środa, 31 października 2012

Noście futra naturalne!

Kiedy ostatnio byłem u Radka, druha mego serdecznego i pokazywał mi słomę, którą zgromadził na zimę (jak by ktoś reflektował, to chętnie sprzeda i dowiezie!), po drodze specjalnie zwrócił mi uwagę na nowy rodzaj swądu, roztaczający się wokół Potężnego Zetora.
-    To norki – wyjaśnił. – Tam za lasem otworzyła się ferma. I biorę od nich nawóz. Dobrze cuchnie, to musi być niezły!

Akurat nie jestem szczególnie przekonany co do wielkiej wartości nawozowej odchodów zwierząt mięsożernych (uwaga: powyższe stwierdzenie nie dotyczy ptaków żywiących się rybami!). Ale futra naturalne popieram ze wszystkich sił!

Po pierwsze – jak sobie właśnie doczytałem na Wikipedii, te norki działają jak naturalny utylizator odpadów zwierzęcych, których nie trzeba spalać w jakimś „Bakutilu“, zaśmierdzając przy okazji całą okolicę, bo norki mogą to zeżreć – wybredne nie są, a apetyt mają (hodowlane rosną dwa razy tak duże jak żyjące dziko…).

Po drugie – wszystko, czego potrzeba do wyprodukowania z żywej norki futra, to odrobina garbników. Jak nie ma syntetycznych, obejdzie się dębową korą (i bardzo by to było dobrze, bo by zaczęto sadzić dęby – które lubię!). A jak myślicie – ile ciężkiej chemii potrzeba do wyprodukowania tkanin syntetycznych?



To, że różne nawiedzone „ekolożki“ (przy czym te ładniejsze korzystają z niewątpliwej okazji, aby się przy tym zareklamować….) promują futra i tkaniny syntetyczne zamiast naturalnych, to tylko jeden z objawów tej samej ciężkiej choroby, która poza tym sprawia, że ludzie wolą kupić mleko w sklepie niż prosto do kozy (czy krowy), że nie przyjdzie im do głowy aby samemu wyprodukować swój tytoń, czy nawet kupić gotowy mimo, że co miesiąc zostawiają w sklepie setki złotych, z których 90% idzie na fanaberie premieru Tusku, a konieczność zabicia świątecznego karpia wprawia całą rodzinę w ciężką panikę.

Nie – wcale nie jest to żadna tam „moralna wrażliwość“! Jako się rzekło: produkcja tkanin syntetycznych (pochodnych ropy naftowej przecież…) i sztucznych futer czyni prawdziwe spustoszenie w ekosystemie i przyczynia tysiące razy więcej cierpień niż hodowla norek (kto powiedział, że hodowlana norka MUSI być zaraz nieszczęśliwa..? Jestem pewien, że zadowolone z życia norki mają o wiele piękniejsze futra..!). Mleko w sklepie też pochodzi od kozy czy krowy – a jedyne czym się różni od tego wprost z udoju, to operacje wychładzania, odtłuszczania i pasteryzacji, które przechodzi po drodze. Kupując zaś papierosy w sklepie – czy tego chcecie czy nie, czynem popieracie rządzący reżim i jego (w zdecydowanej większości niemoralne – a z całą pewnością: zbędne!) poczynania.

Problemem wcale nie jest „moralna wrażliwość“. Problemem jest li i jedynie – obrzydzenie jakie Prawdziwe Mieszczuchy czują na widok (i zapach!) wszystkiego niemal co naturalne. Nie da się ukryć: żywe norki śmierdzą niewiele mniej od swojego guana (a ich guano wybitnie się wyróżniało na tle zwykłej woni przywiędłej kiszonki w tle..!). Ich hodowla, uśmiercenie, ściągnięcie i wygarbowanie skóry to brudne, krwawe, budzące wstręt u nieprzyzwyczajonego Mieszczucha czynności, których nie chce oglądać i które przez swoją nieestetyczność, a nie przez jakiekolwiek „moralne charakterystyki“ – zwalcza i będzie zwalczał do upadłego.

Koza czy krowa ma swój charakterystyczny zapach. Nieważne, że przed udojem myje się jej wymiona, że zdaja się czystymi rękoma (albo czystą dojarką) do czystych naczyń! Zapachu zwierzęcia, który jest Mieszczuchowi wstrętny to przecież nie likwiduje…

No, w przypadku tytotniu to już moja – ad hoc niniejszym stworzona – teoria nie jest może taka mocna, bo co właściwie miałoby być nieestetycznego w samodzielnym pokrojeniu tytoniu i nabiciu gilz (nie wspominając już o skorzystaniu z nabitych przez kogoś innego…) – Dalibóg, nie wiem! O ile świeże liście tytoniu są lepkie i obficie wydzielają dość mocno żrący sok (dlatego jest ta roślina tak dobrą, naturalną muchołapką) – to po wysuszeniu operowanie nimi to czysta przyjemność, nawet dla niepalącego: póki się tytoniu nie pali, to przecież nie wydziela rakotwórczych substancji smolistych, a sam z siebie pachnie bardzo przyjemnie.

Być może chodzi raczej o to, że kupując paczkę albo dwie w sklepie – nie dostrzega się wielkości swojego wkładu finansowego w sponsorowanie (nie)rządu – a kupując paczkę liści w hurtowni (ostatnio taka otworzyła się w centrum Warki, na rynku – widać jednak, powoli, zbyt powoli, ale popyt rośnie!) czy przez internet – trzeba jednak tę stówę, czy nawet więcej od razu wyłożyć na stół..?

W każdym razie: nie wierzę w sensowność porad, które gdzieś tam przy jakiejś okazji widziałem, żeby wątpiącemu w czystość i jakość mleka Mieszczuchowi pokazać jak się doi tę krowę czy kozę. Bo naprawdę – nie ma najmniejszego znaczenia, że doi się czyste wymiona, czystymi rękoma, do czystej kadzi!

Córki naszego Przyjaciela z Warszawy w ogóle nie weszły do Radkowej obory, gdy je tam parę lat temu już zawiozłem – zbyt im śmierdziało. Kiszonką, zwierzętami, ich odchodami.

Demonstracja tego rodzaju częściej spowoduje efekt odwrotny do oczekiwanego: umocni Mieszczucha w przekonaniu, że wieś jest brudna, a wszystko co „naturalne“ – to najgorszy syf!

Tak samo nie wierzę w to, że gdyby nawet norki na farmie były szczęśliwe – to by to w jakikolwiek sposób zniwelowało gwałtowne przeciw ich hodowli protesty. Nikomu bowiem nie chodzi o „szczęście norek“ – tylko o to, że śmierdzą. I że samym swoim istnieniem wywołują u Mieszczucha odruch wymiotny.



Tymczasem rafineria, fabryka tkanin syntetycznych, farbiarnia – niezależnie od tego, że produkują tysiące ton skrajnie toksycznych odpadów – to przecież pięknie błyszczące szkłem, chromem i stalą nierdzewną, na pozór bezzapachowe, estetyczne budynki. Część „naturalnego otoczenia“ Mieszczucha – tak samo techniczne, aseptyczne i higieniczne jak cała reszta jego codziennego życia.

„Natura“ jest OK tak długo, póki pozostaje oswojona, odgrodzona, uporządkowana – najlepiej w ogóle wygląda na ekranie telewizora, do zniesienia jest jeszcze w parku czy w podmiejskim lasku. Ale ferma norek..? Wielu z Państwa da radę tam w ogóle wejść..?

Jeśli nawet gówno moich koni – a nie ma w naturze czystszego, bardziej estetycznego i mniej śmierdzącego gówna niż końskie – wywoływało u córek naszego Przyjaciela niepohamowane torsje..?

Jeśli nawet po pogłaskaniu naszych koni – a konie trzymane w systemie bezstajennym są, mimo pozornego brudu, niemal aseptyczne: w ich sierści można znaleźć drobiny piasku po tarzaniu się i może trochę… sierści, gdy właśnie zmieniają futra – musiały szorować ręce przez kwadrans..?

Tak więc – noszenie naturalnego futra (które już przecież norką nie śmierdzi – jeśli nawet wydziela dość charakterystyczny zapach, też „inny“ i trudny do zniesienia dla najmłoszego pokolenia – to jest to raczej zapach garbników…), to wyraz sprzeciwu wobec technicyzacji, de-naturalizacji i powszechnej de-biologizacji życia! I to jest bardzo dobry, trzeci powód, żeby nosić naturalne futra, Drogie Panie…

wtorek, 30 października 2012

Skarby Najczcigodniejszego Prezydenta - cz. 5

Ponieważ nie mam absolutnie nic do powiedzenia na temat katastrofy smoleńskiej i trotylu na Tupolewie (poza tym, że jednak radziłbym Pierwszemu Piłkarzykowi III RP pominąć całkiem zbędne etapy pośrednie, motania się, prostowania i kręcenia i głosić wprost i otwarcie już od teraz - że Lech Kaczyński sam się wysadził! Ewentualnie - że zrobił to Jego brat w nadziei obalenia Jedynego Słusznego Rządu. To już - kwestia gustu... Bo jednak pomysł z niewypałem z II wojny światowej brzmi nazbyt już śmiesznie! No i, tradycyjnie, oświadczam że mimo takich czy innych trudności, jestem zdrów na ciele i umyśle i nie mam najmniejszego zamiaru popełniać samobójstwo..!), a czuję przez skórę że żaden inny temat Państwa i tak nie zainteresuje - to wracam do stałego cyklu. Znanego i lubianego. Czyli: dalszy ciąg prezentacji prezydenckiej stadniny (dawniej: Stadniny Komsomoł, a jeszcze dawniej: Aszchabadzkiego Stada Ogierów).

Sulgun - gniada kobyłka rocznik 2003 po kasztanowatym Edermen (Edinli 1082 - Megra), ur. w 1994, z linii Kyr Sakara, od bułanej Sabyrły (Telegusz - 2, 1012 - Serwi 1848), ur. 1993

Rozmiary: 160 - 159 - 170 - 18

Hiułała - siwa kobyłka rocznik 2003, po siwym Garaszsyz (Goklen 983 - Sajław), ur. 1993, z linii Kir Sakara od gniadej Mahatma (Melet - Arkałyk), ur. 1997

Rozmiary: 156 - 155 - 171 - 19

Keramat - gniady ogier rocznik 2003, po bułanym Kosedar (Kopel 957 - Bejni 2113), ur. 1991 z linii Kir Sakara, od gniadej Kowserli (Toretaj 1015 - Kjakił 1990)

Rozmiary: 159 - 161 - 170 - 19

Ajdżemał - gniada kobyłka rocznik 2004, po izabelowatym Erekdar (Edenli 1082 - Giulistan 2148), ur. 1990 z linii Kir Sakara, od gniadej Ajdere (Ułkier - Sawczy), ur. 1994.

Rozmiary: 156 - 155 - 170 - 18,5

Gara Ałtyn - siwa kobyłka rocznik 2004, po siwym Gyrgygusz (Garader 989 - Gezerli 1920), ur. 1990 z linii Kir Sakara, od kasztanowatej Mjachirli (Gadyr - Machym), ur. 1998.

Rozmiary: 153 - 155 - 159 - 18

Gulistan- gniady ogier rocznik 2000, po bułanym Goar - 17 (Gowcher - 4, 944 - Menaka - 15, 20045), ur. 1986 z linii Geliszykli, od gniadej Kesearkacz (Kopel - 1977, 957 - Kekene), ur. 1987.

Rozmiary: 161- 161 - 180 - 19

Biegał na torze 44 razy: 27 - 7 - 3 - 2

W 2002 roku w gonitwie o nagrodę "Synag" 4 miejsce, w gonitwie o nagrodę "Peren" 4 miejsce, w gonitwie o nagrodę "Ewerdy Teleke" 4 miejsce.

W 2003 roku, w gonitwach: "Bajdak" - 4 miejsce, "Howruz" - 2 miejsce, "Aczyłysz" otwarcia sezonu - 1 miejse, "Melekusz" - 2 miejsce, "Turkmen bedewi" - 1 miejsce, "Wielka Aszchabadzka" (derby) - 1 miejsce, o nagrodę Prezydenta Turkmenistanu w Dniu Niepodległości - 1 miejsce, o przechodni puchar "Turkmen Atlary" - 1 miejsce.

W 2004 roku: "Turkmen bedewi" - 3 miejsce, "Elita" - 1 miejsce, "Wielki Achał" - 2 miejsce

W 2005 roku: "Pijada" - 1 miejsce, "Wielki Achał" - 1 miejsce, "Choszłaszyk" - 1 miejsce

W 2007 roku: "Turkmen bedewi" - 1 miejsce, "Kejmirkior" - 2 miejsce.

Gunbatar - gniady koń (tak w oryginale!) rocznik 2000, po bułanym Goar - 17 (Gowche - 4, 944 - Menaka - 15, 2005), ur. 1986 z linii Geliszykli, od gniadej Gajtar (Garader 989 - Mamogozel) ur. 1993.

Rozmiary: 160 - 158 - 180 - 19

Biegał na torze 50 razy: 12 - 14 - 8

W 2005 roku: "Choszłaszyk" - 2 miejsce, "Garader" - 1 miejsce, "Kejmirkior" - 2 miejsce, "Wielki Achał" - 2 miejsce, "Geliszykli" - 1 miejsce, "Gierogły" - 2 miejsce", "Turkmen bedewi" - 3 miejsce.

W 2007 roku: "Garader" - 1 miejsce, "Wielki Achał" - 3 miejsce

Kejmirkior - bułany koń rocznik 2000, po karym Kejmir - 2 (Kerwen 894 - Ełsona 1520), ur. 1987, z linii Kir Sakara, od bułanej Sabyrły (Telegusz - 2, 1012 - Serwi 1848), ur. 1993

Rozmiary: 156 - 158 - 173 - 19

Biegał na torze 27 razy: 7 - 5 - 1 - 2

W 2004 roku: "Kejmirkior" - 4 miejsce

W 2005 roku: "Gierogły" - 4 miejsce

Keremli - bułany koń rocznik 2001, po karym Kejmir - 2 (Kerwen 894 - Ełsona 1520), ur. 1987, z linii Kir Sakara, od bułanej Sabyrły (Telegusz - 2, 1012 - Serwi 1848), ur. 1993

Rozmiary: 159 - 157 - 178 - 19

Biegał na torze 11 razy: 6 - 3 - 2

"Absent" - 1 miejse, "Wielka Aszchabadzka" (derby) - 2 miejsce, "Peren" - 3 miejsce

Giorogły - bułany ogier rocznik 2002, po bułanym Goar - 17 (Gowcher - 4, 944 - Menaka - 15, 2005) ur 1986 z linii Geliszykli, od gniadej Mahatma (Meget - Arkałyk), ur. 1997.

Rozmiary: 161 - 160 - 173 - 19,5

Biegał na torze 8 razy: 2 - 3 - 3

W 2005 roku "Absent" - 3 miejsce, "Wielka Aszchabadzka" (derby) - 2 miejse, o nagrodę Prezydenta Turkmenistanu - 2 miejsce

Batyr - gniady ogier rocznik 2002, po karym Bitarapłyk (Gałkan - Jyłgyn 2192), ur. 1995 z linii Kaplana, od bułanej Tumar (Dżigitaj 987 - Torły 2073), ur. 1989

Rozmiary: 158 - 159 - 176 - 19

Biegał na torze 4 razy: 1 - 0 - 3

Ełlidag - gniady ogier rocznik 2003, po ciemnogniadym Erbent (Seraskier 1077 - Ełken 2179), ur. 1991 z linii Saparchana, od bułanej Tumar (Dżigitaj 987 - Torły 2073), ur. 1989

Rozmiary: 156 - 158 - 166 - 18,5

Biegał na torze 6 razy: 1 - 2 - 3

poniedziałek, 29 października 2012

Wieści gminne i inne

Struty się czuję: większość dnia pomagałem sąsiadowi ładować gnój na rozrzutnik, poczęstował wódką, nie wypadało nie wypić, wiele tego nie było - ale okazuje się, że to jednak nie to samo co wino z czarnego bzu... no - poszkodowało mnie na zdrowiu i już!

Generalnie, większość dnia spędziłem w towarzystwie nawozu takiego lub innego - bo i u siebie wypadało przecież posprzątać pod wiatą i w okolicach tym bardziej, że śnieg powoli topnieje i coraz to nowe skarby, przez ostatnie trzy doby nagromadzone, ukazują się naszym oczom. Bardzo jest to szlachetne i pozytywne towarzystwo, taki nawóz i pewnie zakończyłbym dzień w dobrym humorze, gdyby nie to zatrucie, zatruwające mi gastryczny pokój.

Oraz gdyby nie Wendi, której nowe paski klinowe wzięły i pękły. Założyłem narazie stare (dobrze, że ich nie wyrzuciłem) - ale nie ma to tamto, wygląda na to, że wizyta w jakimś warsztacie nas nie minie!

Rano chciałem dla Państwa uwiecznić zimowy krajobraz (który, mam nadzieję, wkrótce stanie się przeszłością...) - ale zdążyłem zrobić tylko sześć zdjęć, zanim rozładowała się bateria w aparacie. Z czego jedno jest akceptowalne:
Ogólnie rzecz biorąc światło było i tak marne - a sądząc po prognozie pogody, w dającej się przewidywać przyszłości lepszego i tak nie będzie. Ma za to być stopniowo coraz cieplej. Być może już w środę rozmarznie na tyle, że uda się nam wygonić konie na pastwisko - przynajmniej na dzień..?

Wracając zaś do tematu postu. Jak to zwykle przy wizycie u sąsiadów rozmawialiśmy głównie o tym, na czym tu by ewentualnie zarobić i jak związać koniec z końcem. No i okazuje się, że sąsiadka jest z zawodu cukiernikiem (co z miejsca, skądinąd, pozwoliło Lepszej Połowie na natychmiastowe odreagowanie kompleksów na tle faktu, że sąsiadka piecze ciasta, a Lepsza Połowa nie - nic to, że nie ma w czym, bo przecież - my w ogóle nie mamy piekarnika! Ale kompleksy i tak miała. No to właśnie się ich pozbyła...). Pomysłem nasuwającym się tu w pierwszej kolejności jest znalezienie jakichś "zewnętrznych odbiorców" na jej produkty (które spokojnie mogłaby wytwarzać u siebie w domu, jak i tak robi - zajmując się przy okazji czwórką swoich dzieci...).

Oczywiście - problem jest dokładnie taki sam, jak z moimi grzybami: potencjalnych odbiorców choćby w Warce nie brak (nie dalej jak w sobotę sami widzieliśmy jak pewna Warczanka wydała niemal 100 złotych na dwa niewielkie kawałki ciasta w sklepie...) - tylko skąd mają się dowiedzieć o tym, że moja sąsiadka piecze znamienite ciasta - a jeśli nawet się dowiedzą, to dlaczego mieliby wierzyć w to, że istotnie są znamienite i chcieć za nie zapłacić..? Rodzaj błędnego koła... No ale - jak się nie będzie próbować, to się na pewno nie uda - czyż nie..?

Poza tym, w przyszłym roku i tak powinieniem (dawno temu powinienem - tylko konsekwentnie mi się nie chce...) ogrodzić resztę naszej działki. A to da nam dodatkowe 2, może 2,5 ha pastwiska - nie najlepszej jakości - ale może dla jakichś kóz albo owiec by starczyło? Sami ani nie mamy środków na zakup zwierząt, ani pomieszczeń dla nich, gdy sezon pastwiskowy się skończy - ale może na spółkę coś byśmy uchowali..?

A! Półtusza wieprzowa (tłusta!) dla Zulusa może się znaleźć! Na Boże Narodzenie...

I to by było w zasadzie tyle jak chodzi o wieści gminne. Bo poza tym, to już same tylko plotki i anegdotki były (najlepsza: pewien pan, o którym nic bliższego nie wiem, a który w kręgach osób których nie znam, znany jest z tego że - czego nie potwierdzam ani nie zaprzeczam - pędzi bimber, na skutek choroby o której nic mi nie wiadomo, nie jest już zdolny do konsumowania własnej produkcji. Używa jej jednak do nacierania zbolałego ciała. A raczej - chciałby używać. Tyle, że podobno małżonka wszystko mu wypija - a smaruje go wodą...). Dobrej nocy Państwu życzę!

niedziela, 28 października 2012

Dla zmarzniętych…

Dzisiejszy wpis dedykuję wszystkim którzy czekali sobie w ekspresie (no, te przynajmniej – na ogół – bywają ogrzewane…) albo, co gorsza, w pociągu podmiejskim, bez takich wygód – aż ich „czas pokładowy“ dogoni właśnie zmieniony dyrektywą Jewrosojuza ze stycznia 2001 roku i rozporządzeniem prezesa Rady Ministrów z 5 stycznia 2012 roku „czas ogólnopaństwowy“.

O tym, że jest to zmiana totalnie bezsensowna – przekonywać Państwa za bardzo chyba nie muszę..? Wymyślił to podobno Benjamin Franklin, a zastosowali Niemcy w czasie I wojny światowej. Czy już wtedy chodziło tylko i wyłącznie o to, żeby przećwiczyć ludzi w posłuszeństwie (o czym za każdym razem przypomina kolega Iulius…) – trudno powiedzieć. Być może w czasach, gdy głównymi „cywilnymi“ odbiornikami energii elektrycznej były żarówki – ludzie nie mieli jeszcze lodówek, elektrycznego ogrzewania podłogowego, zasilanych prądem pomp c.o., telewizorów, kuchenek, spawarek, pił tarczowych, odkurzaczy i czajników, a nawet zwykłe grzałki na prąd wcale nie były jeszcze takie popularne – być może wtedy wprowadzenie „czasu letniego“ faktycznie dawało jakieś tam, w promilach zużycia liczone, oszczędności. Ale dzisiaj? Ekonomiczny i ekologiczny skutek tej Boga i ludzi obrażającej tyranii jest TYLKO I WYŁĄCZNIE NEGATYWNY.

Wiadomo to doskonale od dziesiątków lat, sprawa jest całkowicie bezsporna. Kłopoty z zaburzeniem rytmu snu i czuwania, wywołany tym spadek wydajności pracy w ciągu co najmniej kilkunastu dni po każdej takiej zmianie, podobne jak u ludzi kłopoty także u zwierząt hodowlanych – to są straty wymierne, choć oczywiście niełatwe do policzenia. Natomiast energii elektrycznej zużywa się dokładnie tyle samo, czy jest zmiana czasu, czy jej nie ma – i naprawdę to, czy jakiś Kowalski włączy swoją „energooszczędną żarówkę“ (kolejny przekręt, dokładnie takiego samego kalibru…), godzinę wcześniej czy godzinę później – a cóż to ma za znaczenie, skoro i tak będzie ją świecił dokładnie tyle samo czasu..? Ktoś, kto poważnie wierzy w rzekomą „oszczędność“ prądu wynikł z tej operacji – dowodzi tylko, że mu pani od słupków umarła, nim trzecią klasę podstawówki skończył…

Tak więc, chodzi TYLKO I WYŁĄCZNIE o zaprawianie ludzi w ślepym posłuszeństwie. Chciałbym tylko zwrócić Państwa uwagę na to – KTO nas wszystkich w owym ślepym posłuszeństwie zaprawia. Jakiś Krwawy Tyran na miarę Hitlera czy Stalina? Cesarz? Despota? Caudillo całego Jewrosojuza..?

Nie! Robi to, nie napotykając śladu oporu – jakiś kompletnie anonimowy urzędniczyna średniego szczebla, zbijający na co dzień bąki, zjadający króliki duszone w piwie gueze (mniem, mniam…) w naszej ukochanej knajpie „À la Bécasse“, tudzież dupczący w godzinach pracy sekretarki i tłumaczki (albo sekretarzy i tłumaczy…). Urzędniczyna anonimowy, o którym nic bliższego nie wiemy, który nie podpisuje się pod swoimi „dyrektywami“, który za nic przed nikim nie odpowiada – i który może to robić równie dobrze z przyrodzonej głupoty (której nikt nie jest w stanie zweryfikować, ponieważ podobnie jak w znanej bajce o szatach cesarza – wszystko, co opuszcza gmachy Komisji Europejskiej w Brukseli, jest z definicji Niezmiernie Wręcz Mądre…), jak i – za poduszczeniem Żądnych Władzy Masonów i Iluminatów, dla których jest to jedno z niezbędnych ćwiczeń, przygotowujących Totalne Zbydlęcenie Ludzkości. Hipoteza nie do zweryfikowania – póki Realna Władza jest tak anonimowa i tak dobrze przed odpowiedzialnością chroniona.

Co jest, skądinąd najzupełniej wystarczającym powodem do tego, aby cały ten „jewrosojuzny projekt“ cisnąć do kibla i spuścić po nim wodę!

Oczywiście, ani nasz koćkodan, ani nasze konie nic o tym, że „mogą sobie pospać godzinę dłużej“ – nie wiedziały. W konsekwencji, ja też musiałem wstać jak zwykle, czyli o 6.00 „czasu letniego“, albo o 5.00 „czasu zimowego“ – już koćkodan, z donośnym hukiem przewracając palcaty oparte o słup na środku naszej chatki i tenże słup drapiąc – zadbał. Z czasem pewnie się przestawimy (moglibyśmy się nie przestawiać tylko wtedy, gdybym nie musiał np. śledzić stanu konta bankowego niemal aż do północy w obawie, że mi bank przelane tam środki zje na poczet długu – i gdybyśmy nie wchodzili w żadne inne, równej systematyczności wymagające kontakty z Reżimem!) – ale trochę nam to zajmie, a przez najbliższe dni będę jeszcze bardziej niewyspany i rozdrażniony niż zwykle…

Skądinąd – niezłego dziś przeszliśmy stracha! Krystyna bowiem, nasz koćkodan zewnętrzny – nie pojawiła się wczoraj na kolacji. To było łatwe do zrozumienie – padał marznący deszcz ze śniegiem, było paskudnie – można było przyjąć, że koćkodan zagrzebał się w sianie pod wiatą i nie zamierza nosa na zewnątrz wystawiać. Kiedy jednak nie przyszła też na śniadanie – jużeśmy się poważnie zaniepokoili.

Jak się wreszcie rozwidniło – przerzuciłem całe siano pod wiatą. Ani koćkodana, ani zwłok koćkodana – nie było. W głowę zachodziłem gdzie też ona mogła się zabunkrować – aż Lepszej Połowie przypomniało się, że gdy wróciliśmy wczoraj z targu, kot kręcił się koło samochodu. No i faktycznie: siedziała w środku zamknięta. Nawet już siły miauczeć nie miała…


Nic nie poczułem węchem, ale jednak trochę chłodno – pójdę obejrzeć, czy aby nie zostawiła nam w Wendi jakiej pamiątki przez tak długi czas tam siedząc…

sobota, 27 października 2012

Naiwność..?

W latach 70-tych to była gwiazda pierwszej wielkości. Nawet miałem kota, na którego wołałem "Boniek"! Poza tym, podobno konie wyścigowe posiadał był - no, czemuż by chłopa nie lubić..?

Ale coś takiego:
Przecież wiadomo, że polskiej piłki zbawić się nie da?

Cóż: już po tym, jak Holender Leo Benhaker stał się bożyszczem tłumów objąwszy posadę trenera piłki kopanej orzekłem, że Polakom potrzeba monarchii - tylko monarchę trzeba koniecznie importować z zagranicy!

Na szczęście - nawet w tak paskudnym miejscu jak Niż Środkowoeuropejski (czemuż, ach czemuż nie wyemigrowali nas przodkowie w komplecie - na przykład na Nową Zelandię..?), autorytet monarchy rzadziej doznaje nieodwracalnego uszczerbku, niż autorytet trenera reprezentacji czy prezesa związku piłkarskiego - który to związek, należąc do jawnej mafii, zwanej "Fifą" czymś innym niż sitwa "przyjaciół i znajomych królika", zajmujących się chlaniem, ćpaniem, dupczeniem i przekręcaniem rządowych pieniędzy - być z definicji nie może!

 Co, oczywiście, Szanowni P.T. Autorzy Demotywatorów doskonale już przewidzieli:
Bo co tu jeszcze komentować? O taką posadę jak fotel prezesa PZPN człowiek przyzwoity nie zabiega: zaprawdę bowiem - fucha szefa mafii narkotykowej, to przy tym - zacne i czcigodne zajęcie!

Jak bym miał być mega złośliwy i mega konsekwentny, to bym dodał, że o fotel premiera rządu RP też człowiek przyzwoity zabiegać nie powinien - bo się albo wygłupi, albo zeszmaci, trzeciej drogi nie ma...

Ale że są jeszcze ludzie którzy bez nadziei na gratyfikację - uciekają się przy takiej okazji do aktów strzelistych i wyrazów nadziei..? Ot - potęga naiwności..!

Tymczasem wokół śnieg, gwałtownie opadłe z drzew liście, plucha. Konie pod wiatą. My przy piecu. Pasek klinowy (%!:=:_:!_"/"§?+=!!!) znowu do góry nogami, ale pierdolę - na śniegu kładł się pod samochodem nie będę! Zresztą: prąd ładowania jest, temperatura silnika w normie - leję na to..! Koćkodan, gdy go litościowa Pani zostawiła w chatce na czas naszego wyjazdu na targ - nawalił do wanny. Na lunczyk konie dostały (drugi dzień z rzędu) po garści świeżej lucerny, prosto spod śniegu - a my: zebrany wczoraj szpinak (którego i tak od cholery zostało pod śniegiem...).

Popijam winko z owoców czarnego bzu, poczytują co tam na forach i co Państwo u siebie piszecie - i nic, ale to kompletnie nic mi się robić dziś nie chce...

piątek, 26 października 2012

Pożegnanie jesieni

Co prawda od wczoraj popołudnia wieje bardzo nieprzyjemny, przenikliwy, chłodny i wilgotny wiatr - ale dziś rano wiatr ten przynajmniej przegonił chmury, które od kilku dni skutecznie izolowały nas od naszej dziennej gwiazdy. Skorzystałem z tej okazji, aby pożegnać jesień - jutro ma przez cały dzień padać śnieg, przy 100% zachmurzeniu i prawie 100% zamgleniu (ciekaw jestem, jak to będzie wyglądało w praktyce - bo takiej prognozy pogody, jako żywo - nie pamiętam!):

Konie na noc zostawiliśmy pod wiatą, ścieląc ją po raz pierwszy w tym sezonie słomą i wydzielając im resztę pozostałego nam jeszcze siana. Otworzyłem im też jednak przejście na Pierwszy Padok, z czego skorzystały. Skoro tak, to na dzień, zresztą - gdyby nie ten wiatr, bardzo ładny - wygoniłem je oczywiście na Wielki Padok. Gdzie właśnie sobie drzemią, korzystając z osłony, jaką daje im zapuszczona działka naszego sąsiada:
Bardzo są śpiące nasze konie:
Tymczasem ostatni dzień podziwiać można paletę barw jesieni:
Zresztą - kto powiedział, że mamy się tym cieszyć cały dzień? W czasie, gdy tu sobie pracowicie wklejałem kolejne zdjątka do postu - zdążyły się nad nas nasunąć bure chmure i tyle całego tego złota widać!

W związku z powyższym, pora ruszyć dupsko sprzed końputra, posprzątać pod wiatą i cóż... paski nie paski, ale trzeba podczepić do Wendi przyczepę i pojechać do Zaprzyjaźnionej Stodoły po nasze siano, którego trochę tam jeszcze jest. Więcej dokupię w przyszłym tygodniu - może jakieś wpływy się po drodze trafią, a..?

Ogródek jest częściowo już przygotowany na sen zimowy:
Reszta może spokojnie poczekać aż ten pierwszy śnieg stopnieje - co wedle onetowej dla odmiany prognozy pogody, powinno nastąpić wkrótce.

Małe bulgotki wcisnę jakoś na strych:
ale co zrobić z dużym..? A uparcie bańki powietrza rurką puszcza...

czwartek, 25 października 2012

Jak wygląda kilogram grzybów?

Kilogram grzybów suszonych wygląda tak:
Szkoda, swoją drogą, że nie wpadliśmy na pomysł postawienia obok jakiegoś przedmiotu jako punktu odniesienia. Dlatego, musicie mi Państwo wierzyć na słowa: jest to spora paka!

A mamy takich, po podliczeniu wszystkiego - trzy.

Mamy wagę - znakiem tego:

a) uruchomiłem samochód (oczywicie, dalej jeździ się jak Wartburgiem - a promień skrętu mam zaiste jak TIR - ale cóż zrobić..?) - co nie było wcale takie oczywiste, bo jak mnie Dyabeł podkusił zajrzeć rano pod maskę, to paski klinowe znalazłem... przekręcone na boki! Znakiem tego: było za słabo naciągnięte. Tylko jak to możliwe, skoro dokręciłem śrubę poziomą do końca - nic a nic nie zostało wolnego, ani kawałek gwintu..? No cóż: poluzowałem, ułożyłem jak trzeba, naciągnłem jeszcze raz tak dokręcając te śruby, że mało ich nie urwałem - a teraz mam mocne postanowienie więcej pod maskę nie zaglądać! Tak, na wszelki wypadek...

b) pojechałem do wsi - głównie po to, żeby się za tańszym sianem rozejrzeć (pan Edward z Magnuszewa podrożał - i znalezienie dlań alternatywy nie byłoby złe...). Siana znacząco tańszego nie znalazłem: to nie znaczy oczywiście, że takowego nie ma, trzeba będzie kupić w sobotę "Anonse" (wczoraj, jak dotarliśmy do Warki, to ich już w sklepie nie było, a specjalnie ganiać - jakoś się nam nie chciało, nie było zresztą czasu). Pozbierałem za to mnóstwo plotek, informacji i praktycznych wskazówek życiowych. No i wagę pożyczyłem...

A propos praktycznych wskazówek życiowych - pytanie do Czytelników - koniarzy z Warszawy i okolic. Czy Waszym zdaniem jest zapotrzebowanie na 183-cią stajnię pensjonatową w promieniu 50 km od Warszawy? Aktualnie wyszukiwarka forum Re-Volta pokazuje 182 stajnie w tej odległości od Ronda Dmowskiego - a, teoretycznie przynajmniej, pojawia się szansa uruchomienia kolejnej. Otóż wedle Radka, druha mego serdecznego, którego nawiedziłem i nawet - co rzadko się zdaża - zastałem w domu: w majątku ziemskim Rytomoczydła, w połowie drogi między Warką a Grójcem stoi sobie stajnia z 27 boksami, jest stodoła przerobiona na halę i 100 ha łąk możliwych do wykorzystania jako pastwiska. Stoi to sobie wszystko i czeka zmiłowania Bożego - ale, jakby się dogadać z zarządcą..? Z którym Radek, kosząc nieopodal trawę, zdążył się zaprzyjaźnić..?

Myślę, że się tam przejedziemy kiedyś z Lepszą Połową - i wtedy będę w stanie coś konkretniejszego na ten temat powiedzieć - zwłaszcza jak chodzi o faktyczny stan całej tej infrastruktury (podobnoż pani trener Kałuba to sobie wszystko wybudowała - więc, jak dla mnie, brzmi to kusząco...). Pytanie tylko - czy jest jeszcze w ogóle popyt..?

Niestety, idzie ochłodzenie. W nocy z piątku na sobotę ma być już minus i to wcale solidny - a przez całą sobotę padać śnieg. Stąd i wyprawa po siano, bo trzeba by się zatowarować, nim nas przysypie. Stąd też - przeniosłem wszystko, co się suszyło w szklarence na strych i wejść się tam już w tej chwili nie da (a jeszcze bulgotki trzeba jutro z improwizowanej piwniczki bez dachu na strych wsadzić - jak na złość żaden bulgotać nie przestaje, a chciałem Zulusa, który ma nas w niedzielę odwiedzić, jakimś nowym winem poczęstować! Przy czym, co najgorsze - duży baniak, od sąsiada pożyczony - żadną miarę nam przez strychowe drzwiczki nie przejdzie...).

Od całej tej wymiany pasków klinowych - zdołałem się całkiem solidnie przeziębić. Tak to jest, jak się o tej porze roku spędza kilka godzin leżąc na ziemi...

środa, 24 października 2012

Dzień ciapciaka

Już kiedy rano otworzyłem jedno oko i na zegarze dekodera tuż po przeciwnej stronie łóżka była 6.26 - wiedziałem, że nie jest dobrze. Tak poważne zaspanie zdarza mi się góra dwa - trzy razy w ciągu roku! A kiedy, sprowadziwszy konie pod wiatę, zapaliłem zewnętrzne światło zamiast wewnętrznego - nabrałem przekonania, że najrozsądniej byłoby co prędzej wrócić do łóżka, zakryć głowę kołdrą i przeczekać dzień, który po prostu MUSI być - feralny.

Ale cóż? Przyjęło się w naszej kulturze, że uleganie przesądom, nawet tak dobrze udokumentowanym jak ten ze światłem (ZAWSZE kiedy rano pomylą mi się wyłączniki - dzieje się coś strasznego...) - nie należy do dobrego tonu. Milczałem więc i brnąłem dalej. Do nieuchronnego końca...

Poobijałem się trochę o meble przy różnorodnych czynnościach porannych, co Lepszej Połowie - nic nie wiedzącej o pomylonym wyłączniku - nasunęło podejrzenie, że będzie to "Dzień Ciapciaka"... Czy jednak cokolwiek - przesąd, przewidywanie, albo obserwacja - mogło nas przygotować do tego, co się faktycznie stało..? Obawiam się, że nie...

Środa dzisiaj. Dzień targowy. Żarcie się skończyło, a i parę sprawunków na targu nas czeka... To wsiadamy do Wendi i ruszamy... i coś z tym ruszaniem nie idzie: jakiś potworny dźwięk spod maski dobiega i kierownica ciężko chodzi - no, jakby nie było wspomagania po prostu!

Gaszę silnik, otwieram maskę - i dolewam płynu hydraulicznego. Układ wspomagania w Wendi cieknie, odkąd ją mamy, tj. od sześciu lat - i jak do tej pory, żadne zabiegi: wymiana (czy regeneracja? Już nie pamiętam...) pompy, zakuwanie węża na nowo - nic nie dały. Jak ciekło - tak cieknie! Co jakiś czas zatem - płynu dolać trzeba...

No to dolałem płynu - ruszamy: piszczy dalej, kierownica wciąż jak w Wartburgu chodzi... Ledwośmy wyjechali na naszą piaszczystą drogę - a spod maski poleciał dymek i rozniósł się odór palonej gumy...

Skonsultowany telefonicznie Mistrz Dębski z Górczewskiej w Warszawie, u którego się stale serwisujemy, orzekł bez namysłu: paski klinowe wymienić trza. Mistrz dał mi paski przy ostatniej w jego zakładzie wizycie - sam ich nie wymienił... powiedzmy, że - z braku czasu!

 Taka podstawka pod plecy (obok kompletu kluczy z przedłużkami) bardzo by mi się przydała...

Po kilku kolejnych telefonach zdjąłem te dwa dłuższe paski - od alternatora i chłodnicy. Ale żeby zdjąć mały - od wspomagania - trzeba poluzować nie dwie, jak w przypadku tamtych, tylko aż trzy śruby. No i ta trzecia - a jakże: doskonale widoczna, ręką sięgnąć można, nie ma problemu - ale - na samym środku samego środka. Żaden z moich kluczy (wszystkich dwóch...) ani z góry, ani z dołu - nie sięga! To znaczy - klucz to nawet da się włożyć - ale nie wystaje go już na tyle, żebym miał za co ręką złapać.

Znakiem tego: konieczna przedłużka! Radek, druh mój serdeczny, który ma fenomenalny komplet kluczy nasadkowych z najrozmaitszymi przedłużkami - nie odbierał. Odebrał Pan Sołtys - klucz 14-tkę ma, jakaś przedłużka się znajdzie.

Jak do tej pory, od momentu katastrofy upłynęła godzina. Umorusane smarem miał obie ręce po łokcie - i sporo piasku w rzadkiej czuprynie, tudzież sfatygowane spodnie i podkoluszek. Obmyłem się z grubsza, przyodziewek częściowo zmieniłem na mniej świąteczny (ha, ha, ha...) i ruszyłem per pedes do wsi, pożyczyć klucz.

Z pożyczonym kluczem wróciłem, śrubę poluzowałem, pasek zszedł z kółka przy pompie wspomagania - ale jak go teraz wyciągnąć? Prześwit między kółkami wału masowego a kółkami - jak to Mistrz nazywa - "wiskozy", czyli chłodnicy - nijak nie wystarczy! Co najmniej o 1/3 miejsca za mało - a przecież: jeśli starego nie mogę wyciągnąć, to jak w to miejsce włożę nowy, który jest - naturalnie - jeszcze wyższy, bo nie starty..?

Męczyłem się całe dwie godziny, nim w końcu, od poważnie już zniecierpliwionego Mistrza (którego w tym czasie woda zalewała, jak twierdził...) wydobyłem stwierdzenie, że w takim razie - to mogę sobie tę "wiskozę" odkręcić (tylko cztery śrubki "dziesiątki", jak raz - taki klucz mam...).

Błyskawicznie poszło! Godzinka - i wszystkie paski wymienione, nowiutkie, cacane po prostu...

Odpalam silnik - i co się dzieje? Samochodem trzęsie jak w febrze, a spod (otwartej) maski bucha dym i roznosi się smród palonej gumy..!

Mały pasek klinowy (ten od wspomagania) - nie kręci się...

Poluzowałem: ręką, choć z pewnym trudem - da się obrócić. A po włączeniu silnika - tak i nie kręci się, uparciuch jeden! Mistrz (którego opinię natychmiast zweryfikowałem u Niezależnego Eksperta) orzekł, że w takim razie - szlag trafił pompę wspomagania, a nie paski klinowe.

Zaczynało się już powoli robić ciemno. Pomysł szukania teraz nowej pompy wspomagania do Patrola i wymiany jej na środku naszej piaszczystej drogi - odrzuciłem bez dłuższego namyślania się. Wedle Niezależnego Eksperta (Mistrz to już nie bardzo chciał ze mną gadać) - można po prostu ten pasek zdjąć - mówi się trudno: kierownica będzie chodziła jak w Wartburgu, ale co się miało złego stać, to już się stało.

Ale zdejmować? Jak nic - kolejne dwie godziny, bo przecież - żeby zdjąć ten mały, najpierw trzeba, tak starannie i z takim nakładem sił elegancko napięte duże paski zsunąć! A tu w chałupie nie ma co żryć - oczywiście, targ skończył się już wiele godzin wcześniej, ale może chociaż - Pierdonki jeszcze nie zamknęli..?

Poluzowałem tymczasem ten mały pasek maksymalnie jak się dało - powtórnie dokonałem, gruntowanych tym razem ablucji (jakkolwiek ostatnie grudki oleju z rzadkiej czupryny, to mi Lepsza Połowa wygrzebała dopiero co...) - no i pojechaliśmy do Warki.

Po drodze, chociaż starałems się "latać nisko i powoli" - zapiszczało, zaśmierdziało i pasek pękł.

 Tak to mniej - więcej wyglądało

Wniosek? Wniosek jest taki, że zamiast męczyć się tyle godzin - mogłem przynieść z domu nóż, przeciąć ten nadpalony stary pasek - i spokojnie byśmy na targ zdążyli i to bez żadnego brudzenia się, chodzenia po klucze do wsi - a stan samochodu byłby dokładnie taki sam, jaki mamy w tej chwili..!

No i czy to nie jest wzorcowy, medalowy wprost - "Dzień Ciapciaka"..???

wtorek, 23 października 2012

Czym wybrukowane jest Piekło?

Jak wszyscy dobrze wiedzą – Piekło wybrukowane jest dobrymi chęciami. Zaś „polskie piekło“ – ma wykładzinę z bezdennie durnych, niepotrzebnych, szkodliwych, nie służących absolutnie niczemu innemu niż prywatne porachunki i żerowiska dla ludzi bliskich takiej czy innej władzy – ustawami.

Jedną z takich ustaw jest moja „ulubiona“ ustawa z 21 sierpnia 1997 roku o ochronie zwierząt (Dz. U. Nr 111 poz. 724, z późn. zm.). Czytając tę ustawę – nie znajduję w niej właściwie ani jednego przepisu, który miałby choć krztynę sensu – jest za to ogromna kupa jawnego faszyzmu i kilka „paśników“ dla krewnych i przyjaciół wiadomego królika. Nie sądzę, aby ta akurat ustawa była pod tym względem jakoś szczególnie wyjątkowa – taka właśnie jest norma, przeciętna, średnia – naszego obecnego, pożal się Panie Boże – prawodawstwa…

Ustalmy na początek, jaki powinien być pod tym względem stan normalny. Otóż stanem normalnym jak chodzi o ochronę zwierząt jest… brak JAKICHKOLWIEK przepisów w tej materii. Owszem – zgadzam się: to oznacza, że zgadzamy się na nadużycia. Na to, że trafią się właściciele czy to z niewiedzy, czy z wrodzonej głupoty lub z powodu takich czy innych skrzywień psychicznych, a czasami – z biedy – nadużywający swojej przewagi nad posiadanymi zwierzętami i sprawiający im niepotrzebne cierpienia.

No i co z tego..? Dla mnie ta perspektywa jest zdecydowanie lepsza od stanu aktualnego – i, prawdę pisząc, mam gdzieś czyjekolwiek w tej materii zdanie odmienne. Nadużycia tego rodzaju to wkalkulowany koszt wolności – i nie jest to wcale koszt „zbędny“, czy też „nadmierny“.

Mniemanie, że uda się jakąkolwiek regulacją ustawową (nawet, gdyby była ona sensowniej napisana niż nasz rodzimy bubel…) wyeliminować tego rodzaju przypadki, a pisząc filozoficznie – „zmniejszyć sumę cierpienia“ – to nie warta nawet szczegółowej dyskusji utopia, kompletne urojenie, mrzonka, absurd i bzdura.

Natomiast cena jaką za ową poronioną w zamyśle próbę „naprawienia świata“ zapłacić trzeba z całą pewnością – jest jak najbardziej realna i konkretna. Jest nią realny rozrost kompetencji różnych macek gosudarstwa – tym samym też: realne ograniczenie wolności – i nie mniej realne pogorszenie stanu zwierząt.

Nikt, poza właścicielem, nie ma lepszej motywacji do tego, aby o zwierzę dbać należycie i zgodnie z regułami sztuki. Mniemanie, że wolontariusz jakiegoś „TOZ-u“ czy innego Hitlerjugend ZAWSZE wie lepiej i ZAWSZE ma lepszą wolę od właściciela – dowodzi, że albo mniemający tak stracił kontakt z rzeczywistością – albo też, że ma klapki na oczach i widzi tylko to, co chce widzieć.

W czym zresztą – nie ma niczego niezwykłego. Człowiek jest już tak zbudowany, że pojedyncza tragedia trafia mu pod czaszkę – podczas gdy statystyki nie robią na nim większego wrażenia. Cóż zatem za sztuka – wziąć taką pojedynczą tragedię, pojedyncze nadużycie – opisać je plastycznie i ze szczegółami, dokleić zdjęcie albo film z przerażonymi, zabiedzonymi zwierzętami – i tzw. „opinia publiczna“ kupiona, już głosuje jak manipulujący chce, już myśli tak, jak planowano – i już się rzuca z zębami i pazurami na każdego, kto ośmieli się fałsz tego obrazu wykazywać!

Pytanie zaś brzmi: jak często rzeczywiście takie tragedie się zdarzają? Czy istnienie lub nieistnienie inkryminowanej ustawy ma na to w ogóle jakiś wpływ? Czy po odebraniu zwierząt właścicielowi – aby na pewno ich los zawsze się poprawia..? A ileż to było doniesień o różnorakich zwyrodnieniach w schroniskach dla zwierząt – więc w miejscach, gdzie miały one, teoretycznie – znajdować schronienie (jak sama nazwa wskazuje…)?

Że co – że wystarczy rozbudować i poprawić kontrolę nad schroniskami i kontrolować gminy, które za wdrażanie ustawy odpowiadają? A kto będzie kontrolował kontrolujących? Czy też naprawdę uważacie, że status „mianowanego urzędnika państwowego“ – jest tym samym co stan łaski uświęcającej w teologii katolickiej i takowy urzędnik po prostu nie może być stronny, przekupny, niedouczony i głupi..?

Jeżeli komuś jego wrażliwe serduszko nie pozwala przejść obojętnie obok „rolnika“ trzymającego konia w ciasnej komórce i w dodatku na łańcuchu (to jest – rzeczywiste – najczęściej spotykane wykroczenie przeciw zasadom sztuki w tym akurat przypadku…): ależ bardzo proszę – droga wolna! Niechże posiadacz wrażliwego serduszka pójdzie do rolnika, uprzejmie mu się przedstawi, pogada najpierw o pogodzie, opowie o sobie, wykaże się doświadczeniem i wiedzą tak, żeby wiarygodnym być w dalszych wywodach – niech pokaże na przykładach, jak lepiej utrzymywać konie i jakie z tego wynikają korzyści tak dla konia, jak i dla rolnika – a wówczas postęp będzie rzeczywisty, trwały i naturalny!

Nie chwaląc się, ale odkąd 4 lata temu ogrodziliśmy Pierwszy Padok i pojawiły się na nim nasze konie – z roku na rok widzimy w okolicy coraz to więcej mniej lub bardziej udolnie ogrodzonych wybiegów i pastwisk dla koni i coraz więcej zimnokrwistych koni na tychże wybiegach i pastwiskach – coraz częściej też, konie te chodzą po porządnie ogrodzonym terenie bez pęt, a za to – w kantarach. Coraz ładniejszych zresztą. Idzie to naprawdę jak pożar stepu – bo 4 lata temu, w pierwszym roku naszego tutaj pobytu, nie widziałem ANI JEDNEGO tak utrzymywanego konia – a teraz, mam wrażenie, że z dobrodziejstw pastwiska korzysta już WIĘKSZOŚĆ okolicznych czterokopytnych. Jeśli nie wszystkie. Nawet właściciel Eskalopka – wypuszcza swoje ogiery na podwórko.



Wszystko to: bez słów właściwie, bo samym przykładem. Widać przecież, przejeżdżając obok naszych pastwisk, że konie w tym systemie bynajmiej nie chudną (jakkolwiek, nasze chudzielce – co zrozumiałe – entuzjazmu wśród miłośników grubych koni nie wzbudzają: i bardzo dobrze – dzięki temu przynajmniej nie mam obaw, że je nam ktoś zwinie nocą…) – a o ileż jest przy takim utrzymaniu zwierząt mniej roboty i nakładów pieniężnych, to każdy, kto dwa do dwóch dodać umie – sam sobie łatwo wydedukuje!

Zrobiłem coś dla dobrostanu zwierząt okolicznych tym sposobem? Pewnie że zrobiłem! Była mi do tego potrzebna jakaś ustawa, policja, TOZ czy inne Hitlerjugend..? Może się któryś z „wrażliwych serduszek“ czymś takim pochwalić – czy tylko ujadać i kąsać potraficie..? Nie honor Wam do rozmowy z „ciemnym rolnikiem“ się zniżać – śmierdzi Wam takowy gnojem i starym potem (nie ma co udawać: praca na roli brudzi – a myśleliście, że każdy do pracy ubiera się w gajerek od Hugo Bossa – tego, co mundury SS projektował – i pachnie perfumą od Kenzo?) – nie macie cierpliwości, żeby tłumaczyć, pokazywać, dawać przykład, wyjaśniać..? Ale to jest WASZ I TYLKO WASZ PROBLEM – i tylko o Was źle to świadczy, że inaczej niż pałką – swojej moralnej racji dowodzić nie umiecie!

Ustawa, policja, TOZ, inne Hitlerjugend – innymi słowy: pałka do bicia bliźniego za to, że nie wie albo nie potrafi postępować zgodnie z WŁASNYM interesem (szczęśliwe świnie dają lepszą wieprzowinę..!!!) – to czysty, domieszką jakiegokolwiek innego motywu nie skażony – przejaw lenistwa ze strony „oświeconych“, którzy niby to „wiedzą lepiej“ – ale nie chce im się tej „lepszej wiedzy“ w sposób zrozumiały dla normalnego człowieka przekazywać.

No to, żeby jakoś swoje wrażliwe serduszko uspokoić, żeby dalej mogło śnić błogo i pławić się w swojej mniemanej doskonałości – tworzycie sobie pałkę…

I do czego ta pałka jest używana? Ano – zgodnie z art. 7 ust. 1 ustawy, KAŻDE zwierzę może być „czasowo odebrane właścicielowi i opiekunowi“ (sąd ewentualnie stwierdza post factum, że było to działanie słuszne – i stwierdza ustanie „prawa własności“ poprzedniego właściciela…), a jeśli jest zwierzęciem gospodarskim (nota bene – w TEJ ustawie nie ma kategorii „zwierzęcia towarzyszącego“ – choć jest taka w prawie jewrosjuznym – wybór jest tylko pomiędzy „zwierzętami gospodarskimi“, a „zwierzętami domowymi“ lub „zwierzyną dziką“…), to wójt (burmistrz lub prezydent) może wskazać „gospodarstwo rolne“ – któremu takie odebrane zwierzęta zostaną przekazane.

Jednocześnie, zgodnie z art. 7 ust. 3: W przypadkach niecierpiących zwłoki, gdy dalsze pozostawanie zwierzęcia u dotychczasowego właściciela lub opiekuna zagraża jego życiu lub zdrowiu, policjant, strażnik gminny lub upoważniony przedstawiciel organizacji społecznej, której statutowym celem działania jest ochrona zwierząt, odbiera mu zwierzę, zawiadamiając o tym niezwłocznie wójta (burmistrza, prezydenta miasta), celem podjęcia decyzji w przedmiocie odebrania zwierzęcia.

Koleżanka blogerka Indianka twierdzi, że po donosie dwóch lesbijek z Krakowa lokalny urzędnik gminny chce w ten sposób przejąć na własność jej konie. Obawiam się, że w jej przypadku – tak samo jak w przypadku sporej części rodziców cieszących się więcej niż jednym dzieckiem – udowodnienie, że jest zbyt biedna, aby utrzymać swoje konie (cokolwiek by to nie miało znaczyć…) – będzie aż nadto łatwe.

Nie wchodząc w meritum sprawy: skoro jest taka możliwość – nie należy się łudzić, że ludzka złośliwość i niska żądza zysku z niej nie skorzystają!

A jeśli nawet ktoś nie dybie na inwentarz sąsiada – to zawsze może chcieć mu zwyczajnie, po chamsku – dokopać. Czego wybitny przypadek od pewnego czasu rozgrywał się, nim wreszcie, po licznych apelach użytkowników, Moderacja położyła mu kres – na moim ulubionym końskim forum.

Możliwości, jakie stwarza ustawa – doskonale się też nadają do tępienia wszelkiej aspołecznej odmienności i nonkonformizmu.

Przykłady możnaby mnożyć – jestem zresztą pewien, że jeśli poszukacie Państwo w swoim otoczeniu – znajdziecie sami niejeden. Rozumiem: że TO WŁAŚNIE było celem dawania gosudarstwu tej pałki do ręki..? Hę..? Milczenie? Wstyd? Nie – Wy się wstydzić nie macie czego – nieprawdaż..? Wstydzić to się mają „rolnicy“, a nie Wy – „oświeceni“, „lepiej wiedzący“ – no, Panie Boże zmiłuj się nad nami – „przewodnicy ludzkości“…

Idźmy dalej. Już definicje tego, co jest traktowaniem „właściwym“, a co „niewłaściwym“ litościwie pominę – bo też i wołowej skóry by nie starczyło na wykazanie całej bezdennej głupoty tych wziętych z sufitu pomysłów. Ale art. 12a i nastpne „artykuły dwunaste“ – aż do art. 12j – to już perełka jakich w naszym prawie niemało! Oto wprowadza się obowiązkowe „szkolenia w zakresie ochrony kurcząt brojlerów“ – wprowadzając wymogi odnośnie programu tych szkoleń i sankcje dla właścicieli kurników, którzy albo sami ich nie przejdą, albo nie zatrudnią personelu legitymującego się stosownym zaświadczeniem.

No czyż to nie jest klasyczny „paśnik“ dla kilku cwaniaczków, który wymyślili sobie, że będą zarabiać na szkoleniu w zakresie macania kur..?

Dalej uważacie, że nie macie się czego wstydzić, o „oświeceni“..? Mało Wam?

Art. 13 ust. 1: Wprowadzenie dotychczas niestosowanej na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej technologii chowu zwierząt wymaga uzyskania zezwolenia marszałka województwa stwierdzającego, że technologia spełnia wymogi określone ustawą.

I co tu się dziwić, że postęp techniczny ustaje, a cywilizacja białego człowieka skazana jest na zagładę? Przecież – posługując się tym zapisem można zgnoić, zniszczyć KAŻDEGO, kto w swojej oborze dowolną wprowadzi innowację! Zresztą – co to jest „innowacja“? Każdego, kto krzywo spojrzy na urzędnika państwowego – można w ten sposób wsadzić do ciupy, byle tylko jakiekolwiek zwierzę miał…

Jeszcze? Wciąż nie znajdujecie w sobie powodów do wstydu..?

No cóż: w takim razie, od innych małp widać pochodzimy, mili moi „naprawiacze świata“!

Czy to jest aberracja, wyjątek, błąd w sztuce, wypaczenie..? Nie – to właśnie jest prawidłowość! Dokładnie tak samo wygląda „ochrona małych dzieci“ (przed ich ojcami i matkami…) – i sto tysięcy innych rzeczy, do których wtrąca się niemiłościwie nam panujące gosudarstwo, żeby je zepsuć. Inaczej wyglądać nie może. Albowiem – polskie piekło wybrukowane jest felernymi ustawami…

poniedziałek, 22 października 2012

Dlaczego nie hoduje się ludzi?

Wbrew regułom sztuki nie będę Państwa trzymał w napięciu i odpowiem na tytułowe pytanie od razu: bo to się nie opłaca! Bo chyba nie sądzicie – że to z powodu wrażliwego sumienia generałów, biurokratów i polityków, którzy aż palą się do skorzystania z jakże kuszących możliwości wyhodowania sobie lepszych żołnierzy, posłuszniejszych poddanych czy też – genialniejszych niż ma „druga strona“ fizyków atomowych albo lekkoatletów..?

Podstawowym problemem przeszkadzającym w racjonalnej hodowli ludzi jest ich bardzo długie dzieciństwo. Sprawia to, że odstęp czasowy między pokoleniami, a stąd też – i czas konieczny na przeprowadzenie eksperymentu – staje się nieracjonalnie długi. Nawet najbardziej długowieczny eksperymentator – nie miałby szans na prowadzenie swojego eksperymentu przez dłużej niż trzy – cztery pasaże międzypokoleniowe (licząc się z tym, że sam przez znaczną część swojego osobniczego życia będzie zdobywał wiedzę konieczną do prowadzenia tak skomplikowanego przedsięwzięcia). A co to są trzy – cztery pasaże w hodowli? Trzy – cztery pasaże to jest nic!

W ten sposób dałoby się co najwyżej przeselekcjonować populację na jakieś proste, kodowane monogenetycznie cechy, których rozkład jest mendlowski. Jeśli pokryć niebieskooką blondynkę niebieskookim blondynem, to wszystkie ich dzieci też będą niebieskookimi blondynami – bo obie te cechy są recesywne, więc oboje z pary muszą być pod tym względem homozygotyczni, inaczej gen nie ujawniłby się w fenotypie. Przez trzy – cztery pasaże można też odsiać z reszty populacji część heterozygotycznych nosicieli tych samych genów – które będą się w poddanej eksperymentowi populacji ujawniać ze znaną z góry częstotliwością. Na przykład połowa dzieci kobiet, które przenoszą recesywny gen błękitnych oczu, krzyżowanych z niebieskookim samcem – będzie niebieskooka. Jeśli oboje rodzice posiadają ten gen, ale nie podlega on ekspresji przez towarzystwo dominujących genów kodujących – w tej samej alleli – oczy piwne: to jedna czwarta ich potomstwa ma szansę odziedziczyć (po którymś z dziadków – nie może być inaczej…) niebieskie oczy.

Tylko jaki jest z tego pożytek? To tylko zabawa! Bo wszyscy ci niebieskoocy blondyni mogą być przy tym równie dobrze atletycznymi okazami zdrowia z genialną intuicją matematyczną – jak pokrycznymi karłami dotkniętymi mongolizmem i wrodzonym idiotyzmem (jak również: debilnymi atletami lub – genialnymi karłami…). Tak prosty i tak krótko trwający eksperyment ani nie wyeliminuje cech, które z jakiegoś powodu uważamy za „niekorzystne“, ani nawet – nie rozpropaguje w populacji cech „pożądanych“.

Tak się bowiem składa, że znakomita większość jednych i drugich – kodowana jest poligenetycznie. W tym przypadku geometryczna prostota rozkładu mendlowskiego jest na nic – trzeba uruchomić nieco bardziej skomplikowaną matematykę. Wątpliwym jest, aby trzy – cztery pasaże międzypokoleniowe wystarczyły do samego tylko obliczenia tzw. „współczynnika odziedziczalności“: a to dlatego, że pomiar cech „pożądanych“ i „niepożądanych“ jest u ludzi dużo bardziej skomplikowany niż u koni.

Jeśli konie chcemy selekcjonować na szybkość w galopie, to krzyżujemy ze sobą klacze i ogiery które legitymują się najpomyślniejszą karierą wyścigową. Oczywiście – wyścigi mogły być ustawione – i w ten sposób nie będziemy wcale promować w populacji genów zapewniających największą szybkość w galopie, tylko… najcwańszego trenera! Doświadczenie uczy jednak, że w dłuższym okresie czasu – kwestia ewentualnego „ustawiania“ gonitw – może być pominięta. Jeszcze się taki nie urodził, który by mógł wszystkie gonitwy na całym świecie „ustawić“. Wcześniej czy później zatem, oszustwo się wyda, a linia zapoczątkowana w jego wyniku – zaniknie jako nieprzydatna (tak zupełnie na marginesie: TO JEST WŁAŚNIE POWÓD, dla którego za każdym razem tak płaczę, wrzeszczę i przeklinam, gdy Państwo P.T. „obrońcy praw zwierząt“ wzruszają z obojętnością ramionami na nieuchronny, po ich przekwalifikowaniu ze „zwierząt gospodarskich“ na „zwierzęta towarzyszące“ spadek liczby hodowanych koni – zanim jeszcze liczba koni spadnie poniżej poziomu który, zgodnie z wyliczeniami profesora Boboli, skaże ten gatunek, mnie miły, na wymarcie – przebity zostanie próg, poniżej którego o wynikach przeglądów hodowlanych decydować będą już tylko „wejścia“ w PZHK – a nie rzeczywista jakość prezentowanych koni…).

Jak jednak zmierzyć „przydatność hodowlaną“ fizyka? Liczbą publikacji naukowych lub punktacją używaną przy przyznawaniu grantów? No dobrze – ale to będzie premiować fizyków nie tylko genialnych, ale też, przede wszystkim – długowiecznych (trudno publikować gdy się już zejdzie z tego świata…) i obrotnych towarzysko: kumoterstwo w nauce wcale nie jest mniejsze niż w polskich związkach hodowlanych!

Poza tym, czekanie aż kolejne pokolenia poddane eksperymentowi osiągną dojrzałość płciową – a czekanie, aż zdoła się zweryfikować oczekiwane po nich przymioty – to są dwie zupełnie inne sprawy. W pierwszym przypadku „pasażować“ możemy genotypy co kilkanaście lat – w drugim: a któż to wie? Co kilkadziesiąt – w każdym razie…

OK – przyjmijmy jednak, że po pierwsze – uda się zdefiniować (na potrzeby eksperymentu), co to jest „cecha pożądana“ i jak ją obiektywnie mierzyć. Przyjmijmy też, że jakaś instytucja (mowy nie ma, aby wykonał to za swojego życia pojedynczy badacz…) w ciągu minimum kilkunastu pokoleń ustali dla owej cechy „współczynnik odziedziczalności“ – badając narzędziami statystycznymi objawy wybitności kolejnych pokoleń pod wybranym przez eksperymentatora kątem… Stop!

Nie minęło jeszcze od publikacji pracy Mendla o groszku (a wiemy już, że genetyka mendlowska nie jest wystarczająca dla powodzenia takiego eksperymentu: dopiero dzisiejsza wiedza daje jakieś podstawy, aby go w ogóle zacząć…) tyle lat, aby taki eksperyment był możliwy…

No to wiemy już, dlaczego rozmawiamy o rzeczywistości wybitnie hipotetycznej!

Zaraz, zaraz – słyszę już „głos z sali“ – ale przecież konie, świnie, krowy hodowano nie tylko przed osiągnięciem „dzisiejszego stanu wiedzy“, ale i – na długo przed Mendlem – i przecież nie tylko udawało się je szczęśliwie rozmnażać, ale też – dopracowano się w tych „przednaukowych“ czasach bardzo wielu odmian wysoko produktywnych, w których powstaniu widać ogromny postęp hodowlany.

To prawda – odpowiadam – ale taka „bezteoretyczna“, „intuicyjna“ hodowla możliwa była tylko dzięki temu, że zwierzęta selekcjonowano z zasady na bardzo ograniczony zestaw cech. Pokryć jałówkę od najbardziej mlecznej krowy buhajem, którego matka też była najbardziej (z całego stada) mleczna – może i niepiśmienny chłopek. A jeśli tysiące niepiśmiennych chłopków przez setki lat, z większą lub mniejszą konsekwencją powtarza ten sam sposób doboru buhaja do jałówki – to nie ma siły, w końcu dochowają się „holenderki“: jak to się i w rzeczywistości stało…

Akurat w przypadku koni, które są mi zawodowo najbliższe – widać jak na dłoni „opłacalność“ prostoty kryteriów selekcyjnych. Konie, historycznie, poddawano selekcji na dwa sposoby. Sposób najstarszy i (geograficznie i historycznie) najpowszechniejszy, to ocena „na oko“. Nie ma się tu z czego śmiać! Doświadczony hodowca, a właściwie – każdy doświadczony jeździec (w przeszłości zaś, nabycie niejakiego w tej mierze doświadczenia bywało warunkiem przeżycia…) – ma jakąś intuicyjną wizję cnót końskich, które ceni i które chciałby widzieć w kolejnym pokoleniu hodowanych zwierząt. Zestawy owych cnót bywają różne – bo niektórzy lubią konie o bujnych kształtach i falistym włosiu, a inni – suche i smukłe. Generalnie, tego rodzaju „mody“ mają tendencję do instytucjonalizowania się w izolowanych społecznościach: u mieszkańców Fryzji miłość do karych, dobrze zaokrąglonych i wysokich koni staje się częścią tradycji, „właściwego porządku rzeczy“ i oczywistą oczywistością – tak samo jak u mieszkańców Wyżyny Irańskiej i okolic: miłość do suchych, szybkich, wytrzymałych a chętnych do współpracy „przecinków“. Wystarczy tylko kilka tysięcy lat izolacji jednych od drugich – a oba te ludy dochowają się akurat takich koni, jakich dochować się chciały (i jakie najlepiej odpowiadają ich specyficznym potrzebom)…

Drugi, wciąż jeszcze „przednaukowy“ (choć od tego właśnie odkrycia cała rewolucja w naszym pojmowaniu świata jak chodzi o hodowlę, a potem i genetykę – właśnie się rozpoczęła…) sposób doboru par do rozpłodu, określić można dwoma słowami: „maniakalna konsekwencja“! Lubimy hazard, zakłady i wyścigi? No to kojarzymy ze sobą tylko i wyłącznie konie o najlepszych osiągnięciach wyścigowych. Tutaj wystarczyło raptem 200 lat czyli – w porównaniu ze sposobem „na oko“: chwilka zaledwie, momencik, minutka – i bach! Mamy konie pełnej krwi angielskiej.

Oczywiście, są też przykłady szybszego nawet wytworzenia nowej rasy – hrabia Orłow aż dwie stworzył za swojego życia – ale to się robi tak szybko tylko wtedy, gdy jest co krzyżować – gdy już mamy do dyspozycji ileś, potencjalnie homozygotycznych, czyli dobrze przekazujących pożądane cechy typów rasowych – trzeba też mieć od cholery szczęścia!

Aleksy hrabia Orłow - Czesmeński: genialny hodowca koni i największy znany farciarz w tej branży, któremu udało się w ciągu kilkudziesięciu lat stworzyć aż dwie rasy koni - z czego rasa kłusacza istnieje do dziś - a w dodatku do tego, był jeszcze kochankiem Katarzyny II, jednym z morderców jej syna, Pawła, rozgromił turecką flotę w bitwie pod Czesmą i tysiącom innych oddawał się rozrywek. Na starość popadł od tego wszystkiego w mizantropię i posiłki spożywał w towarzystwie swoich wybranych ogierów twierdząc, że wśród ludzi nie znalazł równie godnego towarzystwa...

W przypadku ludzi sukcesu na miarę hrabiego Orłowa nie ma co oczekiwać: jeśli bowiem pominąć nieistotne użytkowo cechy, takie jak kolor skóry, włosów czy oczu – to populacja ludzka jest za mało „skonsolidowana“ (tj.: zawiera zbyt mało osobników homozygotycznych), aby samym tylko krzyżowaniem osiągnąć jakiś dostrzegalny „postęp hodowlany“. Co prawda – populacja ludzka jest też najmniej chyba ze wszystkich zwierząt przebadana pod tym względem – bo też i badanie tego rodzaju łatwo prowadzi albo na manowce (jeśli jest nierzetelne) – albo pod gilotynę politycznej poprawności (gdy np. ktoś próbuje dociec przyczyn nadreprezentacji tej lub owej nacji – dajmy na to: wśród laureatów nagrody Nobla…).

W rzeczy samej, podejmowane były w przeszłości pewne, na intuicji oparte – próby „hodowli ludzi“. Próby te można od metra podzielić na dwie kategorie (one są czasem stosowane równocześnie – a czasem: rozbieżne…). Jedną jest „kultura skały tarpejskiej“ – wedle której usuwa się z grona żyjących osobniki fizycznie lub mentalnie „niesprawne“ (jakkolwiek by się ową „niesprawność“ definiowało – bo to wcale nie jest oczywiste!). Drugą zaś – „kultura samolubnego genu“ – wedle której grupa rządząca monopolizuje wyższe szczeble drabiny społecznej – a krzyżuje się tylko we własnym gronie, efekty „mezaliansów“ wykluczając od udziału w dziedziczonej władzy i pozycji społecznej.

Oba te eksperymenty żadnych widocznych przewag hołdującym im kulturom nie dały: Spartanie, choć ich państwo trwało przez 800 lat, dali się w końcu spacyfikować i nic im w tym ich fizyczna doskonałość nie pomogła – a i po dawnej arystokracji próżno dziś szukać śladów wśród elit władzy (czego nie można powiedzieć o potomkach stangretów, psiarczyków i chłopów pańszczyźnianych…).

W rzeczy samej, współczesna wiedza o genetyce pozwala znacznie te dawne „kultury hodowlane“ udoskonalić. Po pierwsze i najważniejsze – dzięki bardzo prostym i tanim testom można już mieć obecnie 100% (niemal…) pewność co do pochodzenia dziecka. Jest to rewolucja jak chodzi o rozmnażanie ludzi – wedle różnych badań, które kiedyś tam przelotnie czytałem, do tej pory od kilku, aż do nawet kilkudziesięciu procent dzieci miało innego ojca biologicznego, niż wpisany w metryce urodzenia. W przypadku zwierząt gospodarskich, takie skandale – choć kilka odnotowała historia, gdy przypadkiem dały godne zauważenia rezultaty – zdarzają się jednak zdecydowanie rzadziej.

Rozpowszechnienie się tego rodzaju testów (co widzimy obecnie przecież na każdym kroku…) musi wywołać rewolucję obyczajową. Albo kobiety przestaną zdradzać (co wydaje się nieprawdopodobne…) – albo mężczyznom przyjdzie pogodzić się z faktem, że nigdy nie panowali i dalej nie panują nad propagacją swoich genów… Jak można znieść ten smutny fakt, gdy staje się częścią wiedzy, a nie wiary..? No cóż: można na ten przykład – zrezygnować z posiadania potomstwa w ogóle…

Po drugie – można też skutecznie (i coraz taniej!) eliminować płody obciążone wadami genetycznymi. Fakt ten można oceniać moralnie na różne sposoby. Jednak – obawiam się – jest to obszar na którym moralność nieuchronnie przegra z techniką. Dopóki jeszcze takie wady, wykryte w stadium życia płodowego, wymagają aborcji – szale u wagi mogą się przechylać to w jedną, to w drugą stronę – nie na ostatnim miejscu także i dlatego, że sama ciążą, mniejsza już o jej efekty – wywołuje hormonalne zamieszanie w ciele kobiety. Co jednak poradzić, gdy prosty test, wymagający poślinienia szkiełka podstawkowego – może powiedzeć starającej się o potomstwo parze, z jakim ryzykiem takich lub innych obciążeń powinni się liczyć, zanim jeszcze w ogóle pójdą do łóżka..? Co jest moralnie nagannego w poślinieniu szkiełka podstawkowego? Obawiam się, że tak aseptyczna i aseksualna czynność – nie jest zdolna do wywołania moralnej refleksji na taką skalę, by rozpowszechnianie się tej techniki – w jakikolwiek widoczny sposób zahamować.



Kolejnym krokiem będzie manipulacja genami. I to jest właśnie – dopiero ta szansa, na którą rzeczywiście czekają generałowie, biurokraci i politycy! „Tradycyjna“ hodowla ludzi – nie ma sensu. Nikt z żyjących nie doczekałby nawet jej rozpoczęcia, nie mówiąc już o – dostrzegalnych rezultatach. Jeśli jednak generał będzie mógł sobie zaprojektować takiego żołnierza, jaki mu się wymarzył? Jeśli rząd lub powiązana z nim korporacja postanowi zbudować sobie robotników nie wymagających np. światła słonecznego, czystej wody, odpornych na wysoką zawartość szkodliwych gazów w powietrzu, a przy tym – silnych, precyzyjnych, a posłusznych – i przez to idealnych do pracy w kopalni? Kto niby – miałby generałów, biurokratów i polityków przed skorzystaniem z takiej możliwości – powstrzymać? Przecież – nie można odstać w wyścigu! Kto pierwszy możliwość tworzenia „nowych gatunków człowieka“ dopuści – zyska niewątpliwie przewagę militarną, technologiczną i ekonomiczną. A jeśli tak – to krok ten jest nieuchronny i nastąpi na pewno.

No, chyba że wszystko szlag trafi zanim uda się pokonać wciąż jeszcze ogromne trudności techniczne, stojące na drodze do ziszczenia tej możliwości…

niedziela, 21 października 2012

Klaudynka i Zulus

Czy koń może człowiekowi uratować życie? W dzisiejszych czasach - gdy raczej nie chodzi o wynoszenie rannego jeźdźca spod ognia karabinów maszynowych i dział lub rączą ucieczkę przed Tatarami..? Może!

Oczywiście nie sam - bo nie udałoby się to samemu tylko koniowi bez lekarzy onkologów, bez Zulusa i bez paru innych rzeczy. Ale też koń, mam wrażenie, swoją rolę odegrał - i to wcale nie taką niebagatelną: jako część motywacji do tego, aby wyjść z choroby, aby żyć..

Teraz nie będę Państwu tej historii opowiadał. Poinformuję gdzie i kiedy będzie można ją przeczytać - tak więc, tradycyjnie: zostańcie Państwo z nami!

Dam tylko, na zachętę, kilka zdjęć z piątku, kiedy to odwiedziłem Klaudynkę i Zulusa. Na początek ich magiczna dąbrowa:
Swoją drogą, jeśli jakiś hodowca świń z obszaru położonego pomiędzy Grójcem a Białą Rawską chciałby pomóc Zulusowi w uprzątaniu ścieżek biegowo - jeździeckich z żołędzi, zalegających tam naprawdę tonami w tym roku - to mógłby to być obustronnie korzystny interes!

Klaudynka i Zulus obiecali nas odwiedzić za tydzień (Zulus zresztą, rekonesansowo, był już u nas tydzień temu) - to i tym, jeśli ktoś z Państwa wyrazi ochotę, będzie można porozmawiać...

Na koniec - jedno tylko ujęcie głównych bohaterek opowieści, którą mam nadzieję Państwa zaintrygować i skłonić do zakupu czasopisma (tylko jeszcze nie wiem - którego i w jakim miesiącu...): Klaudynka z Mają.
Tymczasem u nas jeszcze bardziej mgliście niż wczoraj - ale nie tak ładnie, bo póki co bez słońca. Chcąc nie chcąc jednak - trzeba się zająć gospodarstwem. Tak więc - na chwilę: znikam sprzed końputera...

sobota, 20 października 2012

Mgła 2 i 3/4

Czy mogłem się powstrzymać..? Pewnie że nie! Pokusom należy ulegać od razu - jak radził kiedyś pewien nader biegły w sofistyce Dyabeł, bodaj czy nie u Dostojewskiego - inaczej, grozi popadnięcie w gorszy jeszcze grzech pychy. Tak więc, gdy wygoniłem konie na pastwisko i zobaczyłem co się dzieje - nie mieszkając wróciłem po aparat:
Nie to, żeby wszyscy zaraz musieli się zachwycać, bo w rzeczy samej - wcale się nie zachwycają:
W związku z czym wracam do opisywania przygód Klaudynki i Zulusa - o których, mam nadzieję, niezadługo przeczytacie w jakiejś końskiej prasie...

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...