piątek, 31 sierpnia 2012

Z pamiętnika bimbrownika cz. 2 - wino czeremchowe

Lepsza Połowa twierdzi, że to najgorsze wino owocowe, jakiego próbowała w życiu. Lepsza Połowa ma małe w tym względzie doświadczenie: moim zdaniem, w porównaniu do słodkich i lepkich jak landrynka "czarów PGR-u", nasza czeremchówka to prawie Bordeaux..!
Zdaniem Lepszej Połowy, czuć w tym wyłącznie drożdże i gorycz. Ja drożdży nie czuję wcale, a gorycz jest w winie czeremchowym zjawiskiem całkowicie normalnym. Smakuje jak francuski, prowincjonalny sikacz z dużą domieszką toniku - czyli: bardzo orzeźwiająco!
Na zdjęciach pokazujemy DRUGĄ szklankę utoczonego dziś z baniaczka soczku - pierwszą wypiłem pierwej, nim Lepsza Połowa dała się na sesję zdjęciową namówić. Właśnie kończę spijać także tę drugą. Nastrój mi się zdecydowanie poprawił (a zacząłem dzień pod zdechłym Azorem: kolega z Warszawy przysłał sms-a, że znalazł w skrzynce adresowane do mnie awizo - jak nic, jakieś złe wieści, pewnie od komornika...), samopoczucie również - żadnych sensacji żołądkowych, nic mi nie dolega, nic mnie w ustronne miejsce nie pędzi... Czego jeszcze chcieć od domowego wina..?
Prawda jest taka, że koniec fermentacji w tym baniaczku nas zaskoczył. Najwyraźniej dodaliśmy za mało cukru, ewentualnie czeremcha, zbierana na przełomie lipca i sierpnia, była jeszcze za mało dojrzała. Teoretycznie, powinno się fermentować jeszcze co najmniej dwa tygodnie.

Poza tym, ów koniec fermentacji, zaskoczył nas w najmniej odpowiednim momencie - jesteśmy oboje podziębieni, Lepszej Połowie się od tego węch wyostrzył (np. cały czas czuje w chatce gaz po tym, jak wczoraj wymieniłem butlę...) - a mnie ten zmysł całkowicie opuścił i nic zgoła powonieniem nie wyczuwam. Stąd pewnie owe drożdże, które Lepsza Połowa w czeremchówce czuje, a których ja nie czuję wcale...

Rozlewanie tego wina do butelek i tak nastąpi dopiero jutro: byłem wprawdzie wczoraj przejazdem w Warce (sąsiad odbierał dziecko ze szpitala w Warszawie, więc go podwoziłem...), ale sklep w którym można kupić korki do butelek, był już zamknięty. Planujemy nastawić w to miejsce wino z jarzębiny.

Następne w kolejce do zakończenie fermentacji jest wino jeżynowe. Też już bardzo słabo bąbelki puszcza, a było równo z pierwszą czeremchówką nastawiane - tyle, że nie na soku (jak czaremchówka), a na całych owocach z dodatkiem wcale solidnej porcji cukru. Te drożdże nie powinny paść z głodu, tylko z nadmiaru alkoholu. A jak wyjdzie - zobaczymy już wkrótce...




czwartek, 30 sierpnia 2012

Ekonomika życia wiejskiego, cz. 2 – Jak prawidłowo trzymać siekierę?

Jeśli nie nawołuję bynajmniej do obalenia obecnej „demo-liberalnej zgnilizny“, to od gorzkiej świadomości, że najprawdopodobniej przyszłość będzie gorsza. Przyspieszając upadek Tuska – przyspieszamy nadejście Palikota czy innego Heliogobala: taki jest rwący prąd dziejów, a jak mawiał Laozimądry człowiek nie walczy z prądem rzeki, tylko pozwala mu się przenieść na drugą stronę… Czy jakoś tak. O sens chodzi!

Cieszmy się zatem tym, co mamy, bo przyszłość jest nie tylko niepewna, ale też najprawdopodobniej – o wiele straszniejsza od tego, czego doświadczamy na codzień obecnie.

Czego zaś doświadczamy na codzień obecnie? Ano państwa chorego na ostrą biegunkę legislacyjną (tu się pochwalę od razu – całość będzie w stosownym cyklu w odpowiedniej porze, ale że duma mnie rozpiera, to nie mogę czekać: wychyliłem dwa łyki naszego pierwszego wina czeremchowego: wyszło wytrawne, lekko gorzkawe, ale moc ma, pić się da – i jak na razie: sraczki nie dostałem..! Jak na pierwszy raz..?). Państwa, które nieustannie ustanawia coraz to nowe prawa – głupie, niesprawiedliwe, złe, dające (z reguły!!!) skutki dokładnie przeciwne do deklarowanych intencji. Prawa te przy tym opatrzone są srogimi sankcjami – i gdyby były wykonywane, uczyniłby życie wielu ludzi nieznośnym, albo nawet i niemożliwym.

Jednym z takich praw jest obowiązująca ustawa z 16 kwietnia 2004 roku o ochronie przyrody (Dz.U. Nr 92/2004 poz. 880 z późn. Zm.). Wielekroć zresztą nowelizowana i zmieniana, tudzież opatrzona wielkim mnóstwem często zmienianych „przepisów wykonawczych“. Horrendów w tym poronionym płodzie chorej wyobraźni jest tak wiele, że aż nie wiadomo, od czego zaczynać, nas jednak będą tu interesowały przepisy dotyczące wycinki drzew, Rozdział 4 tej ustawy, a zwłaszcza artykuły 83, 84, 85, 88 i 89.

W wielkim skrócie, wygląda to tak, że drzewa nieowocowego, zdrowego, starszego niż 10 lat (jak również takiego samego krzewu) nie można wyciąć bez zezwolenia wydanego przez wójta i wniesienia do gminnej kasy opłaty wedle taryfikatora liczonego na podstawie obwodu pnia na wysokości 130 cm:
1) 270 zł – przy obwodzie do 25 cm;
2) 410 zł – przy obwodzie od 26 do 50 cm;
3) 640 zł – przy obwodzie od 51 do 100 cm;
4) 1 000 zł – przy obwodzie od 101 do 200 cm;
5) 1 500 zł – przy obwodzie od 201 do 300 cm;
6) 2 100 zł – przy obwodzie od 301 do 500 cm;
7) 2 700 zł – przy obwodzie od 501 do 700 cm;
8) 3 500 zł – przy obwodzie powyżej 700 cm.
W przypadku krzewów opłatę liczy się od metrów kwadratowych powierzchni zakrzewionej – przy stawce za jeden metr kwadratowy 200 złotych (wszystkie te stawki ulegają – od 2005 roku – corocznej waloryzacji o średnioroczny wskaźnik inflacji za rok poprzedni, w praktyce zatem, są już w tej chwili sporo wyższe…).

Jeśli wycinka takiego drzewa lub krzewu zostanie dokonana bez zezwolenia wójta i bez wniesienia opłaty – naliczana jest kara w trzykrotnej wysokości należnej opłaty.

Nie zaprzeczam, że intencje wprowadzenia tego drakońskiego prawa były szlachetne. Otóż, ustawodawca miał o swoich poddanych bardzo złe zdanie: uważał ich bowiem, pisząc tę ustawę, za bezmyślne, złośliwe, tępe i okrutne dzieci, które błyskawicznie wytną każde drzewko i zadepczą każdy krzaczek, przerabiając to wszystko na parkingi i betonowe place – jeśli tylko się im na to pozwoli.

Czasami, gdy piszę tu o naturalnym, zwierzęcym charakterze hierarchii społecznej, o tym, że zdecydowana większość populacji ludzkiej nie pragnie i nawet nie potrafi sobie wyobrazić wolności, itp. – sam mam wrażenie, że postponuję nieco moich bliźnich. Albowiem dążenie do zajmowania wysokich pozycji w hierarchii społecznej, kierownie się własnym zdaniem i samodzielne decydowanie o własnym losie, przyjęło się wartościować pozytywnie (co dowodzi jedynie niejakiej bezwładności w sferze aksjologicznej, boż takie oceny nic już nie mają wspólnego ze stanem aktualnym…).

Nigdy mi jednak nie przyszło do głowy uważać WSZYSTKICH bez najmniejszego wyjątku Polaków za bezmyślne, złośliwe, tępe i okrutne dzieci, które będą wycinać drzewa i zadeptywać krzaczki bez powodu – a za takich właśnie uważał ich w 2004 roku (i uważa do tej pory, boż to akt obowiązujący…) wybrany przez tychże Polaków Sejm.

Podkreślam, że Sejm bez najmniejszej wątpliwości uważał i uważa WSZYSTKICH Polaków za bezmyślne, złośliwe, tępe i okrutne dzieci – albowiem obawa, że gdyby tylko na to pozwolić, doszłoby do masowej wycinki drzew i krzewów na sprzedaż – nie ma najmniejszych zgoła podstaw! Po pierwsze – wszak zdecydowana większość lasów i tak jest w rękach gosudarstwa (nie można ich przecież oddać w ręce prywatne, czyli w ręce: bezmyślnych, złośliwych, tępych i okrutnych dzieci – nieprawdaż..?). Wyrąb tamże drzew przez osoby prywatne jest zwykłą kradzieżą i do tego i tak przepisy tej ustawy się nie stosują.

Po drugie – gdyby wszyscy prywatni właściciele zagajników, lasków, drzew nieowocowych w ogródkach, itp. – nagle i jednomyślnie postanowili je wyrąbać i sprzedać (pewnie: „chciwym korporacjom“…), to by na tym z całą pewnością stracili, bo przecież cena by spadła… Jest to absurd! Tylko obawa o bezmyślność, złośliwość, tępotę, okrucieństwo i dziecinne zachowanie może zatem tak srogie zakazy usprawiedliwiać…

Oczywiście w praktyce, skutek funkcjonowania tego prawa jest dokładnie odwrotny do zamierzeń. Ponieważ nie można wyciąć drzewa starszego niż 10-letnie: rozwiązaniem najlogiczniejszym jest niedopuszczenie, aby takie drzewa w ogóle wyrosły!

Kto zatem posiada działkę, co do której nie ma na razie bliżej sprecyzowanych planów, nie wie czy będzie chciał tam coś pobudować na przykład, czy nie i gdzie konkretnie – a chce zachować jej wartość handlową, którą konieczność wniesienia opłat za wycinkę drzew łatwo może sprowadzić do zera – goli ją regularnie tak, żeby żadne starsze niż 10-letnie drzewa ani krzewy tam nie rosły…

Czy w efekcie mamy w Polsce więcej starych, pięknych, dużych drzew – czy mniej..?

Chyba sami możecie sobie Państwo na to pytanie odpowiedzieć..?

Niestety, do naszych posłów, ministrów i ich przydupasów, tego rodzaju argumentacja NIGDY nie trafia. NIGDY – podkreślam. Jeśli nawet ktoś z nich by ten tekst, lub jakiś podobny przeczytał – żachnie się tylko, oburzy, nastroszy pióra i bąknie co najwyżej: ale głupoty wypisuje ten wariat!

Zawsze podejrzewałem, że przed otrzymaniem stałej pracy w jakimkolwiek ministerstwie, trzeba przejść test na inteligencję: po czym – odrzuca się tych, którzy uzyskają wynik wyższy od, powiedzmy – 80 punktów IQ (W Ministerstwie Finansów, moim ulubionym pod tym względem, normy muszą być zawyżone: nie więcej niż 70 pkt!)…

W praktyce oczywiście, wygląda realizacja tego prawa różnie. Są takie gminy w Polsce, gdzie żadne drzewa i krzewy starsze niż 10-letnie w ogóle nie rosną. Nasza właśnie się do takich zalicza, dzięki czemu – jako że, zimno się robi (a zima będzie w tym roku – powtarzam: wczesna, ostra i długa…) – codziennie wokół słychać radosny warkot pił spalinowych.

Oczywiście, jak wyliczył dawno temu kolega Maczeta – tak pozyskanego opału nie starczyłoby na długo, gdyby rzucili się nań wszyscy Polacy.

Jednak dla mnie i dla bardzo wielu moich sąsiadów, możliwość samodzielnego pozyskania drewna (bynajmniej nie z żadnych tam Lasów Państwowych – to brzydka kradzież jest – każdy ma tu prawie własny las, a jak nie ma, to może się z kim innym umówić… nam jeszcze na wiele lat starczy tych samosiejek, które na naszej ziemi wyrosły!), to konieczny warunek, bez którego przetrwanie zimy byłoby niemożliwe.

Nasz konkretny przypadek jest przy tym nietypowy. Ogrzewamy się bardzo nieekonomicznie: nawet nasz nowy piecyk, to dalej jest, trochę tylko podrasowana „koza“ (zwana inaczej „burżujką“…). Daje ciepło tylko wtedy, gdy się w nim pali, więc palić trzeba nieustannie – od wczesnego ranka do późnego wieczora, licząc na to, że przez noc chatka nie wyziębi się aż tak, żeby woda w rurach pozamarzała.

Chatka przy tym jest niewielka (a to ma znaczenie: po prostu – mało ciepła gromadzi w tak niewielkiej objętości…), jej ściany z półbalika sosnowego, przykrytego PRL-owską supremą w wielu miejscach podczas jej burzliwego życia popękały, a pod supremą nie widać gdzie. Drzwi mamy z taką szparą, że hej… (przydałoby się je wymienić… ale na razie – nie ma za co!), okna stare i nieszczelne.

W sumie zatem, potrzebujemy o wiele więcej drewna – o wiele drobniej pociętego – i o wiele lepiej wysuszonego – niż większość naszych sąsiadów. Którzy korzystają albo z tradycyjnych pieców kaflowych (co jest chyba, mimo pewnej uciążliwości jak chodzi o obsługę – rozwiązaniem optymalnym), albo z c.o. zasilanego naprawdę sporymi kotłami.

Nie mamy też piły tarczowej zdatnej do cięcia mokrego drewna. Nie możemy zatem – nawet, gdybyśmy chcieli – zastosować takiego modelu pozyskania drewna na opał, jaki tu dominuje. A dominuje taki model, że jedzie się do lasu ciągnikiem z przyczepą i rżnie możliwie jak najgrubsze pnie, które potem rozdrabnia się krajcą i wykańcza siekierą. W 3 – 4 dni zapas na całą zimę jest zgromadzony!

Ja rżnę już czwarty tydzień – a zgromadziłem ledwo połowę tego, co bym uznał, w obliczu wczesnej, długiej i ostrej zimy, za zapas minimalny.

Swoją drogą, muszę też wreszcie wymienić dach wiaty na drewno - ta "eurofala" to była tragiczna pomyłka!


Dlaczego tak się dzieje? Po pierwsze dlatego, że jednak – będąc świeżym wciąż osadnikiem – staram się nie przesadzać z tą swawolą i takie największe brzózki i sosenki jednak omijam (samosiejki metryk nie mają – nikt ich nie sadził i można tylko zgadywać, ile czasu już rosną: fakt, że jak do tej pory, na najgrubszym pniu jaki kiedykolwiek udało mi się ściąć, nie naliczyłem więcej niż osiem słojów – a ledwo sobie z nim dałem radę naszą niewielką, amatorską piłą, taki był gruby…). Licząc się zresztą i z tym, że w przyszłości tereny, które teraz karczuję, powiększą nasze pastwiska – a na pastwiskach celowo i z rozmysłem chciałbym mieć właśnie takie największe i najpiękniejsze brzozy (trochę mniej bym chciał mieć sosenki – ale i te, jeśli choć w miarę proste były, pozostawiłem…). Utrudnia to nieco manewrowanie ciągnikiem z kosiarką czy prasą – ale bardzo podoba się koniom!

Karczując zatem drzewa na opał, postępuję dokładnie odwrotnie niż byłoby ekonomicznie i optymalnie: rżnę bardzo dużo bardzo małych i młodych brzózek i sosenek, co zwielokratnia konieczny nakład pracy. Muszę je też od razu, na miejscu, pociąć na kawałki takiej długości, żeby zmieściły mi się w piecu. Przy domu, siekierą, rozdrabniam już tylko najgrubsze takie kawałki  - żeby szybciej wyschły, czasem też nie zauważy się jakiejś bocznej gałązki, którą trzeba siekierą odciąć, a tylko wyjątkowo – tak przycięty kawałek, naprawdę trzeba jeszcze rozrąbać, bo się w drzwiczki pieca nie mieści.

W konsekwencji – o wiele więcej rżnę niż rąbię. Kosztuje mnie to szacunkowo – licząc się z tym, że w ciągu roku zużywam co najmniej jedną prowadnicę i 3 – 4 łańcuchy oraz 4 – 6 baczków benzyny i odpowiednią ilość oleju do smarowania – jakieś 500 złotych rocznie (jak do tej pory zużyliśmy też do cna jedną piłę: gdyby to dodać, to wyszłoby, z amortyzacją piły włącznie – może z 700 – 800 złotych? Osadzenie na nowych styliskach i naostrzenie dwóch siekier – po 3 latach eksploatacji – kosztowało mnie 20 złotych. Zużywa się też, oczywiście, trochę ropy – bo, jeśli tylko mogę, zwożę to drewno przyczepą za samochodem – ale to są pomijalne ilości, wszak daleko nie jeżdżę…). Oraz – mniej więcej, trudno to precyzyjnie policzyć, ale około 300 – 400 roboczogodzin w ciągu roku.

A tymczasem nasz ogrodowy chmiel przyozdobił się w szyszki...


Czy to jest dużo czy mało? Podejrzewam, że gdybym mógł te roboczogodziny sprzedać i zarobić – to bardziej by mi się opłacało kupić gotowe i porąbane drewno. Nie mam jednak takiej możliwości. Nie ma zatem się nad czym specjalnie zastanawiać.

Nie bez znaczenia jest fakt, że koszty samodzielnego pozyskania drewna rozkładają się w czasie – jak mnie nie stać na paliwo czy olej do piły albo nowy łańcuch, to po prostu nie rżnę, tylko czekam, aż coś wpłynie na konto. Kupując drewno, musiałbym zapłacić od razu za większą jego ilość – trudno, żeby mi ktoś drewno za 100 złotych na ten przykład przywoził…

Jestem fizycznie słabszy od moich sąsiadów. W końcu – lata spędzone w szkolnych ławach i za biurkiem robią swoje! Musiałem zatem dopracować się takiej techniki trzymania siekiery, żeby nie miało to znaczenia.

Pomogły mi w tym… filmy Akiry Kurosawy! W czwartym roku tego eksperymentu mogę z całą pewnością stwierdzić, że zdecydowanie najskuteczniejszy jest chwyt zza głowy – jak potrzeba, to z wykrokiem w dodatku. Aczkolwiek nie doszedłem jeszcze do tego, żeby wrzeszczeć na oporny pieniek, jak samuraj na przeciwnika…



Postępujemy generalnie dokładnie tak jak z kataną. Najlepsza jest do tego siekiera o możliwie jak najdłuższym stylisku i możliwie jak najcięższa. Chwytamy ją pewnie oburącz, podnosimy za głowę, aż nas tępy koniec topora smyrnie po dupie, po czym pewnym i płynnym, a szybkim ruchem, starając się, żeby ostrze spadającego topora było dokładnie prostopadłe do powierzchni rąbanego pniaka – opuszczamy na cel.

Na początku trudno trafić, ale to jest kwestia wprawy i koncentracji – w większości wypadków pieniek rozdzieli się nam na dwie równiutkie połóweczki. Z użyciem minimum siły (tyle, co by siekierę podnieść, resztę załatwia energia potencjalna wzniesionego topora, zamieniając się w energię kinetyczną).

Brzózki rąbie się o wiele łatwiej od sosenek – te ostatnie mają o wiele więcej sęków, a i włókna nie idą w nich prosto, tylko zwykle skręcają się, przez co odrąbane kęsy nigdy niemal nie są równe.

Niepożądanych gości można potraktować dokładnie tak samo…

Właśnie pogoniłem – bez siekiery – grupę paskudnych, starych bab, które zapuściły się zbierać grzyby aż pod okna naszej chatki. Chyba trzeba by cały teren prądem ogrodzić – jak na razie to jedyne, co zatrzymuje takich intruzów (przez zwykłe ogrodzenia przełażą, jakby ich wcale nie było, jeszcze sznurki nożami tną – co nieraz znajdowałem…).

środa, 29 sierpnia 2012

Bardzo bym chciał…

Ortodoksyjnie korwinowska odpowiedź na pytanie o „peak oil“ to wzruszenie ramion: wolny rynek sobie z tym na pewno poradzi!
-    Ale przecież nie ma wolnego rynku w energetyce…
-    Co z tego że nie ma? System się sypie, już tej jesieni wprowadzimy liberalizm!

W tym momencie dyskusja się kończy, bo co tu tłumaczyć, że ani tej jesieni, ani przyszłej wiosny, ani w ogóle nigdy – Korwin NA PEWNO w Polsce liberalizmu nie wprowadzi..?

Nie, wcale nie dlatego, że ma niewyparzony jęzor i mówi rzeczy, które podobno szkodzą na „wynik wyborczy“, ani nie dlatego, że jest „agentem wpływu“, czy jakimkolwiek innym „agentem“, ani też nie dlatego, że „System“ fałszuje wybory!

Prosta, ale nieprzyswajalna dla ortodoksyjnie korwinowskiego umysłu prawda jest taka, że jakieś 93% populacji po prostu NIE CHCE żadnej wolności, a osobliwie – bez najmniejszych wątpliwości, z całą pewnością – NIE CHCE żadnego tam „wolnego rynku“..!

Owe 93% populacji to nieodrodni potomkowie tych, którzy się przed wiekami „powzdali“ (jak widzicie, staropolszczyzna miała nawet specjalny termin techniczny na „poddanie się wolnego człowieka szlachcicowi, by stać się jego poddanym“) – a raczej: tych, którzy ZAWSZE zajmowali w ludzkim stadzie pozycje „beta“, „gamma“ i tak dalej – aż do „omega“ – i dla których zajęcie pozycji „alfa“ po prostu nie wchodzi w grę: człowiek taki, zmuszony do podejmowania wyborów na własną ręką, nie kierując się niczyją radą i przykładem – prędzej popadnie w paranoję, niż zrobi cokolwiek konstruktywnego.

Jak widać, strategia „bycia samcem beta“ musi być nawet reprodukcyjnie skuteczniejsza od strategii „bycia samcem alfa“, bo przecież Rzeplita liczyła podobno aż 10% szlachty w populacji, a ja tu szacuję udział ludzi skłonnych do rozważenia opcji wzięcia własnych spraw w swoje ręce na 7% (i mam ten szacunek raczej za zawyżony: ostatecznie – Korwin nigdy aż tak dobrego „wyniku wyborczego“ nie osiągnął, prawda..? Inna sprawa, że bynajmniej nie musiał: jakaś część, nawet spora, takich ludzi, zajmuje uprzywilejowane pozycje w ramach Systemu – nawet mnie się to, przez krótki co prawda czas, ale udało – po co zatem miałaby cokolwiek zmieniać..? Nie wszyscy też od razu muszą się zgadzać akurat z Korwinem… Ogólnie jednak, to chciałbym zauważyć, że Korwin i tak jest fenomenem na skalę europejską co najmniej! Nie słyszałem, aby w jakimkolwiek innym kraju – przynajmniej spośród tych „postkomunistycznych“, ortodoksyjna, twardogłowa prawica istniała tak długo, tak konsekwentnie – i miała tak duży wpływ na formację ideową młodzieży…)?

No cóż: wojny, powstania, konspiracje, represje… A jak wiadomo: „pokorne ciele dwie matki ssie“…

Dlatego skądinąd – moim zdaniem – statystyczna Polka będzie atawistycznie przedkładać cudzoziemca nad krajanina: osobliwie, gdyby miał to być krajanin „w wersji alfa“ – bo tacy giną najczęściej, Polki które takim ufały, od 200 lat miały znacznie mniejsze szanse na dochowanie swojego potomstwa do wieku rozrodczego!

Reasumując: wolnego rynku (nie tylko w energetyce…) nie ma i nic nie wskazuje na to, aby miał zaistnieć w dającej się przewidywać przyszłości. W ogóle – jak pokazuje doświadczenie historyczne, wolność jakkolwiek rozumianą może wprowadzić – na krótki tylko czas – oświecona i liberalna elita, która walczy o tę wolność z Tyranią dla siebie, a przypadkiem tylko i przy okazji: obdarza nią także szersze warstwy rodaków. Za czym nieodmiennie, bardzo w skali historycznej szybko, bo nigdy nie trwało to dłużej niż 200 – 300 lat, owe „szersze warstwy“ powzdają się jakiemuś nowego Tyranowi, skutecznie pozbawiając wolności i siebie i ową oświeconą i liberalną elitę, która im wolność poprzednio dała… Tak było w Grecji, w Rzymie, i tak też jest w świecie współczesnym: powszechność i powtarzalność zjawiska każe przypuszczać, że jego mechanizm lokuje się głęboko w naturze człowieka. Powinna go zatem śledzić socjobiologia.

Jakkolwiek nie da się zaprzeczyć, że „System“ znajduje się w stanie kryzysu (pytanie tylko, czy nie jest to aby stan permanentny..?) – to nie spodziewam się, aby wynikiem tego kryzysu miało być rozszerzenie wolności. „Trend“ obserwowany nie tylko w me®diach tzw. „głównego nurtu“, ale i wśród kolegów – blogerów, dawniej wcale liberalnych i wolnościowych, jest zgoła przeciwny: masy oczekują opieki, wsparcia, interwencji, pomocy, kierownictwa, rady… Tyle, że akcent przesuwa się – jak to zwykle w czasach kryzysowych bywa – w kierunku form najpierwotniejszych, więc plemiennych: mamy coraz liczniejsze wołania o to, aby globalny wolny handel zastąpić protekcjonizmem, ponadnarodowe korporacje (które, jak wiadomo, z definicji winne są całego zła tego świata…) – kierowaną przez gosudarstwo „re-industrializacją“, zaś obrzydły multikulturalizm – ściśle plemienną solidarnością i rzezaniem „obcych“.

Jeszcze nigdy w dziejach tak nie było, żeby gosudarstwa TAKICH życzeń ludu nie spełniły! Jest to przecież w oczywistym interesie jakkolwiek rozumianych „klas rządzących“ i jakkolwiek rozumianego „Systemu“: zwiększa tylko jego władzę! Nawet „ponadnarodowe korporacje“ mogą taką zmianę spokojnie zaakceptować: Ford robił świetne interesy w Rosji Sowieckiej, a potem w ZSRR, dlaczego miałby się teraz bać protekcjonizmu..?



Maluczko, a ostatnim bastionem wolności na tym świecie pozostanie… Biuro Polityczne KPCh! Nie ulega bowiem wątpliwości, że eksportując wyłącznie „wyroby z laki“, jak chcieliby niektórzy, inteligentni przecież komentatorzy naszej ziemskiej rzeczywistości, półtora miliarda Chińczyków nie przetrwa. Zamknięcie amerykańskiego rynku dla wyrobów przemysłowych z Chin miałoby skutek dość podobny do atomowego zbombardowania chińskich miast. W tej sytuacji, Chińczykom będzie wszystko jedno – idąc na wojnę, już i tak nic nie będą mieli do stracenia…

Problem polega na tym, że agresywna rywalizacja między państwami, sztywny protekcjonizm w stylu lat trzydziestych XX wieku, wojny – to są najlepsze recepty na to, aby niedobór węglowodorów na świecie bardzo szybko powiększyć! Jeśli o każde nowe złoże będzie zaraz wybuchała wojna – tu zagadka dla P.T. Czytelników: zwiększy to jego użyteczność, czy zgoła całkiem przeciwnie: zmniejszy, albo i sprowadzi do zera..?

Czy da się tego uniknąć? Ja, siedząc w Boskiej Woli, nic w tej sprawie zrobić nie mogę. Podobnie i Państwo, moi Czytelnicy – nawet, jeśli choć część z Was zgodzi się z moimi wnioskami. Jest to sytuacja przymusowa, z której tak naprawdę nie ma dobrej strategii wyjścia, rodzaj sprzężenia zwrotnego, potęgującego tylko kryzys, wedle schematu: szmacenie walut i wyczerpanie najłatwiejszych w eksploatacji złóż prowadzi do raptownego wzrostu cen nośników energii – rosnące koszty utrzymania stwarzają presję na wzrost nacjonalizmu i protekcjonizmu – gosudarstwa jeszcze szybciej szmacą swoje waluty i ukrywają dostępne zasoby węglowodorów „na czarną godzinę“ – ceny nośników energii rosną jeszcze szybciej.

Owszem, System może się od tego załamać. Pytanie tylko, czy codzienne życie zwykłych ludzie nie załamie się aby wcześniej..?

A przecież, jeśli ci „zwykli ludzie“ wyjdą na ulice i zaczną rzucać kamieniami, to bynajmnie nie pod sztandarem wolności będą to robić, tylko właśnie: żądając jeszcze większego protekcjonizmu, jeszcze większego nacjonalizmu (tu akurat, rzeczywiście mogą „wziąć sprawy w swoje ręce“ – i zwyczajnie rzezać obcych, a zwłaszcza kolorowych, gdziekolwiek ich dopadną…). Kompletnie nie rozumiem entuzjazmu wobec „alterglobalizmu“ czy innej „antysystemowości“, jaki panuje wśród części, dawniej przecież całkiem rozsądnych i wolnościowych blogerów. Czego dobrego można oczekiwać od ludzi „okupujących Wall Street“..? Abstrahując od totalnej miałkości ich postulatów – ja w tym widzę tylko zaczątek wojny i terroru…

Stoimy nad przepaścią i z całych sił próbujemy dać wieeeelkiego susa naprzód!

Właśnie dlatego jakiś czas temu uruchomiliśmy projekt „Agepo“ – jako próbę wypracowania INDYWIDUALNYCH strategii radzenia sobie w trudnych czasach. Indywidualnych, a więc nie zakładających jakiejkolwiek „zmiany systemowej“: nie obalimy gosudarstwa. Wszystko, co możemy próbować zrobić, to chronić życie i zdrowie własne i swoich bliskich.

Projekt od pewnego czasu tkwi w zawieszeniu. Myślę, że nie tylko dlatego, iż sami zajęliśmy się trochę innymi rzeczami, w tym, między innymi: wdrażaniem strategii, który obmyśliliśmy. Również dlatego, że to Państwo – nasi Czytelnicy – powinniście w większym stopniu w tym projekcie uczestniczyć. Jak patrzę po dotychczasowym dorobku „Agepo“, to w zasadzie wszystkie ważniejsze sprawy ogólne, zostały tam omówione. To, czego brak, to konkretne recepty, konkretne rozwiązania konkretnych problemów. Kto jednak powiedział, że my we trzech i te, dwie jeszcze osoby, które chciały się gościnnie wypowiedzieć, mamy się znać na wszystkim..?

Proszę Państwa: jeśli chcecie reaktywacji „Agepo“ – musicie wziąć sprawy w swoje ręce! No, chyba że Wy też uważacie się za „osobników beta“..? O to bym Was jednak nie podejrzewał…

Tak więc, kto odpowie na przykład na takie proste pytania: jak radzić sobie z przechowywaniem żywności, gdy przerwy w dostawach energii będą tak częste i tak długie jak w latach 80-tych..? W jaki sposób kształcić dzieci? Jak się leczyć, gdy kolejki do szpitali zrobią się długie..? Czym zastąpić internet, jeśli zostanie on poddany cenzurze..? Jak UKRYWAĆ cenne dobra przed okiem gosudarstwa – w dobie kamer termowizyjnych, skanerów czy czujników wykrywających śladowe ilości substancji w powietrzu..? Jak organizować sąsiedzką samoobronę..?

Tak zwany „leming“ widząc taki tekst – jeśli doczytał do tej pory (wstępne narzekania na Korwina mogły go do tego zachęcić, jak sądzę…), parsknie w tym momencie śmiechem, opluwając monitor. No tak – pomyśli, albo nawet powie na głos – wiedziałem od razu (sądząc po tym linku „sprzeciw się zakazowi noszenia noży..!“), że to wariat, do Tworek go!

Po czym, mam nadzieję – opuści tę stronę i nigdy już więcej tu nie wróci. Żegnaj, lemingu!

Proszę Państwa, nasze obecne miejsce „w skali Kardaszewa“ (obrazującej energetyczny poziom rozwoju cywilizacji), nie jest nam dane raz na zawsze! Były już w dziejach takie momenty, gdy ludziom wydawało się, że przyszłość może być tylko lepsza, jaśniejsza, wygodniejsza i potężniejsza. Ostatnim takim momentem była wiosna 1914 roku. Ale już latem tego samego roku, rzeczywistość brutalnie zweryfikowała te optymistyczne oczekiwania…



Owszem: nie dotyczyło to całej ludzkości, a tylko jej europejskiej części (Amerykanie do tej pory niczego porównywalnego nie doświadczyli, wszak ostatnią poważną wojnę na własnym terytorium toczyli w połowie XIX wieku…). Ortoewolucyjny, wykładniczy wzrost naszej przemysłowo – energetyczno – informacyjnej potęgi nie uległ zahamowaniu mimo, że XIX-wieczne złudzenia o dobroci natury ludzkiej i nieuchronności moralnego postępu rozwiały się jak dym.

Kto mi jednak wskaże prawo natury zakazujące cywilizacyjnej zapaści także i pod tym względem?

Takiego prawa natury nie ma, bo niby skąd by się miało wziąć..?

Zagrożenia przed którymi stoi nasza cywilizacja są trojakie. Pierwsze pochodzą od Natury: mimo całej naszej cywilizacyjnej potęgi (i pychy), jesteśmy bezbronni wobec takich zagrożeń jak upadek asteroidu (o stosunkowo niewielkim nawet rozmiarze…), zanik pola magnetycznego Ziemi, bliski (w skali kosmicznej) wybuch Supernowej.

Owszem, takie wydarzenia opisują stosunkowo niewielkie prawdopodobieństwa. Skądinąd jednak, wiemy doskonale, że nie są to opcje „puste“ – ponieważ w przeszłości Ziemia wielokrotnie doświadczała tego rodzaju katastrof. Wiedząc o tym, zdecydowanie inaczej powinniśmy podchodzić do kwestii eksploracji Kosmosu. Raz, że stamtąd część tego rodzaju zagrożeń pochodzi, a dwa, że prawdziwie pewną homeostazę dałoby naszemu gatunkowi (a z nimi całej reszcie biosfery, który jest nam do życia niezbędna) dopiero skolonizowanie kilku takich planet jak Ziemia. Tymczasem dla przeciętnego zjadacza chleba środki zainwestowana w Kosmos, to środki stracone – można by ich przecież użyć – jego zdaniem „lepiej“ – dla „nakarmienia głodnych“, czy choćby – zafundowania mu jakichś kolejnych igrzysk…. Dla gosudarstwa natomiast, Kosmos ma znaczenie li i jedynie militarne i ambicjonalne – i nic dziwnego, że wraz z końcem Zimnej Wojny, cały rozpęd w tej sprawie się skończył… Czy obecne zaostrzenie rywalizacji między państwami może go rozniecić na nowo..? No cóż, jeśli Chińczycy wylądują na Księżycu i polecą na Marsa – inni też coś będą musieli z tym zrobić…

Generalnie jednak – nie ma co oczekiwać, żeby za naszego życia opcja kolonizacyjnej wyprawy w Kosmos była dostępna. Pech! Bo jednak, fajnie byłoby NAPRAWDĘ uciec z tego łez padołu i zasiedlić nowy Eden!

Z całej gamy rzeczywistych zagrożeń politycy, kierując się miłością własnych portfeli i władzy – „zwalczają“ jedynie tzw. „efekt cieplarniany“ (przy czym pisanie o tym w taki sposób, w jaki ja to robię powyżej, u przeciętnego leminga wywołuje kolejny atak śmiechu – no tak – nie tylko że wariat, ale jeszcze denializm klimatyczny uprawia, błeee…). Cóż: nic się na to nie poradzi…

Drugi rodzaj zagrożeń, których ziszczenie się może zepchnąć nas w dół „skali Kardaszewa“, to wspomniany już kryzys energetyczny. Bynajmniej nie wątpię, że węglowodory można zastąpić! Nie wątpię też, że można zastępując je, postąpić jednocześnie w górę tej skali, opanowując źródła energii wydajniejsze i bardziej uniwersalne.

Pytanie tylko: czy zdążymy to zrobić, zanim węglowodorów naprawdę zabraknie..? Albo: zanim gosudarstwa, bijąc się o ich źródła, nie doprowadzą nas przypadkiem do ruiny..?

Pamiętać należy – o czym Mistrz Lem, Niezawodny Przewodnik Po Meandrach Futurologii, już pół wieku temu z okładem pisał – że jak dotąd, opanowanie każdego kolejnego źródła energii wymagało wyższych nakładów od opanowania poprzedniego. Watt zbudował swoją maszynę parową (właściwie: udoskonalił tylko modele wcześniej istniejące), bazując na doświadczeniach kilku tysięcy lat kowalstwa, metalurgii, rzemiosła: samo tylko POWTÓRZENIE jego osiągnięcia może się okazać trudne, gdy zamiast kowalskich miechów i palenisk do dyspozycji będą tylko gołe ręce… Opanowanie energetyki atomowej zaś – jest niemożliwe bez sprawnie działającej eneregetyki cieplnej, zaawansowanej chemii i fizyki: sześciofluorkiem uranu nikt się nie zdoła w garażu czy w innej szopie bawić!

Owszem, takie przewidywanie nie ma mocy prawa natury. Być może owo nowe, potężniejsze i bardziej uniwersalne źródło energii jest jednocześnie tak proste w opanowaniu, że może to zrobić niemal każdy i w każdych warunkach. Bardzo bym chciał, żeby tak było… Jednak, pewności przyszłej pomyślności, szczęścia i dalszego, równie dynamicznego rozwoju – bym na takim „chceniu“ nie opierał!

Trzeci wreszcie i ostatni rodzaj zagrożeń, które mogą zagrozić naszej homeostazie, to zagrożenia natury informacyjnej. W istocie rzeczy, dostęp do informacji jest równie ważny, jak dostęp do energii. Nawet, jeśli ktoś odkryje owe nowe, wspaniałe źródło energii – co nam z tego przyjdzie, jeśli się o tym nie dowiemy..?

Przy czym, możemy się o tym nie dowiedzieć, nie tylko dlatego, że odkrycie to będzie ukrywane z takich czy innych względów. Równie problematyczne może być przyswojenie wiedzy, której nikt bynajmniej nie ukrywa – ale też nikt na nią nie zwróci uwagi, skoro zalewa nas prawdziwy potop informacji bzdurnych, zbędnych, a nawet szkodliwych!

Lem zwykł wskazywać na wykładniczy wzrost liczby wydawanych periodyków naukowych: w tej chwili nie ma już takiego specjalisty, który byłby w stanie choćby pobieżnie śledzić wszystkie przynajmniej z własnej dziedziny, a tym samym – który byłby w stanie na bieżąco utrzymywać kontakt z całym spektrum światowej nauki w tej dziedzinie, którą uprawia.

Nie da się ukryć, że spora część owej „mowy uczonej“, to przy tym zwykły bełkot, tworzony wyłącznie po to, aby postąpić wyżej w skali biurokratycznego awansu i zyskać kolejny stopień naukowy, albo chociaż – kolejną pozycję w bibliografii.

Jako jedyny możliwy sposób wyścia z tego cywilizacyjnego kryzysu, proponował Lem „obezludnienie nauki“, to jest najpierw powierzenie dalszego pomnażania wiedzy stosownym aparatom – a gdy i te się nieuchronnie nadmiarem wiedzy zatkają – skonstruowanie „sztucznego środowiska“, jako pośrednika pomiędzy cywilizacją a Naturą, tak przemyślnego, że samo z siebie o wszelkie materialne potrzeby cywilizacji dba…

Problem w tym, że pół wieku z okładem minęło – a tu „wzmaniaczy inteligencji“ ani widu, ani słychu. Komputery wprawdzie biją już w szachach najtęższych arcymistrzów (w czasach, gdy Lem pisał „Summę Technologiae“ potrafiły sobie poradzić tylko z początkującymi graczami…) – ale robią to wcale nie dzięki jakiejś nowej, genialnej heurystyce, a tylko dlatego, że coraz szybsze procesory są w stanie zwykłą „brute force“ ilości iteracji pokonać przestrzenną wyobraźnię najtęższych ludzkich graczy. Do jakiejkolwiek „komputerowej wynalazczości“ ani na krok nas to nie przybliżyło…

Zwierzę się Państwu w sekrecie, że bardzo bym chciał być lemingiem… Życie byłoby takie proste i przyjemne..?

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Żaby, czyli kariera Arystofanesa

Bodaj w piątek wieczór ja sobie ciąłem zioła na stole, brudząc oczywiście wszystko wokół, Lepsza Połowa coś robiła w naszym aneksie kuchennym, a tzw. "pudło" sobie grało. Akurat leciał teleturniej "Jeden z Dziesięciu" - ot, taka sobie głupawka, nic szczególnego... W pewnym momencie padło pytanie: kim był Arystofanes? Spośród kilku możliwości do wyboru, indagowany zawodnik wybrał opcję: fizykiem!

Lepsza Połowa, z właściwą sobie szybkością reakcji na to: Noo... To wyobraźmy sobie takie "Żaby". Siedzą żaby na scenie i kumkają: materia ma naturę kwantową... Na co Grecy: Ha, ha, ha - ale głupie te żaby..!

Tymczasem okazuje się, że inna komedia tego samego autora, "Lizystrata", wielce jest popularna w Afryce: po "seksualnym strajku" kobiet w Liberii, w tym tygodniu, od dzisiaj konkretnie - jak donosi niezawodnie zajęty pierdołami Onet - strajkować mają kobiety w Togo, chcąc w ten sposób zmusić swoich mężczyzn do obalenia tamtejszego prezydenta.
Nie, żebym się uważał za znawcę tematu, ale kilka wniosków jednak mi się w związku z tym nasuwa:
1. Afrykanki nie oglądają serialu "Seks w wielkim mieście". Gdyby oglądały, to by wiedziały, że seks nie służy do zaspokajania samczych popędów, tylko do ich własnej samorealizacji. Z punktu widzenia obyczajowości współczesnej, w tymże serialu przedstawianej, to już prędzej mężczyźni mogliby zastrajkować: może nawet, coś by tym sposobem wywalczyli..?

2. Jakoś tak przytulnie i familijnie musi być w tej Afryce, skoro taki prosty gest robi w ogóle na kimkolwiek wrażenie... Umiecie sobie coś takiego wyobrazić w Polsce..? Ja nie umiem... Niezależnie od (durnych, jak to zwykle na Onecie...) komentarzy na temat prowadzenia się Polek, jakie oczywiście pod tym artykułem znalazłem. Zwyczajnie: nie umiem sobie wyobrazić, jakimże to sposobem taka akcja mogłaby kogokolwiek do czegokolwiek zmusić? Nie chcą się kochać..? A kij im w oko..!
3. Albo ci Murzyni się przechwalają, albo faktycznie coś jest na rzeczy z tą ich legendarną chutliwością. Otóż cały strajk ma trwać ledwo tydzień - od dzisiaj licząc. Cytowani w tekście (pytanie, na ile rzetelnym..?) miejscowi panowie (i panie) powątpiewają, czy aż tak długo uda im się w celibacie wytrwać..? No Boże drogi! Przecież KAŻDY wytrzyma tydzień bez skesu! Bez jedzenia spokojnie można tydzień wytrzymać (o ile ktoś nie ma cukrzycy) - a co jest ważniejszą potrzebą..? (Tu się pojawia od razu niebezpieczne pytanie poboczne: a co afrykańscy panowie robią przez ten jeden tydzień w miesiącu, gdy ich partnerka krwawi..?).
4. Niewykluczone, że wniosek nr 3 powyżej, jest skutkiem prawdziwości wniosku nr 1. Bo gdyby Murzynki w Afryce oglądały "Seks w wielkim mieście" i wiedziały, że "te sprawy" mają służyć ich własnej samorealizacji, a nie zaspokojeniu samczych popędów - to nie wiem, czy nawet ta legendarna chutliwość Murzynów by im z miejsca nie przeszła... Niestety, ale nic tak skutecznie nie leczy mężczyzn z zainteresowania seksem, jak wyzwolone seksualnie kobiety!

Ogólnie - mam wrażenie, że Afryką trzeba się bliżej zainteresować... To wprawdzie dziki kontynent i dzikie obyczaje, ale sami chyba Państwo przyznacie: nawet, jeśli to tylko taka sobie "urban legend" (czy może raczej: "jungle legend"..?) - to sama koncepcja jest, przez Arystofanesa właśnie, nader klasyczna, archetypiczna i bliska sercu każdego prawdziwego konserwatysty! Przeciw tak prowadzonym rewolucjom - zaiste, nawet ja nic nie mam...

niedziela, 26 sierpnia 2012

Tyle nam się chce...

Pada, a momentami nawet leje. Dach szklarni, mimo że go wczoraj uszczelniłem, nadal przecieka, mocząc suszące się tam zioła (inna sprawa, że doświadczenie poprzedniej ulewy dowiodło, że jakoś to nie szkodzi - zioła i wyschły i sfermentowały jak należy i już je nawet pociąłem w piątek - 2/3 5-litrowego słoja na razie wyszło, druga, większa partia czeka na pocięcie dzisiaj...). Przeforsowani jesteśmy, obolali (Lepsza Połowa nie może się schylać, od trzech tygodni prawie bez przerwy stojąc przy kuchni - a ja nie mogę się wyprostować, od trzech tygodni rżnąc i rąbiąc na przemian... albo na odwrót, już nie pamiętam, a nie mam sił spróbować!).

Pada, a momentami nawet leje. To i Krystynę wypadało wpuścić do domu. Zwłaszcza, że przyniosła na wkupne mysz. Po dłuższych ceremoniach, koćkodany ułożyły się kompaktowo:

Pada, a momentami nawet leje. Konie z zadowoleniem moczą grzbiety, zupełnie się tym nie przejmując. A nam się chce tyle, co i koćkodanom...

czwartek, 23 sierpnia 2012

Kołtun triumfujący

W ramach przygotowań do Zlotu Ciemnogrodu w Osieku w 1996 roku opublikowałem na łamach „Gazety Kociewskiej“ (która na czas Zlotu stała się „Gazetą Ciemnogrodu“) duży artykuł wyjaśniający skąd wziął się termin „ciemnogród“, co oznaczał u Stanisława Kostki Potockiego, a co może oznaczać teraz – i, jak mi się wydaje, jako pierwszy użyłem dla określenia przeciwnej, tj. „postępowej“ postawy ideowej, terminu „jasnogród“. Który swoją karierę zrobił – nawet w Wikipedii jest, a i JKM użył go w ostatnim felietonie – a nikt o jego autorstwie nie pamięta, to się przypominam wdzięcznej pamięci…

To były – dla mnie przynajmniej – czasy przedinternetowe, tzn. miałem Atari 1040 STe (jeszcze pracę magisterską na nim pisałem…), ale że nie był kompatybilny z IBM-ami w redakcji, to artykuły i tak pisałem dwa razy: w domu na Atari, a potem przepisując w redakcji... Przy okazji bodaj pomyliłem Potockich („Podróż do Ciemnogrodu“ musiałem sobie znaleźć w bibliotece, a nie wygooglać – wyobrażacie sobie to barbarzyństwo..?!). Tekst ten zatem prawdopodobnie dałoby się gdzieś znaleźć – ale raczej wymaga to wycieczki do Starogardu, na co nie mam w tej chwili ani środków, ani ochoty.

Wspominam te przebłyski młodzieńczej kreatywności, która mi potem, w miarę upływu kolejnych lat w coraz to wyższych szkołach skutecznie przeszła nie tylko po to, aby się pochwalić (aczkolwiek „godzien jest robotnik zapłaty swojej“ – nieprawdaż..?). Od pewnego czasu zbiera mi się na ponowny rozrachunek z „ciemno-„ i „jasnogrodem“.

Dwa te światopoglądy, dwie postawy życiowe i ideowe starszą mają bowiem w naszych domowych dziejach tradycję, niż by ją pamiętne dzieło Stanisława Kostki (wydane w 1820 roku) wyznaczało. Wydaje mi się, że po raz pierwszy taki rodzaj podziału – na oświeconą, liberalną (i zamożną) elitę – i na zacofaną, obskurancką, mało lub wcale nie myślącą kołtunerie – zarysował się na warszawskim polu elekcyjnym w czerwcu 1669 roku.

Rzeczpospolita dosłownie i w przenośni leżała wówczas w ruinie – po „Potopie“, wojnie z Moskwą (militarnie wygranej ale politycznie przegranej) i wojnie domowej, w której Jerzy Lubomirski pokonał króla: ta wojna w pewnym sensie przypomina obecne zmagania „Platfusów“ z „PiSmakami“ o tyle, że był przecież Jan Kazimierz swoistą „partią zagranicy“, chcąc jeszcze za swego życia wprowadzić na tron francuskiego następcę – a Lubomirski tradycji i ustroju broniąc, też się przecież do tej samej, dworsko - magnackiej elity zaliczał.

Kiedy więc biskup chełmiński Andrzej Olszowski (no popatrzcie, jak to się dziwnie składa: Kociewie wtedy w jego diecezji leżało…) zgłosił jako kandydata do korony ubogiego i niczym szczególnym się nie wyróżniającego poza budzącym miłe skojarzenia nazwiskiem księcia – kandydatura ta wydawała się zrazu kompletnie „od czapy“. Na poważnie o tron rywalizowało czterech zagranicznych książąt, każdy wspierany przez obce dwory i każdy – z własnym magnackim stronnictwem w kraju.



Na złość magnatom, na złość obcym dworom, 11.271 elektorów – ubogiej szlachty, szaraczków – wybrało 19 czerwca 1669 roku na króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego. Szlachecki kołtun po raz pierwszy pokazał swoją siłę. Można by też dodać, że od razu pokazał swoje ograniczenie: to już nie można było znaleźć lepszego kandydata..? Pewnie tak – inna sprawa, że wobec balansującej na granicy kolejnej wojny domowej, a z pewnością przekraczającej granicę zdrady opozycji większości wielkich urzędników Rzeczypospolitej – z jej prymasem Mikołajem Prażmowskim i z hetmanem koronnym Janem Sobieskim na czele – i najzdolniejszy król niewiele by zapewne dokonał. A Wiśniowiecki, choć obecnie, wbrew szkalującym jego pamięć mitom, uważa się, że i chciał dobrze i że dobrze działał – był słabowitego zdrowia i wkrótce zmarł. Robiąc miejsce zwycięzcy spod Chocimia (każda demokracja ma słabość do zwycięskich wodzów: nawet tak pacyfistyczna jak polska demokracja szlachecka… Czyżby demokracja była uległą kobietą..?): tyleż błyskotliwemu wodzowi, co fatalnemu politykowi…



Podział społeczeństwa na liberalną elitę, to jest taką, która przejawia daleko idącą otwartość na nowinki i nowości, tolerancję, szacunek dla odmienności, ciekawość świata, itd., itp. – oraz „kołtuński“, „ciemnogrodzki“ lud, który ślepo trzyma się nie tylko tradycji, ale też – stadności (tzw. „zdrowy rozsądek“ prawdziwego ciemnogrodzinina, to wcale nie to, co mu dyktuje rozum – tylko to, co zgadza się z opinią innych ciemnogrodzian…), co jest cechą kołtuństwa daleko ważniejszą od przywiązania do tradycji – taki więc podział, jest naturalny.

Elitę stać na liberalizm. Jeśli nawet nie jest to bynajmniej „elita zasłużonych“ (jak się kołtunom sanacyjnym roiło w międzywojniu), to niezależnie od tego, czy pieniądze, wpływy i stosunki zostały zdobyte własnym wysiłkiem, czy odziedziczone: owe pieniądze, wpływy i stosunki dają niejaką pewność siebie i poczucie bezpieczeństwa. A to jest pierwszy i podstawowy warunek indywidualizmu, otwartości, ciekawości świata i tolerancji! Tak zwana „jakość“ elity nic tu nie ma do rzeczy – nawet nasza, pożal się Panie Boże, tenczasowa „elita magdalenkowa“ (swoją drogą, to już pokolenie mija…), wszelkie ma dane do tego, aby być NAPRAWDĘ, a nie tylko w swoich uroszczeniach liberalna, otwarta na świat, chłonna innowacji, itd. W końcu: pieniądze, wpływy i stosunki przecież ma – czyż nie tak..?

Ludu na liberalizm nie stać. Lud, z definicji ledwo wiąże koniec z końcem, ledwo mu starcza do pierwszego (w czasach Michała Korybuta i późniejszych – aż do powstania styczniowego mniej więcej – szlachecki „lud“ żył oczywiście innym rytmem, wiejskim, w którym miarą upływu czasu są pory roku i lata a nie miesiące – ale też ledwo, ledwo starczało mu od św. Marcina do św. Marcina…). Lud pożąda nade wszystko bezpieczeństwa, stabilności, powtarzalności. Nowinki, nowości, innowacje – są dla bezpieczeństwa, stabilności i powtarzalności zagrożeniem. Ludu nie stać na indywidualizm – kto wyróżnia się z tłumu ginie (o ile nie zdoła awansować do elity – ale to się udaje może promilowi tych, którzy próbują…). Lud nasz wreszcie, za jedno – szlachecki jak wtedy, czy miejski z chłopskim pochodzeniem jak teraz – nigdy, przez 1000 lat nie dał się naprawdę schrystianizować i żyje do tej pory nie w chrześcijańskiej „kulturze grzechu“, tylko w starszej, pogańskiej „kulturze wstydu“: godny nagany i potępienia jest tylko taki zły uczynek, na którym czyniący go da się przyłapać. To znaczy – kraść owszem, jak najbardziej, można, a niekiedy nawet trzeba – tylko nie należy dać się złapać, nieprawdaż?  Po co kraść? No, jeśli już samo gołe przeżycie i przepicie jest zapewnione – to choćby po to, aby móc w niedzielę zajechać pod kościół lepszą bryką niż bryka sąsiada…

„Elitarność“ nie jest synonimem zła, zaprzaństwa i zdrady. „Ludowość“ nie jest synonimem bohaterstwa, uczciwości i moralnej nieskazitelności. „Jasnogród“ nie jest ze wszystkim zły i godny potępienia. „Ciemnogród“ nie jest żadną tam ostoją „prawdziwej polskości“ – chyba, że za takową uznać triumfujące kołtuństwo, triumfującą ciasnotę umysłu?

Ale jakże to tak – zapyta Czytelnik prawdziwie patriotyczny i przywiązany do wartości – jak tak można? Na szanującym się, prawicowym blogu na „ciemnogród“ i „kołtuństwo“ najeżdżać..?

„Tylko prawda jest ciekawa“ – że zacytuję klasyka.

Prawda jest taka, że nasza oświecona, liberalna, otwarta na świat i innowacje elita konsekwentnie, od 300 lat, gubi, upupia i sprowadza do parteru państwo i naród. A nasz ciemny, zacofany, konserwatywny, pełen hipokryzji, dulszczyzny i pogaństwa lud – równie konsekwentnie daje się prowadzić swej elicie i obcym prowokatorom na rzeź w taki czy w inny sposób – i za każdym razem ten sam schemat powtarza się z monotonną, nużącą regularnością. Historia uczy, że jeszcze nigdy nikogo niczego nie nauczyła…

Ambicją naszej liberalnej elity od 300 lat z okładem jest „unowocześnić“ nasze państwo i naród (piszę tak rozdzielnie, bo państwa do „unowocześniania“ bardzo szybko na skutek tego rodzaju eksperymentów nie stało – co jednak wcale a wcale nie przeszkodziło w ich kontynuacji!). Lud opiera się temu jak wie i może – z czasem jednak idzie za modą i z solennym opóźnieniem przyswaja i powtarza wszystkie grzechy, słabości i idiosynkrazje elity.

W XVII wieku elita chciała zaprowadzić absolutyzm na wzór francuski lub austriacki – a tylko nie była w stanie się dogadać kto i jak konkretnie ma to zrobić. W konsekwencji ani absolutyzmu nie zaprowadzono, ani faktycznie dysfunkcjonalnego – w pewnych aspektach – ustroju Rzeczypospolitej nie naprawiono, choć były po temu i możliwości i nawet dobra wola ludu (po co naprawiać jakieś szczegóły, skoro – zdaniem kolejnych monarchów i popierającej ich magnaterii – wprowadzenie absolutyzmu naprawi od razu „całe zło tego świata“..?).

W XVIII wieku wewnętrzne reformy przestały już być kwestią czysto wewnętrzną i wymagały nie tylko przekonania szlacheckiego „ludu“ (lub „wzięcia go za twarz“), ale i subtelnej dyplomacji wobec ościennych dworów. A także – pracy od podstaw, tj. zwłaszcza – przebudowy coraz to bardziej archaicznych stosunków wiejskich. Czego początkowo nikt jeszcze nie zabraniał!

Tymczasem nasza oświecona, liberalna elita nie zdobyła się wówczas na żadną rozsądną dyplomację, preferując metodę moralnych gestów i sztubackich intryg. Co się zaś „pracy od podstaw“ tyczy, to owszem, w drugiej połowie tego stulecia modna stała się wśród naszych magnatów Anglia – jednak, z angielskiej rewolucji przemysłowej przyswojono głównie… zwyczaj picia herbatki o piątej popołudniu! A z o wiele dla nas wtedy ważniejszej – angielskiej rewolucji rolniczej: parki „w stylu angielskim“ i taki sposób przycinania rzepów ogonowych u koni, żeby nosiły ogony w charakterystyczny sposób, co nazywano wtedy „anglezowaniem“ (konował, który umiał taką operację przeprowadzić, mógł liczyć na zbicie oszałamiającego majątku w Warszawie doby Stanisława Augusta…).



W wieku XIX już nawet owa „praca od podstaw“ stała się funkcją stosunku do tego lub owego zaborcy. Jakoż w konsekwencji wszędzie władze zaborcze przejęły inicjatywę i same doprowadziły do przekształceń na wsi – co, pomijając już wszystko inne – w dłuższej perspektywie miało taki przede wszystkim skutek, że „żywioł polski“, który przedtem rozciągał się od środkowej Odry po środkowy Dniepr, skurczył się na wschodzie i na zachodzie, ustępując już to nowym, dzięki uwłaszczeniu zyskującym świadomość narodom na Wschodzie, już to – żywiołowi niemieckiemu.

Po serii kompromitujących i żałosnych klęsk, elita arystokratyczno – magnacka która do nich doprowadziła uległa w końcu zagładzie. W jej miejsce, w drugiej połowie wieku XIX powstała nowa, z drobnej i średniej szlachty się wywodząca, elita inteligencka. Ogólny model stosunków między „elitą“ a „ludem“ oraz „krążenie idei“ w ramach tego układu – bynajmniej się nie zmieniły!

Nowa elita inteligencka stworzyła dwie koncepcje na przyszłość. Obie były koncepcjami „modernizacyjnymi“ (dokładnie tak samo jako koncepcja „wprowadzenia absolutyzmu“ w wieku XVII czy „wprowadzenia racjonalizmu“ w wieku XVIII…) i obie zakładały mniej lub bardziej radykalną przebudowę całej „substancji narodowej“.

Pierwsza z tych koncepcji to nacjonalizm – a więc projekt budowy „nowoczesnego narodu polskiego“, w którym nareszcie „elita“ i „lud“ zostaną trwale połączone wspólną świadomością i wspólnym interesem. Od nazwy – późnej, bo w końcowym okresie istnienia tego nurtu działającej partii, koncepcję tę nazywa się zwykle „endecką“, a od nazwiska jej przywódcy – „koncepcą Dmowskiego“.

Druga z tych koncepcji to socjalizm – projekt, który tym różnił się wyjściowo od nacjonalizm, że postulował nie powtórzenie w Polsce, tego co dawało się rzeczywiście zaobserwować w Anglii, Francji, Włoszech czy w Niemczech – a „przeskoczenie krok dalej“ i budowę całkiem nowego ustroju, który będzie nie tylko łączył nareszcie „polską szlachtę“ i „polski lud“ wspólnotą poglądów i interesów, ale jeszcze – połączy je jak najsprawiedliwiej i jak najharmonijniej.

W XX wieku nacjonalizm przegrał – występując co najwyżej w dalece zdgenerowanej formie „socjalizmu narodowego“ typu moczarowskiego. Od 30 lat bez mała próbuje się ten nurt w łonie naszej elity wskrzesić i coraz to więcej ma on zwolenników, dalej jednak jest co najwyżej bladym cieniem swojej dawnej chwały: ostatnio na pozycje „endeckie“ zawędrował nie kto inny, jak sam pan Rafał A. Ziemkiewicz, czego przedsmak oferuje ostatni numer „NCz!“, reklamujący nową książkę tego popularnego publicysty.

Od 1926 roku jednak, zasadniczo, wszystkie spory polityczne w łonie naszej elity, są domowymi sporami socjalistów, bo innej elity niż socjalistyczna – nie mamy. Jej poszczególne odłamy mogą się spierać o to, jak daleko ma iść przebudowa natury ludzkiej: czy przebudowa ta ma dotyczyć tylko zachowań społecznych i ekonomicznych człowieka, czy również – spraw łóżkowych i w jakiej proporcji..?

Z tego punktu widzenia, oczywiście wskrzeszenie endecji warte jest zachodu – bo wreszcie pojawiłby się jakiś spór o rzeczy ważne, to jest spór polityczny, a nie tylko żenujące kłótnie rodzinne, które udają u nas politykę.

Zwracam uwagę jednak, że nacjonalizm:
-    tak samo jak socjalizm wcale nie został wymyślony w Polsce, tylko jest pomysłem importowanym z Zachodu,
-    jest to pomysł tak samo „modernizacyjny“ jak socjalizm (z tą różnicą, że 100 lat temu socjalizm postulował modernizację w kierunku modelu, który – poza Niemcami w pewnej mierze – nigdzie na świecie nie istniał, a od tej pory wiele jego wariantów zostało już przećwiczonych w praktyce, aktualnym jest model „eurosocjalistyczny“ – tymczasem nacjonalizm, który 100 lat temu można by pokazać palcem w każdym angielskim czy francuskim mieście, przeszedł do sfery teorii i na razie funkcjonuje w Europie podskórnie i bez mała konspiracyjnie – jako prawdopodobny jednak, beneficjent wzmagającego się kryzysu…),
-    jest to pomysł tak samo „kolonialny“ w konsekwencji – to jest, tak samo próbujący dostosować formę naszego bytu do idei nie naszych bynajmniej i naszemu ludowi obcych…

Złudzeniem próżnym jest oczekiwać, że w wyniku „modernizacji nacjonalistycznej“ dojdzie do zatarcia podziału na „elitę“ i „lud“. To jest niemożliwe, ponieważ podział ten wynika z natury ludzkiej – utopijnym jest oczekiwać zatem jakiejś „ogólnonarodowej jedności myśli i czynu“. Elita, niezależnie od tego, czy będzie to elita wyznająca szeroko rozumiane poglądy socjalistyczne jak teraz – czy też elita narodowa w duchu i formie – i tak, wcześniej czy później stanie się dla kołtuństwa naszego pospolitego „jasnogrodem“. No choćby dlatego, że będzie wobec niego stosowała jakieś moralne wymogi (typu „nie kradnij“… „nie zabijaj“…).

Każda elita, która się dostatecznie umocni przy posiadaniu pieniędzy, wpływów i stosunków – będzie też zawsze bardziej liberalna, otwarta, tolerancyjna i skłonna do innowacji od prostego ludu.

Co, tak na marginesie – pokazują, jaką utopią, sprzeczną z naturą ludzką i zdrowym rozsądkiem – jest socjalistyczny w treści projekt „liberalnej demokracji“, który stosunki panujące w obrębie elity (jak wiemy, elity w wieku XVIII i XIX stać było na tolerancję i otwartość tak daleko posuniętą, że przyznawały prawo do swobodnej ekspresji potrzeb seksualnych nie tylko mężczyznom ze swojej sfery – co jest oczywiste – ale nawet kobietom, a zdarzało się, że arystokraci wychowywali jako dziedziców swego nazwiska i fortuny dzieci, z którymi nie łączyło ich żadne pokrewieństwo – jak Adam Kazimierz ks. Czartoryski, który przecież nie był wcale ojcem Adama Jerzego ks. Czartoryskiego i doskonale o tym wiedział… Czyż może być większy triumf kultury nad naturą i „tolerancji“ nad kołtuństwem..?). Nawet bezprecedensowy dobrobyt który szerokie masy zawdzięczają rewolucji przemysłowej na taką niefrasobliwość nie pozwala! Przecież nie bezwzględny, a względny poziom zamożności decyduje o podziale na „elitę“ i „lud“ – i „lud“ po dawnemu ledwo wiąże koniec z końcem, niezależnie od tego, że bogaciej żyje, niż dawni królowie…

Narody Zachodu, na których mamy się przy tym wzorować – powstały w pewnym momencie dziejów i obecnie coraz więcej wiemy o tym, JAK powstały i JAK ówczesnym zamordyzmom (niezależnie od tego, czy były to zamordyzmy scentralizowane w wielkiej skali – absolutystyczne monarchie – czy lokalne zamordyzmy małych kantonów wiejskich czy gmin miejskich) udało się do pożądanego stopnia jednolitości poddane sobie ludy doprowadzić. Nie jest to widowisko zbyt budujące, a wiedza która zeń płynie – mnie tam jakoś nie krzepi.

Jeśli więc nawet możliwa jest „rewolucja narodowa“ i jeśli ma ona polegać na sojuszu „nowej, endeckiej elity“ z Ciemnogrodem – to czy z tego wyniknąć może prawdziwy triumf kołtuństwa..? Na krótką metę pewnie tak. To by JEDNAK była tragedia, gdyby ten triumf miał trwać dłużej: oznaczałoby to stagnację, a nawet cofnięcie się w wielu dziedzinach – do czasów rzeczywiście plemiennych, a przynajmniej: zaściankowych… Inna sprawa, że to chyba po prostu: niemożliwe.

wtorek, 21 sierpnia 2012

Z poradnika młodego grzybiarza

1. Grzyb dostrzeżony, to grzyb podniesiony. Argument, że teraz nie mam jak zabrać, wrócę za chwilę to żadna wymówka!  Za chwilę, to grzyba już nie będzie. Schowa się. A że wymaga niekiedy złożonych ewolucji jednoczesne prowadzenie konia za kantar i dźwiganie grzybów, albo zbieranie nowych grzybów i niesienie kota, który poszedł z państwem na poranny obchód włości, zgubił się i teraz trzeba go przynieść do domu..? Trudno! Trzeba ćwiczyć. Nigdy nie wiadomo, co się w życiu przyda. A nuż - będzie wolny etat w cyrku..?

2. Grzyby są koleżeńskie. Jeśli dostrzegłeś jednego, to najpierw spójrz pod nogi: czy aby nie stoisz na jego koledze..? A potem bardzo dokładnie przeszukaj okolicę: prawie na pewno znajdziesz jeszcze kilka... albo i dużo więcej...

3. Pamiętaj, że koło ma 360 stopni. Jeśli patrząc na wprost nie widzisz grzyba, obróć się w kółko, albo obejdź podejrzane miejsce dookoła. Jeśli idziesz przez las, wcale nie jest od rzeczy - wracać tą samą drogą. Bardzo często zobaczysz grzyba dopiero w drodze powrotnej...

4. No risk, no fun. Nie tylko na grzybobraniu. Skądinąd - jeśli stale korzystasz z tego samego grzybowiska: to z góry wiesz gdzie co rośnie i raczej nie natkniesz się na nieznany gatunek grzyba, który tylko WYDA CI SIĘ jadalny. A jak gdzieś jesteś po raz pierwszy - pytaj miejscowych.

5. Grzyby mają swoje zwyczaje. Oraz stałych przyjaciół: w sosnowym młodniku pewniej znajdziesz wiadro maślaków niż wiadro prawdziwków. Jeszcze jeden argument za tym, że warto przestrzegać w życiu pewnych rytuałów!

6. Grzyby albo są - albo ich nie ma. Jeśli są, to wyłącznie spostrzegawczość zbieracza decyduje o tym, kto wróci z grzybowiska z pełnym koszem, a kto nie.

7. Grzybobranie można uznać za udane, jeśli uda ci się rozdeptać prawdziwka o średnicy kapelusza co najmniej 15 cm. W przeciwnym wypadku - albo nie ma grzybów, albo masz wyjątkowego pecha. (Uwaga dla zaawansowanych wieśniaków: można też spuścić na takiego świeżo zerżniętą brzózkę...).

8. Grzybobranie to taki sam nałóg jak każdy inny. Idąc na grzyby, powtarzaj sobie: mam na imię ....... i jestem nałogowym grzybiarzem. W ten sposób nie dasz się żonie wpędzić w poczucie winy, gdy znowu na widok dwóch wiader leśnych skarbów do przerobienia, przywita cię w progu krótkim: o kurwa..! To przecież silniejsze od ciebie, więc o co chodzi..?

Te z wczoraj jeszcze się nie ususzyły - a już mamy kolejną porcję...

9.  Prawdziwego grzybiarza można poznać po tym, że jeśli grzyby są - to zawsze ma pełen koszyk (i jeszcze trochę niesie w ręku albo w koszuli).

10. Nigdy nie wiadomo, co jeszcze się znajdzie, szukając grzybów. Może to być na przykład dzika jabłonka - z całkiem dużymi, soczystymi i wcale nie aż tak kwaśnymi jabłkami (ewenement prawdziwy...). Albo gniazdo jakiegoś ptaka. Albo kolejne krzaki dojrzewającej czeremchy...

-------------------------------------------------------------------------

Trochę popaduje, choć żadna wielka ulewa to nie jest. Wygląda zatem na to, że ten wyrzut grzybów jeszcze nam obrodzi: jutro powinno ich być więcej niż dzisiaj.  Tymczasem my już nie nadążamy z przerabianiem... Nie wiem, co prawda, czy potrwa to aż do łykendu - ale może ktoś z Państwa właśnie ma urlop, wakacje, albo takie zajęcie, które nie wymaga ślęczenia w biurze od 8.00 rana?

Oferuję grzybobranie z przewodnikiem w Boskiej Woli - za 100 złotych od osoby.

Zbiór jest (dopóki wyrzut grzybów trwa) gwarantowany: odkąd ogrodziliśmy Wielki Padok pastuchem elektrycznym, nikt obcy tam nie wchodzi.

Możemy też rozważyć wysyłkę suszonych borowików: ale zebrać samemu nie tylko frajda większa, ale i - taniej wyjdzie...

Telefon: 782 589 388. Lub mail - w profilu.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Początek

Jak już wspominałem, od kilku dni pod tytoniem pokazują się pieczarki. Których tam jako żywo bynajmniej nie rozsiewałem - więc dzikie! A raz nawet zebrałem kilka takich na Wielkim Padoku, który poza tym, wydawał się w tym roku całkowicie bezgrzybny - susza suszą, ale już mnie to zaczynało martwić, bo po żałosnej tej wiosny trawie, byłby to kolejny dowód wyjałowienia naszej ziemi. Osobliwie, gdy i po ostatniej ulewie wszystko, co znaleźliśmy to była... para koźlaków!

Dziś, zaraz po porannym obrządku Lepsza Połowa wysłała mnie pozbierać pieczarki na śniadanie. Pieczarkę pod tytoniem zdatną do konsumpcji znalazłem jedną, bardzo malutką. A że Lepsza Połowa była na mnie nieco poirytowana, bo w trakcie obrządku zrobiłem przerwę na sfotografowanie nieco nietypowego zjawiska na nieboskłonie:
(lepiej powiększyć, żeby zobaczyć o co chodzi...)

to już poszedłem - bez wielkiej nadziei - poszukać ich też na Wielkim Padoku.

Pieczarek, owszem - nie znalazłem. Ale doszedłem tylko do pierwszej brzózki i musiałem wracać, bo mi się w koszulę nie mieściło to, co znalazłem. To zabrałem (z punktu rozchmurzoną...) Lepszą Połowę i kobiałkę i taki tam spacerek, w towarzystwie Krystyny sobie zrobiliśmy przez pół Wielkiego Padoku i najbliższe okolice:
Na talerzu to, co znalazłem pod pierwszą brzózką, reszta w kobiałce. Śniadanie już się smaży, mniam, mniam.

Zaraz znoszę ze strychu suszarkę do grzybów - a potem jadę rżnąć młode brzózki (no, może jedną młodą sosenkę też zerżnę) - a Lepsza Połowa obiecała zająć się czarnym bzem. Wczoraj cały dzień spędziła przy sokowniku, wytaczając sok z czeremchy, który już zasilił nasz baniak (ten pożyczony od sąsiada). Jeszcze jedna taka porcja kilku litrów soku tam wejdzie - potem trzeba będzie wymyślić inne zastosowanie, bo czeremchy urodzaj iście gargantuiczny!

A to dopiero początek, oj początek...



niedziela, 19 sierpnia 2012

Los człowieczy

Istnieje wiele zgrabnych podsumowań człowieczego losu. Nie najgorszą jest ta, ze znanej anegdotki o władcy i mędrcu wzięta: rodzili się, cierpieli i umierali. Można to oczywiście rozwijać w dowolny sposób – jak to przypominając, że przypadkowo rodzili się (podobno większość żyjących Polaków została poczęta po pijanemu i na skutek nieuwagi – ci lepsi, to może nawet i na haju..?), cierpieli bez śladu godności, wyjąc i błagając o ratunek, czym skutecznie załazili za skórę najbliższym i słusznie lądowali w przytułku, a na koniec umierali tylko po to, żeby pokłócić spadkobierców – biorących się za łby najczęściej już pod koniec stypy…

Wdzięcznie się takie ponure opisy mnoży, bo i łatwo, i co by się nie napisało, to wszystko prawda – i Czytelnik nie ma jak się wobec tego nagromadzenia absurdu zbuntować: no nie ma to wszystko krzty sensu i co na to poradzić..?

Są oczywiście metody na to, żeby i tę przypadkowość i absurdalność i cierpienie jakoś usensownić. Nie napiszę, że każdy własną strategię musi tu wybrać – od akceptacji pure nonsensu egzystencji (co się objawia najczęściej inklinacją do czarnego humoru…), do jego zamaskowania jakimś postulowanym ładem (o różnej charakterystyce zresztą – od oczywiście bzdurnego, jak astrologia – po wcale ciekawe i intelektualnie zaawansowane pomysły natury metafizycznej, których doświadczalnie obalić się nie da…) – bo to nieprawda: akurat zdecydowanie najczęstszą strategią jest po prostu o tym nie myśleć. Jako się rzekło w „Seksmisji“: organizm zdrowy działa – organizm chory popada w refleksję.



Nie jest też wcale prawdą, że leczeniem takich „egzystencjalnych lęków“ zajmuje się Kościół. Kościół w Polsce zajmuje się udzielaniem chrztów, przyjmowaniem do pierwszej komunii, bierzmowaniem, udzielaniem ślubów i odprawianiem pogrzebów – to są wszystko ważne „rytuały przejścia“, które niewątpliwie liczne lęki leczą (a oprócz tego, dostarczają wyśmienitej okazji do sztachnięcia się endorfiną: niektórym wystarcza do tego sama biała suknia z welonem, większość jednak woli dla pewności zażyć C2H5OH…) – ale właśnie, pod warunkiem, że się nad tym za dużo nie rozmyśla. Ci, którzy rozmyślają – o ile przypadkiem nie mieli szczęścia trafić na jednego z kilku ostatnich charyzmatycznych kaznodziei i duchowych przewodników, którzy  gdzieś się jeszcze uchowali – niemal nieodmiennie lądują w tzw. „sekcie“.

Prawdę pisząc nie wydaje mi się, aby jakiekolwiek wyleczenie z nonsensu egzystencji było w ogóle możliwe. To znaczy – można się tak oczywiście łudzić, czemu nie? Ale intelektualna wartość pomysłów czysto rozumowego dowiedzenia, że życie ludzkie ma sens, a jeszcze – że jest to sens jakoś konkretny i że na przykład, warto przy tej okazji żyć nie jakkolwiek, jak się da, tylko na ten przykład – moralnie i pożytecznie: nie jest wielka. Ostatnio w rozbawienie wprawiają mnie szczególnie pomysły z gatunku tych indywidualistycznych: różnych tam Stirnerów, Nietzschech i innych takich. W ostatecznym rachunku sprowadza się to do jakiejś mistycznej „woli mocy“ – „ja żyję“, „ja chcę“, „ja osądzam“, „ja działam“. No i co z tego – skoro na koniec i tak „ja umrę“..? Rozumiem, że truchło prawdziwego indywidualisty będą wtryniać wyłącznie same najwybrańsze robaki..?

Cóż więc zostaje poza czarnym humorem? Niewiele. Ale coś jednak – a nie nic! Jednostka bowiem jest co najwyżej „myślącą trzciną“ (już się nie będą bardziej tu dosadnym Majakowskim wspomagał i o „mysim pisku“ zamilczę…). Nie jest jednak wcale karzełkiem ani trzcinką wątłą gatunek ludzki, czy choćby nawet, składające się nań „wielkie struktury“: cywilizacje, kultury, narody.

Oczywiście: Słońce też kiedyś zgaśnie, a pewnie pierwej coś takiego zmalujemy, że zdołamy się z tej pięknej planety usunąć w całości. Indywidualnej pociechy duchowej też nie ma co z istnienia gatunku czy jego podzbiorów czerpać, bo to całkiem ni pri cziom. Nie o to bowiem wcale chodzi, że mamy się pocieszać w ten sposób!

Gatunek, cywilizacja czy naród nie zapytają o sens swego istnienia, bo nie mogą. Tę właściwość przejawiają tylko jednostki – i to też nie wszystkie, a tylko niektóre. Co ciekawe, nieuchronną na skutek tej niepociesznej refleksji rozpacz, niejeden z tych myślących kompensuje sobie mniemaniem, że może Graala myśląc nie zdobył, a nawet wręcz przeciwnie – utracił poprzednią lekkość bytu – ale za to, przynajmniej, wykazał się spostrzegawczością większą niż, lekko licząc, 93% współuczestników tego samego losu i przynajmniej to może o sobie powiedzieć, że rzeczywiście jest trzciną myślącą, gdy inni, to co najwyżej bezmyślna trawa.

Nie od dziś cechą myślenia konserwatywnego jest skłonność do poszukiwania analogii między życiem społecznym a życiem biologicznym. Wedle konserwatywnej intuicji, społeczeństwo jest organizmem: a to zakłada, że po pierwsze – nie da się go sprowadzić do sumy elementów (człowiek rozebrany na części składowe: mózg, szkielet, mięśnie, nerwy, itd. – nie jest już istotą żywą – bo żywy będzie tylko wtedy, gdy wszystkie jego istotne organy będą połączone, a i to – nie dowolnie, a tylko w jeden, konkretny sposób!), a po drugie – pomiędzy jego elementami, czyli pomiędzy ludźmi po prostu, z konieczności muszą zachodzić stosunki hierarchiczne (tak samo jak w każdym organiźmie żywym istnieje hierarchia układów funkcjonalnych), a ich pozycje względem siebie, nie są doskonale wymienne (kucharka nie może rządzić państwem – tak samo, jak nie każda, dowolna komórka może „rządzić“ organizmem, tylko komórka nerwowa…).

Jest to oczywiście tylko intuicja, a nawet pewnego rodzaju metafora – za którą też wielu przeciwników krytykowało konserwatyzm, zarzucając tej wizji prostackość, brak wyrafinowania, czy zgoła obłudę (jako że miało to wszystko służyć li i jedynie zaspokajaniu niskich instynktów tych, którzy całkiem przypadkowo zajmują w owym organizmie pozycje uprzywilejowane…).

Skądinąd jednak, mam wrażenie że to, co 200 lat temu było tylko taką sobie intuicją, czy zgoła metaforą – w miarę, jak czyni postępy antropologia ewolucyjna, staje się częścią nauki.

Z punktu widzenia biologii tezy ojców – założycieli liberalizmu o człowieku jako „niezapisanej karcie“, o „przyrodzonej równości“ i temu podobne – po prostu nie mają krzty sensu. Role się odwracają. Idee, które w XVIII wieku wydawały się „rozumowe“ – okazują się ideologicznymi uroszczeniami bez pokrycia w faktach. Poetycka intuicja obskuranta i tradycjonalisty de Maistre’a więcej ma wspólnego z rzeczywistością niż wszystkie spekulacje Hobbesa, Locke’a czy Diderot’a.

Nigdy nie wiadomo jak to się skończy: postęp w nauce polega na ciągłej gotowości do kwestionowania własnej tradycji i aktualnych pewników na rzecz praw, które można dopiero odkryć. Na razie jednak – wygląda to tak, jak wygląda i nie chce wyglądać inaczej!

Najpierw więc: nie jest przypadkiem i nie jest całkowicie dowolną konwencją to, że ludzie żyją w grupach (tworzących, na pewnym etapie historii – plemiona, a potem narody, państwa i cywilizacje), że pełnią w tych grupach określone role społeczne i że istnieje hierarchia owych ról. Owe role nie są przy tym wzajemnie wymienne, nie można wewnętrznej struktury społeczeństwa, na które składa się ich hierarchia kształtować całkiem dowolnie (choć zakres dopuszczalnej różnorodności jest oczywiście znacznie większy niż w przypadku organizmu biologicznego…) – a rekombinacja nazbyt gwałtowna lub nazbyt niezgodna z historycznym dziedzictwem – prowokuje do niemniej gwałtownej reakcji.

Potem: człowiek nie jest wyjątkiem w świecie zwierząt jak chodzi o jego zachowania społeczne. Nie różni się pod tym względem istotnie od innych zwierząt stadnych (mowa oczywiście o tzw. „zwierzętach wyższych“, tj. nie determinowanych całkowicie wrodzonymi instynktami). Obserwacja zachowania zwierząt pozwala na odkrycie wielu cennych analogii z zachowaniem ludzi. Na przykład konie – o czym już wiele razy pisałem – mogą funkcjonować, zachowują komfort psychiczny i poczucie bezpieczeństwa, jeśli ich stado posiada jasną i stabilną (nie zmienianą nazbyt często) hierarchię i jeśli przestrzega stałych, jasnych i stosowanych w powtarzalny sposób praw. Każde zakłócenie w tym zakresie, natychmiast odbija się na stanie psychofizycznym zwierząt: konie zaś, którym uniemożliwia się nawiązywania i podtrzymywanie więzi społecznych, albo nieustannie zmienia zwyczaje decydujące o ich porządku dnia, co najmniej wpadają zwykle w tzw. „narowy stajenne“, czyli – po ludzku: wariują.

Istnieje możliwość kompensacji braku naturalnej więzi grupowej z osobnikami własnego gatunku – więzią międzygatunkową. „Uczłowieczanie“ w ten sposób konia jest wybitnie niezdrowe, ze względu na różnicę masy (i dość drastyczną jednak „różnicę kulturową“ między zachowaniami zdrowymi i właściwymi dla uciekającego roślinożercy, a zachowaniami zdrowymi i właściwymi dla walczącego drapieżcy…). Każdy właściciel psa jednak – jest, a przynajmniej powinien być dla swojego pupila jego „szefem – przewodnikiem, osobnikiem alfa“. Który w tej sytuacji niekoniecznie musi szukać towarzystwa innych psów dla podtrzymania swojej psychicznej integralności.

Ogólnie jednak: istota społeczna nie jest w stanie funkcjonować poprawnie, jeśli nie ma towarzystwa innych istot społecznych (własnego gatunku, lub innego gatunku, akceptującego podobne „reguły współżycia“). Długotrwałe odosobnienie prowadzi do rozpadu osobowości. Nawiązywanie i podtrzymywanie więzi społecznych (a więc, siłą rzeczy – odgrywanie określonych ról społecznych, usytuowanych na różnych szczeblach hierarchii), jest niezbędnym warunkiem przeżycia.

I tu wracamy do naszych (ponurych) rozważań o losie człowieczym. O ile wątpić w sens swego istnienia może człowiek jako człowiek – to czy może wątpić w sens swego istnienia ojciec dzieciom, mąż żonie, właściciel wymagającej troski posiadłości, poddany określonej władzy..? Sens istnienia roli społecznej determinuje sama ta rola – oraz funkcje, jakie wypełnia względem gatunku i jego homeostazy. Nie można wątpić w sens roli, jak długo pełni ona swoją funkcję. Zresztą samo pytanie o „sens roli społecznej“ – jest zwyczajnie źle postawione. Z sensem to można pytać właśnie o jej funkcję, o miejsce w społeczeństwie – ale o sens..?

Bólu istnienia taka refleksja nie łagodzi – bo tego, jako się rzekło, zrobić nie sposób. Skądinąd jednak – nasuwa mi to refleksję, że być może takie pytania, jak postawione na wstępie, są w pewnym sensie wynikiem błędu, to jest – fałszywej autodeskrypcji? Więzi społeczne są trochę jak powietrze – nie dosrzega się ich, póki ich nagle nie zabraknie. A skoro ich się nie dostrzega – to i mało kto myśli o sobie (jeśli myśli w ogóle…), jako o „ojcu, mężu, właścicielu, poddanym“ – i robi się nagle nagi i bezbronny względem wrogiego świata…

Tak się rozprawiwszy z liberalnym projektem jak chodzi o egzystencjalne podstawy losu człowieczego – warto by przejść też i do krytyki liberalnych pomysłów na życie społeczne. O tym jednak – innym razem. Obiecałem wziąć się za zrywanie czeremchy, a i sprawdzić wypada, czy może jednak jakie grzyby po rosie nie wyrosły..?

sobota, 18 sierpnia 2012

Mglista obsesja

Kiedy otworzyłem dziś rano drzwi chatki, żeby iść sprowadzić konie z pastwiska na śniadanie, zobaczyłem mniej - więcej taki widok:
W pierwszej chwili przestraszyłem się, jakże ja teraz stado znajdę w tym mleku - ale nasze czterokopytne stanęły na wysokości zadania i wyłoniły się z tumanu ledwo zagwizdałem.
 
Ponieważ nie od dziś mam obsesję na punkcie fotografowania mgły (z reguły mi się to jednak nie udaje...) - gdy tylko uporałem się z porannym obrządkiem i wygoniłem konie z powrotem na pastwisko - pobiegłem po aparat.

Niestety, w tym czasie mgła zdążyła się podnieść. Powyższe zdjęcie nie oddaje rzeczywistości - nim bowiem zdążyłem dopasować ISO i uzyskać względnie satysfakcjonującą ostrość - było już raczej tak:
To przynajmniej, skoro już byłem w gumiakach (rosa ostatnio nader obfita rankami) i trzymałem w ręku aparat - cyknąłem nasze grzeczne (acz leniwe i żarłoczne...) stadko:
Knedliczek nawet na sekundę oderwał się od trawy i spojrzał w moim kierunku, witając się ze mną po raz drugi tego dnia.
Podobnie jak Buba

Ogólnie jednak, towarzystwo nie miało najmniejszego zamiaru odrywać się od zieleniny:
W różnej postaci zresztą:

Nie wiem, czy już się chwaliłem, że nam w ogródku obrodziły poziomki..?
Ostatnio mało było słońca, to niesłodkie i niewielkie - ale wszystko jeszcze przed nami!

Za to arbuz zakwitł:
Prawdę pisząc, nie sądzę, aby zdążył zaowocować: zakwitły już wrzosy, dawno już po żniwach, cała przyroda jest o 3 - 4 tygodnie "ahead of schedule". Sądzimy, z Lepszą Połową, że oznacza to bardzo wczesną, długą i ostrą zimę. Dlatego z takim uporem rżnę ostatnimi czasy młode sosenki (a dziś dobrałem się i do brzózek, o czym poniżej...): we wrześniu może już na to nie być czasu!

Poza tym, większość ogródka wymaga wypielenia, co powyżej widać jak na dłoni. Niestety: nie ma na to czasu...

Tytoń za to prezentuje się wyśmienicie:

Raz, że rozkwitł na większą skalę,  dwa - że zdążyłem go w zeszłym tygodniu wypielić!

Pod tytoniem znalazłem kilka dni temu pierwszą w historii naszego rancza dziką pieczarkę. Dziś zebrałem kilka takich z Wielkiego Padoku. Wygląda na to, że koniozagównienie okolicy wreszcie osiągnęło pożądane stężenie - i już nie będę musiał rozsiewać pieczarek hodowlanych, co do tej pory robiłem co roku!

Poza tym, jestem zwyczajnie zmęczony. Lepsza Połowa zresztą też. Drugi tydzień na cztery ręce rżniemy i rąbiemy drewno oraz przerabiamy różne ziemiopłody - wszystko w ramach przygotowań do spodziewanej, wczesnej zimy...

Przez mijający tydzień rżnąłem drewno cztery dni z siedmiu: w niedzielę jednak zbieraliśmy czeremchę (i przyjmowaliśmy gości). We wtorek lało (ale odwiozłem sąsiadowi jabłka do skupu). W środę było święto (ale zrobiłem pedicure 3/4 koniostanu, a to jest robota, przy której pot po dupie cieknie...).

Drogą transakcji kupna - sprzedaży nabyliśmy dziś czwarty balon na wino: planujemy nastawić wino z czarnego bzu, którego kilka krzaków ugina się pod owocami w okolicy. Lepsza Połowa zebrała dziś wiadro owoców czeremchy, z których jutro zrobi sok, który dolejemy do nastawionego kilka dni temu baniaka. Tego użyczonego przez sąsiada.

Mimo braku grzybów, jak co roku o tej porze, trapi nas plaga grzybiarzy - osobliwie: durnych miastowych. Akurat nosiłem dziś pocięte kęsy młodej brzózki do przyczepy, gdy takie coś wyłoniło się z gąszczy. Ani "dzień dobry", ani "do widzenia", ani "be", ani "me". Stoi tylko taka, miastowa pinda i patrzy na mnie, jak niosę te kęsy - jakbym co złego robił! Jaki miałem wybór? Spojrzałem na nią wzrokiem czystym, ufnym, jasnym i pewnym - jakbym właśnie nic złego nie robił. I poszła sobie...

piątek, 17 sierpnia 2012

W obronie Autorytetu

Nie od dziś wiadomo, że jedną z najprzedniejszych rozrywek, uwielbianą w każdej epoce i przez każdą publiczność jest poniżanie, strącanie z piedestału, ciąganie w pyle za kudły, plucie w twarz i rozrywanie na sztuki – kogoś, kto dopiero co wydawał się wielki, wspaniały, potężny i godny najwyższego szacunku. Czasem dosłownie, częściej w przenośni, gdy publika, wygodnie rozparta przed plazmą ogląda sobie taki spektakl upadku niedawnego autorytetu, radując się do szpiku kości przyjemnym swędzeniem w kroku, jakie jej daje nagle zyskana świadomość, że ktoś, kto dopiero co wydawał się wystawać głową ponad tłum – w rzeczywistości okazał się gorszy od innych…

Onet niedawno przypomniał moją starszą koleżankę z liceum (nigdy się nie spotkaliśmy, skończyła naszą budę parę lat wcześniej, nim ja zacząłem tam uczęszczać), Marzenę Domaros, której sławetna ongiś „afera“ była właśnie podręcznikowym przykładem takiego smyrania szerokich rzesz po kroczu jakże przyjemnym przypomnieniem, że politycy to świnie…

Na pierwszy rzut oka mogłoby w tej sytuacji dziwić, że ten blog, jakże często w przystępnej i eleganckiej formie podający przykłady głupoty na najwyższych szczeblach władzy z przeszłości i teraźniejszości, a też i konsekwentnie broniący tezy, że świnie przy korycie władzy to widok normalny na przestrzeni dziejów i próżną mrzonką jest wyglądać lepszych pod tym względem czasów – tak małą cieszy się popularnością?

To jednak wcale nie jest takie trudne do wytłumaczenia! C’est le ton qui fait la chancon – nauczycielkę francuskiego mieliśmy z panią Marzeną wspólną, coś tam jeszcze pamiętam piąte przez dziesiąte, a korzystając z okazji – pozdrawiam Czytelnika z Francji, którego mi regularnie Analytics po każdym nowym wpisie pokazuje jako bardzo aktywnego.

Tak więc: nie każde poniżanie autorytetu tak samo publikę po kroczu smyra. Po pierwsze – to rzeczywiście musi być autorytet! A przynajmniej – ktoś, na pozór, godny szacunku. No bo kogo obchodzi, że ześwinił się ktoś, kogo i tak nikt wcześniej nie szanował..?

Do znakomitej większości postaci historycznych, o których tu pisałem, ogromna większość nawet czytającej publiki (a ta i tak jest już przesiana, w porównaniu z publiką oglądającą plazmę…) nie ma osobistego stosunku – bo, zwyczajnie, nie wie nic o ich istnieniu. O wiele większą poczytnością cieszyłyby się wpisy o niemoralnym prowadzeniu się współczesnych aktorek (choć, skądinąd – nie od dziś wiadomo, że jest to zawód z definicji pokrewny… pewnej innej profesji, o której może jednak zamilczę, choćby dlatego, że nie mam tu nic do dodania ponad to, co już napisałem dawno temu…) – niż o zwyczajach seksualnych dam z XIX wieku. Dam już nie ma, XIX wiek (a zacząłem się tą epoką interesować w liceum właśnie – na potrzeby olimpiad historycznych…) to czasy równie odległe co paleolit, jak nie Era Prekambryjska (tylko skamieniałości o tak zamierzchłych czasach przypominają ludziom współczesnym…): czym tu się emocjonować..?

Po drugie: żeby poniżenie autorytetu właściwie zasmyrało publikę po kroczu, nie tylko trzeba ówże należycie w smole i pierzu wytarzać – ale jeszcze, jest to warunek bezwzględnie konieczny i najzupełniej podstawowy – dokonująca aktu desakralizacji tłuszcza, musi się poczuć od niedawnej świętości świętsza, bardziej moralna, lepsza, uczciwsza i godniejsza. Nie o to chodzi, żeby strącać, poniżać i opluwać byle jak, jak leci i bez wyboru – ale o to, żeby strącając, poniżając i opluwając – słusznie i sprawiedliwie strącać, poniżać i opluwać, tym samym aktem strącania, poniżania i opluwania – wywyższając też, podnosząc i nadymając: własne (niemyte) jestestwo..!

Na to Państwo nie macie tu co liczyć. Popularność popularnością, słupki czytelnictwa słupkami – ale przecież nie po to piszę bloga, żeby Państwa wywyższać, podnosić i nadymać, nieprawdaż..? To ja mam mieć zabawę z prowadzenia bloga, nie Państwo – z jego czytania. To chyba jasne..?

Osobliwie w taki ponury, pochmurny poranek, gdy nie wiadomo: będzie lało, czy rozejdzie się po kościach..? Da się pojechać porżnąć młode sosenki, czy jednak lepiej spasować, nie mocząc garderoby, której za wiele nam tu w stanie zdatnym do użytku nie zostało..?

Tak więc – i proszę to traktować jako (którąś z kolei) wypowiedź programową: nie zamierzam tak strącać, tak poniżać, ani tak opluwać – żeby to kogokolwiek (poza mną) miało przyjemnie mrowić w kroczu.

Jedną z najbardziej fundamentalnych (i najbardziej obrazoburczych) tez starożytnej chińskiej szkoły legistów było stwierdzenie, że władca to taki sam człowiek jak każdy inny. Nie ma żadnego mistycznego „mandatu Niebios“, który czyniłby z niego moralnego herosa – jak zwykła twierdzić tradycja dworska i przeciwnicy legistów, ze szkoły Konfucjusza. A mimo to – to jest, mimo nieposiadania żadnego moralnego heroizmu, ani w ogóle żadnych nadzwyczajnych przymiotów ciała, ducha i umysłu – władca może, dzięki sprawnej biurokracji, rygorystycznemu przestrzeganiu podziału kompetencji i ścisłej egzekucji wymagań względem swoich sług – sprawnie i bez oporu kontrolować „wszystko pod Niebem“. Ani jego osobista moralność, ani osobista mądrość czy też jej brak – niczego do sprawności tej kontroli nie dodają, ani nic z niej nie ujmują…

Co prawda, życie dowiodło, że Shangzi, który bodaj jako pierwszy taką tezą postawił, mylił się jednak nieco: Imperium Pierwszego Cesarza upadło bowiem właśnie za sprawą błędów które ten, niepospolity skądinąd człowiek popełnił – wbrew bowiem wytycznym szkoły, zapatrzony w ideę osobistej nieśmiertelności, nie zadbał zawczasu o uregulowanie sprawy nastąpstwa tronu, co doprowadziło do kryzysu i rychłego upadku dynastii.

Toteż pożądanym byłoby, aby Autorytet jednak przynajmniej starał się – nie być bezdennie głupią i pazerną świnią. Jednak dla sprawności wypełniania roli społecznej: osobiste przymioty moralne i intelektualne Autorytetu nie są aż takie ważne!

Autorytety bowiem są dla życia społeczności ludzkich niezbędnie potrzebne. Koleżanka Kira żachnie się w tym momencie – ale co ja poradzę, że taka jest prawda?

Nie jest możliwe istnienie społeczności złożonej z samych nonkonformistów, z których każdy na własną rękę i niezależnie od innych, poszukuje właściwej ścieżki życia i właściwych reguł postępowania. Taka zbiorowość byłaby trudna do wytrzymania – ale nie na tym jej utopijność polega. Po prostu: znakomita większość ludzi NIE CHCE żadnej tam „wolności“, żadnego ponoszenia odpowiedzialności za swoje czyny, czy samodzielnego wytyczania ścieżki życiowej… No – nie chcą tego i już! I co zrobić? Wziąć i zmusić do wolności..?

Abstrahując od całej antynomiczności takiego wniosku – jak to niby zrobić?

Tak samo jak prawa wytwarzają się w społeczności ludzkiej spontanicznie (władza państwowa może w tym pomagać lub przeszkadzać – częściej: przeszkadza…), tak też spontanicznie wytwarza się pewna hierarchia prestiżu, na czele której znajdują się Autorytety (władza państwowa może w tym pomagać lub przeszkadzać – częściej: przeszkadza…).

To jest pewien porządek rzeczy „normalny“, „codzienny“ – tak, jak porządkiem rzeczy „normalnym“, „codziennym“ jest monogamia, albo i seksualna abstynencja (mam poważne wątpliwości, co do wiarygodności badań ankietowych – statystycznych, na temat życia seksualnego: otóż w takim badaniu ankietowany na ogół – nawet, jeśli ankieta jest anonimowa – chce wypaść na „lepszego“ niż jest rzeczywiście. A kto jest „lepszy“ w społeczeństwie żyjącym kultem młodości i sprawności seksualnej? Ten, kto „zalicza“ jak najwięcej partnerów w jak najoryginalniejszych okolicznościach… Tymczasem w życiu praktycznym seks to dość trudne ćwiczenie gimnastyczne, w tym podobne do różnych wyrafinowanych dyscyplin sportowych, że w dodatku – zespołowe, tj.: przynajmniej w parach… Pomijając profesjonalistów płci obojga, kto – ale tak naprawdę, bez puszenia się i rozkładania pawiego ogona – może powiedzieć, że poszedł do łóżka z nowym partnerem i od razu było im jak w niebie..? To, niestety, wymaga ćwiczeń. A skoro ma się plazmę, albo i internet – to, tak właściwie: PO CO wylewać siódme poty męcząc się bez śladu satysfakcji nie wiadomo jak długo, nim się konieczny poziom sprawności i koordynacji osiągnie – skoro tak łatwo dostępne są rozrywki dające przyjemność od razu i bez wysiłku..?).

Jednak, jak wiemy z badań antropologicznych, owa „normalność“, „codzienność“ w postaci konieczności przestrzegania tabu seksualnych, bywała w pewnych kulturach okresowo zawieszana. Ot, choćby w czasie Kupały. Podobno.

To jest zjawisko oczekiwane i normalne. Jak wszystkie tzw. „zwierzęta wyższe“, człowiek jest – na pewnym poziomie opisu – „automatem sterowanym algedonicznie“. To znaczy, że stany naszego mózgu oscylują pomiędzy karą a nagrodą, pomiędzy bólem a przyjemnością. Jest to najbardziej fundamentalny dualizm, rządzący zachowaniem człowieka – cała reszta, taka jak „dobro“ i „zło“, to są już konsekwencje z owego dualizmu fundamentalnego wynikające.

Skądinąd, tak samo jak ani ból, ani przyjemność, nie są bynajmniej cechami obiektywnymi świata, w którym żyjemy – tylko sposobami, w jaki nasz organizm na płynące z zewnątrz bodźce reaguje, zgodnie ze swoją biologiczną predeterminacją (obarczoną, niestety, ryzykiem błędu: stąd sadyzm czy masochizm, jako czerpanie przyjemności z bólu…) – tak też ani „dobro“, ani „zło“ same w sobie bynajmniej nie muszą posiadać jakiegoś obiektywnego derywatu w rzeczywistości (choć, tą metodą rozumowania, istnienia takich derywatów wykluczyć się nie da!). Grunt, że inaczej niż używając tego podziału – postrzegać świata się w zasadzie nie da…

Dalsze pochodne tego fundamentalnego dualizmu, to właśnie: czyny dozwolone i czyny zakazane (czyli również różnego rodzaju tabu), czas „normalny“ i czas „święty“, itp.

Bynajmniej nie w każdej kulturze ów „czas święty“ zaraz musiał się wiązać z okresowym zawieszeniem pewnych tabu – przy tym, też trzeba podchodzić z pewną ostrożnością do (zwłaszcza starszych, których metodologii nie jesteśmy pewni lub nie możemy zweryfikować) opisów tego rodzaju praktyk, bo bywali i tacy badacze, którzy widzieli głównie to, co im własne fantazje podpowiadały, a nie to, co się rzeczywiście działo. Nie miejsce tu jednak, ani czas dyskutować to w szczegółach.

Myślę, że przy wszystkich zastrzeżeniach, możemy przyjąć, iż ZDARZAŁY się takie kultury, w których okresowo dochodziło do zawieszenia tabu seksualnych.

Natomiast – nie wiem, czy z niewiedzy i proszę tu Państwa o pomoc, bo może ktoś zna jednak jakiś przykład – NIE ZNAM ANI JEDNEJ kultury, w której nigdy nie dochodziłoby do złamania hierarchii prestiżu i tym samym – poniżenia Autorytetu.

To złamanie mogło mieć charakter periodyczny: u nas dawniej był to karnawał, ze wszystkimi jego przebierankami (idącymi – właśnie – „po linii“ odwracania ról społecznych, zamiany miejscami sług i panów, mężczyzn i kobiet itp.), współcześnie, takim rytuałem są wybory (gdzie każdy głosujący ma – teoretyczną oczywiście – możliwość „poniżenia“ Autorytetu aktualnego i wywyższenia w to miejsce innego…).

Częściej jednak – miewało charakter doraźny. Jak „sąd skorupkowy“ w starożytnych Atenach, gdzie każdy członek „demosu“ mógł wylać, w ciszy i bezpieczeństwie swojej anonimowości, co mu na wątrobie leży i skazać na wygnanie dowolnego przywódcę. Jak królobójstwa w czasach I rewolucji angielskiej i I rewolucji francuskiej (znamienna zbieżność…). Jak wreszcie – opisane na wstępie me®dialne spektakle desakralizacji autorytetów.

Nawet w Chinach upadek dynastii – a więc „odebranie jej mandatu Niebios“ – wiązał się też czasem (choć nie zawsze) z rytualnym pośmiertnym poniżeniem, a to poprzez wymazanie cesarskich imion z inskrypcji, zburzenie świątyń cesarskich przodków i rozgrabienie grobowców – inna sprawa, że tu raczej zwykła chciwość była głównym motywem działania…

Rozpatrywać detalicznie wszystkie kultury znane popularnie jako „prymitywne“ – nie ma miejsca ani czasu. Coś mi się jednak zdaje, że trudno by było znaleźć kacyka bez nadwornego błazna, którego funkcją to właśnie jest, że może bezkarnie (gdy innym za to głowa spada…) przedrzeźniać i wyśmiewać swojego pana..?



Jako się rzekło na początku: jest to jedna z największych przyjemności, jakie mogą spotkać człowieka. I to, w dodatku – całkiem bez ćwiczeń, siódmych potów i ryzyka wstydu, gdy czegoś nie stanie! Pod dwoma warunkami: upadający Autorytet, musiał pierwej rzeczywiście budzić trwogę i onieśmielenie (im większa trwoga i onieśmielenie, tym większa przyjemność z jego upadku…) – a obalając go, obalający musi się czuć „w prawie“, musi, w swoim mniemaniu, postępować słusznie i moralnie…

Teraz tylko powstaje pytanie: czy aby w naszej kulturze nie dawkujemy sobie tej przyjemności za wiele naraz..? Są jeszcze, co prawda, pewne tabu których nawet me®dia tykać się nie ośmielają: o papieżu krytycznie napisać można (redakcje tabloidów tego nie robią nie z przyzwoitości a z braku materiałów: och, gdyby tak „Fakt“ czy „Super Express“ wychodził w czasach Borgiów, inaczej by to wyglądało!) – ale już o Dalajlamie, czy nie daj Panie Boże – o szejchach muzułmańskich czy żydowskich cadykach: strach źle pisać nawet, gdy do więzienia za defraudacje i gwałty na nieletnich idą (a bywało, bywało…). Przy tym, najpierw musiałaby coś publiczność o nich bliższego wiedzieć (por.: warunek pierwszy…).

Przyjemność dawkowana zbyt często – powszednieje. Skoro wszyscy politycy to świnie, to co za sensacja dowiedzieć się, że i ten poszczególny, też jest świnią..?

Nie wiem – choć może wspólnie, w toku dyskusji, do tego dojdziemy – jaką JESZCZE rolę, oprócz dostarczania przyjemności ze swego upadku, pełnią w społeczeństwie autorytety. Pewnym jest tylko, że hierarchia prestiżu, z Autorytetem na czele, wytwarza się spontanicznie – przy czym, w ogólnych zarysach, pokrywa się ona z hierarchią władzy i dobrobytu, choć nie zawsze i nie do końca. Można zatem przyjąć, że istnienie Autorytetu należy do „porządku natury“. Podobnie jak prawa i rytuały, autorytety samym swoim istnieniem zwiększają zapewne poczucie bezpieczeństwa u członków stada. Tak więc, oprócz tego, że przyjemność z ich poniżania i wymiany coraz mniejsza – pytanie, czy erozja autorytatywności autorytetu, z nazbyt częstych me®dialnych samosądów wynikła, nie ma też aby destrukcyjnego wpływu na indywidualne poczucie bezpieczeństwa jednostek – i na ich coraz większą zależność od Autorytetu Instytucjonalnego, czyli – od gosudarstwa..?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...