niedziela, 29 lipca 2012

Tyrania Doskonała a neofeudalizm

Kompletnie nie rozumiem często powtarzanych zarzutów Pana Piotra, jakobym widział w ludziach samo tylko zło. Czy Pańskim zdaniem, panie Piotrze, miłość rodziców do dzieci to jest zło..? Lojalność wobec własnej rodziny to powód do wstydu..? Walka o zapewnienie jej jak najpomyślniejszego bytu i jak najtrwalszych fundamentów także i przyszłego bogactwa – to czyn haniebny..?

Że wynika z tego nepotyzm, zamykanie się społeczeństwa, blokowanie ścieżek awansu, „otorbianie się“ aktualnej elity, która robi co może, żeby również jej dzieci i wnuki były elitą, a nie dzieci i wnuki aktualnych proli? To jest naturalna konsekwencja. Ale nie jest to konsekwencja złej jakości moralnej elity (akurat nasza elita, całkiem przypadkowo, rzeczywiście jest nienajlepszej jakości – nic jednak z tego nie wynika odnośnie szerszego obrazu sytuacji…) – tylko właśnie: tych (nielicznych czasem) dobrych cech, które i członkom elity zdarza się przejawiać!

Wiele razy już się tu rozpisywałem o moralności pogańskiej – której podstawowym kanonem jest właśnie, bezwzględna lojalność wobec „swoich“ (przy czym kwestia tego, kto jest „swój“, a kto „nie-swój“ – zależy od lokalnych uwarunkowań). Moralność tę można krytykować z różnych punktów widzenia – np. z punktu widzenia chrześcijańskiego, czy też, z jakiegoś innego stanowiska uniwersalistycznego. Jednak zaprzeczać, że to jednak JEST pewna moralność – ja bym się nie odważył… Szczególnie, że jest to moralność przytłaczającej większości nie tylko Polaków…

Oczywiście, można się unosić dumą i twierdzić, że wystarczy dzieci dobrze wychować i zapewnić im solidną edukację – a już co do kariery, to same sobie powinny poradzić. Tylko, że to się łatwo mówi – zwłaszcza, gdy dzieci jeszcze małe albo wcale ich nie ma. Potem dorasta takie dziecko – i, niestety, ale zgodnie z prawami statystyki – częściej będzie mniej zaradne od swoich rodziców niż bardziej (im większy sukces materialny odnieśli rodzice, tym większe prawdopodobieństwo, że dzieci będą od nich mniej pracowite – a już wnuki: prawie zawsze są utracjuszami – zamiast ciułać grosz do grosza kupują sobie drogie konie, piękne samochody i szybkie kobiety – i korzystają z życia…). I co teraz? Pozwolić się stoczyć, patrzeć może własnymi, steranymi życiem oczami, jak syn czy córka popada w biedą – i nic nie zrobić? Czy jednak: pogadać z takim czy innym znajomym, załatwić posadę albo – jak się jest przewidującym i ma się odpowiednie dojścia: na ten przykład tak napisać stosowną ustawę, że rodzinny biznes będzie działał czy syn lub córka będzie się o to starać, czy nie – co dotyczy np. prawników, doradców podatkowych i kilku setek innych zawodów (przy czym trend w tym zakresie jest nieubłagany: liczba „zawodów regulowanych“ systematycznie rośnie – i nie sposób tu nie dostrzegać analogii np. z późnym Cesarstwem Rzymskim, gdzie dokładnie to samo się działo, choć może – z innych trochę powodów…).

Tak więc i najlepsza, najmoralniejsza nawet elita – też będzie się „otorbiać“, zamykać i bronić innym awansu. Nie dlatego, że jest zła! Właśnie przeciwnie – jest to skutek jej najlepszych jeszcze, moralnych odruchów.

W ogóle – zło jako takie nie jest twórcze – nie jest możliwe takie życie społeczne i taka organizacja, która się WYŁĄCZNIE złu oddaje – jakkolwiek definiowanem zresztą. Nawet Hitler w końcu jednak te autostrady wybudował, a Herr Porsche, oprócz zgrabnych, designerskich czołgów, wytwarzał też nie mniej zgrabnego volkswagena – a w karierze Herr Hugo Bossa zaprojektowanie mundurów SS było nie mniej udanym osiągnięciem estetycznym, niż inne jego kolekcje…
 


Wymagać od ludzi, aby świadomie i celowo działali wbrew interesom własnym i własnego potomstwa – to już jest domaganie się heroizmu. A tego nawet Kościół od swoich wiernych nie wymaga: i też twórcy tzw. „społecznej nauki Kościoła“, mieli z wolnym rynkiem poważny problem właśnie dlatego – że wolny rynek wcale nie gwarantuje, że ci co z jakichś powodów powinni (bo są słabi, chorzy, niedołężni lub niezaradni) – NA PEWNO będą mieli środki do życia. Co prawda, praktyka i doświadczenie dowodzą, że najprawdopodobniej tak właśnie będzie – za sprawą prywatnej czy kościelnej dobroczynności – ale nawet dla „kościelnych“ myślicieli takie zdanie się na czyjąś prywatną łaskę i niełaskę, brzmiało widać nazbyt obrazoburczo (co innego natomiast – łaska urzędnicza – ta widać: jakoś ani nie upokarza, ani nie wystawia na niepewność bytu – ot, zagadka...). To tak a propos tego, kto tu widzi w ludziach zło, a kto dobro – twórcy „społecznej nauki Kościoła“ na pewno nie byli o ludziach dobrego zdania! Stąd różnego rodzaju pomysły „korporacjonistyczne“, czy też tzw. „społecznej odpowiedzialności biznesu“ – po to, aby jeśli nie awans nowych ludzi do elity, to przynajmniej – deklasację starych – powstrzymać.

Teza, której od dawna tutaj bronię jest prosta: KAŻDA elita, jeśli tylko będzie miała taką możliwość – wcześnej niż później zacznie się zamykać, utrudniając w ten sposób awans „ludziom nowym“, a ułatwiając utrzymanie dotychczasowej pozycji – swoim, nawet nie do końca pełnosprawnym członkom. Jest to oczywiście zjawisko czysto statystyczne – bo nie może służyć do wyjaśniania niczyich konkretnych, indywidualnych życiowych perypetii.

Dotyczy to także społeczeństw skądinąd bardzo egalitarnych i otwartych. Amerykanie lubią się bawić genealogią (to chyba rodzaj fiksacji kompensującej żenującą krótkotrwałość ich własnej historii…) – i pamiętam, że ongiś czytałem takie zestawienia, pokazujące, ilu to prezydentów było ze sobą spokrewnionych – a widoczne było także pokrewieństwo tak zdefiniowanej „elity“ – z arystokracją brytyjską (bodaj klan Bushów wywodzi się z dawnej szkockiej dynastii królewskiej…). W czym nie ma nic dziwnego, gdy pamięta się o obowiązującej w wyspiarskim prawie zasadzie majoratu, która młodszych synów mogła i do kolonii wygonić, gdy dla nich oficerskich i urzędniczych patentów w samej metropolii już brakło…

Kiedy elita może mieć z owym „zamykaniem się“ kłopot? W zasadzie, to chętnie bym na ten temat z Państwem podyskutował, bo bynajmniej pełnej, gotowej odpowiedzi na to pytanie nie mam.

Z całą pewnością ŻADNĄ przeszkodą w zamykaniu się elity nie są jakiekolwiek bądź przepisy prawa pozytywnego – z tymi rangi konstytucyjnej włącznie. Raz, że zamykanie się elity niekoniecznie musi od razu przybierać formy dyskryminacji prawnej (choć, z czasem, niewątpliwie tak się stanie…) – w końcu nieformalna sieć powiązań właśnie dlatego jest nieformalna, że jej przepisy prawa nie przewidują, nieprawdaż..? Dwa, że choć definicji „elity“ jest wiele i tak naprawdę najchętniej, wbrew zasadom przejrzystej dyskusji, wolałbym poprzestać na intuicyjnym pojmowaniu tego terminu, jako że niewątpliwie chodzi mi tu o elitę w najszerszym możliwym sensie – to jednak, z całą pewnością „elitarność“ wiele ma wspólnego z dostępem do władzy, a więc także i wpływem na kształt prawodawstwa. Tak więc, jeśli elitę pozostawi się w spokoju, to ewentualne bariery prawne, utrudniające jej samopowielanie się – zostaną raczej wcześniej niż później obalone.

Idzie mi więc nie o projekt ustroju (takie projekty zresztą – mało mnie w ogóle interesują…), tylko o społeczny mechanizm.

Czy społeczny mechanizm utrudniający elicie samopowielanie się w kolejnych generacjach jest w ogóle do pomyślenia, czy coś takiego jest możliwe?

Dzieje powszechne nie pozostawiają raczej wątpliwości, że całkiem wykluczyć zamykania się elity nie sposób. Bywały jednak momenty i kraje – gdzie owo „zamykanie się“, nie było szczególnie szczelne.

Taka „nieszczelność systemu“, moim zdaniem – ale naprawdę nie jestem przekonany, że to wyczerpuje problem – pojawiała się w dwóch sytuacjach.

Najpierw – i o wiele częściej – w państwach despotycznych. Elita, czy to biurokratyczna, czy to feudalna, samym swoim istnieniem niewątpliwie krępuje wolę Tyrana – i wielu było w dziejach tyranów, którzy mniej lub bardziej skutecznie z ową elitą walczyli. Żadnemu, co prawda, nie udało się jej trwale pozbyć – o ile pominiemy jakieś zapyziałe greckie czy włoskie mieściny, gdzie tyran osobiście był w stanie wydoić każdą kozę i zapłodnić każdą kobietę, tak jednych i drugich było mało.

W starożytnych Chinach powstała nawet teoria „Tyranii Doskonałej“, czyli takiego systemu rządów, w których wola władcy zawsze jest realizowana, a wykonująca ją biurokracja cywilna i wojskowa nie śmie przejawiać żadnej względem Tyrana autonomii, w tym też – realizować własnych interesów kosztem interesów władcy.

Niedoskonałym aproksymacjami tej właśnie teorii w czasach stosunkowo nowych był zarówno stalinizm, jak i maoizm (paradoksalnie – bliższy oryginalnej teorii był chyba stalinizm niż maoizm, choć nic mi nie wiadomo, aby Stalin czytał kiedykolwiek Han Feizi…) – niedoskonałymi, ponieważ prawdziwa „Tyrania Doskonała“ nie służy żadnym ideologiom, jedynym celem jej istnienia jest przetrwanie – tymczasem zarówno stalinizm, jak i maoizm (ten drugi bardziej – więc stąd mnie wydaje się bardziej od modelu doskonałego odległy…), miały swoje „interesy symboliczne“ wykraczające poza czyste przetrwanie – i to było powodem upadku ich obu, ponieważ realizując te „dodatkowe“, „zbędne“ z punktu widzenia samej tylko walki o byt „interesy symboliczne“ – adaptowały się do otoczenia gorzej niż potencjalnie mogły.

W obu przypadkach jednak, rola biurokratycznych elit została skutecznie ograniczona, a ich „krążenie“, a tym samym także – awans społeczny „ludzi nowych“ – uległy drastycznemu przyspieszeniu. To oczywiście nie oznaczało całkowitej eliminacji korupcji i nepotyzmu – ale zarówno Stalin, jak i Mao mogli liczyć na bezwzględne wykonanie swojej woli, niezależnie od tego, czy wola ta była zgodna z interesem podległej im biurokracji czy nie, w stopniu niewyobrażalnym już dla Chruszczowa, czy dla Deng Xiaopinga.

Teoretycznie dałoby się pogodzić „Tyranię Doskonałą“ także i z wolnym rynkiem – istnienie wolnego rynku jest sprzeczne z interesem elity, ale może być zgodne z interesem Tyrana, o ile w efekcie da mu do dyspozycji środki większe niż miałby w innym wypadku. Jest to jednak możliwość dość abstrakcyjna – z całą pewnością bowiem, Tyran Doskonały będzie ograniczał możliwość akumulacji środków w rękach prywatnych – a to już wymaga pewnego ograniczenia wolności gospodarowania. Przy tym, o ile nie zagraża władzy Tyrana gdy ludzie spotykają się na targu i wymieniając jakieś realne dobra plotkują przy okazji (należycie motywowany system donosicieli i szpicli nie pozwoli przekształcić się tym plotkom w opinie i pogłoski zagrażające władzy…) – o tyle trudno mi sobie wyobrazić „gospodarkę internetową“ w tej sytuacji: jak bowiem odróżnić, co jest w sieci „wolnością gospodarczą“, a co już „polityczną“..?

Znaczna część środowisk wolnościowych w Polsce liczy właśnie na to, że pojawi się Tyran, który „weźmie za twarz i zaprowadzi wolny rynek“. To nie jest niemożliwe – ale jednak: mało prawdopodobne. Raz, że nie wiadomo właściwie, skąd takiego „silnego człowieka“ wziąć. A dwa – że interesem Tyrana jest zachowanie i umocnienie jego tyranii. Jeśli służy temu wolny rynek – OK, niech będzie wolny rynek. Ale jeśli LEPIEJ, lub tak samo, służy temu celowi także i brak wolnego rynku – żaden tyran nie będzie po wolnym rynku płakał, a cena w postaci nędzy, głodu i stagnacji – żadnego tyrana w dziejach przed likwidacją wolnego rynku w imię swojej władzy, nie powstrzymała…

Zachodnioeuropejskie tyranie – monarchie absolutne Tudorów, Burbonów i Habsburgów – utorowały drogę nowoczesności i wolnemu rynkowi, gdyż głównym wrogiem ich władzy była dawna elita feudalna, którą zniszczyły. Jak pisze de Tocqueville, a ja mu wierzę – dokonały tego na długo przed rewolucjami, znoszącymi już tylko dekorację feudalną, pozór i pozłotkę – kosztowną czasem, a kłującą w oczy i zbędną w oczach nowej elity, którą te tyranie stworzyły: elity biurokratycznej.

Nim elita biurokratyczna w Europie (i w europejskich koloniach) należycie okrzepła, pojawiło się „okienko wolności“. I zadziałał drugi mechanizm ograniczający w pewnym stopniu tej nowej elicie możliwość statecznego okopania się na swoich pozycjach.

Jaki to mechanizm? Zwykle uważa się, że skutkiem szeroko rozumianej wolności jest innowacyjność. Jest to także artykuł wiary dla naszych „środowisk wolnościowych“ – na którym to artykule opiera się też i przekonanie, że np., nie ma się co bać jakiegoś tam „Peak Oil“, bo wolny rynek i wynikła z niego innowacyjność – na pewno sobie z każdym tego rodzaju problemem poradzą.

Wcale nie jestem pewien, czy ta zależność jest rzeczywiście taka prosta! A co, jeśli innowacyjność nie jest skutkiem – a PRZYCZYNĄ wolności..?

Jak to możliwe? No cóż – jako historyk – amator mam świadomość faktu, że o ile szeroko rozumiana „natura ludzka“ nie zmienia się w dziejach (jest to fundament fundamentów tzw. „wiedzy pozaźródłowej“, potrzebnej dla rekonstrukcji dawnych dziejów…), o tyle już takie osobliwości naszego obecnego sposobu myślenia jak wiara w postęp, przekonanie że przyszłość będzie lepsza/większa/wspanialsza od teraźniejszości, a teraźniejszość jest lepsza/większa/wspanialsza od przeszłości, jak zaufanie do technologii, do bezpieczeństwa i dobrobytu jakie te technologie przynoszą – to są fenomeny które zaistniały w czasie i w przestrzeni (na pewno po roku 1500 i na pewno na obszarze Europy Zachodniej), nie są ani odwieczne, ani przyrodzone – i nie może być gwarancji, że ludzie już ZAWSZE będą tak myśleć, a nie zaczną myśleć inaczej.

Zanim pojawiła się wiara w postęp – innowacyjność nawet licznych, cieszących się stosunkowo sporą wolnością i mających wszelkie materialne motywacje do ulepszania technologii społeczeństw – nie była wielka. Wystarczy uświadomić sobie, jakie koleje losu przechodziły takie wynalazki jak czarny proch, druk, produkcja papieru czy różnego rodzaju ulepszenia technologiczne w rolnictwie – by zdać sobie sprawę, że recepcja genialnych nawet odkryć była wówczas powolna. „Biblia“ Gutenberga rozchodziła się jak ciepłe bułeczki nie dlatego, że była technologiczną nowością – a dlatego, że ludzie byli pobożni i chcieli obcować ze Słowem Bożym.

W ogóle – pierwsze, skuteczne pobudzenie popytu na technologiczną nowinkę DLATEGO, że była to nowinka, a nie z jakiegoś innego powodu – to chyba słynna, niderlandzka tulipanomania? Wtedy po raz pierwszy spodziewano się, że nowe odmany tulipanów będą piękniejsze i cenniejsze od dotychczasowych – i ludzie rzucili się spekulować na tej nadziei…

Stosunkowo szybko też gosudarstwa odkryły, że opłaca im się popierać innowacyjność – że są w stanie dzięki temu szybciej dostarczyć na pole bitwy więcej posłuszniejszego, lepiej wytresowanego i lepiej uzbrojonego mięsa armatniego, niż mniejszą przykładający do innowacyjności wagę przeciwnik.

Ze względu na innowacyjność – ograniczyły też elity biurokratyczne Europy Zachodniej swoją żarłoczność, nie strzygąc swoich poddanych do gołej skóry, a tylko w miarę – aby w nich tego pędu do nowości przypadkiem nie zabić, bo dawał on lepsze nadzieje na pomyślną przyszłość potomstwa, niż samo tylko gromadzenie przywilejów i narzucanie restrykcji.

Skądinąd, samoograniczenie tego rodzaju, nie byłoby wystarczające – w końcu „bliższa ciału koszula“ – gdyby nie to, że biurokratyczne elity nie rodzą się przecież na kamieniu, tylko z łona niewiasty pochodzą – i, motywując poddanych do korzystnej dla siebie innowacyjności i racjonalności – zaraziła się elita biurokratyczna popieraną przez siebie ideologią. Od tej pory, jej racją bytu jest „racjonalność“, „rozumność“ i „postępowość“ – i proszę popatrzyć, w jaki sposób motywuje się obecnie najbzdurniejsze i najbardziej oczywiste restrykcje, które niczemu poza mnożeniem biurokracji, jej dochodów i szans reprodukcyjnych nie służą..? Do czego są nam potrzebne „prawo jazdy“ na ten przykład? Czy z faktu posiadania takiego albo innego papierka wynika umiejętność prowadzenia samochodu..? Ile wypadków powodują kierowcy bez prawa jazdy (jeszcze biorąc pod uwagę fakt, że znakomitej większości z takich właśnie – ów dokument został za jakieś wcześniejsze wykroczenia odebrany, w daremnej nadziei, że ich to przed prowadzeniem samochodu powstrzyma…) – a ile ci, którzy cieszą się urzędowym potwierdzeniem swoich umiejętności..?

Moim zdaniem przy tym – sama innowacyjność jako taka właśnie próby „domknięcia“ systemu utrudnia. Dlaczego? Z dwóch powodów. Po pierwsze – wciąż rodzą się nowe fortuny – o nie-biurokratycznym, lub nie-do-końca-biurokratycznym pochodzeniu. A to zmusza istniejącą elitę do akomodacji jakichś „ludzi nowych“, czy ta elita tego chce, czy nie chce. Po drugie – przy tak szybkim postępie technicznym jak obecnie – biurokracja, która ze swej istoty jest raczej tępawa – zwyczajnie nie nadąża z „regulowaniem“ coraz to nowych dziedzin, w których może się kreatywnie przejawić ludzka wolność.

Elita biurokratyczna dostrzegła ten problem – i od kilku co najmniej dziesięcioleci, od półwiecza mniej – więcej, stara się postęp techniczny i ogólną innowacyjność spowolnić i zawłaszczyć (to ostatnie – najczęście pod pozorem „konieczności wojskowej“). Czego efekty już widać.

Jest to zresztą podstawowy powód, dla którego Peak Oil jednak trzeba się bać: zgadzam się, że gdyby istniał wolny rynek energii, to by ten problem został na pewno rozwiązany. Ale wolny rynek energii nie istnieje – i nic nie wskazuje na to, aby mógł zaistnieć. Zaś zawłaszczająca i ograniczająca ludzką innowacyjność elita biurokratyczna ma wszelkie szanse NIE ZDĄŻYĆ z wdrożeniem ratujących naszą cywilizację technologii. Właściwie: to byłbym niezmiernie zdziwiony – gdyby zdążyła…

Funkcjonowanie współczesnej elity biurokratycznej generuje ogromne koszty – w dużej części wynikłe z jej konstruktywistycznego podejścia do rzeczywistości. Współczesna elita biurokratyczna bowiem, w myśl romantyczno – racjonalistycznej „ideologii czynu“ wierzy w to, że świat i zamieszkujący go ludzie to pewnego rodzaju „zadanie do wykonania“. Że powinna ten świat i zamieszkujących go ludzi aktywnie kształtować, oczywiście – w duchu racjonalnym i postępowym. Całkiem przypadkowo, takie „konstruktywistyczne“ podejście do rzeczywistości, jest też zgodne z „interesem bytowym“ biurokracji, która mając coraz więcej zadań, tym skuteczniej może się reprodukować.

O wiele bardziej boję się idealizmu współczesnej elity, niż jej apetytów! Apetyty rządzącej elity ograniczają się – ceterus paribus – do tego, aby elitarność jej statusu była widoczna – i dziedziczna. Aż tak wiele to nie kosztuje. Natomiast koszty idealizmu tej współczesnej elity, koszty jej pomysłów na ulepszenie świata – żadnej górnej granicy nie mają!

Ów „konstruktywizm“ elit współczesnych zagraża homeostazie gatunku nie tylko z uwagi na ryzyko wyczerpania się paliw kopalnych – ale też i w ten sposób, że raptownie przyspiesza nadejście „bomby megabitowej“, czyli opisanego proroczo przez Stanisława Lema załamania się naszej cywilizacji, a przede wszystkim – nauki – pod ciężarem nadmiaru nagromadzonych danych, których nie uda się już w żaden sposób przyswoić. Jest całkiem możliwe, że w pamięci komputerów, a też i w sejfach uczonych, istnieje wiele genialnych sposobów rozwiązania problemu „Peak Oil“ – kłopot w tym, że nie potrzeba nawet spisku koncernów naftowych, aby nikt się o ich istnieniu nie dowiedział. Gdy bowiem ilość informacji jaką trzeba przefiltrować, aby uzyskać jakiś użyteczny wynik, przekracza pewną barierę – z konieczności będzie się pojawiało coraz to więcej odkryć zapomnianych, pominiętych i zlekceważonych – dla braku możliwości zdobycia o nich wiedzy w natłoku wypełniających wszystkie nasze „systemy informacjozbiorcze“ bzdur. Których niemałą część produkuje właśnie – biurokratyczna elita…

Tym sposobem, dochodzimy do ściany, czyli do prorokowanego przez wielu futurologów, blogerów – a nawet, przez jednego polityka – załamania się obecnego systemu.

Czy załamanie to oznacza automatycznie triumf wolności?

A niby dlaczego tak miałoby być? Bo tak chcemy? Bo tylko powrót do „czystego kapitalizmu“ daje nadzieję na co najmniej utrzymanie obecnego poziomu życia mimo bankructwa systemów emerytalnych, wyczerpania paliw kopalnych i przytłoczenia nauki stosami udającego naukę bełkotu..?

Obawiam się, że to idealistyczne założenie. Niewątpliwa jest tylko konieczność redukcji kosztów utrzymania obecnej elity biurokratycznej. Owa niewątpliwie konieczna redukcja może się dokonać – moim zdaniem – na dwa sposoby.

Albo pojawi się „silny człowiek“ który, korzystając instynktownie lub świadomie, z modelu „Tyranii Doskonałej“ – narzuci biurokracji kaganiec i powściągnie zarówno jej apetyty, jak i jej idealizm w dążeniu do „coraz to lepszego i coraz to bardziej racjonalnego świata“ – albo też, biurokracja uwłaszczy się na państwie, zaprowadzając w miejsce dotychczas istniejących stosunków bezosobowych między elitą a prolami – stosunki osobiste, typowe dla feudalizmu.

Oba te rozwiązania mają swoje wady i zalety. Do tej pory koncentrowałem się na opisie raczej „neo-feudalizmu“, jako systemu mniej może dla Państwa intuicyjnego. Postaram się w przyszłości napisać więcej o Tyranii. Z czego nie wynika jednakowoż ani to, że jestem „zwolennikiem“ neofeudalizmu, ani to, że jestem „zwolennikiem“ Tyranii Doskonałej.

Nie uważam bowiem – w przeciwieństwie do wyznawców „Ideologii Czynu“ – iżby świat nasz był „zadaniem do wykonania“, czymś niegotowym, a może nawet niegodnym Absolutnego Rozumu, co trzeba koniecznie zmieniać i doskonalić. Niezależnie od tego, czy świat jaki znamy jest dziełem Boga czy Ewolucji – jest on oszałamiająco piękny i milionkroć bogatszy niż potrafi to sobie wyobrazić najbardziej nawet rozbuchana ludzka wyobraźnia. I dlatego – należy mu się nabożny podziw i zdumienie, a nie – realny czy symboliczny buldożer, sprowadzający jego piękno i bogactwo do ponumerowanych teczek czy przegródek na akta…

Prace i dumania

To, że się ostatnio nie odzywałem nawet w komentarzach nie znaczy, że nic nie robiłem – ani, że nic nie pisałem. Po części wynika to z trudności technicznych – niniejszy wpis właściwie powstał wczoraj rano, ale nie udało mi się go zamieścić z winy nader niestabilnego w tej zjonizowanej atmosferze połączenia. Cierpimy tu bowiem za przyczyną iście afrykańskiej duchoty – i wściekłych z upału much… Zajęć zresztą mieliśmy mnóstwo! Przede wszystkim – przyszły wreszcie pieniądze za projekt „wilanowski“ – i z punktu zostały wydane: zainwestowaliśmy w ogrodzenie elektryczne jakichś 70% Wielkiego Padoku (reszta poczeka pewnie do września – dopiero wtedy puścimy tam konie, żeby miały świeżą trawę).

Było z tym, jak to zwykle u nas, mnóstwo kłopotów. Znalazłem przez PKT i Zumi łącznie 3 hurtownie w Radomiu, gdzie potrzebny sprzęt teoretycznie można było kupić – z czego dwie lokalizacje okazały się prywatnymi domami bez żadnej zgoła działalności gospodarczej (o tym, że tego rodzaju portale to śmietnik, wiadomo nie od dziś…), a ostatnią – udało się nam znaleźć dopiero dzięki pomocy znajomego, bo dojazd do niej zagradzała rozbiórka kamienicy…

No ale – udało się, w czwartek popołudniu ogrodzenie stanęło. I tu kolejna siurpryza: nie działa! Ki Dyabeł..? Obszedłem całość, starannie skręcając ze sobą wszystkie kolejne łączenia – dalej nic… Na szczęście, mieliśmy akurat Bardzo Pożytecznych i Miłych Gości – z fachową wiedzą elektryczną i uzdolnieniami manualnymi. Okazało się, że uziemienie do kitu. Poprawiliśmy to – i coś tam pyka (Goście naprawili nam też piłę tarczową – można będzie, przy kolejnym przypływie gotówki, kupić desek i wziąć się za naprawy i rozbudowy różnych, mocno już sfatygowanych elementów wiaty…).

Pastuch dalej nie działa tak dobrze, jak powinien. Mimo wkopania się na ponad metr w ziemię i wrzucenia do dołu, obok solidnego pręta zbrojeniowego, do którego uziom dochodzi, jeszcze i resztek starej stalowej  liny. Ziemia sucha jak pieprz. Nawet na głębokości metra! To i ładunek się nie rozchodzi. Podlewam teraz czasem to z konewki – i, jakoś się trzyma.
Pastuch
Gdzieś tam są konie...
Na przykład tutaj...
Buzi, buzi..?
Nie..? To może ty..?

Nasze konie miały sesję fotograficzną (nie tą co powyżej, tylko profesjonalną) – wygląda na to, że wyszło bardzo dobrze, a w każdym razie – dobrze pozowały. Z niecierpliwością czekamy więc na efekty w postaci pięknych zdjęć.

Za sprawą pana Dariusza Wielca, osobą Tadeusza Kotwickiego, o którym niedawno pisałem do „KT“ zainteresowali się Amerykanie. Ze dwa tygodnie temu skończyłem pisać dla nich artykuł – i teraz przyszło do wyjaśnień i uzupełnień, czego do tej pory nie ukończyłem. W zasadzie – trzeba by pojechać do Wrocławia i uzupełnić materiały, tak byłoby najprościej – gdyby było mnie na to stać. A tak, trzeba będzie ciągnąć te dane jak przez słomkę – mailem i telefonicznie…

Swoją drogą, tych materiałów u pani Joli Kotwickiej spokojnie by starczyło na książkę. A może nawet i na film – bo jakiś film o Tadeuszu Kotwickim nakręcony został, ale nigdy nie był emitowany, podobno z powodu słabej jakości – tyle, że od 1997 roku, technika telewizyjna poszła chyba trochę do przodu..?

Na Tadeuszu Kotwickim zresztą (choć to postać, ze znanych mi Polaków, w tym względzie największa) poczet „long riderów“ się nie kończy. Już dawno próbowałem namówić naszego przyjaciela, Sebastiana Karaśkiewicza, żeby podzielił się z czytelnikami „KT“ swoimi wrażeniami z wycieczek konnych nad Morze Czarne na ten przykład – tyle, że namówić się na razie nie daje… A w czwartek, kiedyśmy po całym Radomiu zamaskowanej rozbiórką Agromy Kielce szukali – dowiedziałem się od naszego zeszłorocznego pensjonariusza, Zbyszka Bieszczada, że stara się zorganizować na przyszły rok rajd wokół Polski. A był już kiedyś jeden taki – góral zdaje się – który we dwa konie taki rajd odbywał, prawda..?

Więc książka, jeśli nie o samym tylko Tadeuszu Kotwickim, to o kilku takich nowoczesnych konnych nomadach, z pewnością mogłaby powstać. Pytanie tylko, czy jest w ogóle sens kołatać do jakiegokolwiek wydawnictwa, żeby je tak egzotycznym tematem jak konie (od dawna powtarzam, że wszelkie gadki o rzekomym „wrodzonym koniolubstwie“ Polaków to bzdura na resorach!) zainteresować? A tej książki nie napiszę „ot tak“ – bo zwyczajnie: nie stać mnie na konieczną kwerendę i poszukiwania po całym kraju.

„Koni achałtekińskich historia sekretna“, gdy próbowałem nią kilka wydawnictw zainteresować (fakt, że jak to ja – podszedłem do tematu z wrodzonym pesymizmem i łatwo się poddałem: pewnie trzeba było słać to nie do kilku, a do kilkuset wydawnictw…) niczyjego zainteresowania nie wzbudziła. Jak jednak patrzę teraz po statystykach strony, to cykl ten wciąż ma nowych czytelników mimo, że już prawie dwa lata od jego publikacji na tym blogu mijają. Może powinienem poprawić dostrzeżone, dzięki pomocy Czytelników błędy, uzupełnić o nowe materiały, których trochę się przez te dwa lata uzbierało – przede wszystkim: ikonograficzne – i spróbować raz jeszcze..?

Może, gdyby to po angielsku albo po rosyjsku napisać..?

Na zapłatę za trzy ostatnie artykuły dla „KT“ przyjdzie mi jeszcze trochę poczekać – całe kierownictwo podobno chore – więc, zasadniczo – i tak nie jestem w stanie robić nic innego, niż pisać, ewentualnie – oddawać się takim pracom fizycznym, które wcale lub mało wymagają wkładu finansowego (jak rżnięcie drewna, co już zapoczątkowałem – trzeba tylko koniecznie siekierę na nowym stylisku osadzić, bo już strach rąbać…). Gotówki na najbliższe co najmniej dwa tygodnie zostało nam 300 złotych, więc jasnym jest, że ani do żadnej akwizycji po Warszawie (bardzo przepraszam, panie Eugeniuszu…), ani w ogóle do czegokolwiek, co by wymagało wyjazdu z Boskiej Woli – nie pora nam. Z głodu przynajmniej nie zginiemy – mimo alternarii (w środę spadł deszcz, którego skutkiem jest prawdziwe spustoszenie w naszym ogródku: tytoń z tego wszystkiego trzyma się jeszcze najlepiej, ale zaraziło się, po zmoczeniu, prawie wszystko inne…), ogórków nam nie zabraknie – a jeszcze miałem szczęście i trafiłem do „Tesco“ akurat w momencie, gdy personel wykładał towar na specjalne półeczki z „artykułami o krótkim terminie przydatności do spożycia“ i mocno obniżoną ceną – więc się obłowiłem w wiktuały…

Takie to są prace i takie dumania w Boskiej Woli ostatnimi czasy. Oprócz tego oczywiście – jestem Państwu winien kolejną porcję teoretycznych rozważań o działaniu i niedziałaniu, o wolnym rynku i Peak Oil, o neofeudaliźmie i tyranii doskonałej i temu podobnych – ale to może trochę później?

Tymczasem zakwitł nasz prymus.




Prawda, że dekoracyjny..? Zastanawiamy się, czy te kwiatki jeszcze się otworzą, czy już takie zostaną? Ciekawe też, jak będą wyglądały nasiona? Od "prymusa" i paru innych, najszybciej rosnących - chętnie bym się tych nasion dochował - na przyszły rok...

środa, 25 lipca 2012

Nie – wdzięczność

Arytmetyka, wedle której rachować trzeba ludzkie emocje, różni się nieco od tej znanej z podręczników szkolnych. W szczególności nie jest tak, że „emocjonalna inwestycja“ daje „proporcjonalny zwrot“ w postaci wdzięczności, miłości czy innego rodzaju pozytywnych uczuć. Reguła ogólna (o ile w ogóle o regułach w tym wypadku można z sensem mówić…) jest raczej taka, że o ile lubi się tego, komu się pomaga i dla kogo się poświęca – i to lubi się, a nawet kocha proporcjonalnie właśnie do włożonego w taką osobę wysiłku – o tyle wcale nie działa to w drugą stronę i ten, kto wyświadcza komuś łaskę, prędzej się u tak obdarowanego doczeka zawiści, niż proporcjonalnej do swego poświęcenia miłości.

Dzieje się tak najpierw dlatego, że świadczenie dobroci z góry wygląda jak dopominanie się o wzajemność – jest zatem rodzajem emocjonalnego szantażu. W szczególności w kulturach opartych na zasadzie wzajemności zobowiązań (jak kultura japońska czy chińska), sytuacja w której może się przytrafić, nawet całkiem niechcący, zaciągnięcie tzw. „długu wdzięczności“, potrafi wręcz przyprawić o panikę – tego rodzaju długu nie da się nie spłacić nie tracąc twarzy, a że spłacić go zawsze trzeba z pewną nadwyżką – wejście w tego rodzaju spiralę wzajemnych przysług i grzeczności niekoniecznie musi budzić entuzjazm!

Zresztą – kto lubi być szantażowany? Owszem: miłość chrześcijańska, jako bezinteresowna i nie domagająca się żadnej zapłaty (na tym świecie przynajmniej), zdaje się takich, naturalnych skądinąd, oporów u obdarowanego nie wzbudzać. Tylko – spotkał ktoś z Państwa ostatnio jakiegoś chrześcijanina..? To naprawdę rzadki gatunek w naszych czasach…

Dość oczywisty wniosek, jaki z powyższego wynika jest taki, że absolutnie nie warto być… nadopiekuńczym i przesadnie kochającym rodzicem! Nie ma bowiem właściwie żadnych szans na to, aby tego rodzaju nadopiekuńczość i „bombardowanie miłością“ dała pozytywny efekt w postaci jakiejkolwiek bądź wzajemności. Wręcz przeciwnie: łatwo bardzo osiągnąć efekt zgoła odwrotny – i strawiwszy życie na nieustannym poświęcaniu się dla dobra potomstwa – zostać na starość samotnym i opuszczonym.

Nie tylko bowiem sam fakt emocjonalnego szantażu powoduje dyskomfort u osób, w które jest wymierzony. Również osoba tak bezgranicznie się poświęcającego i cierpiącego przez to rodzica – znacząco traci na atrakcyjności. W skrajnej postaci przybiera bowiem tego rodzaju postawa formę nieustannych wyrzutów, ciągłego stawiania przed oczy bezmiaru własnego poświęcenia i oczywistej w tym zestawieniu – czarnej niewdzięczności wyrodnego potomka. Nawet jednak, kiedy do takiego ekstremum nie dochodzi – poświęcający się rodzic, cierpiąc choćby i w milczeniu – mało jest interesujący jako kompan do wspólnego spędzania czasu. I nawet, jeśli milczy i wyrzutów nie czyni – milczy znacząco i przecież wszyscy doskonale zdają sobie sprawę, dlaczego milczy i z jakiego powodu. Jego towarzystwo wzbudza nieuchronnie wyrzuty sumienia – sam rodzic, takim wyrzutem sumienia, choćby i milczącym, się staje. A kto lubi przebywać z wyrzutem sumienia..?

Niestety, nadopiekuńczych i spalających się w totalnym poświeceniu dla dobra dzieci rodziców jest na pęczki – osobliwie w starszym już nieco pokoleniu tych, którzy swoją rodzicielską misję wypełniali w trudnych latach 80-tych, gdy naprawdę nie było to łatwe od strony czysto materialnej.

Dawniej, kiedy życie ludzkie bardziej było formalne, zrytualizowane – choć też zdarzali się chorobliwie nadopiekuńczy rodzice, jak choćby Katarzyna Jagiellonka, matka Zygmnta III Wazy, czy jej z kolei matka, Bona Sforza – łatwiej chyba było tego rodzaju napięcia rozładować. Służyły temu rytuały, dość precyzyjnie określające gesty, słowa i czynności, jakie wykonać należy przy każdej życiowej okazji – od porannego powitania Szanownych Rodzicieli, po ich pogrzeb. Ponieważ wykroczenie przeciw tym rytuałom było tak samo niestosowne gdy ktoś ich nie wypełniał jak należy, jak i wtedy – gdy wypełniał z przesadą, nadmierne w nie wkładając emocje – łatwiej było o zachowanie jakiej takiej równowagi i dystansu. Dla obu stron tego stosunku zresztą!

Jak to mogło wyglądać w praktyce, ilustracją służy chociażby zachowana korespondencja pomiędzy poetą Zygmuntem Krasińskim a jego nadopiekuńczym ojcem, generałem Wincentym. Próbował poeta Zygmunt się po romantycznemu przeciw ojcowskiej miłości i opiekuńczości buntować na różne sposoby – wysłany do Italii na nauki, przygruchał sobie jakąś karczmareczkę (ale nie chciało mu się jej po pigmaliońsku edukować nawet, nadto był, jak to poeta, roztrzepany i niekonsekwentny…) – i dramatycznie oświadczył ojcu, gromów piekielnych się zwrotną pocztą spodziewając, że poślubi dziewoję choćby nie wiem co! Co mu odpisał (nadopiekuńczy skądinąd) ojciec, generał Wincenty? Ależ żeń się synu, błogosławię Waszemu szczęściu..!

Na takie dictum stracił syn, poeta Zygmunt cały rezon, bunt jego romantyczny okazał się zwykłą blagą, pozą, szpanem – dziewoi wcale nie poślubił, w następnym już liście nie było o niej w ogóle mowy.

Widać, po pierwsze, że dobrym fachowcem był ojciec, generał Wincenty – nadawał się na wodza – bo znał się na ludziach nie gorzej od księdza proboszcza z Królowego Mostu. Ale też na nic by się zdała cała ta psychologia, gdyby nie rytuały. Współcześnie, gdy ani nie musi się pełnoletni mężczyzna ojca o zgodę na małżeństwo pytać (po prawdzie, to głównie dlatego, że nie dziedziczy – na ogół – tak przyjemnej ordynacji jak ta Krasińskich…), ani właściwie – samo małżeństwo nie jest specjalnie do życia w parze potrzebne – poeta Zygmunt, zamiast swoją blagę, pozę i szpan z punktu korespondencyjnie obnażyć – byłby się pewnie parę lat w niedobranym związku z karczmareczką na złość ojcu, generałowi Wincentemu, przemęczył – i kto wie, jakie by z tego nieodwracalne już konsekwencje wynikły..?


Oczywiście że rytuały są krępujące, irytujące wręcz często – mnie tam nic tak nie żenuje jak tzw. „tradycyjne“ (choć w gruncie rzeczy z naprawdę starą tradycją niewiele ma to wspólnego) polskie wesele, widowisko iście tragikomiczne. Ale też – potrafią rytuały niekiedy życie ułatwić.

Już choćby dlatego, że zgodność postępowania z rytuałem stwierdzić łatwo. Tymczasem – kiedy ich brak – o tym, czy się postępuje właściwie czy niewłaściwie, z góry wnioskować prawie niepodobna, bo zależy to głównie od reakcji otoczenia – która to reakcja może być różna.

Ludzie współcześni zaspokajając swoje potrzeby materialne na poziomie, o którym dawnym królom się nie śniło – mają też tendencję, nauczyły ich tego telewizyjne seriale, kolorowa prasa, filmy – by oczekiwać również w życiu emocjonalnym, tak samo najpełniejszego i najautentyczniejszego spełnienia. Każdy dorastający chłopiec marzy o życiu tak ciekawym i pełnym wrażeń jakie miał Cezar Borgia (no dobrze, przesadziłem – 93% dorastających chłopców nie wie, kto to był Cezar Borgia, więc: jak Batman..? Jak Spidermen? Jak Jeż Jerzy? Co tam jeszcze jest na topie wśród młodzieży..?). Każda dorastająca dziewczynka marzy o rycerzu na białym koniu – a przynajmniej: w eleganckiej limuzynie. OK – uraziłem czytające Panie, bo one o żadnych zardzewiałych konserwach z chłopiną nie marzyły – przepraszam! Ale o czymś jednak czytające Panie w wieku dojrzewania marzyły, nieprawdaż? Cokolwiek by to nie było: miało być autentyczne, spontaniczne, wielkie i wspaniałe – czyż nie tak?
Tymczasem proza życia jest taka, że z 99,997% kandydatów na nowego Cezara Borgię, Tomka Wilmowskiego czy Pana Samochodzika – wyrastają zwykli księgowi, mechanicy samochodowi czy drobni sklepikarze, dla których całą prawie treścią ich życiowych dążności jest dotrwać do końca miesiąca i spłacić ratę bankową za M-3 na Tarchominie względnie, przy odrobinie szczęścia – za domek na 500-metrowej działce pod Ustanówkiem.

Jakiekolwiek też by nie były marzenia niewątpliwie wyzwolonych i świadomych Pań – zaciskanie zębów i czynienie cudów oszczędności w celu tegoż właśnie dotrwania do pierwszego i spłacenia raty – wygląda przy tym blado, nieatrakcyjnie, nieerotycznie – nieprawdaż..?

Nie mamy nie budzącego wątpliwości wglądu w intymne marzenia i wewnętrzne przeżycia ludzi dawnych wieków – albowiem nawet, gdy tego rodzaju wynurzenia czynili i spisywali (przy czym, co dość oczywiste – robili to głównie ci, którzy byli do tego mentalnie zdolni, a więc raczej – przedstawiciele górnych warstw hierarchicznego społeczeństwa…) – też przecież, robiąc to, podlegali konwencjom i rytuałom. I jeśli podkreślali tak często „obowiązki stanu“ – to czy dlatego, że naprawdę chcieli być „ojcowskimi panami“ dla swoich poddanych i „dobrymi obywatelami umiłowanej ojczyzny“ – czy dlatego, że tak właśnie pisać wypadało..? Tego się nie da rozstrzygnąć…

Podchodząc do rzeczy czysto fenomenologicznie – nie sposób jednak nie zauważyć, iż tzw. „społeczeństwo tradycyjne“, „społeczeństwo zamknięte“, czy też „feudalne“ – miało gotowe rytuały, gotowe wzorce postępowania na każdą niemal życiową okoliczność – wliczając tak intymne momenty jak „właściwe“ zachowanie położnicy po połogu (o czym niedawno koleżanka Tupaja pisała), inicjacja seksualna i rozładowanie płciowych frustracji (no choćby przy okazji Kupały…), zemsta za osobistą zniewagę czy też – rozładowanie bezsilnej złości na „siły wyższe“ (nie darmo jednemu z perskich królów wielką przyniosło ulgę, gdy morze kazał rózgami siec…).

Te rytuały w dużej części słusznie mogą się nam wydawać krępujące, śmieszne, nieżyciowe. Kłopot w tym, że współczesna potrzeba spełnienia i autentyczności, skoro jej efektem jest w 99,997% wyżej opisane M-3 na Tarchominie, względnie domek pod Ustanówkiem, wraz ze wszystkimi przynależnymi do tego ciężarami – jakoś wiele lepiej w zestawieniu z dawną nieświadomością i ciemnotą chyba nie wypada?

Powody dla frustracji się zmieniają – frustracja pozostaje. Co może o tyle dobrze, że człowiek z całą pewnością nie jest istotą dobrze znoszącą beztroskę i niczym nie zmącone szczęście…

Zaś z braku rytuału (tego braku nie sposób nowym rytuałem łatwo zastąpić – gdy raz się człowiek przekona, że utrwalone i powtarzalne zachowania, które do tej pory wypełniał z namaszczeniem święcie przekonany o ich bezalternatywności, są tylko dowolną konwencją – mając taką samowiedzę, trudno jest na nowo w sens jakiegokolwiek rytuału uwierzyć…), w kłopotliwych sytuacjach, do których prowadzi również i nasza czarna niewdzięczność za pełne poświęceń życie naszych rodziców – popadamy łatwo w milczenie. Z którego to milczenia stopniowo, krok za krokiem, buduje się taki mur, którego już w żaden sposób przekroczyć się nie da – dokładnie tak samo, jak w czasach świetności rytuału, nie dawało się bezkarnie przekraczać niewidzialnych murów, którymi rytuały otaczały „wewnętrzne ja“ sobie poddanych…

poniedziałek, 23 lipca 2012

Decydenci

Nie wiem jak jest w dużych korporacjach prywatnych. Doniesienia medialne (ot, choćby historia tego, co się Barclayowi przytrafiło…) zdają się wskazywać, że sami tam Kozacy z nożami w zębach i parą bandoletów w szufladzie biurka pracują. W co, jednakowoż wątpię. W „sektorze państwowym“ z całą pewnością natomiast, złotą zasadą pracy, przetrwania i kariery jest hasło: chrońcie dupy swoje!

Potwornie mnie to zawsze męczyło. Już pal sześć upierdliwą konieczność dokumentowania w trzech egzemplarzach każdego niemal wyjścia do sracza – o rozmowie z klientem nie wspominając. Piszę na komputerze naprawdę szybko, spokojnie mogłem i po kilkanaście i po kilkadziesiąt takich dokumentów dziennie płodzić.

Tak naprawdę najpotworniej mnie męczyło czekanie. Osobliwie – zanim odkryłem „Freeciv“ (ale i to potrafi się znudzić…). Na co musiałem tak czekać? Godzinami, dniami, tygodniami – a raz to się nawet na (w sumie, jak chodzi o efekt ostateczny) prawie trzy lata przeciągnęło?

Na decyzję oczywiście. Pomijając bowiem nieliczne naprawdę wyjątki (jak ten dyrektor, którego tak się bałem – o, ten faktycznie umiał decydować szybko!) – nic tak nie przeraża państwowego decydenta, jak konieczność podjęcia decyzji. Zwleka więc z tym zazwyczaj ile może, mnożąc nie tylko dupochrony (o których więcej poniżej), ale i dupogodziny swoich podwładnych.

W strukturze hierarchicznej i wieloszczeblowej zjawiskiem naturalnym jest pewna „kompresja“ informacji. Najwięcej o sprawie wie ten, kto się nią bezpośrednio zajmuje. Raportując swojemu przełożonemu, przekazuje informacje „istotne dla sprawy“. Jest oczywiście bezprzedmiotowym opowiadać czy pisać, że klient był sympatyczny – albo niesympatyczny, relacjonować rozmowę co do słowa, czy też wgłębiać się w takie szczegóły techniczne, które i tak będą rozwiązywane na niższym szczeblu (bo, na przykład – nie ma znaczenia dla decyzji o wynajmie lokalu, czy klient życzy sobie jedną linię telefoniczną czy dziesięć – o ile wiemy, że zapewnienie mu tego jest technicznie możliwe).

W stanie idealnym już ów bezpośrednio zaangażowany pracownik dokonuje, sporządzając stosowny dokument – takiej „kompresji“ danych, że są one możliwe do ogarnięcia przez przełożonego w krótkim czasie – i mogą być podstawą do podejmowania decyzji przez przełożonych kolejnych szczebli, bez konieczności udzielania dodatkowych wyjaśnień.

Oczywiście bywa, że pracownik takiej umiejętności nie posiada – i pisze o pierdołach, marnując w ten sposób czas przełożonego – albo pomija rzeczy istotne, narażając go na niespodzianki. Może się też tak zdarzyć, że pracownik celowo zniekształca obraz sytuacji, aby uzyskać taką decyzję, która jest dla niego z tych lub innych przyczyn korzystna. Bo się na przykład dogadał z klientem na boku – i pomijając takie lub inne informacje, wycina jego konkurencję…

O wiele częściej jednak – jest tak, że przełożony nie ufa pracownikowi. To znaczy – nie ufa ani jego umiejętnościom – ani uczciwości. I wtedy, z konieczności, musi pracownika przesłuchać – czasem wielokrotnie – by móc wyrobić sobie o sprawie własne zdanie. Czasem wręcz – wyręcza pracownika, samemu wnikając we wszystkie szczegóły sprawy bezpośrednio „na froncie“, tj. spotykając się z klientami czy też, z pracownikami innych działów instytucji (co ma sens tylko wtedy, gdy takie spotkania mają z założenia służyć podjęciu natychmiastowej decyzji – inaczej, jest to tylko marnowanie czasu…).

Wyrywkowa kontrola tego rodzaju ma sens. Przyjęcie takiej metody postępowania jako reguły – a tak jest właśnie w 99% przypadków, albowiem w myśl hasła naczelnego chrońcie dupy swoje, NIE MA TAKIEJ KONTROLI, KTÓRA BYŁABY DOSTATECZNA – jest niszczące dla instytucji bardziej niż solidna bomba podłożona pod fundamenty jej gmachu.

W pierwszej kolejności paraliżowi ulega obieg informacji i decyzji po szczeblach hierarchii służbowej. Decydent podejmuje tym mniej decyzji, im więcej pracowników szturmuje go ze „swoimi“ problemami, bo tym więcej traci czasu na kontrolę ich wiarygodności. Tym bardziej też jest obłożony pracą – i tym więcej traci czasu kompletnie bezproduktywnie, sprawdzając po raz n-ty słuszność i poprawność wniosków, które mu przedstawiają. Tłumy podwładnych antyszambrują w sekretariacie (albo czekają na telefon od sekretarki, że „szef wolny, można wejść“) – czasem i po kilkanaście godzin, bo taki szef NIE MA NAJMNIEJSZYCH SZANS kończyć pracy o 16.00. Czy kiedy tam by wynikało z regulaminu. Tylko niewielka część z nich ma szansę rzeczywiście zrelacjonować swoje problemy – więc takie czekanie przedłuża się w nieskończoność. A instytucja? Miele powietrze w swoich młynach…

Jak potrwa to trochę dłużej, to w dodatku – demoralizuje. Ile lat można żyć i pracować wiecznie będąc podejrzanym i niepewnym..? W końcu nabiera się ochoty, żeby rzeczywiście wyciąć jakiś numer – i ta ochota, przez lata takiego bezproduktywnego antyszambrowania potrafi nieźle dopiec: wiem coś o tym! A jak się jeszcze rysuje perspektywa materialnego sukcesu, pozwalającego wreszcie odejść z tej instytucji i żyć sobie cicho i bezpiecznie..? Apage Satanas..!

Tym bardziej, że szef, który wnika w szczegóły każdej, najbardziej nawet bzdurnej sprawy – sam się o takie wsadzenie na konia prosi. Szybko bowiem dochodzi do stanu, w którym spoza drzew nie widzi lasu: nadmiar, przesadnie szczegółowych informacji tak samo pozbawia go kontaktu z rzeczywistością, jak całkowity brak danych.

Jest to zresztą choroba o znacznie szerszym wymiarze. Współczesne gosudarstwa jako instytucje, chorują na nią tak samo jak zatrudniani przez nie decydenci – a elektroniczne systemy przetwarzania danych tylko pozornie pomagają ten potop informacji, których nieustannie domaga się od swoich poddanych współczesne państwo, opanować! Nie ma bowiem takiego kanału przesyłowego, którego nie dałoby się zatkać – doświadczenie zaś uczy, że biurokracja chce wiedzieć ZAWSZE więcej, niż potrafi tej wiedzy przetworzyć…

Istnieją oczywiście techniki pozwalające utrzymać zarówno bliską perfekcji kontrolę, jak i sprawny obieg informacji i decyzji – ale to temat na osobne rozważania. W normalnej, hierarchicznej instytucji biurokratycznej wystarczy zresztą jeden szef – niekoniecznie nawet, najwyższego szczebla – który na ostrą postać strachu o dupę choruje – a cała instytucja leży i kwiczy.

Co może zrobić instytucja, która jest informacyjnie i decyzyjnie zaczopowana – a wie, że jednak jakąś decyzję podjąć w pewnej perspektywie czasowej musi?

Najprostsze co może zrobić: zatrudnia konsultanta. Jest to zabieg czysto psychologiczny zresztą. Nienaganne garnitury i garsonki państwa P.T. konsultantów, laptopy w które nieustannie stukają, specyficzny żargon którym się posługują oraz, oczywiście – dobra drukarka, dzięki której ich raporty wyglądają stosownie do wagi sprawy – to są takie współczesne gusła, rodzaj zabiegu magicznego, dzięki któremu decydent zyskuje wewnętrzną moc i może nareszcie, bez popadania w drżenie rąk i siódme poty – podpisać się pod decyzją, której racjonalność i prawidłowość taki Ernst&Young swoim firmowym nadrukiem żyruje.

Rzymski konsul zarzynał kury i grzebał w ich ciepłych wnętrznościach – współczesny dyrektor gładzi sztywne okładki sążnistego raportu Ernst&Younga: jedna i druga czynność ma dokładnie taki sam sens, cel i znaczenie. Rzymianie wierzyli w gusła – współcześnie wierzy się w racjonalność. I jedna i druga wiara jest tak samo nierozumna. Widać jednak, decydenci takich wiar potrzebują..? Zresztą, już Rzymianom ich wróżby z kurzych wątróbek też za dupochrony służyły! Jak mawiał prof. Gawlikowski, promotor mojego niedoszłego doktoratu: każda kultura ma swoje smrodki – analogicznie też, każda biurokracja ma swoje dupochrony.

Dlaczego jestem o raportach Ernst&Younga tak niskiego zdania? Bo kilka czytałem. To najprostsza odpowiedź – nieprawdaż..?

Nie będę tu Państwu całego Cyryla Parkinsona streszczał, każdy sam może sobie poczytać. Dość oczywistym jednak spostrzeżeniem samozwańczego profesora jest, że instytucje zatrudniające pewną liczbę pracowników – nie potrzebują już żadnego zgoła świata zewnętrznego, żeby mieć co robić – same bowiem dają sobie dość pracy.

Jest to szczególnie widoczne w przypadku projektów i decyzji ważnych (o takich projektach decyduje się – jak zauważa Parkinson – w najwyższym pośpiechu i uwzględniając najmniej danych: bo są one zbyt skomplikowane, aby NAPRAWDĘ wchodzić w szczegóły…). Podjęcie takiej decyzji z reguły wymaga od instytucji biurokratycznej wdrożenia szczególnej procedury a nawet – powołania specjalnego organu (np. tzw. „komisji“). Wszystko po to, aby na 200% zapewnić jej racjonalność i prawidłowość.

Niestety, im szczególniejsza jest ta szczególna procedura – tym bardziej skomplikowane robią się kryteria na podstawie których ma zostać podjęta decyzja. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że kiedy kryteriów np. wyboru najemcy jest więcej niż trzy – podjęcie jakiejkolwiek w ogóle decyzji, jest absolutnie niemożliwe.

Teoretycznie, jak mnie pewien Szwed bodaj, uczył na kursie w Cranfield, to powinno wychodzić samo: członkowie komisji dostają do wypełnienia tabelki, wpisują punktację w odpowiednie pola, a wynik wyskakuje sam z siebie – wybór dokonuje się automatycznie. Problem w tym, że nie widziałem nigdy, aby coś takiego zadziałało w praktyce! To BYĆ MOŻE jest specyfika polska – ale nie chce mi się w to wierzyć: wynikałby z tego jakiś nowy mesjanizm a rebours: że niby gorsi jesteśmy genetycznie od innych nacji, czy co..?
 

Co ma boska Rita wspólnego z tym tekstem? Nic. Ale tak mi się podobało - a co..?

Kłopoty pojawiają się zresztą na długo przedtem, nim ktokolwiek zasiądzie do wypełniania jakichkolwiek tabelek. Najpierw bowiem, trzeba ludzkim językiem sformułować zarówno ów szczególny tryb podejmowania decyzji, jak i – wymogi jakie w związku z tym stawia się „światu zewnętrznemu“ w postaci aplikujących oferentów. Już tu potykamy się o naturalną skądinąd, dążność każdej z dykasterii, na które podzielona jest instytucja, do wtrącenia koniecznie swoich trzech groszy. Tym sposobem np., tzw. „SIWZ“, czyli „Specyfikacja Istotnych Warunków Zamówienia“ pewnego sztandarowego projektu infrastrukturalnego, do tej pory zresztą nie zrealizowanego do końca w Warszawie – zawierała tzw. „tom B“, z wymogami – powiedzmy – „merytorycznymi“ – w którym jedynym spójnikiem zdaniowym jaki użyto (w bardzo grubym dokumencie), był spójnik „i“. W logicznym sensie tego słowa (bo stylistycznie używano oczywiście różnych). Albowiem nie było takiego mądrego, który by umiał narzucić dykasteriom jakiś logiczny porządek i hierarchię ważności ich pobożnych (bez wątpienia) życzeń odnośnie funkcjonalności nowego obiektu. W efekcie uznano, że wszystkie te życzenia są jednakowo ważne – i powinny zostać przez projektanta i wykonawcę zrealizowane jednocześnie. Czy muszę dodawać, że owe postulaty były w bardzo wielu punktach – sprzeczne..? A co wynika z logicznej sprzeczności tego rodzaju..?

Wiele instytucji państwowych szukało w tym przetargu, a potem w jego realizacji śladów jakiejś korupcji czy innego „układu“ – z tego, co mi wiadomo, oprócz różnych formalnych potknięć, niczego strasznego nie znaleziono. Tymczasem, starczyło zadać sobie trud uważnej lektury „tomu B“ (służę, w razie czego – zachowałem sobie ku wiecznej rzeczy pamiątce ów kuriozalny dokument…) – trochę kawy i koniaku powinno pozwolić na dokonanie tego wyczynu na tyle szybko, by nie zapomnieć, co się czytało rozdział wcześniej i móc porównać – by łatwo dojść do wniosku, że cudem jest, iż w ogóle wybudowano i uruchomiono cokolwiek, bo tak naprawdę, mając za punkt wyjścia zbiór życzeń sprzecznych – mógł sobie wykonawca wybudować albo i nie wybudować, co mu się żywnie podobało.

Nie tak spektakularne fiasko dotykało za mojej pamięci bardzo wiele podobnych przedsięwzięć – tylko dlatego, że nie udało się opanować dobrych chęci przedstawicieli różnych biur, pionów, działów którzy, delegowani do stosownej komisji, dokładali każdy od siebie takie czy inne – jak najsłuszniejsze gdy brać je z osobna – wymagania. Co w sumie powodowało, BEZ NICZYJEJ NAWET INTENCJI (a przynajmniej – nic o takiej intencji nie wiem…), że wybór potencjalnych kontrahentów okazywał się na koniec dnia niezmiernie wręcz ograniczony. W zasadzie (jak się dowiedziałem po fakcie, niestety…) – nie było wśród tych, którzy aplikowali, ani jednego takiego, który by nie miał „kogoś wewnątrz“, prowadzącego go za rękę poprzez rafy niezrozumiałych i sprzecznych wymagań.

Czy jest to choroba do opanowania? Przecież, im bardziej szczegółowe i kompleksowe kryteria podjęcia decyzji – tym ta decyzja powinna być (na pierwszy rzut oka…) racjonalniejsza i pewniejsza – nieprawdaż..? A tu się okazuje, że wcale niekoniecznie…

Jak się to już tak zabełta, że i sam Dyabeł nie dojdzie, o co tu właściwie chodzi – zatrudnia się konsultanta, który robi mądrą minę, przegląda dokumenty, stuka w laptopy – a potem oddaje ładny raport w sztywnej oprawie ze ślicznym logo, który to raport stwierdza, że proces wyboru przebiega prawidłowo, a to co z tego wyboru wychodzi – wychodzi słusznie. I wtedy decydent może już, z czystym sumieniem, decyzję podpisać. Dupę mu przecież ten raport chroni...

niedziela, 22 lipca 2012

Narkomania w Boskiej Woli - poważny problem!

Doskonale zdaję sobie sprawę, że gdy przychodzi co do czego - każdy się tak tłumaczy. Że nie przewidział, że przecież to tylko statystyka, tylko jakieś tam doniesienia medialne, że taki problem nas konkretnie dotyczyć po prostu nie może. Ale cóż mam poradzić? Zwykle właśnie tak jest. Dopiero życiowe doświadczenie uczy rozumu. A doświadczenie - zawsze kosztuje!

Wydawałoby się, że izolacja od szemranego towarzystwa okupującego okolice miejskich knajp, świeże wiejskie powietrze i dostatek fizycznego rchu powinny przed tego rodzaju pokusami skutecznie bronić.

Żeby nie zaniedbać żadnego środka ostrożności, najwcześniej jak to tylko było możliwe pokazaliśmy wszystkie odurzające środki, jakie tylko udało się nam zdobyć i daliśmy ich - ku przestrodze - spróbować. Nie wzbudziły wtedy żadnego zainteresowania. Byliśmy zatem spokojni. Nasz spokój okazał się złudny...

Objawy występowały już od jakiegoś czasu. Późne powroty do domu. Niezrozumiałe, irracjonalne zachowanie. Okazjonalnie wręcz - coś na kształt niezborności ruchów. No i ta jedna, jedyna roślinka, posadzona (dla lepszego zamaskowania) tuż koło pomidorów, coraz to bardziej wydawała się zmolestowana. Nie umieliśmy połączyć tych wszystkich faktów w jedną całość.

Aż do dzisiaj rana. Kiedy prawda ukazała się nam w całej, przerażającej postaci. Mamy w domu ćpuna!

 
Czy po tym doświadczeniu zmienię stosunek do narkotyków? Cóż: chyba jednak nie! Po prostu w przyszłym roku posadzimy kocimiętkę dalej od pomidorów, żeby niewinne nie cierpiały z powodu kocich szaleństw!

Bo poza tym, że Lepsza Połowa jest zła na koty (Krystyna nie jest nic lepsza - tylko sfotografować jej nie zdążyłem...), że krzaczek poniszczyły, a kiedyśmy przed posadzeniem dawali im powąchać, to nawet nie zwracały uwagi (wniosek: kocimiętka musi kwitnąć, żeby jej narkotyczny wpływ się ujawnił: Krystyna po prostu - liże kwiaty!) - podobnie jak kompletnie olały walerianę, którą znaleźliśmy kiedyś przy drodze do Farmy Sielanki - przecież, nic takiego się nie stało...

Koćkodany fakt faktem - szaleją. Nie ma wieczoru, żeby to jedna, to druga (a bywa, że obie naraz, jak wczoraj) przyniosła nam do chatki prezent:
Przy czym Krystanie kilka dni temu udało się pobić życiowy rekord i przynieść największego gryzonia, jakiego kiedykolwiek do tej pory tu widzieliśmy:
Udało się też naszym koćkodanom pokłócić ze sobą. Teraz już nie wiemy - czy o kocimiętkę, czy o tego ptaszka, którego przedwczoraj przyniosła Krystyna, a Sylwestra jej go w trzy sekundy pożarła, gdy tamta łasiła się państwu do nóg w oczekiwaniu nagrody..? W każdym razie, boczą się na siebie i omijają szerokim łukiem...

Narkomania nie jest zresztą jedyną niemoralną działalnością, która się odbywa w naszym ogródku. Bo jak ocenić moralną postawę tej dyni, która tak bezwstydnie wysuwa swój cycek spod liści:
...??? W życiu nie udało mi się namówić Lepszej Połowy na równie fikuśny dekolt...

Lepszej Połowy dalia krwiści się na kwiatowym klombie:



tuż obok stada mieczyków:
i co one tak do siebie tymi barwami narodowymi sygnalizują, a..?

Niestety, na tego rodzaju ekscesach życie ogrodowe się nie kończy. Wczoraj dokonałem spalenia najbardziej zarażonych alternariozą liści tytoniu - było tego trzy ubite ciasno wiadra. Wszystkich jednak nie wyrwałem. Wydaje mi się bowiem, że odrastają nowe liście. Jeśli nie będą się zarażać od starych - to jest szansa, że uda się infekcję opanować nie upośledzając poważnie roślin i nie niszcząc efektu wizualnego, który w tej chwili tworzą. Kiedy te nowe liście zastąpią usunięte - spalę i te, które zostawiłem (mniej, jak do tej pory, alternarią zarażone). Do tego czasu pryskając je regularnie wyciągiem ze skrzypu z mydłem potasowym, który Lepsza Połowa przygotowuje codziennie rano.

Na wypadek, gdyby te środki zawiodły - nabyliśmy wczoraj w zaprzyjaźnionym sklepie ogrodniczym także broń chemiczną. Której nie zawahamy się użyć, gdyby sytuacja wymykała się spod kontroli - trudno się mówi...

Zakażone liście wyglądają na razie tak (i - moim zdaniem - nic się tu od wczoraj nie zmieniło):

Biały nalot to właśnie pozostałość po oprysku ze skrzypu. Liście tytoniu w ogóle są lepkie (stąd po każdym deszczu te niższe - które w ogromnej większości skasowałem - uwalane były potwornie ziemią...). Mam nadzieję, że ta lepkość w połączeniu z opryskiem zapobiegnie rozsiewaniu się sporów.

Nasz "prymus" po ogoleniu natomiast, prezentuje się dość łyso:
Dlatego właśnie, sromałem się golić go jeszcze bardziej - czego jednakowoż, chyba się w dłuższej perspektywie nie uniknie...

Jak chodzi zresztą o problem rozprzestrzeniania się zarazy, to większym zagrożeniem niż tytoń, są chyba w tej chwili ogórki, na których grzyb też się brunatnogęsi:

W zasadzie, sprawa z tym grzybem jest równie paskudna jak z tajemniczą zarazą, która powaliła nam ongiś pyrki. Trzeba by cały ogródek porzucić na kilka lat, żeby mieć pewność, że to się w przyszłym roku nie powtórzy...

Sądzę jednak, że jeśli zamiast tego zadbam o zastąpienie ubogiej tutejszej gleby (w całej okolicy brak jakichś mikrolementów w glebie - widać po kobyłach, bo im się pasemka w grzywach robią!) wyniesionymi grządkami (w głównej części ogródka będą to grządki "liniowe", a tam, gdzie teraz mamy tytoń - zrobię tarasy...) i, jeśli fundusze pozwolą - dodam jakąś mikoryzę (może Trichoderma..?) - rośliny będą i bujniejsze i bardziej na takie infekcje odporne.

Jak właśnie nasze pyrki, które po całkowitej niemal zagładzie w wyniku tajemniczej zarazy - wzięły i odrosły! I nawet dzik, który je kilka tygodni temu przerył - też nie zdołał ich wykończyć, bo znowu odrastają. Co jednak potrafi dobry nawóz, prawda..?

czwartek, 19 lipca 2012

Bronię Andrzeja Śmietanko!

Co zasadniczo Państwa nie dziwi, prawda? No, ale sami powiedzcie - o co się tego biednego człowieka czepiają..? Że dużo zarabia? A co to jest "dużo"? Dla jednych te kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie to dużo, dla innych - mało. W ogóle zaś, to bardzo niegrzecznie zaglądać do cudzego portfela i źle o zaglądających świadczy, gdy zaglądają, zazdroszczą i obmawiają!

Że zatrudnia braci, synów, córki i innych pociotków partyjnych kolegów? A kogo ma, na miłość boską, zatrudniać..? Zresztą wszędzie tak jest! Kiedy w 1998 kończyłem te moje badziewne, do niczego niepotrzebne stosunki międzynarodowe na UW, nikt wprawdzie żadnej oficjalnej listy lokat na koniec  studiów nie robił (co swoją drogą jest dość symptomatyczne...), ale bez fałszywej skromności powiem, że uważałem i nadal uważam, że mieściłem się w pierwszej trójce. I co? I pstro! Propozycję robienia doktoratu i asystentury w rodzimym Instytucie dostał kolega, który w ewentualnym rankingu, gdyby taki był, byłby kilka dziesiątków miejsc za mną - ale za to: miał baaaardzo szerokie plecy... Jest to zrozumiałe, naturalne i oczywiste: ja jestem człowiekiem znikąd, inteligentem w pierwszym pokoleniu - kto zagwarantuje, że się nie rozpiję, nie będę molestował studentek (jak nie przymierzając, nasz ówczesny dyrektor, któremu zdarzało się trzymać tablicy podczas wykładu...), a chociaż - że będę umiał trzymać nóż i widelec prawidłowo podczas oficjalnego przyjęcia..? Jasne, że nikt. Tak samo w Elwarrze - jak dyrektor przyjmuje do pracy Kłopotka, Kalinowskiego czy Żelichowskiego, to przynajmniej na pewno wie, czego się po nich spodziewać, a jakby robili kłopoty - poskarży się bratu/ojcu/wujowi, czy komu tam trzeba. Tak więc, robienie z tej normalnej, oczywistej i pożytecznej praktyki zarzutu wobec pana Śmietanko - to kompletne nieporozumienie! I dowód hipokryzji, bo żaden z dziennikarzy, którzy teraz wycierają sobie panem Śmietanko gębę - też roboty za talent i kompetencje (jak właściwie ocenić talent i kompetencje, gdy nic się o człowieku nie wie..? Testy dawać do rozwiązania..? Dajcie spokój, toż to kpina, a nie sposób, rozwiązywałem takie testy nie raz - i co z tego?) nie dostał, tylko po znajomości się w swoich redakcjach pozaczepiali!

Wiem o tym doskonale, bo CV na pojawiające się od czasu do czasu ogłoszenia o naborach do tej czy innej redakcji, już nawet nie wysyłam - NIGDY nie dostałem odpowiedzi, a wysłałem ich setki. W końcu w żadnym z licznych zawodów które uprawiałem, nie mam tak długiego doświadczenia, jak w dziennikarstwie - zacząłem długo przed maturą...

Że Andrzej Śmietanko ma 3% udział w zysku Elwarru? No ale to przecież doskonale o nim świadczy jako o dyrektorze! Skoro sam o ten udział zabiegał - to zakładał, że spółka, którą zarządza, będzie miała zysk - nieprawdaż? Niewiele wiem o branży obrotu zbożowego i przechowywania zbóż, ale coś mi się wydaje - że wcale nie jest to takie oczywiste! Przecież cały współczesny system dystrybucji żywności na tym się zasadza, żeby zapasów nie robić, czyż nie tak? A tu proszę - Elwarr potrafi wypracować zysk na czymś, czego wszyscy unikają - super!

Że wreszcie, jeździł "w delegacje" zabierając żonę? To już naprawdę nie wiem, czego się ludzie czepiacie! Nie dość, że świetny menadżer, ma zysk, dba o jakość podległych kadr - to jeszcze w dodatku: przyzwoity człowiek. Jeździ na delegacje z żoną - a nie z kochanką, jak inni dyrektorzy tego szczebla!


Tymczasem w naszym gospodarstwie cisza przed burzą. I dosłownie, bo właśnie zbierają się, tym razem zapowiadane w prognozie burzowe chmury, muchy gryzą jak szalone i duszno tak, że oddychać nie można - znakiem tego: pewnie znowu nie spadnie ani kropla i zaraz trzeba się będzie brać za podlewanie ogródka... I w przenośni, bo jak co miesiąc, dotarliśmy do takiego momentu, kiedy kończy się kasa i trzeba poczekać, aż przyjdzie nowa, żeby cokolwiek, co nakładu pieniężnego wymaga, móc robić. Na szczęście, skończyłem w niedzielę projekt dla Muzeum Pałacu Wilanowskiego - stąd pojawił się nowy baner po prawej stronie od tego wpisu. Zapisałem się też do frywolnego candy Riannon, do którego też i Państwa zapraszam.

Rozmontowałem ogrodzenie leśnego padoczku, odzyskując w ten sposób kilkaset metrów taśmy do pastucha elektrycznego. Jak tylko kasa przyjdzie - kupujemy dodatkowe izolatorki, jeszcze trochę taśmy, elektryzator i resztę potrzebnych rzeczy - i grodzimy Wielki Padok prądem, co by konie mogły tam jak najszybciej przejść. A także udało mi się pokończyć parę innych projektów, z których część dość długo czekała na swoją kolej...

No i na koniec pytanie: co można zrobić z jeżyn, oprócz galaretki, soku czy ciasta? Wino się uda..?

niedziela, 15 lipca 2012

Kisimy ogóra

Słońce wyjrzało zza chmur - nieśmiało, ale i tego starczyło, żeby nam prognoza pogody wszystkie zapowiadane na najbliższe dni opady odwołała (to już wygląda na spisek: gdzie indziej burze, gradobicia i trąby powietrzne - a u nas nawet jak duje, chmurzy i przerywa łączność - to i tak ledwo co kropelka spadnie, albo i tego nie...). W każdym razie, porobiliśmy trochę zjdęć:

powojniki Lepszej Połowy - to już drugie ich pokolenie, wyhodowane z zebranych w zeszłym roku ziarenek. Co ciekawe, choć zeszłoroczne były wielokolorowe, w tym roku, przeważają fiolety (jeden się trafił biały, ale już przekwitł). No i - mimo podlewania po kilka razy dziennie - i tak daleko im jeszcze do zeszłorocznego rozmiaru...
próbowałem ogarnąć ogródek w całości - wlazłem w tym celu na drabinę prowadzącą na strych chatki, mało co nie waląc się z jej chybotliwych szczebelków - ale i tak mi się nie udało. Cóż: nie pierwszy raz stwierdzam, że przydałby się tu szerokokątny obiektyw. Może kiedyś..?
w szczególności, nie zmieścił mi się w kadrze klomb kwiatowy Lepszej Połowy, na którym właśnie zakwitły
mieczyki abisyńskie
nasz (ozdobny, ozdobny!) tytoń obu odmian wyraźnie urósł przez tydzień, odkąd go ostatni raz Państwu pokazywałem
nie jest to jego ostatnie słowo - o ile nie skarłowaciał nam, jak reszta roślinności, powinien jeszcze dwa razy taki jak aktualne "prymusy" urosnąć! Niestety, znów go będzie trzeba pielić, mimo wyściółkowania - bo się trawa i chwasty przez ściółkę już przebiły...
na pierwszym planie len "późny" (tj. posiany gdy okazało się, że "eksperymentalny" dobrze wschodzi!), po lewej ogóreczniki, dzika marchewka i chrzan (wszystko samo wyrosło, wcale nie siane - ogórecznik posiała Lepsza Połowa rok temu na spirali ziołowej, gdzie dalej ma się znakomicie - a rozsiał się po całej okolicy! Podobnie jak mięta między grządkami lnu i w głębi po prawej). W przyszłości jego miejsce powinny zająć truskawki i poziomki - a tam, gdzie dzika marchewka i zdziczały ogórecznik, dosadzamy konsekwentnie różnych krzaków (jesienią dojdą też drzewka).
Pod płotem gorczyca, potem kiwi (i, skrajnie po lewej stronie, jedna żurawinka - przyjęła się, więc chyba w przyszłości jeszcze kilka dosadzimy), za kiwi - krzaczory różne (porzeczki, borówki amerykańskie - uratowałem je z piaseczyńskiego Auchan, bo już tam prawie na śmierć uschły i były mocno przecenione - głóg).
Chmiel przesadzony spod stacji kolejowej w Grabowie. Wprawdzie po przesadzeniu usechł - ale zaraz zaczął odrastać z powrotem, od korzenia. Mam nadzieję, że niedługo zacznie się wspinać.
Oraz chmiel "kupny", sprowadzony kurierem z Lubelskiego. Porażka! Kupiłem 10 "sadzonek", przysłali mi bodaj 13 - ale owe "sadzonki" to były tylko korzonki, bez żadnej części zielonej! Nad ziemię wybiły się z tego 4 roślinki (słownie: cztery), z czego 1 prawie do razu padła (sekcja zwłok wykazała, że korzeń zgnił...), 1 pozostaje karłowatym przecinkiem ledwo wystającym nad ziemię - a tylko 2 na zdjęciu pokazane, pną się w górę aż miło. W sumie - chmielu więcej kupować nie zamierzam. Rośnie go tu wszędzie pełno na dziko - więc jeśli będą nam potrzebne szyszki, to ich sobie nazbieramy w lesie. A jak będziemy chcieli ładnie przychmielić płotek - to się z lasu chmiel przesadzi...
Cytryńce chińskie. Dużego mieliśmy wcześniej - rośnie, choć (podobnie jak kiwi - poza jednym, nader gorliwym!) szału nie ma. Wczoraj nasz warecki targ nawiedzili gościnnie producenci sadzonek z Chełmińskiego - kupiliśmy mu więc do towarzystwa małego przyjaciela. Może we dwójkę będzie im raźniej? Wokół gęstwina lucerny - mniam, mniam, koniki ją szybko zjedzą...

Nabyliśmy też 6 pigwowców, od góry: 2 japońskie, 2 wielkoowocowe i 2 chińskie. Tworzą teraz "drugą linię krzaczorów". Między nimi, a krzaczorami "przy kiwi" powinno się zmieścić kilka drzewek owocowych. W przyszłości planuję też upchnąć gdzieś kilka krzaków jagody kamczackiej.
a w prezencie dostaliśmy "przysuszoną" wiśnię stepową. Jest pierwszym krzaczorem objętym ścisłą ochroną gatunkową w naszym nowym ogródku! Dostała też honorową miejscówkę w samym środku samego środku. Co prawda - ma "pod spodem" w efekcie zbity żwir z kamieniami i twardą glinę - ale myślę, że gnojąc obficie i regularnie, jakoś ją wyżywimy. A gleba będzie się w ogródku zmieniać - skoro z natury jest, na ogół, kiepska, to po prostu ogródek będzie z czasem rósł, kolejnymi warstwami nawozu użyźniany...
nasze jagody goji są wprawdzie nadal bardzo malutkie, ale przyjęły się tak dobrze,
że jedna nawet zakwitła.
natomiast nasza "ogrodowa" (bo mamy jeszcze inne jej zagony - w ogródku zeszłorocznym i na "pustyni") kukurydza
już nie tylko kłosi się, ale i zawiązuje kolby
zinwentaryzowaliśmy też jak na razie trzy zawiązki dyni (co ciekawe - wszystkie na egzemplarzach przesadzonych z "grządki dyniowej" - gdzie widać jest dyniom wciąż za ciasno - na sąsiednią...)
i jedną cukinię.

Obfitość ogórków skłoniła zaś Lepszą Połowę do podjęcia wyzwania: pierwszy raz próbuje bowiem zakisić ogóra! Ogóry zostały zakiszone wczoraj. Woń wewnątrz chatki na razie jest delikatna i przyjemna. Co z tego wyniknie w dłuższej perspektywie - zobaczymy!

Tymczasem na padoku nasz Knedliczek nie mógł się zdecydować - czy wstawać, czy nie wstawać?
Kobył nie fotografowałem, bo nawet nie podniosły pysków znad trawy. Bardzo zresztą aktualne, bo czwartkowe zdjęcia i Knedliczka i jego haremu, a i Gości, którzy nas odwiedzili, można zobaczyć na blogu Olgi - w specjalnej z wizyty u naszych leniwych koni relacji.
Proszę bardzo: Knedlik - uwodziciel

Jak chodzi o naszą szklarenkę, to prace są na ukończeniu. Pozostało dokończyć uszczelnianie pianką,  zamontować drzwi, wypełnić luki między oknami folią, nawieźć do środka jeszcze trochę nawozu, zakryć go dobrą ziemią - i w sumie: można być coś sadzić. Co jeszcze w tym roku ma szansę wyrosnąć..?

Natomiast sprzedać mógłbym ten kawał ziemi:
Jest to właśnie nasza "pustynia" - w tej chwili już zdecydowanie była. Od Lasku Centralnego (w głębi po lewej) do widocznej w środku drogi. To są co najmniej 2 hektary.

Pierwotnie miały tu być kwatery pastwiskowe dla ogiera/ogierów - kiedy już wybudujemy stajnię i przejdziemy do normalnego chowu alkierzowego. Ponieważ ziemia tu była początkowo taka jak widać na pierwszym planie, a my ani stajni, ani ogiera nie mieliśmy - nie spieszyłem się z jej zagospodarowywaniem, chcąc ją pierwej doprowadzić do kultury. Można jednak ten proces radykalnie przyspieszyć, wystarczy przejechać agregatem, "rozbronowując" w ten sposób nagromadzony na większości byłej "pustyni" obornik po całym jej terenie - i, ewentualnie, siejąc łubin, który się potem przyorze (jest jeszcze dość czasu, żeby to zrobić nawet w tym roku).

Do tej pory nie zgłaszałem tego terenu do dopłat. Tak więc samo tylko wzięcie go pod uprawę, daje od 1 do 2 tysięcy PLN rocznego przychodu, zależy co się zgłosi. A co można zgłosić? Wydaje mi się, że można tu urządzić sad. Mogę się zobowiązać do ogrodzenia terenu (i tak miałem budować płot z tej strony w tym roku...) - i do jego uprawy. Ponieważ nawozu mi nie brakuje - może to być sad ekologiczny, jak najbardziej!

W przyszłości, kiedy my wybudujemy coś (cokolwiek...), co da się odebrać zgodnie z prawem budowlanym - stanie się ten teren działką budowlaną, oczywiście - tylko dla rolnika (tj. dla posiadacza co najmniej 1 ha gruntów rolnych na terenie gminy). Będzie bowiem przylegał do działki zabudowanej, obługiwanej z tej samej drogi publicznej, więc zgodnie z obowiązującym planem zagospodarowania przestrzennego, uzupełniające przeznaczenie wszystkich działek rolnych na terenie gminy, czyli "mieszkalnictwo rolnicze", będzie mogło być realizowane już przy posiadaniu tylko takiej powierzchni - a nie co najmniej 5 ha, jak przy braku takiego sąsiedztwa.

Jeśli więc ktoś z Państwa ma wolne 60 tysięcy - uważam, że jest to okazja!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...