zdaje się – wyrzucono..? Za „niepoprawność polityczną“, jak mi się zdaje..?

W takim kraju jak Polska, w owej „karczmie przydrożnej“, gdzie przez wieki przewalały się fale Celtów, Gotów, Germanów, Hunów, Słowian, Awarów, Morawian, Niemców, Czechów, Prusów, Rusinów, Węgrów, Tatarów, Litwinów, znowu Niemców, po raz kolejny Czechów, Mołdawian, Szwedów (i przy okazji Niemców), Rosjan, Turków, znów Szwedów, po raz kolejny Rosjan, i jeszcze raz Rosjan i Niemców (i tak zostało na dłużej…), a potem jeszcze dwa razy Rosjan i Niemców (to już jakaś mania..?) – gdzie królowie robili bękarty przystojnym Żydówkom, a szlachcianki przechodziły potajemnie na judaizm z miłości do nadobnych uczniów jeszybotów, gdzie przez wieki osiedlano Ormian, Szkotów, Holendrów – a już nie chce mi się wymieniać pomiejszych i rzadziej występujących nacji – pisanie o jakimkolwiek „genotypie narodowym“ – to jakieś kompletne szaleństwo!

Owszem – ta zmienność dotyczy bardzo wyraźnie elity (bo mobilność, by tak rzec, pionowa, w sensie – parcia na awans społeczny – nader często bywa skorelowana z mobilnością przestrzenną: stąd nie ma właściwie szlacheckiej rodziny bez jakichś zagranicznych koligacji…), a mniej wyraźnie – społecznych „dołów“, gdzie okazji do mieszania się krwi dostarczały głównie wojenne gwałty, przecież nie codzienne. Jeśli jednak jedynym rezerwuarem „nieskażonej obcą krwią, genetycznej polskości“ ma być wiejska populacja tzw. „centralnej Polski“ – to, z całym szacunkiem, ale ładnie byśmy wyglądali, całą resztę odrzucając..!

Bywają i na moim ulubionym forum historycznym adepci tzw. „genetyki ludowej“, goniący za „haplogrupą R1a“, czy innym fantazmatem. Jeśli w czymkolwiek widać ów negatywny wpływ „poprawności politycznej“ na kwestię „rasowości“ – to właśnie w tym, że skoro, jak widać, „nauka oficjalna“, nie wzbudza tu zaufania publiczności – żerują na tym szarlatani, oferujący prostackie do bólu sofizmaty.

To, że narody zachowują się pod pewnymi względami PODOBNIE jak gatunki biologiczne – a, to już inna sprawa! Zauważmy jednak, że zarówno kod DNA, jak i język naturalny – to są właśnie: języki. Kody. Więc i owo podobieństwo pomiędzy „ekspansją kultury“, a „ekspansją genotypu“ – niczym nie jest dziwnym, bo byty podobne, zwykły zachowywać się podobnie.

Tyle tylko, że są to języki od siebie wzajem niezależne. Do różnych należące rzeczywistości. Całkowicie możliwym jest energiczna ekspansja kultury przy zamieraniu jej pierwotnego „biologicznego substratu“. A jak, za przeproszeniem, inaczej rozwija się „subkultura gejów“..? Wiem, wiem – podobno jest po temu genetyczna skłonność. Ale przecież, żeby ta skłonność mogła się przenosić na kolejne pokolenia – to muszą być obarczeni nią osobnicy którzy mimo to – przymuszają się także i do stosunków z kobietami, a to w celu spłodzenia tak samo obarczonego potomstwa, czyż nie?

O ile dawniej, gdy zachowania homoseksualne były społecznie potępiane w naszej kulturze, zapewne spora część homoseksualistów miała, wbrew swoim naturalnym skłonnościom, żony i dzieci. Teraz już nic ich do tego nie zmusza. Grozi to wymarciem tej populacji. Oczywiście nie od razu, a w ciągu kilku pokoleń – ale pierwsze tego oznaki powinny być już powoli widoczne. Czyż ekspansja „kultury gejowskiej“ – nie jest aby próbą obejścia tego problemu w inny sposób – właśnie: za pomocą nie biologicznych, a czysto kulturowych narzędzi..? Dodajmy, że jeśli rzeczywiście cały problem sprowadza się wyłącznie do „genetycznej skłonności“ – to jest to próba oczywiście daremna, a jedyną dla homoseksualistów nadzieją na przetrwanie jest powrót do stygmatyzacji ich skłonności, co ponownie skłoni część z nich do płodzenia dzieci (no, chyba że będą sobie fundować „dzieci z probówki“)… Co, swoją drogą, jak najbardziej mamy równolegle w świecie islamskim, gdzie i płodność jest większa i rozpowszechnienie teoretycznie potępianego homoseksualizmu – wybitne!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...