niedziela, 30 września 2012

Sennie

Po deszczowej nocy konie wykorzystały słoneczny poranek do solidnego wydrzemania się:
Cyknąłem przy okazji jakieś grzybki:
samo zdrowie - nieprawdaż..?
i ani podejrzewałem, że Lepszą Połowę najdzie ochota na grzybobranie - w wyniku czego wyniesiemy (po deszczowej i dość ciepłej nocy, przypominam...) z Wielkiego Padoku, samych tylko borowików, takich jak ten powyżej - czterdzieści, a wszystkich grzybów - cztery kobiałki.

Ponieważ Lepsza Połowa już przy drugiej kobiałce zapowiedziała, że zagoni mnie do obierania tego bogactwa, protestowałem, sabotowałem, opóźniałem i wymigiwałem się jak mogłem - i tylko dzięki temu, kobiałek było zaledwie cztery, a nie na ten przykład - sześć...

Jeśli ta zbrodnicza praktyka ma się powtarzać - to nie mam najmniejszego zamiaru zbierać jakichkolwiek grzybów..! No - są przecież jakieś granice chyba..? Obieranie maślaków (które stanowiły około połowy całego zbioru) do przyjemności nie należy...

A chciałem nazbierać dzikich gruszek na wino - ale już mi przeszło na dzisiaj (a jutro ma padać...).

Na szczęście, niektóre grzyby można tylko podziwiać - nie trzeba zaraz obierać ich ze skórek (a przynajmniej - nie jest to wskazane...):
a jeszcze inne - przestały nas interesować, odkąd 3 lata temu, poczułem się po nich nieszczególnie:
tymczasem, w wielkim świecie, podobno niektórzy się oburzają. Cóż: ponieważ jutro ma padać, to nie będę mógł rżnąć - więc planuję podjechać do Warki, wydrukować CV, pozałatwiać różne drobne sprawunki, spotkać się może z panem Stanisławem, jeśli akurat będzie miał czas - i podjechać do Magnuszewa gdzie, jak mi pod koniec zeszłego tygodnia doniosła Ewa (uprzejmie dziękuję!), szukają personelu do nowo rozbudowanej stacji benzynowej. Życzcie mi powodzenia!

piątek, 28 września 2012

Z pamiętnika bimbrownika, cz. 3 - wino jeżynowe

Wyszło mocne, aromatyczne i słodkie. Jest to przy tym słodycz niebanalna, nieszablonowa i nienatarczywa: miodowo - korzenna, rozlewa się równomiernie, pewnie i łagodnie od czubka języka aż po gardło, ani na chwilę nie tracąc swojego, z niczym nieporównywalnego charakteru. Nie ma w tym nic z landrynkowej tandety popularnych "fabrycznych" win owocowych.

Prawdę pisząc: nie mam zbyt wiele doświadczenia jak chodzi o wina gronowe. W ilościach większych niż aptekarskie szkodzą mojej plebejskiej wątrobie. Ze wszystkich zaś win gronowych najmniejsze doświadczenie mam z winami słodkimi, których ani ja, ani Lepsza Połowa (bynajmniej nie cierpiąca na taką samą jak moja przypadłość...) nie lubimy. Ale dawnymi czasy, gdy byłem pełnym ambicji studentem stosunków międzynarodowych (he, he, he...), prowadziłem wcale systematyczne studia nad smakami różnych gatunków win, z samozaparciem godnym lepszej sprawy znosząc wynikające z tego dolegliwości. Enologiem bym się nie nazwał, ale coś tam pamiętam.

No i problem w tym, że moja pamięć nie podpowiada mi niczego porównywalnego. Malaga jest od naszej "jeżynki" zdecydowanie "krótsza" - atakuje przednią część języka, podniebienie i boczne ściany jamy ustnej, po czym gaśnie jak zdmuchnięta świeca. Sherry? No, może trochę - ale i to jest tylko bardzo zgrubne porównanie. Wina mołdawskie albo słodki tokaj - nie mają tej łagodnej pewności siebie, są w porównaniu do "jeżynki" nerwowe i brutalne. Nie! Tego się nie da z niczym porównać: jest to po prostu wino jeżynowe. Klasa sama w sobie i dla siebie.

Wyszły nam po rozlaniu baniaczka trzy takie litrowe butelki i kubeczek. I tym kubeczkiem obojeśmy się uraczyli wczoraj, Lepszej Połowy, która tak w ogóle to jest chora, twierdzi że nie czuje żadnych smaków i rzyga nawet od szklanki wody - nie wyłączając (i jakoś jej ani zapach drożdżowy, typowy dla młodego wina nie przeszkadzał, ani wcale niedobrze po tym łyczku czy dwóch nie było...). Wypiwszy większą część kubeczka tak się rozluźniłem, że... no, mniejsza z tym!

Co tu jeszcze mogę dodać? Odnalazłem swoje życiowe powołanie, Drodzy Państwo! Nareszcie!

Ponieważ mamy wolny baniaczek w konsekwencji - kombinujemy, co by tu następnego nastawić. Jest jeszcze czeremcha - ale może wygrzebię jakiś inny przepis na jesienne owoce? W lodówce czeka zamrożona jarzębina - ale na to zawsze jeszcze będzie czas...
-----------------------------------------------------------------------------------------

Zbierając czeremchę dwa dni temu - napotkałem jednego z naszych starszych sąsiadów. Okazuje się, że owo pożyteczne drzewo pojawiło się w naszej okolicy zaledwie około 10 lat temu - i ludność miejscowa do tej pory nie wie jeszcze, że jego owoce są dobre. Uświadomiłem tedy Sąsiada - dałem mu spróbować i przyznał, że smaczne.

Zastanawia mnie tylko - o czym właściwie świadczy taka ekspansja czeremchy? Nawet nie wiem, czy to jest czeremcha europejska czy amerykańska - zresztą, who cares, skoro jest dobra? Europejska czeremcha z dawien dawna występowała na północny wschód od nas - jeśliby to jej ekspansja miała miejsce, trzeba by to chyba uważać za oznakę... oziębienia..?
----------------------------------------------------------------------------------------

Wiem, wiem: powtarzam się. Ale może u kogoś z Państwa stoi gdzieś w kącie albo na strychu nikomu niepotrzebny, kurzący się tylko baniaczek? Niekoniecznie od razu taki wielki, pękaty - używamy głównie baniaczków 5-litrowych i, biorąc pod uwagę wydajność naszego sokownika z Pierdonki, jest to objętość bliska optymalnej... więc: kurzy się może coś takiego..? A u mnie by się nie kurzyło...

A jeśli jeszcze ktoś z Państwa ma może przypadkiem po Szanownym Przodku, bohatersko walczącym z komuną czynem i ciężką pracą, a nie bezpłodnym gadaniem aparaturę destylacyjną której nie używa i używać nie ma potrzeby - to znalazłby we mnie dożywotniego dłużnika i dostawcę różnych smacznych i rozweselających rzeczy (nie tylko w płynie zresztą...).

czwartek, 27 września 2012

Miłość: uniwersalny zastępnik wszystkiego?

Przyznaję: bywam brutalny i apodyktyczny. Miała prawo dziewczyna poczuć się zaatakowana, więc przepraszam – publicznie i głośno, żeby nie było.

Skądinąd jednak – problemu to nie likwiduje. Czy miłość właściciela może zastąpić koniowi pastwisko? Czy miłość do zwierzęcia zastępuje właścicielowi wiedzę i doświadczenie?

Żeby nie było, że tylko krytykuję – owszem, można trzymać konie na małej działce terenu i zachować je w dobrym zdrowiu i wspaniałej kondycji. Robi tak przecież nasz przyjaciel Zbyszek z Frontierem i Melonem – ale to są konie ciężko pracujące, w naprawdę forsownym treningu rajdowym. Koniki polskie naszej sympatycznej koleżanki – pracują co najwyżej lekko.

Na czym polega różnica? Na przemianie materii. Prawidłowe działanie układu trawiennego konia wymaga jego stałego wypełnienia na pewnym minimalnym poziomie – inaczej flora jelitowa ginie i koń choruje. Dlatego absolutną podstawą w żywieniu konia ZAWSZE jest pasza objętościowa: niezależnie od tego, czy jest to koń w ciężkim treningu, czy „żywa kosiarka do trawy“. To, ile paszy treściwej można do tej podstawy dodać – zależy od tego, jak dużo  koń się rusza. Dla każdego zwierzęcia indywidualnie da się dobrać optymalną kombinację pasz w zależności od tego, jakiemu wysiłkowi jest poddawany. Z tym, że zawsze lepiej dać paszy treściwej mniej niż za dużo – tak naprawdę koń prawie że nie potrzebuje białka, tyle mu go dostarczają różne wymoczki, żyjące i zdychające w jego jelicie ślepym (i stąd koń jest samowystarczalny jak chodzi o białka egzogenne, w przeciwieństwie do człowieka: gdyby człowiek miał być „z urodzenia“ jaroszem, to powinien mieć sporo większy brzuch niż ma – i miejsce na wymoczki tamże…). Że dodajemy koniom paszy treściwej do diety – to nie dlatego, że tak jest dla nich zdrowo, tylko dlatego, że nam to ułatwia życie: bo pasza treściwa daje więcej energii w jednostce czasu, więc koń może DŁUŻEJ pracować, a krócej – żerować.

A spośród wszystkich możliwych rodzajów paszy objętościowej – najlepsza dla konia jest świeża ruń pastwiskowa, z której sam sobie wybiera to, co mu akurat smakuje…

Oczywiście, wszystko co powyżej – absolutnie nie dotyczy chłopskich koni, trzymanych po oborach. I prawidłowo zresztą, bo w tym przypadku, celem żywienia nie jest ani utrzymanie koni w dobrym zdrowiu i optymalnej kondycji, ani nawet – jakkolwiek rozumiana ekonomia (wypas konia jest przecież najtańszym możliwym sposobem jego żywienia… w każdym innym wypadku, nie tylko musimy zebrać lub kupić karmę, ale też – ponosimy „energetyczny koszt“ podetknięcia jej koniowi pod paszczę!). Celem żywienia chłopskich koni trzymanych po oborach jest jak najszybszy przyrost tkanki tłuszczowej. Po co ta tkanka tłuszczowa, to już nie będę, przez wzgląd na wrażliwe dziewczęta, które mogą to czytać wyjaśniał – ale owszem: konina jest smaczna i zdrowa (choć byłaby i smaczniejsza i zdrowsza, gdyby te chłopskie koniki jednak czasem chociaż – pastwisko oglądały…).

Sam mam w tej chwili poważny problem. Nasze konie należą do rasy charakteryzującej się bardzo dobrą (tj. szybką) przemianą materii i bardzo dobrym wykorzystaniem paszy. Pozostawione od kwietnia na pastwisku 24 godziny na dobę – bez jakiejkolwiek w tej chwili pracy pod siodłem czy na lonżowniku, bośmy się strasznie pod tym względem rozleniwili (na początku kobyły nie miały do tego głowy, zajęte Knedlikiem, a i Knedlik strasznie rozrabiał, gdy którąś próbowaliśmy mu zabrać poza ogrodzenie – a z biegiem czasu my wypadliśmy z rytmu…), dostając do tego symboliczną garstkę owsa trzy razy dziennie (mniej niż miarka na łeb łącznie dobowo wychodzi – a to tylko po to, żeby chciało im się wędrować pod wiatę, gdzie można je napoić: bo nie zawsze robią to chętnie, a powinny pić regularnie…) – spasły się jak świnie po prostu! Wstyd je pokazywać w tej chwili…

Obawiam się, że bez powrotu do pracy tych obwisłych brzuchów – nie tylko nieestetycznych, ale też niezdrowych, źrebna kobyła nie powinna być tak zapasiona – nie zlikwidujemy. Dlatego wkrótce – pewnie od przyszłego tygodnia, bo zmiana czasu wybitnie to na nas wymusi – popołudnia będą spędzać pod wiatą i pracować. Na początek – na okręgu.

Mamy ten problem POMIMO, że nasze pastwiska są dość rozległe – dla mnie przynajmniej (też się roztyłem, swoją drogą – rok temu miałem o wiele więcej biegania, bo w dodatku do tego wszystkiego, regularnie wyszukiwałem też konie błąkające się po bliższej lub dalszej okolicy…), przejście tego prawie 1,5 km 3 razy dziennie po to, żeby konie zazwyczaj pasące się w najbardziej odległym kącie pastwiska przyprowadzić – to już jest całkiem przyzwoity trening. Jak łatwo policzyć, przechodzę codziennie nie mniej niż 4 – 5 km (a jak mi się zechce grzyby pozbierać, albo rżnę młode brzózki i sosenki, czy zbieram owoce – to całkiem spokojnie wychodzi 10 km dziennie i wcale to nie jest dużo: zeszłej jesieni, jak obliczyłem wtedy – robiłem średnio dziennie ok. 20 km…) – a nasze konie, nieustannie krążąc po pastwisku, dzień w dzień pokonują kilkukrotność tego dystansu.

Pastwisko to nie tylko żarcie – ale też ruch. Podstawą dobrej kondycji psychofizycznej u konia, który jest z natury zwierzęciem wędrownym – jest zachowanie właściwej kombinacji tych dwóch czynników. Im więcej ruchu – tym więcej może koń bez szkody dla zdrowia zeżreć. Ponieważ zaś głodzić konia nie można (robi to się wyłącznie przed operacjami w obrębie jamy brzusznej – i wiąże się z poważnymi komplikacjami zdrowotnymi, bo odtwarzanie zniszczonej flory jelitowej u konia do zadań prostych i łatwych nie należy…), istnieje też pewna minimalna ilość ruchu fizycznego, którą koń MUSI mieć zapewnioną, jeśli ma być zdrowy.

Ciężko pracujący koń może pastwiska nie potrzebować wcale – bo konieczny mu dla zachowania zdrowia ruch ma w pracy, a pracując tak długo i tak nie miałby czasu na samodzielne wybieranie najsmaczniejszych kąsków z pastwiskowej runi – trzeba mu żarcie dać pod nos, żeby miał czas się wyspać i odpocząć. Ale koń pracujący lekko? Bez pastwiska?

Owszem: w zdecydowanej większości stajni pensjonatowych pod Warszawą tak przecież jest. Tylko co się dziwić, że potem konie kolkują, cierpią z powodu ochwatu a nawet – ostatnio, coraz częściej – zapadają na cukrzycę?

No więc, wracając do tematu: czy miłość właściciela może zastąpić koniowi pastwisko?

Jest to poważne pytanie. Pytanie, które sam sobie też muszę zadawać – wprawdzie ja akurat pastwiska dla koni mam, ale kto może wiedzieć, czego innego mi zabraknie „w godzinie próby“..? Biorąc pod uwagę, że przecież wszystko może się zdarzyć, a jak na razie – moja sytuacja materialna jest jaka jest?

Kto wie? Może się zdarzyć, że będę w kwietniu żebrał o pomoc, gdy mi się któraś rozerwie przy porodzie, albo co innego, nieprzewidzianego się zdarzy?

Racjonalna odpowiedź jest oczywiście taka jaka jest – jak kogoś na konie nie stać, to powinien je sprzedać. Że tego nie robię – to dlatego, że bynajmniej nie tracę nadziei na (rychłą dość) poprawę sytuacji. No i – póki miałem za co, zadbałem o to, co uważam za najważniejsze: o pastwiska właśnie! Ich rozległość, tak męcząca gdy chodzi o sprowadzanie koni na pojenie, czy o grodzenie – daje nam ten komfort, że nawet w tak fatalnym dla trawy roku jak ten – nasze konie wciąż mają co jeść i problemem dla nas nie jest brak trawy, tylko brak chętnych do wykoszenia naszych niedojadów…

Oceniając minione trzy lata stwierdzam, że decyzja o zakupie Boskiej Woli – była optymalna. Siedząc wciąż w Warszawie miałbym tylko minimalnie lepsze szanse na zdobycie pracy (i lepsze jej wykonywanie: bo nie ma się co czarować, przy tych cenach ropy jakie są, dojeżdżanie do Warszawy samochodem jest w tej chwili mało sensowne…) – a koni już dawno byśmy musieli się pozbyć, bo nie ma mowy, abym je tak długo po pensjonatach utrzymał! Właściwie, to żałować mogę tylko tego, że przenieśliśmy się tak późno – i że mieliśmy początkowo nierealistycznie optymistyczne i megalomańskie idee jak chodzi o zabudowę. Gdybym, zamiast zlecać wykonanie projektów, użył jakiegoś projektu gotowego i z góry założył, że naszym priorytetem nie jest piękna murowana stajnia – pewnie byśmy nie mieli długów, a i mieszkalibyśmy i my i nasze konie – bardziej komfortowo… Inna sprawa, że wiele nas to projektowanie nauczyło - i kto wie, może się jeszcze przyda..?

Wizualizacja naszego projektowanego basenu do pławienia koni - może nie jest to pomysł idealny na czasy kryzysu, ale dalej uważam, że trudno by było na tym biznesie stracić! Gdyby tylko mieć za co ów basen wybudować - jakieś ćwierć miliona potrzeba...


Tyle, że taka właśnie, a nie inna decyzja i co do zakupu ziemi – i co do sposobu jej zagospodarowania: to był efekt bez mała 20 lat przykrych często i traumatycznych nawet doświadczeń – tego zwłaszcza doświadczenia, tak częstego w podwarszawskich stajniach pensjonatowych, gdy trawa na wybiegu kończy się… w maju? Na pytanie zatem, czy miłość do koni może właścicielowi zastąpić wiedzę i doświadczenie – odpowiadam zdecydowanie przecząco.

Prawdopodobnie, żeby wiążąco i ostatecznie odpowiedzieć na pytanie, czy miłość właściciela zastępuje koniowi pastwisko – trzeba by wejść w skórę konia.

A Ty, co o tym sądzisz Czytelniku – czy miłość naprawdę jest uniwersalnym zastępnikiem wszystkiego..?

środa, 26 września 2012

Come back

Prawdę pisząc, najchętniej wziąłbym się za pielenie ogródka (którą to pracę zaplanowałem sobie na dzisiaj). Niestety, po mglistej nocy, świat się zarosił tak, że aż do gumiaków się wlewa:
Z konieczności zatem - trochę Państwa, jak to Lepsza Połowa zwykła mawiać - "pomęczę".

W pierwszej kolejności, chciałbym podziękować Ludce, Tupai i Kamphorze za wyróżnienie:

Fakt, że tak długo nie dziękowałem, nie jest wyrazem lekceważenia, tylko zaaferowania - nie wiedziałem bowiem, co mam z tymi nagrodami zrobić? Warunków, jakimi opatrzona jest ta nagroda spełnić żadną miarą nie mogę: ani nie przychodzi mi do głowy aż 6 rzeczy których moglibyście o mnie nie wiedzieć, ani też, nie umiałbym wybrać zaledwie 15 ulubionych blogów - tym bardziej, że najulubieńszymi są bardzo rzadko aktualizowane lub wręcz zarzucone już w pewnych wypadkach, które i tak "trzymam" na blog rollu, a po których w żadnym razie nie można się spodziewać przedłużenia tego "łańcuszka".

Żeby choć gestem w kierunku obu Szanownych Blogerek się wykazać, zdradzę Państwu jeden sekret.

Otóż, tak naprawdę - jestem nieśmiały. Tego może nie widać, bo nie da się ukryć, że lubię sobie pogadać, a i ćwiczyłem naprawdę długo i naprawdę ciężko, żeby umieć to robić - ale, choć równie długo i równie ciężko ćwiczyłem także i śmiałość, w dalszym ciągu przed każdym publicznym wystąpieniem (a byłem przecież prezenterem sprzedaży bezpośredniej...), a czasem nawet przed rozmową w cztery oczy lub przez telefon - paraliżuje mnie trema. Owszem, na ogół z powodzeniem sobie z nią radzę (z wyjątkiem relacji romantycznych z kobietami, co do których, póki nie pojawiła się Lepsza Połowa, eee... 16 lat temu? - nie radziłem sobie wcale a wcale...) - ale fakt, że po tylu latach nic się w tej materii nie zmienia (a walczę z tym zjawiskiem niemal odkąd pamiętam - od szkoły podstawowej co najmniej...), nieodmiennie mnie samego zadziwia...

Przez poprzednie dwa dni, operując świeżo odebraną z serwisu piłą (panowie z serwisu potraktowali mój problem lekceważąco, ograniczając się do "regulacji" - i już, na słuch tylko czuję, że awaria wkrótce się powtórzy... No ale nic: gwarancję mamy na 3 lata, chcą naprawiać do upadłego - będą naprawiali do upadłego - skoro nie chciało im się zrobić raz a porządnie..?),  oraz moją niezawodną siekierą, powiększyłem nasz zapas drewna z 70 do 90% objętości wiaty na drewno. Kolejnym ładunkiem przekroczymy 100%: a chcę w tym roku, spodziewając się zimy wczesnej, ostrej i długiej, zgromadzić co najmniej 130 - 140% "normalnego" zapasu. To dopiero powinno pozwolić na palenie do kwietnia, bez konieczności dożynania zimą dodatkowych brzózek. Co zresztą, okaże się w praktyce, bo jak do tej pory, ile bym drewna jesienią nie zgromadził - nigdy jeszcze do końca sezonu grzewczego nie starczało...

Sąsiad przywozi w sobotę sadzonki truskawek. Pyta się nas, czy nie chcemy trochę. Po prawdzie, już wiosną planowaliśmy jakieś 40 do 60 krzaczków truskawek jesienią posadzić tam, gdzie w tej chwili rośnie jeszcze len i mięta. Problem polega na tym, że len jeszcze całkiem nie dojrzał, w tej chwili, zdaje się, byłby dobry na włókno - gdyby był trochę wyższy - bo nasionom jeszcze tydzień lub dwa do pełnej dojrzałości brak. Mięty w ogóle nie chcemy likwidować, choć sądzę, że trzeba ją trochę ograniczyć, bo rozrosła się znacznie ponad nasze porzeby. Tak czy inaczej - trzeba doprowadzić ogródek do kultury, dopiero po tym będzie można zdecydować, czy chcemy te truskawki, czy zaopatrzymy się w nie sami, z innego źródła później.

Tytoń, którego śmierć wieściłem przedwczoraj - jednak się pozbierał i żyje. Padły za to całkiem pomidory, dynie, resztki ogórków i arbuz. Spore straty odnotowała też Lepsza Połowa na spirali ziołowej.

Nasze pyrki, posadzone na końskim nawozie na "byłej pustyni", brutalnie traktowane przez nieznaną nam bliżej zarazę, a potem zbuchtowane przez dziki, czego już, w rozpaczy będąc, nawet nie opisywałem, jeszcze trzy tygodnie temu, gdyśmy jeden krzaczek próbnie wykopali, nie obiecujące żadnego zgoła urodzaju - po wrześniowych deszczach obrodziły nader obficie ogromnymi i bardzo smacznymi bulwami. Znakiem tego: głodem nas tu nie wezmą!

W poniedziałek dotarł do nas baniaczek przysłany przez Isabelle z forum Re-Volty. Serdecznie dziękujemy, zalewa drożdżowa już mętnieje, dziś napełniamy go  czeremchowym moszczem! Zawartość rewanżowej paczuszki już przygotowana, nadamy ją, gdy tylko będziemy w Warce...

Na koniec - najważniejsze. Otwieram ci ja, jak co środę, stronę "Najwyższego Czasu!" - i co widzę? Ano - Kolega Nadredaktor wreszcie, po ponad pół roku od ostatniej mojej na tych łamach bytności - docenił jeden z ostatnich, także i tutaj prezentowanych tekstów. Ihaaaa! No po prostu: I'm back! W sensie, że w jakimś tam obiegu jednak się odnajduję - z czego cieszę się, jak to na Kociewiu mawiają, jak goły w pokrzywach, to prawda - ale w sumie: czemu mam się nie cieszyć..?

Polecam też - do ściągnięcia ze strony "Końskiego Targu", lub do obejrzenia na fejsbukowym profilu tejże gazety: pełną wersję mojego artykułu o fotografowaniu koni, którego skrót ukazał się był drukiem we wrześniowym numerze.

To tyle, mili moi parafianie: nim się uporam z publikowaniem wpisu, pewnie rosa wyschnie, będzie można brać się do roboty...

wtorek, 25 września 2012

Czy własność może szkodzić?

Dla pewnej grupy prominentnych czasem myślicieli, ideałem życiowym jest Diogenes zwany Psem: człowiek, który zamieszkał w amforze (beczek Grecy nie znali, to celtycki wynalazek, rozpowszechniony dopiero przez Rzymian…), a samemu królowi Macedonii potrafił przygadać, tak był wolny i niezależny.

Zresztą, podobnych abnegatów nie tylko śródziemnomorska tradycja zna na pęczki: i jednym z najczęściej podnoszonych powodów, dla których to nie Indie, a zwłaszcza nie Chiny (przez tysiące lat przodujące jak chodzi o zmyślność różnych wynalazków…) wybuchły rewolucją przemysłową, przesuwając całą ludzkość w górę skali Kardaszewa – jest to, że myśl tamtejsza, rzekomo, piętnuje przywiązanie do materialnej własności, wyżej stawiając „rozwój duchowy“ (cokolwiek by to miało nie znaczyć). Uważam takie stanowisko za przesadzone. Tak przez Webera podnoszona „moralność protestancka“ jest zjawiskiem stosunkowo późnym, zasadniczo rzecz biorąc – XIX-wiecznym (zawsze mnie śmieszy pruderia brytyjskich „klas wyższych“ w epoce wiktoriańskiej – w zestawieniu z powszechnie przecież znanym faktem, że „nogi jej wyrastają“ z rozpusty Henryka VIII… jeszcze w latach 50-tych XX wieku np. generała Andersa spotkał afront zakazu pojawiania się na Dworze św. Jakuba, gdzie wcześniej go zapraszano – bo rozwiódł się z żoną… czyż to nie paradne..? Do Watykanu jakoś „wilczego biletu“ nie dostał…).

Nie wiadomo, co tu jest przyczyną, a co skutkiem. W konsekwencji, piękna bo prosta teoria, dlaczego to właśnie Zachód, a nie Wschód – leci na śmietnik…

Dziś jednak nie o genezie kapitalizmu (choć kiedyś o tym napiszę) – tylko o wstręcie do własności. Wstręt ów motywowany jest zasadniczo – umiłowaniem wolności. Diogenes był wolny, bo nie miał nic, co mógłby utracić: poza samym sobą naturalnie, ale o swoje ciało nie dbał, więc i jego utraty się nie bał. To ma być właśnie ideał „człowieka w pełni wolnego“.

Budda tą samą myśl rozwija głębiej, wskazując na konieczność „wyzwolenia się“ od wszystkich namiętności i przywiązań. Co, tak na marginesie, bardzo jest dla nas ważną wskazówką: własność – zdaniem nawet tych myślicieli, którzy ją potępiają – zdolna jest wzbudzać w człowieku namiętności i przywiązanie. Tak przemożne, że lepiej – zdaniem owych wrogów własności – całkiem usunąć owych namiętności i przywiązań przedmiot, wcale własności nie posiadając – bo nic innego wolności od owych uczuć nie zagwarantuje.

Jest to dość radykalny wniosek. Stojący w jednym rzędzie z radami „A jeźliby ręka twa gorszyła cię, odetnij ją (…) A jeźli cię noga twoja gorszy, utnij ją…” (Ewangelia wg św. Marka, roz. 9, wers 42 – 44).

Jaka to właściwie jest namiętność – i jakie przywiązanie? Zdaniem wrogów własności, owa namiętność to chciwość: żądza posiadania coraz to więcej. A owo przywiązanie, to „uprzedmiotowienie“ – traktowanie innych ludzi nie jako cele, lecz jako środki (to wedle Kanta z kolei…): do zachowania lub pomnożenia własności. Opanowany taką namiętnością i takim przywiązaniem człowiek – staje się niewolnikiem i wszystkich dookoła w niewolników zamienia.

Coś jest na rzeczy – nie twierdzę wcale że nie! Niewątpliwie człowiek, który coś ma – postępować zwykł (winien?) rozważniej niż taki, który nic nie posiada. A to z rozsądnej troski, że mógłby narazić się na odebranie swojej własności – czy to przez władzę, czy to przez jakichś innych zbójców (czasami trudno, zaiste, odróżnić jednych od drugich…).

Tak z ręką na sercu jednak – wielu Państwo spotkali chciwców, opanowanych nieopanowaną żądzą posiadania i patologicznym skąpstwem – poza kartami powieści Karola Dickensa..?

To wcale nie jest tak powszechna przypadłość, jakby to (niektórzy) moraliści widzieli: gros posiadaczy, jeśli popada w niewolę, to nie dlatego, że nie są w stanie opanować swojej żądzy gromadzenia coraz to nowych bogactw i gadżetów – tylko dlatego, że zwyczajnie, ma obciążoną hipotekę i zbyt wysokie raty do spłacania. Choroba ta, tak charakterystyczna dla społeczeństw współczesnych, nie była nieznaną już w czasach Diogenesa, zwanego Psem. Rada zresztą, której klasyczni Grecy zwykli w takich sytuacjach zażywać – była nader prosta: gdy posiadacze ziemscy i zwykli chłopi żadną miarą nie byli w stanie spłacać swoich zobowiązań, robili rewolucję i następowało tzw. „strząśnięcie długów“ (termin dość dosłowny, bo usuwano fizycznie kamienie ustawione na działkach ziemi, a symbolizujące ich dłużne obciążenie).

Solon - autor najsłynniejszego "strząśnięcia długów"


Dopiero, kiedy świat śródziemnomorski się zglobalizował i miejsce rywalizujących ze sobą państewek zajęło globalne (bo obejmujące całą ekumenę – cały „świat“ nadający się do cywilizowanego życia, poza którym pozostawała tylko dzicz) Imperium Romanum – praktyki tego rodzaju, o ile nie dotyczyły samego Imperatora – odeszły w zapomnienie. Od tej pory, niewypłacalność skutkowała utratą własności na rzecz wierzyciela – włącznie, z własnością samego siebie, bo jeśli nie starczało majątku dłużnika, oddawano w niewolę jego samego, wraz z rodziną.

Trochę powyżej przesadziłem, rzecz jasna, ale to w celach edukacyjnych. Pozwala to w innym świetle ujrzeć tak wychwalaną przez durniów pokroju Wałęsy, o „młodych, wykształconych z wielkich miast“ nie wspominając globalizację, rozumianą jako tworzenie ponadnarodowch instytucji i organizmów gospodarczy. Wielbiciele tego zjawiska pytani o jego powody, bredzą coś od rzeczy o „komplikowaniu się gospodarki“ i „współzależności“, jakby to były rzeczy nowe, a nie znane i praktykowane od paleolitu – a w istocie, żadnego logicznego powodu, dla którego organizm wielki, zbiurokratyzowany i skorumpowany, miałby być wydajniejszym i łatwiejszym w zarządzaniu od mniejszego, choćby i tak samo zbiurokratyzowanego i skorumpowanego – podać nie potrafią.

Tymczasem przecież Jewrosojuz otwartym tekstem przyznaje się do tego, że kolejne rozszerzenia jego członkostwa i powiązań z innymi, podobnymi strukturami, temu przede wszystkim służą, aby uniemożliwić ucieczkę kapitału z przeregulowanych i przeciążonych nadmiarem tak długów, jak i podatków – gospodarek Niemiec i Francji. Powstał nawet termin „dumping socjalny“ – na oznaczenie takiej praktyki, gdzie jakiś kraj śmie przyciągać inwestycje (i eksportować potem towary) skrzętniejszą gospodarką, generującą mniejsze obciążenia dla przedsiębiorców…

Przy okazji pokazuje się dowodnie, że nie jest prawdą twierdzenie, jakoby posiadanie własności odbierało ochotę na bunt przeciw istniejącemu status quo. Niczego nie posiadający lumpenproletariat nie zbuntuje się przeciw „tyranii socjalnej“ współczesnego gosudarstwa. Dlaczego miałby to robić? W jakiejś części przecież – korzysta z jego systemowego przekupstwa, pobierając (za nic…) jakieś tam zasiłki czy stypendia. Jeśli ktokolwiek miałby ewentualnie powody, aby się buntować – to zadłużeni po uszy (zadłużeni, nie ukrywajmy tego, nie tylko z powodu własnej lekkomyślności, ale też, a nawet głównie – z powodu konkurencji rządu, najpierw pompującego w rynek tony nic nie wartych „zapisów elektronicznych na kontach bankowych“, a potem – skutecznie podnoszących cenę kredytu, gdy braknie tych „zapisów“ na koncie budżetowym…) posiadacze „apartamentów“ na Tarchominie. Być może zresztą tak zrobią, gdy będą im groziły masowe eksmisje..?

Nic nie posiadający lumpenproletariat też jest zniewolony. Nie własnością jednak – tylko przyssaniem do państwowego cycka, więc: przekupstwem. W ostatecznym rachunku zaś – ów lumpenproletariat niewoli jego lenistwo. Pracy bowiem, dzięki której mógłby w inny sposób zdobywać środki do życia – pewnie by nie brakowało. Jednak, żebranie łaski gosudarstwa – jest o tyle łatwiejsze i tyle mniej wymaga wysiłku…

To jest właśnie powód, dla którego nie traktuję poważnie ani przeszłego już „buntu przeciw ACTA“, ani też – „ruchu oburzonych“. Są to bowiem li i jedynie formy szantażu ze strony lumpenproletariatu, na to obliczone, aby przypadkiem państwowy cycek nie wysechł. Nie ma tu śladu woli jakiejkolwiek systemowej zmiany. Niczego takiego zresztą – być tu po prostu nie może! Więcej nawet: jeśli rzeczywiście miałoby dojść do „buntu dłużników“ – nic nie będzie prostszego dla rządu (gdziekolwiek to się nie wydarzy), jak poszczuć lumpenproletariat przeciw „chciwym posiadaczom“, których bunt grozi właśnie – zmniejszeniem strumienia zasiłków i stypendiów! Co przecież też się i w świecie antycznym nie raz zdarzało…

Wracając do naszych baranów, czyli do „wstrętu do własności“. Jak widać, nieprawdą (a przynajmniej – „nie całą prawdą“) okazało się zarówno twierdzenie, że własność przemożnie niewoli człowieka (bo ani przemożnie – ani nie tylko własność taką właściwość przejawia), jak i twierdzenie, że kto coś posiada, zaraz z konieczności musi bronić status quo (jeśli bowiem status quo faworyzuje tych, którzy nic nie posiadają..?).

Z tym „niewoleniem przez posiadanie“, to mi w ogóle jakimś dziwnym resentymentem śmierdzi. Przeciwieństwem chciwości jest hojność. A sam wiem po sobie, z czasów gdy powodziło mi się naprawdę dobrze – że nic nie sprawia takiej frajdy, jak dać komuś coś za free, albo więcej niż mu by się należało – ot tak, bo ma się z czego! Czasem dokonujemy w ten sposób wymiany bogactwa na prestiż (jak w praktyce „potlaczu“) – ale też, prawdę powiedziawszy, i to nie zawsze, bo na ogół tak obdarowany, czy przepłacony, wcale od tego wielkiej czołobitności względem swego dobroczyńcy nie przejawia (a bywa, choć to też patologiczny margines, że wręcz obrabia „frajerowi“ dupę…). A jest to i tak przyjemne!

Rzecz cała, proszę Państwa, zdaje się sprowadzać do tego, co uważamy za „wolność“. Budda, jak wiadomo, dlatego zalecał uwolnienie się od namiętności i pragnień, że to miało pozwolić na „wyzwolenie się z kołowrotu wcieleń“ i osiągnięcie nirwany (czymkolwiek jest „nirwana“ – nie zamierzam się w to wgłębiać…). Kto niczego nie pragnie i żadnych namiętności nie żywi, ten przynajmniej – nie cierpi i w tym sensie jest „wolny“.

Więcej światła na to zagadnienie rzuca termin, jakiego użył św. Augustyn do tego, aby opisać stan ducha zbawionych w Niebiesiech. Termin ten, który ongiś na ćwiczeniach z historii filozofii pracowicie rozszyfrowałem z greckich znaczków (dupa wołowa ze mnie była, swoją drogą – mogłem potem, skoro dałem się poznać z bystrości umysłu i umiejętności mówienia tak na wydechu, jak na wdechu – rzecz się na pierwszym roku działa – rwać laski a rwać… i co? I jajco…), brzmi „apatia“.

Oczywiście – niekoniecznie w dokładnie takim samym sensie, jakie nadajemy temu słowu potocznie. Generalnie jednak, o to właśnie chodzi – ten jest wolny, kto do niczego się nie przywiązuje i żadnych nie odczuwa z tego powodu ograniczeń.

Dla porządku, warto zaznaczyć, że nie każda własność w takim samym stopniu przywiązuje człowieka do miejsca czy przedmiotu. Rozumiał to dobrze Juliusz Słowacki który, jak wiadomo, nie tylko „wielkim poetą był“, ale też – inwestorem giełdowym, gdy pisał: Co zaś do kupna i przykupywania ziemi, najmocniej się temu oponuję w duchu. Ziemi każdy człowiek potrzebuje mieć kawałek taki, który by go w ostatecznym złym razie z pracy rąk własnych mógł wyżywić, (literalnie mówię) tylko wyżywić. Szczęście zaś człowieka, zbliżające się najbliżej do szczęścia duchowego i rajskiego, jest w wolności jego i w wolności połączonej z potęgą. A ta wolność jest w skrzydłach, a skrzydłami, które nas nad ziemią utrzymują, są kapitały (…) Posiadanie majątku ziemskiego bowiem, ma czynić z człowieka egoistę, człowieka myślącego tylko o sobie, a wcale przez to nie pożytecznego narodowi i nie bezpieczenego przed zakusami władzy, podczas gdy spekulant, taki jak sam Słowacki który mam kilka tysięcy franków, lecz tak ruchomych, że je w każdym dniu mogę na jaki bądź czyn użyć i przed wszelką mocą i przemocą zasłonić się nimi (Korespondencja Juliusza Słowackiego, oprac. E. Sawrymowicz, t. 1-2, Wrocław 1962, str. 245 ), zmuszony jest przez samą naturę swojej własności, wchodzić w najściślejsze z bliźnimi stosunki.


W swojej „pochwale kapitału giełdowego“, posunął się wręcz do propagowania „waluty fiducjarnej“, pisząc: Papierowa moneta czyli papiery krajowe – uczą lud, nawet prosty – tej myśli, że bogactwo każdego indywiduum zmniejsza się lub rośnie wraz z pomyślnością narodu. (Polacy o tym na sejmach nie wiedzieli), owszem każdy szlachcic myślał, że przy zubożeniu całego narodu on przy swojej wsi zostawszy, skoro się utraty uchroni – stanie się możniejszym (J. Słowacki, Dzieła wszystkie, pod red. J. Krzyżanowskiego, t. 11, s. 204. Oba cytaty za: Ewa Nawrocka Buchalteria i duchowość (Słowacki i pieniądze).

No cóż: mam na ten temat dokładnie przeciwne zdanie. Własność ziemska, taka jak moja – tym się przede wszystkim przejawia w życiu człowieka, że zmusza go do wytężonej pracy nad pielęgnacją i doskonaleniem „swojego miejsca pod słońcem“. „Kapitał nie ma ojczyzny“ – własność ziemska jest wręcz ojczyzny synonimem (jako „ojcowizna“). Nie powiem, czasem patrzę z zazdrością na „królów życia“ spod sklepu – póki jednak sił starcza, nie mam zamiaru uchylać się od moich obowiązków względem ziemi (tak jest! Właściciel bowiem ma wobec swojej własności obowiązki – i są to obowiązki natury moralnej…) którą sam wybrałem i własnymi rękoma uczyniłem zdatną do życia i wydającą plony (jakie by te plony nie były). Co powiedziawszy: ruszam do pracy…

poniedziałek, 24 września 2012

Koniec marzeń?

Niestety, znowu nie zdążyłem na "różową fazę" wschodu Słońca. "Faza złoto - brunatna" wygląda mniej więcej tak:
Ostatnie resztki różowości przetrwały jeszcze na nieboskłonie południowym:
i, naturalnie, na zachodzie - w tak subtelnych jednak odcieniach, że zgodnie z przewidywaniami, matryca cyfrowa niezbyt dobrze daje sobie z nimi radę:
Bynajmniej jednak, nie tylko nie tracę nadziei, że w końcu pokażę Państwu całe to widowisko, jakie przy odpowiedniej pogodzie Siły Kosmosu odgrywają nad Boską Wolą co ranek, ale wręcz - jestem tego pewien. Wschód Słońca, naturalną koleją rzeczy wypada coraz później - a ja, o ile nie zaśpię, staram się ściągać konie z pastwiska na poranną garść owsa i wodę - o stałej porze, czyli o 6.00 rano. Jeszcze tydzień, może dwa, a "faza różowa" wypadnie na moment, gdy będę już w miarę swobodny...

Tak więc: jak o to chodzi - o żadnym "końcu marzeń" mowy być nie może.

Koniowate też mają się dobrze. Po śniadaniu zostawiłem je na chwilkę pod wiatą, żeby się napiły (wyrzucam je z powrotem na pastwisko od razu, jeśli piją od razu i chętnie - dziś tak nie było). Zamiast tego, jednak, baby wyrzuciwszy ogra na zewnątrz:
zajęły się czyszczeniem wiaty z resztek siana, pozostałego tam po tym, jak ostatni raz się nad nimi ulitowałem podczas deszczu (czego kompletnie nie doceniły, swoją drogą...):
W tej sytuacji, wyrzuciłem je na Wielki Padok eskpresikiem.

Trzeba im obstrugać kopyta, co odkładamy jakoś tak z dnia na dzień, bo niekoniecznie najlżejsza jest to praca - ale poza tym, niczego im na razie nie brak i mają się bardzo dobrze.

To o co chodzi, w takim razie, z tym "końcem marzeń"?

No cóż, ci z Państwa, którzy cieszą się najlepszym wzrokiem, albo wpadli na pomysł powiększenia sobie zdjęć pokazanych powyżej, zauważyli pewnie szron na trawie. Mieliśmy dziś znowu przymrozek. Tym razem - bez zamglenia.

Tytoń padł:
W zasadzie można by jeszcze te liście zebrać i wysuszyć - w ogromnej większości były już dojrzałe.  Tylko czy jest po co? Odnoszę bowiem w dalszym ciągu wrażenie, że nasz tytoń nikomu nie jest potrzebny... Do Poznania na pewno nie będę go wysyłał - za daleko, za duże koszty. Ale do Warszawy..? A tu tymczasem, jakoś chętnych nie widać...

Obawiam się natomiast, że możemy zapomnieć o gromadzeniu nasion - na które akurat kilku chętnych było. Do tej pory zebraliśmy ledwo garstkę najbardziej dojrzałych nasionek odmiany Tennessee (Jezus, Maria - nigdy nie wiem, które "e" powinno być podwójne!), bo sypały się wszystkie dość gęsto, ale na ogół - zielone. Jeśli rośliny całkiem padły, co okaże się za kilka godzin - to więcej tych nasion już nie będzie. Sadzonki wprawdzie łatwo było kupić na Allegro i były tanie - ale to było wiosną, nie wiadomo jak rynek zareaguje na szykowane przez "Najlepszego Ministra Finansów w Europie" obostrzenia w tym zakresie.

To ostatnia tak chłodna noc w okresie objętym najbardziej długoterminową prognozą pogody, do jakiej mam dostęp. Już jutro ma być znacznie cieplej, przy dużym zachmurzeniu i mgłach. Może nawet coś tam popada (z soboty na niedzielę tak w ogóle - to mieliśmy normalną, regularną burzę z błyskawicami i grzmotami - długo nie mogłem uwierzyć, że przy tak niskiej temperaturze coś takiego dziać się może i podejrzewałem o te huki już to przelatujące nisko odrzutowce, już to nasz komin - bośmy ostatnie dwa dni przepalali popołudniami...). Szkoda by więc było, żeby takie incydentalne ochłodzenie aż tak wielkie wyrządzało szkody w ogródku...

niedziela, 23 września 2012

Więcej dumy!

Biesiadując ongiś z jednym z naszych Przyjaciół ze Wschodu, z którym dzielimy zdecydowaną większość poglądów, za wyjątkiem poglądu na to, w jaki sposób powstała rasa koni czystej krwi achałtekińskiej (trudno, żeby było inaczej, gdy mowa o jednym z uczniów Włodzimierza Szamboranta, twórcy „teorii ostatniej kropli“…), doszliśmy w naszej przyjemnej i przyjaznej dyskusji do II wojny światowej. Wśród wielu miłych dla uszu każdego chyba Polaka (pomijając okolice ul. Czerskiej w Warszawie…) potępień dla bezprzykładnego bestialstwa zdradzieckiego Stalina i jego pomagierów, znalazła się jednak mała łyżeczka dziegciu: kwestia tego, czy w 1939 Polacy szarżowali z szablami na czołgi, czy nie..?

Zdaniem naszego Przyjaciela, który jest człowiekiem przyjaznym, rozsądnym, no i zna się na koniach – szarżować to nie szarżowali, bo to po prostu nie ma krzty sensu. Ale już pojedynczych oficerów, rzucających się w ten sposób konno na czołgi w celach samobójczych – to, podobno, starsi z jego własnej wsi – na własne oczy widzieli.

Przyznaję, że nigdy o czymś takim nigdzie, w żadnej publikacji poświęconej nieszczęsnemu wrześniowi – nie czytałem. Oczywiście – nie pretenduję bynajmniej do znawstwa problemu, bo to w ogóle nie jest „moja epoka“. Najczęstszym tonem we wspomnieniach uczestników po polskiej stronie, na ile orientuję się w temacie, jest niejakie zdziwienie tym, jak mało było w tej wojnie fizycznego kontaktu z przeciwnikiem – całe pułki Wojska Polskiego rozłaziły się czasem, nie zobaczywszy na żywo ani jednego Niemca: starczyło nawet nie bombardowanie czy ostrzał, a prosty fakt, że pogubiły się gdzieś tabory i kuchnie, a brak map (dowódcom nie wydano ze składnic map terenów w głębi kraju, nie spodziewając się, że trafią tam tak szybko…) i słabe wyszkolenie w manewrach nocnych (jedynych bezpieczny z uwagi na panowanie Luftwaffe w powietrzu) powodowało notoryczne błądzenie i fizyczne zużycie sił żołnierzy forsownymi marszami w kółko nim w ogóle do jakiegokolwiek starcia doszło… Zgadza się to zresztą ze wspomnieniami mojego własnego Dziadka, który postrzelał sobie trochę z ckm pod Czerskiem – a dwa dni później już był, ranny odłamkiem, w niewoli, zdążywszy przemaszerować na drugi koniec Borów Tucholskich, pod Bydgoszcz: pierwszym Niemcem, którego zobaczył, był opatrujący jego ranę felczer.

Niewielu oficerów w tej kampanii walczyło aż do śmierci – głośne są przypadki pułkownika Dąbka w Gdyni czy kapitana Raginisa pod Wizną, było ich jeszcze co najmniej kilka, mniej znanych. Ogólnie: mam wrażenie, że postępowali tak niekoniecznie ci, którzy powinni (jak nie przepadam za Pierwszym Marszałkiem, ksywka „Ziuk“, tak nie sposób odmówić mu racji, gdy podobno stwierdził, że jeśli jego następca dopuści do wojny jednocześnie z Niemcami i z Rosją, to wojsko należy rozpuścić, a generalicja ma się bronić przed Grobem Nieznanego Żołnierza tylko w broń białą uzbrojona…). Tak oryginalny sposób popełnienia samobójstwa, jak to nasz Przyjaciel opisywał – w praktyce nastręczałby ogromne trudności (skąd koń – przede wszystkim? Konie przecież, razem z koniowodnymi – ich łatwe do wykrycia z powietrza zgrupowanie było zresztą prawdziwą zmorą naszych jednostek kawaleryjskich w tej kampanii – odsyłano do tyłu, jeśli oddział walczył…).

Uznałem zatem, że mamy do czynienia z kolejną (złagodzoną…) wersją złośliwego mitu rozpropagowanego przez Goebbelsa z niejaką pomocą tak Stalina, jak i Andrzeja Wajdy („Lotna“!). Jak wiadomo, jak się obrzuca wroga gównem, to w końcu, jak by się nie otrzepywał – coś się przylepi. A nasze wrześniowe wojsko, z całą jego i tak porażającą momentami nieporadnością – było, jakby tych prawdziwych jego grzechów i wad mało, obrzucane gównem wyjątkowo długo i wyjątkowo zajadle. Nie tylko przez obcych zresztą – i nawet nie tylko przez Wajdę, bo fundament bodaj, pod większość złośliwych mitów na temat września, położył nie kto inny, jak generał Sikorski i powołana przezeń komisja śledcza do zbadania przyczyn klęski – złożona, oczywiście, z samych tylko osobistych i politycznych wrogów Rydza i jego ekipy, z przyjemnością zatem, dokładająca im do wora nie tylko to, czym naprawdę zawinili, ale i wszystko, co się tylko dało wymyślić.

Na szczęście – nie pokłóciliśmy się z naszym Przyjacielem na ten temat, choć każdy pozostał przy swoim zdaniu.

Przydługi może wstęp powyższy był po to, aby łagodnie wprowadzić Państwa, a zwłaszcza kolegę Racjonalnie Oszczędzającego i Korzystnie Kupującego w to, co zamierzam dokonać poniżej – a więc w egzegezę jego wykrzykników smutnych z przedwczoraj. Cytuję:

to niestety herbowi Polskę zmarnowali (przed zaborami) a i po zaborach wielkopaństwo o zbytkach, własnych tłustych tyłkach i farmazonach myślało, zamiast Państwo rozwijać i armię unowocześniać, choćby wedle pomysłów Rozwadowskiego

zero myślenia narodowego i nowoczesnego, durna buta polaczkowata

no i historia ich (w sumie nas) spuściła w smutnym sedesie rzeczywistości i skończyliśmy tam gdzie g***o


kwestię herbowości czy nieherbowości pana Janusza Korwin – Mikkego pominę, bo to już mi patrzy na czysto blokerską zaczepkę, a na tak niskim poziomie – dyskutować nie mam zamiaru.

Co my tu mamy, proszę państwa? Ano mamy, w wielkim, naprawdę wielkim uproszczeniu – powtórzenie tezy lansowanej najpierw przez „polskich jakobinów“ doby powstania kościuszkowskiego i emigracji popowstaniowej, potem przez lewicę emigracyjną po powstaniu listopadowym, „czerwonych“ w powstaniu styczniowym, socjalistów narodowych z PPS (u Dmowskiego, na którego Kolega się próbuje powołać, ten moment, acz również obecny – obecny był o wiele dyskretniej, a gros krytyki kierowane było nie przeciw Sarmatom i sarmatyzmowi -  a właśnie: przeciw owym jakobinom, lewicy, „czerwonym“ itd.), na koniec zaś – przez propagandę PRL.

W historiografii naszej, niejaki związek z tym publicystycznym mitem ma głównie tzw. „szkoła krakowska“ – doszukująca się „wewnętrznych przyczyn upadku I Rzeczypospolitej“ (jest swoją drogą zadziwiającym przejawem ślepoty u historyków tak metodycznych, skrupulatnych, inteligentnych i nawet konserwatywnych, jak profesorowie Józef Szujski czy Michał Bobrzyński, słusznie wytykając Polakom anarchię i tumiwisizm, nie dostrzegli takiego słonia w menażerii, jak już tutaj poddany wiwisekcji August Aleksander ks. Czartoryski – twórca, praszczur i duchowy praojciec tegoż właśnie powstańczego nurtu, z którym sami walczyli… czyżby dlatego, że był on jednocześnie przodkiem, jeśli nie krwi, to chociaż nazwiska Adama Jerzego ks. Czartoryskiego, „króla Polski de facto“, jak go na emigracji przezwano – patrona XIX-wiecznej naszej konserwy..?). Głównie – choć, oczywiście, bynajmniej nie jedynie. Oczywiście, że tzw. „historiografia marksistowska“, jakkolwiek by psów na galicyjskich hrabiach nie wieszała, owej „anarchii i tumiwisizmu“ uczepiła się z rozkoszą!

Jest zresztą niejakim problemem dla historyka zawodowego, pogodzić się z tezą, którą ja tu Państwu zaserwować zamierzam. Historyk zawodowy bowiem, jest przecież zawodowym naukowcem. A w jaki sposób nauka tłumaczy świat? Przy pomocy łańcuchów przyczynowo – skutkowych. Gros wysiłku zawodowego historyka zatem, poświęcone jest na odnajdywanie przyczyn takich czy innych wypadków z przeszłości, które poznajemy dzięki odnalezionym i poddanym solennej krytyce świadectwom.

Problem w tym, że nasze dzieje to nie jest zapis „historii naturalnej“: ewolucji gwiazdy, gatunku biologicznego, czy odkładania się pokładów węgla w jakichś karbońskich moczarach… Dzieje powszechne, to zapis ludzkich decyzji. Co zaś powoduje, że ludzie podejmują takie a nie inne decyzje..? To jest problem! Zwolennicy „twardego“ determinizmu, a więc na przykład marksiści, będą pomijać osobiste inklinacje, przypadłości cielesne czy duchowe decydentów, idee, fobie, sympatie i antypatie – tworząc w efekcie toporny łańcuch „historycznych konieczności“, których zwieńczeniem jest oczywiście – konieczność powstania socjalizmu… Czy to jest przekonująca metoda postępowania..?

Dla mnie – ani trochę! Oczywistą oczywistością jest, że ludzkie zachowanie jest zdeterminowane: jest zdeterminowane jego naturą (obejmującą sporą część predyspozycji nie tylko cielesnych, ale też prawie wszystkie „społeczne“ – wspólne ludziom i innym gatunkom stadnym…), kulturą której żaden pojedynczy człowiek nie stworzył z niczego, tylko odziedziczył po przodkach jako coś zastanego (czasem wręcz – niewzruszonego z pozoru…), warunkami geograficzno – przyrodniczymi, w których żyje, a nawet, tak przez marksistów ukochanymi – możliwościami technicznymi i „stosunkami produkcji“.

To są jednak tylko nader ogólne ramy, które tak naprawdę, jak chodzi o rzeczywisty przebieg dziejów – niczego prawie nie tłumaczą. Kazimierz Wielki, pozostając tym samym, pełnym temperamentu mężczyzną, niezbyt lotnym (wbrew legendzie, którą mu stworzono…) politykiem, nieodrodnym dzieckiem swojej epoki, żyjącym tam gdzie żył – przecież jak najbardziej MÓGŁ się doczekać, w dodatku do całego zastępu bękartów, także choć jednego legalnego syna – konia z rzędem temu, kto udowodni jakikolwiek bezpośredni związek między nieuporządkowanym i bezowocnym w konsekwencji pożyciem małżeńskim tego władcy – a którąkolwiek z „wielkich“ determinant ludzkiego zbiorowego losu..?

A przecież, gdyby dynastia „panów przyrodzonych“ w Polsce nie skończyła się na Kazimierzu Wielkim – to miałoby to ogromny wpływ na całe nasze późniejsze dzieje! Władcy elekcyjni, zmuszeni kupować sobie głosy możnych Królestwa – stworzyli podwaliny przyszłego sarmackiego republikanizmu na przestrzeni ledwo półtora stulecia od jego śmierci. Gospodarka folwarczno – pańszczyźniana powstałaby u nas pewnie tak czy inaczej: czy jednak towarzyszyłaby jej „wolność szlachecka“ i „szlachecki parlamentaryzm“ w takiej formie, jaką znamy? Czy pozostalibyśmy krajem katolickim – skoro wszystkie sąsiednie państwa dawniej katolickie, w których decydujące znaczenie miała wola monarchy, za wyjątkiem państw habsburskich (których imperium było zbyt zróżnicowane, aby jego władcy mogli zdobyć się na taki krok), przeszły w swoim czasie na o wiele bardziej dla władcy opłacalny pieniężnie luteranizm..?

Jak więc widzimy – praprzyczyną powstania sarmatyzmu i takiej kultury szlacheckiej jaką znamy – zdają się być kolejne niepowodzenia Kazimierza w małżeńskiej łożnicy, tym bardziej zaskakujące – że w innych łożach, niewątpliwy „sukces reprodukcyjny“ osiągnął..?

Tylko: jak tak trywialna, frywolna wręcz okoliczność – wygląda na stronach opasłego tomiszcza „naukowego“ dzieła? Fatalnie wygląda, proszę Państwa, nie ma się co oszukiwać! Dlatego „poważni“ historycy, na tego rodzaju dywagacje pozwalają sobie zasadniczo po pracy – zawodowo pisząc raczej o „kształtowaniu się monarchii stanowej“, „genezie stosunków pańszczyźnianych“ i tak dalej – nad kwestią małżeńskich perypetii Kazimierza W. głębiej się nie zatrzymując. Czytelnik takiego dzieła, odnosi w konsekwencji wrażenie, że zgłębia Absolutne i Niepodważalne Prawidła Rozwoju Ludzkości – że powstanie sarmatyzmu było Dziejową Koniecznością i taką samą Dziejową Koniecznością był też jego upadek, wraz z państwem, które swoją ideologią zdominował.

Gówno – za przeproszeniem – prawda! To tylko złudzenie, wywołane nieuważną lekturą, albo – metodologicznym błędem autora.

Tylko tak można też traktować tezę, jakoby „szlachta polska zgubiła państwo“. Moim zdaniem, I Rzeczpospolitą zgubił August Aleksander ks. Czartoryski. Personalnie i osobiście. Szlachty jako „ogółu“ bym do tego nie mieszał – bo, za przeproszeniem, co miał do gubienia albo nie gubienia państwa jaśnie wielmożny pan Piprztykiewicz z Psiej Wólki, który przez całe życie może dwa razy poza granice swojego powiatu wyjechał, do konfederacji barskiej przystąpił jak inni, „bo tak wypadało“ – bił się jak umiał, uciekał ani szybciej, ani później niż pozostali, przysięgę obcemu monarsze złożył też ani jako pierwszy, ani nie jako ostatni w powiecie..? Czego Wy od biednego pana Piprztykiewicza chcecie? Żeby wyżej własnych gaci skakał i chleb od ust własnych dzieci odbierając – bratał się z chłopami? Ale dlaczego to pan Piprztykiewicz ma być i świętym i geniuszem geopolityki zarazem – a wodzowie, tacy właśnie jak August Aleksander ks. Czartoryski, już ani świętymi, ani nawet logicznie myślącymi karierowiczami – już wcale być nie muszą..?

To przypomina sławetny raport generała Dęba – Biernackiego o tym, jak to jego żołnierze uciekają na sam widok niemieckich czołgów – i on w tych warunkach dowodzić nie może. Tyle, że Dęba się za te słowa potępia (bo jeśli nawet jego żołnierze naprawdę uciekali na sam widok niemieckich czołgów – to jest to jego wina, widać ich należycie na takie spotkanie nie przygotował!) – podczas gdy i blokersi i politycy w Polsce i spora część tzw. „ogółu“ – po staremu za upadek I Rzeczypospolitej i wszystkie późniejsze nieszczęścia, obwinia „szlachtę“. Nie próbując nawet dochodzić – kto tu był wodzem, a kto żołnierzem i kto powinien myśleć – a kto: szablą rąbać, gdzie i kogo mu każą!

Oczywiście: August Aleksander ks. Czartoryski też był szlachcicem. Szlachcicem też był Pierwszy Marszałek, ksywka „Ziuk“, za którym nie przepadam – i szlacheckiego ducha produktem był cały nasz „powstańczy romantyzm“, którego „Ziuk“ był spadkobiercą, dziedzicem i wyznawcą.

Skądinąd – i tu inną winę ponoszą szeregowi akolici, a inną – wodzowie. Słusznie bowiem mówił w „Potopie“ Janusz książę Radziwiłł, że „hetmanowi ginąć nie wolno“ – ani „porywać się na tysiące“ – tylko ratować Rzeczpospolitą, jakimkolwiek bądź sposobem, choćby zbrodniczym i niemoralnym, choćby za cenę zdrady i kompromisu (aczkolwiek, powiedzmy sobie szczerze, praktycznej granicy między „ratowaniem Rzeczypospolitej“, a „ratowaniem własnego tyłka i swojej nad Rzecząpospolitą władzy“ – przeprowadzić się, w tych warunkach, nie da…).



Jeśli tak często przestrzegam Państwa przed działaniem – to dlatego między innymi, że na przestrzeni ostatnich lat 200 wodzowie, którzy mieli nasz naród do działania prowadzić, jeden po drugim konsekwentnie zawodzili – konsekwentnie też zwalając winę na szeregowców. Zwątpiwszy tedy, na bazie takiego doświadczenia, w zdolność naszego narodu do wydania na świat trzeźwo myślącego przywódcy – wolę, przez wrodzony pesymizm może, żeby już nawet okazji do kolejnej klęski zabrakło: a tej nie będzie, jeśli kolejny szalony i romantyczny wódz – nie znajdzie sobie gotowych na rozkaz szeregowców…

Nie znajduję jednak – poza systematycznym, od końca XVIII wieku fałszowaniem naszej historii, tak obmyślanym właśnie, aby szaleństwa naszych wodzów ukryć – żadnej „systemowej“ przyczyny, dla której tak się od 200 lat dzieje. Najwidoczniej prawdą jest, co mówią, że „fałszywa historia jest matką fałszywej polityki“. Gdyby autorzy sławetnego zamachu stanu z 3 maja 1791, po łatwym do przewidzenia upadku ich antyrosyjskiej dywersji stanęli na Placu Zamkowym odziani w pokutne wory i biczując się wzajem knutami, których tak wiele dali posmakować swoim oszukanym rodakom zawołali chórem: lżyjcie nas, myśmy pruscy agenci i prowokatorzy, myśmy przyczyną waszych nieszczęść – może by jeszcze przyszło otrzeźwienie, może by się coś dało uratować.

Zamiast tego jednak – co jest, skądinąd, psychologicznie oczywiste – woleli w paszkwilach i pamfletach wyśmiewać „sarmatyzm“ i ośmieszać „polskich szlachetków“, za ich ciemny katolicyzm, irracjonalne przywiązanie do wolności i anachroniczne metody gospodarowania. W ten sposób, nie tylko stworzyli wzorzec postępowania, który w osobie Jarosława Kaczyńskiego i jego „romantyczno – patriotyczno – socjalistycznej“ formacji politycznej znajduje kontynuację po dziś dzień – ale też: dali przykład, jak się z klęski wyłgać i zawiniwszy – dorobić sobie jeszcze aureolę bohatera… Czy to szlachecka przywara? Oj, chyba raczej – niekoniecznie…

Rasumując: przyczyny upadku I Rzeczypospolitej były przypadkowe, nieznaczne, nieoczywiste – nie przystające zgoła swoją małością, trywialnością, frywolnością zgoła – do dramatycznych, tragicznych i patetycznych skutków, jakie wywołały.

Osłabienie państwa zaczęło się od nieokiełznanej prywaty i rozpasanej ambicji „Wielkiego“ kanclerza i hetmana Jana Zamoyskiego, ugruntowało dzięki chorym fantazjom i lekkomyślności Władysława IV, kulminowało po raz pierwszy przez pychę Marii Ludwiki – okazję do naprawy sytuacji stracił Jan III Sobieski, tyleż genialny wódz, co mierny aż do debilizmu polityk, August II miał po prostu pecha: dobrze kalkulował, ale taktycznego geniuszu szwedzkiego nastolatka na tronie, Karola XII nie przewidział, bo nie miał jak, mozolną pracę „od podstaw“ nad odbudową zruinowanego w rezultacie kraju, wykonaną za Augusta III zmarnował koncertowo tylekroć już wspominany August Aleksander ks. Czartoryski swoją dupowatą pyszałkowatością i dziecinnym obrażaniem się na rzeczywistość – i od tej pory kraj był i jest niemal nieprzerwanie w rękach obcej agentury, konsekwentnie prowadzącej Polaków od klęski do klęski.

Gdzie tu wina „szlachty“ jako ogółu? Tej szlachty, która przez cały wiek XVII i połowę wieku XVIII co i raz wołała o wzmocnienie państwa, która dobrowolnie (boż nie było policji skarbowej…) płaciła Sobieskiemu podatki wystarczające na wystawienie armii mało co mniejszej od cesarskiej, którą ten marnował na wyprawy po koronę dla Fanfanika, która za Augusta III jeszcze, chciała razem z królem powiększać wojsko i reformować administrację..? A jeśli nawet potem, szła szlachta do powstania bez pomyślunku głębszego niż „jakoś to będzie“ – to przecież mnie Państwo czynicie wyrzuty, że do niedziałania namawiam, więc i owym „Zanom i Mickiewiczom“ przyklasnąć powinniście, a nie ich potępiać..?

Nic innego jak tylko: przylepiło się to gówno, od 200 lat z okładem rzucane, do pamięci naszych przodków („naszych“ piszę, chociem sam ani trochę nie herbowy – bo nie ma „polskiej kultury“ innej niż ta, która się – w dużej części – z owego szlacheckiego sarmatyzmu wywodzi…). Tak się dokładnie przylepiło, że nie masz już w Polszcze ani polityka, ani blokersa, ani – tym bardziej – „młodego, wykształconego z wielkiego miasta“ – który by umiał prawdę od gówna oddzielić. A, jak już ustaliliśmy: „fałszywa historia jest matką fałszywej polityki“…

Jeśli apeluję w tytule o „więcej dumy“ – to dlatego, że rozczuliło mnie niezmiernie doniosłe odkrycie Adama Wielomskiego z przedostatniego „NCz!“. W felietonie pt. „O upadku myśli narodowej“ odkrył bowiem pan doktor Wielomski – że współczesna młodzież „narodowa“ – nic o myśli klasyków tego nurtu ideowego, nie tylko Dmowskiego, ale i „młodych“ z ONR-ów nie wie, bo ich nie czyta. Podpowiadam tu niniejszym panu Adamowi (i proszę Państwa na serio o przekazanie tej podpowiedzi, jeśli ktoś wie jak…) – że jest jeszcze wiele równie wiekopomnych odkryć do dokonania. Na przykład – że Ziemia jest geoidą (a są przecież tacy, którzy twiedzą, że wcale nie, bo jest płaska…). Albo – że ludzie są śmiertelni.

To oczywiste, że młodzież nie czyta. Nie tylko „klasyków myśli narodowej“ – ale w ogóle: niczego nie czyta. Nawet ten – krótki przecież i zwięzły – wpis na blogu jest dla jakichś 93% Polaków, nominalnie nauczonych czytania – i za długi i zbyt skomplikowany i wątpię bardzo, by wielu zdołało wyjść poza pierwszy akapit. Dlatego za próżne wołanie na pustyni mam takie odkłamywanie przeszłości – nawet takie właśnie, jak powyżej. Jedyne, o co jeszcze ewentualnie można prosić – to o „więcej dumy“ właśnie.

Boż, owe zwały gówna, od tylu wieków wylewane na naszą przeszłość – śmierdzą. Do tego, żeby ową woń nieprzyjemną poczuć, nie trzeba czytać (ani pisać) – starczy choć odrobina zdrowego rozsądku – i właśnie: odrobina dumy. Nawet głupiej. I głupio dumny – nie będzie chciał słuchać, jakimi to zdegenerowanymi zwyrodnialcami byli ci wspaniali skrzydlaci jeźdźcy, którzy tak dobrze się prezentują na ekranie…

sobota, 22 września 2012

Dla Czytelników

Wschód Słońca był dzisiaj przecudowny. Jeszcze spod chatki, gdzie miałem szansę cofnąć się momentalnie i wziąć aparat, wyglądało to w miarę zwyczajnie – ot, złoto-błękitny pasek horyzontu na wschodnim nieboskłonie i trochę różowości powżyej. W miarę jednak jak szedłem przez Wielki Padok w poszukiwaniu koniowatych, które od wczoraj popołudnia przyssały się wszystkimi szesnastoma kopytami i czterema paszczami do soczystej trawy Dzikiego Zachodu – Eos Rododaktylos zapalała iście burdelowym różem kolejne obłoczki, tworząc całe łuny różnych odcieni, od purpury po rozwodniony amarant, a całe niebiosa stały się wielkim pastwiskiem, po którym ganiał kierdel różowych owieczek. Brakowało tylko napisu „I love you“ przez środek – i można by to sprzedać do Holywood!

Idąc tak, walczyłem ze sobą, żeby nie zawrócić i nie pobiec jednak po aparat – słuszny przytaczając argument, że bez szerokokątnego obiektywu i tak nie uda mi się tego zdjąć w sensownej perspektywie. No i pewnie i tak nie zdążę. Co było oczywiście oczywistą prawdą, bo nim zdążyłem dojść na drugi koniec i odnaleźć czterokopytne – obrót naszej Umęczonej Planety sprawił, że obłoki na wschodnim nieboskłonie stały się zwyczajnie żółte, a miejscami nawet brzydko brunatne – i trochę całej tej feerii rodem z lupanaru fin de siècle ostało się już tylko na zachodzie, w tak jednak subtelnych odcieniach, że nie widziałem szans na ich oddanie cyfrową matrycą …

W tej chwili po prostu i zwyczajnie się chmurzy. Słońce wprawdzie jeszcze przebija przez tę – cienką na razie – powłokę, ale długo tak nie będzie: wedle prognozy wczesnym popołudniem ma zacząć padać. Długo też dzisiaj Państwa nie zabawię, bo musimy wkrótce jechać na targ. A i zdjęć nie będę robił – raz, że i tak zapowiadają się nam kolejni goście, tym razem z aparatami, więc po co dublować ten wysiłek, skoro i tak niczego ciekawego do pokazania nie mam, a dwa – że w przeciwieństwie do dnia wczorajszego, gdy rankiem, chcąc zdobyć ilustracje do tekstu, starczyło mi wyjść ledwo co przed chatkę, bo koniowie drychli tuż przy drodze, to odkąd mają do dyspozycji cały Wielki Padok, trzymają się jego przeciwległej, nie wyjedzonej do tej pory strony, więc żeby pójść do nich, cyknąć zdjęcie i wrócić, trzeba zrobić dobrze ponad kilometr – a nie chce mi się, zresztą nie ma na to czasu…

Wszystko co powyżej, Drodzy Państwo, to tak naprawdę po to, aby po raz kolejny przypomnieć i Wam i sobie – ulotność przemijającego piękna. Co dobrze oddają ulubione Lepszej Połowy dzieła Katsushika Hokusai.

Cyfrową kolekcję tych cudeniek zgromadziliśmy ongiś – w czasach, gdy internet naprawdę nie był jeszcze tym co dzisiaj – podczas nocnych dyżurów w redakcji „Super Expressu“ (skądinąd, pamiętam dobrze, że się za dobrze podczas tych dyżurów nie spisałem – moim głównym zadaniem było pilnować tzw. „paska“, czyli wiadomość aktualnych, które mogły się jeszcze przed ostatecznie ostatecznym zamknięciem numeru i wysłaniem go do drukarni zmienić – o ile z operacją jelita grubego Havla trafiłem – szef, obudzony o 1.00 w nocy, gdy wydanie warszawskie zdążyło już zejść z maszyn przez zaniepokojonego taką odwagą naczelnego zdążył tylko dodać do mojego tytułu „Havel przeżył“ znak zapytania – o tyle parę razy, zajęty ciekawszymi rzeczami, przegapiłem doniesienia agencyjne zmieniające to lub owo w owym sławetnym „pasku“ – o czym się dowiedziałem dopiero, gdy zmieniałem pracę zresztą…).

Tak więc dzisiaj, Drodzy Czytelnicy, ze specjalną dedykacją dla Was – a zwłaszcza dla Ewy, która odwiedziła nas wczoraj, w podziękowaniu za miłą wizytę, kilka próbek Hokusai – więcej każdy może bez szczególnego trudu ściągnąć sobie z netu, bo chyba wszystko co możliwe, zostało już dawno zdigitalizowane…



A co poza tym? Poza tym, niewesoło, oj niewesoło. Zostało nam, PRZED wizytą na targu, wszystkiego 140 złotych i na razie nie wygląda na to, aby jakiekolwiek wpływy się kroiły – wprawdzie jakieś tam prace wykonałem, coś tam było obiecane, ale czas mija, a tu nic się nie dzieje. Lepsza Połowa co się odezwie, to zaraz mi przypomina, żebym się do jakiej płatnej roboty brał (jakbym sam nie pamiętał…). Koćkodany domagają się żarcia, kran pod wiatą ocieplenia, wiata na drewno nowego dachu, zaraz koniowatym potrzebne będzie siano, którego nie mamy, samochodowi i pile paliwo i ostre łańcuchy, nie mówiąc już o rolkach „papieru szczęścia“ dla naszego kibelka i całej masie innych trywialności.

No nic: jakoś to będzie – a możliwość podziwiania takich cudów natury jak ten dzisiejszy wschód słońca, lubo pustego brzucha nie napełni, przecież niemałym jest lekiem na lęki i frustracje…

piątek, 21 września 2012

Jelita, czyli psy szczekają..?

Legenda herbowa herbu Jelita opowiada o rycerzu, którego Łokietek znalazł na polu bitwy pod Płowcami z krzyżacką kopią w brzuchu i zapytał (nader inteligentnie skądinąd): strasznie musicie cierpieć, dobry człowieku? Na co tamten (politycznie): nie tak to boli, jak zły sąsiad…

Osobiście nic nie mam wspólnego z herbem Jelita, ani w ogóle z żadnym innym herbem – ale przypomniała mi się ta historyjka wczoraj wieczorem, gdy zajrzałem na mój ulubiony, jedyny w polskim internecie profesjonalny wątek poświęcony koniom achałtekińskim.

Tłumaczyć się z Knedlika nie mam najmniejszego zamiaru. Zresztą Państwo, którzy śledzicie tego bloga – doskonale wiecie skąd się Knedlik wziął. Wyjaśniłem także, dlaczego zostaje.



Nie ukrywam natomiast, że i dotknęło mnie i wprawiło w zdumienie oskarżenie, jakobym kundlił moje kobyły jakimś tam czeskim wypierdkiem (zamiast użyć, rzecz jasna, jedynego słusznego i „klasowego“ ogiera czystej krwi, stojącego nad morzem..?) – dla pieniędzy.

No żesz ty kurwa mać!

Rozumiem, że każdy sądzi po sobie. Tu jednak trzeba za grosz wyobraźni nie mieć, a nie tylko sfiksowany na punkcie kasy czerep (typowo nadmorska jest to choroba, swoją drogą…) – żeby wyobrażać sobie, że ja na tym mogę zarobić..? Ja na tym z całą pewnością mogę stracić: którąś z kobył (tfu, tfu, tfu…), nowo narodzone albo i nienarodzone źrebię, własne zdrowie, nerwy i masę pieniędzy – jak na wyźrebieniu, a potem kryciu Melemahmal.

Ale zarobić? Owszem: ogierek lub ogierki, jeśli takie będą – będą na sprzedaż. Nie mam tu warunków do trzymania własnego ogiera, nie jestem w stanie zapewnić mu sportowego treningu i wypromować. Lepiej dla niego, żeby trafił w zasobniejsze ręce. I, jakoś tak nie mam wątpliwości, że jeśli będzie taka możliwość (w sensie – będzie ten ogierek lub ogierki…) i potrzeba – chętny znajdzie się z łatwością. Niekoniecznie w Polsce…

Tylko: kiedy to będzie..? Za rok z okładem. Jaki to może mieć wpływ na moją sytuację finansową? Praktycznie: żaden. Bo najpierw muszę ten rok z okładem przeżyć i nadzieja na to, że kiedyś tam jakiegoś ogierka albo dwa sprzedam (a jak się urodzą same klaczki – czego bym zresztą bardzo chciał – to co..?) – nic a nic mi w tym nie pomoże, bo to jest pisanie palcem na wodzie.

Rozumiem, że rynek w Polsce na konie tej rasy jest bardzo płytki. I każdy koń nie należący do „jedynej słusznej i jedynej klasowej“ hodowli – zaraz wprawia nadmorskie towarzystwo w panikę, bo jeśli ja będę miał w przyszłym roku dwa odsadki na sprzedaż, to oni nie znajdą kupca na swojego jednego. Albo będą musieli spuścić z ceny, co na jedno wychodzi…



To tylko dowodzi ciężkiej paranoi. I, kompletnego, swoją drogą, niezrozumienia sytuacji. Im więcej bowiem będzie w Polsce koni czystej krwi achałtekińskiej – tym większy będzie na nie popyt, a nie odwrotnie! Po prostu: więcej ludzi takie konie zobaczy – a prawie każdy, kto je zobaczy – zaraz się w nich zakochuje… O ile, oczywiście, ma po temu predyspozycję genetyczną…

Ale dobra – psy szczekają, karawana idzie dalej. Nie tak to boli, jak zły sąsiad.

Pozostaje pytanie ważne: po co – skoro nie dla pieniędzy – ryzykuję zdrowie i życie moich kobył, żeby je rozmnożyć?

Jest to pytanie, które zadaję sobie bardzo często. Odpowiedź – na dzień dzisiejszy, bo wcale nie gwarantuję, że jest to odpowiedź w jakikolwiek bądź sposób ostateczna – jest taka, że jest to moim obowiązkiem. Obowiązkiem względem tysięcy pokoleń koni i ludzi, którzy wspólnym, nieprzerwanym wysiłkiem doprowadzili do tego, że ja mogę się dzisiaj cieszyć moimi końmi. Nie ja ten łańcuch zacząłem, nie leży w mojej władzy decydować o jego przerwaniu. A ponieważ rasa jest bardzo nieliczna – trzy kobyły to bardzo dużo i brak od nich potomstwa byłby już zauważalną stratą, zauważalną wyrwą w tym łańcuchu.


Pytanie, czy nie zmienię zdania w kwietniu, po jakimś kolejnym horrorze porodowym..? Jak znam Bubę, wyźrebi się dokładnie w Wielkanoc, a w promieniu 300 km nie będzie ani jednego trzeźwego weterynarza… No dobra: mam ponad pół roku na panikowanie i wyobrażanie sobie najgorszego – nie ma sensu się przed czasem nakręcać, bo mnie to i tak nie minie.


czwartek, 20 września 2012

Jak wymłócić len?

Bardzo lubię zrywać czeremchę. Owoce czeremchy może nie imponują rozmiarem - w najlepszym razie bywają wielkości wiśni - ale ich gładka, jędrna skórka i sprężysta zawartość dają niemal erotyczną przyjemność gdy zgarnia się je z gronek:
no i - co nie najmniej istotne - drzewa czeremchowe na ogół są wyższe od człowieka, więc niekoniecznie przez cały czas zbioru, trzeba przed nimi klęczeć.

Bardzo nie lubię natomiast - zbierać lnu. Najbardziej mi się to kojarzy ze zbieraniem stonki ziemniaczanej. Młodsi i miejscy Czytelnicy pewnie nie pojmą tego skojarzenia, ale może chociaż do starszych trafi. I w jednym i w drugim przypadku - zbiera się coś, co najpierw trzeszczy pod palcami twardą skorupką, a w środku jest lepkie i oleiste. Jedyna różnica, że stonki przy tym jeszcze nieprzyjemnie woniały, a owa oleista zawartość torebek nasiennych lnu pachnie nawet całkiem przyjemnie.

Niewielka to jednak pociecha, skoro nasz len - odmiany nasiennej - urósł nikczemnego wzrostu:
Lepsza Połowa, która na lnie się tak ogólnie to nawet trochę zna, a przynajmniej - pochodzi z okolic, gdzie jest to ważna uprawa twierdzi, że wyższy się u nas nie uda, bo len na wysokość rośnie tylko do momentu, póki nie zakwitnie. Tym wyższy zatem się udaje, im bardziej pochmurne i deszczowe lato. Co, tak na marginesie, nasuwa mi od razu dwie refleksje na temat zastosowania lnu.

Po pierwsze - może to być swoiste "zabezpieczenie", jak chcemy mieć pewność uzyskania jakiegoś oleju. Sadzimy len i słoneczniki. Jeśli lato będzie słoneczne i pogodne - udadzą się słoneczniki. Jeśli pochmurne i dżdżyste - len.

Po drugie - a nie dałoby się siać tego w cieniu jakiejś innej rośliny która, izolując go od bezpośredniego nasłonecznienia, pozwoliłaby mu urosnąć wyżej..? Tylko raczej musi to być roślina wieloletnia: tytoń, który w tej chwili jest największą rozmiarem rośliną w naszym świeżo założonym ogródku, przegonił len tempem wzrostu dopiero, gdy ten ostatni zakwitł - wcześniej sam zostawał w tyle, jasnym jest więc, że na osłonę przeciwsłoneczną się nie nadaje...

Wracając zaś do tematu głównego. No więc, wyrósł ten len taki jak widać, to jest - w najlepszym wypadku do kolan, a na ogół nawet i to nie. W dodatku, choć nadal miejscami kwitnie:
to gdzie indziej, zaczął się już osypywać:
(wiem, wiem, zarośnięte to wszystko jak dżungla - ale co zrobić, zdążyłem wypielić akurat drugą połowę ogródkę...).

W tej sytuacji, nie widziałem możliwości zastosowania się do rady, którą dostałem na końskim forum i czekania ze zbiorem nasion aż wszystko dojrzeje. Raz, że zbieranie tej słomy lnianej mało mi się wydaje rozsądne, bo byłaby to raczej sztuka dla sztuki (chyba, że ktoś z Państwa chce się zabawić roszeniem, międleniem i całą resztą..? Chętnie odstąpię...). Dwa, że w ten sposób, łatwo mogłoby niewiele już z tego plonu zostać.

Tak więc, przez ostatnich kilka dni klnąc i przyzywają Pana Boga nadaremno na przemian, bo albo cierpły mi nogi i bolały stopy (mam potworne odciski, swoją drogą, a w tak niewygodnej pozycji odzywały się niemal od razu), albo łupało mnie w krzyżu - pozbierałem, "metodą stonkową", zrywając nasionko po nasionku, to co było dojrzałe. Kilka dni mi to zajęło, bo dłużej niż dwie godziny dałem radę dopiero wczoraj, jak już bliskie załamanie pogody stawało się faktem i po prostu - nie było innego wyjścia, jeśli plon nie miał przepaść (ach, te kociewskie atawizmy...).

Wyszło tego pół wiadra:
Jak się dozbiera resztę, gdy już dojrzeje - będzie prawie pełne wiadro.

No i co ja z tym mam dalej zrobić..? Każdy taki owocnik zawiera kilka małych, oleistych nasionek. Torebka pęka bardzo łatwo, pomiażdżyć to - żaden problem. Tylko: w jaki sposób oddzielić te malutkie nasionka, siemię lniane - od łupin..? A?

Już się o to pytałem - nikt nie miał żadnego pomysłu. A przecież ludzie to robią od tysiącleci! Niemożliwe, żeby nie było jakiegoś sprytnego patentu? Bo oddzielać ręcznie - jednej zimy nie starczy..!

Może da się z tym coś zrobić bez młócenia..? Na przykład - wycisnąć olej?

Tymczasem, zbierając to wczoraj tak zacięcie na wietrze i przy szybko spadającej temperaturze, zdołałem się kompletnie przeziębić - kicham, prycham, smarkam i ledwo mogę mówić. Koćkodan tak się zmęczył całonocnym przytulaniem terapeutycznym, że w tej chwili też zaległ bez sił:
Na jutrzejszy poranek zapowiadają nam tu pierwszy tej jesieni przygruntowy przymrozek. Na szczęście, ma mu towarzyszyć 100% zamglenie, więc mam nadzieję, że roślinkom nic się nie stanie. I tak nie brak nam zmartwień, bo "coś" (osobiście podejrzewam, że po staremu alternaria, ale pewności nie mam) zżera nam chmiel:
a prawie całkiem zeżarło już większego z dwóch cytryńców chińskich:
i sąsiadującą z nim kiwi (piszę w rodzaju żeńskim, bo kiwi są rozdzielnopłciowe i ta akurat ma być kobietą):
Knedlik i jego "ciężarówki" od wczoraj południa, odkąd pogoda zaczęła się pogarszać, chodzą z powrotem po Pierwszym Padoku, ze stałym dostępem do wiaty:
Pewnie je za chwilę z powrotem przerzucę na Wielki Padok, tylko musi choć troszkę obeschnąć, żeby dało się bezpiecznie rozciągnąć przedłużacz. Na przymrozek zostaną tam, o ile uda się nam dzisiaj zakupić w Radomiu niezbędne utensylia i dogrodzić resztę pastwiska, z Dzikim Zachodem włącznie. Tamże, na południowym stoku i pod drzewami jest zawsze odrobinę cieplej niż po naszej stronie wzgórza - nie widzę różnicy, czy mają do dyspozycji wiatę, czy Dziki Zachód jako osłonę przed wiatrem i mrozem...

Próbowałem zainteresować kogoś ścięciem trawy która, jak widać, gęsto chwastami i jeżynami poprzetykana, odrosła na Pierwszym Padoku dość ładnie. Nic chyba jednak z tego nie wyjdzie, "bo się nie opłaca". Przyjdzie, po staremu, kosą co większe niedojady i chwasty ścinać...

A czeremchy to bym jeszcze chętnie pozbierał. Póki jest - a niedługo tego zostało, bo nareszcie dojrzała (na sporej części krzaków dojrzewała w tym roku tak, jak nasz len - partiami, a nie cała naraz!) i ptaki się za nią zabrały na serio... Cóż: kiedy nie ma po co, bo na przetwory starczy Lepszej Połowie tej kobiałki, którą wczoraj w przerwie między jednym a drugim rządkiem lnu zerwałem - a piątego baniaka, do którego można by jeszcze trochę czeremchowego moszczu wlać, nie mamy..?

wtorek, 18 września 2012

Nowy gatunek

Flash mob tak się ma do polityki, jak dogging do erotyki. Owszem: można podziwiać libido tych chłopców, którzy w tak skrajnie niesprzyjających warunkach (zimny, wietrzny parking albo park, gapie…), mimo to zdolni są do erekcji. Można się zdumiewać odwagą tych dziewcząt, nie tylko bezkompromisowo odrzucających wszelkie konwencje, ale też – bez zmrużenia oka akceptujących wszystkich konsekwencje tak ryzykownego zachowania (od złapania jakiegoś syfa po zwykłe pobicie…). Można nawet rozumieć, dlaczego tego rodzaju zachowania mogą przestać być marginesem marginesów i etnograficzną ciekawostką: w miarę, jak coraz to bardziej postępowe legislacje obarczają jakiekolwiek nie-anonimowe stosunki miłosne coraz to większym ryzykiem prawnym (w dodatku nader jednostronnym…) – nie tylko ekshibicjonista może dojść do wniosku, że lepiej nawet imienia partnerki nie znać…

Tylko – czy to jeszcze w ogóle jest seks? Chyba tylko dla wyposzczonych Arabów

„Flash mobem“ były protesty młodzieży przeciw ratyfikacji układu ACTA oczywiście. Układ nie został ratyfikowany. Protestujący jak nagle pojawili się na ulicach miast, tak równie nagle zniknęli – i nic po nich nie zostało. Żaden ruch polityczny, żadna zmiana na naszej scenie, żaden nowy lider czy nowa idea. Nic kompletnie. Nawet „słupki poparcia“ spadły Tuskowi tylko na krótką chwilę – a trwalej zdają się dołować dopiero ostatnio, z całkiem innych powodów.

OK – można sobie to dziwne zjawisko próbować wytłumaczyć. Jedyna „wolność“, jaka w ogóle interesuje młodych ludzi, to wolność ściągania filmów i piosenek w Siecie. Jedyna „własność“ jakiej mają okazję doświadczyć, to własność programów komputerowych. Pojęcie „sprawiedliwości“ zaś, jest tu kompletnie od rzeczy, bo ich zdaniem, sprawiedliwym jest przede wszystkim to, żeby im się żyło lekko, łatwo i przyjemnie. Więc: wokół hasła sprzeciwu wobec ACTA potrafili się zmobilizować i zjednoczyć – a reszta ich nie obchodzi. No i pięknie.

Tylko – czy to jeszcze w ogóle jest polityka..?

Jeśli tak ma wyglądać „demokracja labilna“ – to, obawiam się, bardzo szybko przedmiotem powszechnego głosowania stanie się ramówka telewizyjna głównych stacji, czy losy bohaterów seriali (pozwolę sobie bowiem nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że ci młodzi ludzie, którzy „obalili ACTA“ – telewizji nie oglądają i dlatego nie dostrzegli problemu „WSI24“: a skąd w ogóle taki wniosek..? Że przeciw „WSI24“ nie protestują? Może im to po prostu nie przeszkadza..?). Cóż innego bowiem, jest w stanie zainteresować masy..?

Innymi słowy: młodzi ludzie zmobilizowali się wokół sprawy, która obiektywnie rzecz biorąc jest kompletnie duperelna – a dla nich była „wartością naczelną“. Sprawy ważne i poważne – nic a nic tejże samej młodzieży nie interesują.

Sprawa ACTA była duperelna, albowiem w ostatecznym rachunku Sieć żadnym tam „wolnym nośnikiem informacji“ nie jest! Wyłączyć internet (tak samo jak wyłączyć komórki…) to, w razie zaistnienia takiej konieczności – jest dla rządu tyle, co pstryknąć palcami. W całym kraju lub na dowolnej jego części.

Mowy nie ma, żeby Sieć mogła się ostać jako środek komunikacji, jeśli interesy rządu będą naprawdę zagrożone – gdyby chodziło o coś poważnego, a nie o duperelę. Po prostu: zostanie wyłączona…

Dopóki tak ostateczne terminy na Władzuchnę Naszą Kochaną nie przyszły – jest Sieć, to prawda, medium dość trudnym do kontroli. W końcu lat 90-tych, gdy byłem przez krótki czas jawnym i świadomym współpracownikiem MSWiA, cały kontakt ze „światem medialnym“ ówczesnej inkarnacji Władzuchny, ograniczał się do prymitywnego przeglądu prasy, który wykonywałem co rano w gmaszysku przy ul. Batorego, używając nożyczek i kleju. Wierzę jednak, że nawet wtedy nie był to bynajmniej szczyt możliwości różnorakich policji jawnych, tajnych i dwupłciowych, które snu spokojnego Władzuchny strzegą.

Zresztą – jeśli nawet konrola i cenzura Sieci do łatwych nie należą – to już nie wyobrażam sobie nic prostszego, niż prowokacja w Sieci. A ileż to roboty, dla całkiem nawet przeciętnego i niekoniecznie wysoko opłacanego informatyka założyć tej lub owej agendzie rządowej n tożsamości na fejsie czy w innych portalach społecznościowych – i tą drogą wpływać na nastroje i zachowania „prawdziwych“ użytkowników..? Nawet ja bym tu umiał, a zgodziliśmy się, że z racji wieku i nieufności do komputerów – „geekiem“ bynajmniej nie jestem!

Jeśli to nie pomoże, to istniejące Prawo telekomunikacyjne daje agendom rządowym wszelkie środki do tego, aby w sposób całkowicie dowolny i poza jakąkolwiek kontrolą hakować, przejmować, zmieniać i kasować – jakiekolwiek dane, jakie tylko przepływają przez Sieć. Żadna zgoda sądu nie jest do tego nawet potrzebna – takie rzeczy robi się po cichutku, na zasadzie przysługi, kumpel kumplowi – sprawdźcie sobie tylko, O Naiwni, kogo zwykły zatrudniać (dla świętego spokoju i uniknięcia problemów z koncesją…) firmy telekomunikacyjne i dostawcy internetu na stanowiskach odpowiedzielanych za współpracę z agendami rządowymi.

Cała trudność kontrolowania Sieci polega li i jedynie na tym, że owych danych, portali, stron i antyrządowych (faktycznie lub potencjalnie) komunikatów – jest po prostu bardzo dużo. Niepodobnym jest w konsekwencji, aby agendy rządowe zajmowały się wszystkimi naraz, bo ludzi im do tego nie starczy – a póki co jeszcze, wydajność bootów śledzących i kontrolujących nieprawomyślną treść – nie zachwyca... Zresztą – jest to wyścig, którego z czysto technicznych względów, strona próbująca kontrolować i selekcjonować – nie ma prawa wygrać.

Więc: totalna kontrola bez luk i niekonsekwencji jest niemożliwa. Ale rozliczne prowokacje, filie Departamentu Plotki, topienie niewygodnych przekazów w morzu bełkotu, dowolne praktycznie kompromitowanie osób niewygodnych (a ileż to roboty zmontować i wrzucić w Sieć filmik dowolny..?), szerzenie paniki gdy jest po temu potrzeba, itd., itp. – to są działania, których jak najbardziej można się spodziewać w każdej chwili, nie wymaga to żadnych zmian prawnych ani organizacyjnych.

Że Władzuchna Nasza Kochana (zdaje się) tego jeszcze na szerszą skalę nie robi? Bo łaskawa jest… A może tylko – brak jej po temu fantazji..?

Ale w sytuacji zagrożenia podnieść hebel chyba będą umieli – jak sądzicie..? A wtedy – bye, bye Internecie, bye, bye fejsbuku… I co Wam przyjdzie z Waszej „labilnej demokracji“? Jak się umówicie na „flash mob“?

Raz na kilka miesięcy, zwykle wtedy, gdy podwożę nie zmotoryzowanego sąsiada do jakiegoś urzędu w Kozienicach, kupuję sobie miesięcznik „Nowa Fantastyka“. Głównie dla zawartych tamże felietonów. Jest to dla mnie główne źródło kontaktu z nowinkami współczesnej cywilizacji – któż powinien bowiem być bardziej na czasie i na bieżąco, niż fantaści..?

Od pewnego czasu dostrzegam w tekstach serwowanych przez felietonistów „Nowej Fantastyki“ coraz więcej treści, które jeżą mi rzadką i krótką szczecinę na mej łysej czaszce. Jakiś czas temu przeczytałem, że młode pokolenie, owi „wychowani na internecie“, ma już fizjologicznie zmienione mózgi w stosunku do wcześniejszej normy dla gatunku homo sapiens.



W czym by to się miało objawiać praktycznie, nie wiedziałem aż do tej pory. Teraz już wiem. Owa zmiana polega właśnie na tym, że nowy gatunek hominida, homo sapiens Zukerbergis – nie odróżnia polityki od „flash mob“, a jedyną dlań „wartością naczelną“ jest „wolność w Sieci“. Bynajmniej nie sugeruję, że te same hominidy nie odróżniają też doggingu od erotyki – ale zbieżność tego zjawiska w czasie z innymi dziwactwami ery „postnowoczesności“, każe się nad takim wnioskiem co najmniej zastanowić…
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...