czwartek, 28 czerwca 2012

Zawsze ktoś płaci…

Inspiracją dla dzisiejszych rozważań jest bardzo interesujący wpis koleżanki Tupai. Przy czym wolałbym się skupić na jego pierwszej części, dotyczącej relacji między modelem rodziny, a występowaniem zjawiska znanego jako „baby blues“ albo „przygnębienie poporodowe“ (jak rozumiem – w postaci skrajnej prowadzące do choroby, czyli „depresji poporodowej“, czy nie tak..?) – ostatnio już tyle razy narzekałem na okropieństwo seksu, że nie ma co się powtarzać – aczkolwiek należy docenić, że bycie „eko“ pod tym względem, gdyby ktoś się tym przejął i aspirował, może przyprawić o kolejną furę stresów, co jest pewnym osiągnięciem (cywilizacja współczesna od tak dawna już robi co może, aby ten stresujący dla mężczyzn moment uczynić jeszcze trudniejszym – że wydawałoby się, iż wszystko w tej dziedzinie zostało już wymyślone – a tu: okazuje się jednak, że wciąż można coś dodać!).

Tupaja twierdzi i ja się z nią zgadzam (a co! Mogę sobie pozwolić na stylistyczną kalkę z samego Platona, stać mnie!), że współcześnie najpopularniejszy model „rodziny nuklearnej“ jest dla naszego gatunku nienaturalny. Przez większość bowiem swojej historii, ludzie żyli w grupach większych niż „ona, on i kot“, względnie „ona, on i dziecko“ – co, m.in. pozwalało na podział obowiązków, zapewniało wsparcie tym członkom rodziny, którzy jej najbardziej potrzebowali, usprawniało przepływ wiedzy i doświadczenia między pokoleniami. „Rodzina nuklearna“, to bardzo niedawny wynalazek. Tak po prawdzie – to nawet na Zachodzie coś takiego funkcjonuje na większą skalę dopiero od mniej – więcej 50 – 60 lat, a u nas – od upadku słusznie minionego ustroju (bo braki w zaopatrzeniu z lat 80 skutecznie wymuszały rodzinną solidarność – singiel w PRL, o ile nie był wysoko postawionym aparatczykiem, chodził w łachmanach i nie jadał mięsa czy innych deficytowych produktów – i niewiele lepiej żyło się wyemancypowanej parze bez wsparcia dziadków/wujków/kuzynów… nie wspominając już o permanentnym „kryzysie mieszkaniowym“ który, zdaje się – do tej pory nie został rozwiązany..?).

Z punktu widzenia ewolucji – to jest mgnienie oka, okres całkowicie niezauważalny! Nic dziwnego, że to MUSI powodować psychiczny dyskomfort i jakieś anomalie. Jakie konkretnie, to kwestia obserwacji i badań.

W zasadzie wszystko, co chciałem dodać do znakomitego eseju Świeżo Upieczonej (Po Raz Drugi) Mamy to – że wszystko ma swoją cenę. Płaci się i za życie w „rodzinie nuklearnej“ – i za życie w „rodzinie wielopokoleniowej“. Nie jest bowiem tak, że współżycie większej grupy ludzi pod jednym dachem, czy nawet pod jedną grupą dachów (ale niezbyt odległych od siebie) – to zaraz sam miód i orzeszki!

Podstawowym wymogiem w stosunku do jednostki w takiej rodzinie jest zdolność do kompromisu – konformizm wręcz. Przy tym, nie do końca się zgadzam z tezą Tołstoja, iż „wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób“. Recept na rodzinne szczęście też jest wiele – i zależy to od osobowości i temperamentu jej członków. Być może możliwe są „wielkie“ rodziny tak tolerancyjne jak te z powieści Marqueza – ale ja się w praktyce z takim zjawiskiem nie spotkałem. Jedność myśli, czynu i słowa ze zdaniem Szefa – to najprostsza i zarazem chyba najpowszechniejsza recepta na harmonię w każdej grupie społecznej…

Czy to oznacza, że obecny model „rodziny nuklearnej“ wypromowali zbuntowani nonkonformiści, którym uległość wobec opinii dominujących Mam i Babć (zdecydowanie rzadziej: ojców i dziadków…) była gwoździem w bucie..?

Nie sądzę. Przede wszystkim – nie sądzę, aby ktokolwiek planowo i świadomie „promował“ taki rewolucyjny model rodziny. Owszem – krążą po internecie także i takie tezy, jakoby wszystko to, co się dzieje było wynikiem spisku – czy to spisku wielkich korporacji i możnych tego świata, którzy chcą zamienić większość ludność w bezwolnych niewolników, czemu ma służyć rozbicie łączących ich wcześniej więzi – czy to (w wersji „hard“) wręcz: spisku „określonych kół“ o znanej wszystkim, ale głośno nie wymawianej proweniencji etnicznej, które chcą wygubić lub zniewolić gojów.

Problem polega na tym, że hipoteza „spisku“ po prostu nie jest potrzebna dla wyjaśnienia genezy tego zjawiska – i jako taka, podpada pod brzytwę Ockhama.

Z punktu widzenia powszechnodziejowego to, co się obecnie dzieje z rodziną, małżeństwem, dzietnością i stanem więzów społecznych – to nic nowego. Znamy przecież z historii wielu prominentów którzy swoją emancypację spod władzy rodzicielskiej przypieczętowali aż ojco- czy matkobójstwem, którzy zmieniali żony/mężów lub kochanki/kochanków jak rękawiczki, a brak jakiejkolwiek lojalności wobec wszelkich grup społecznych (od rodziny zaczynając, na ojczyźnie kończąc…) uczynili wręcz znakiem towarowym (oczywiście – w wielu wypadkach, zrobili to za nich dopiero niechętni i skłonni do przesady kronikarze – skądinąd, nie ulega raczej wątpliwości że takiego na przykład Alkibiadesa tępym szowinistą na pewno nie można nazywać – umiał się spod bezwarunkowej „miłości ojczyzny“ wyemancypować, czego dał dowody czynem – a Neron czy Konstantyn Wielki z powodzeniem się wyemancypowali także spod bezwarunkowej „miłości rodziny“, mordując własne matki…).

Dlaczego tak się działo? Ponieważ owi prominenci MOGLI to zrobić. Po pierwsze – byli do tego zdolni mentalnie (co wymaga, oprócz wrodzonej inteligencji, także odpowiedniego wychowania – ktoś, komu przez X lat wszyscy wokół powtarzają, że „ojczyzna to świętość“, „matkę zawsze trzeba słuchać“, itd. – bez jakiegoś szczególnego wstrząsu tych prawd nie zakwestionuje… ale – starczy odrobina niekonsekwencji w tym przekazie – a więzy obyczaju od razu okazują się tym, czym są w istocie – regułami całkowicie arbitralnymi i pozbawionymi rozumowego uzasadnienia…: do czego Sokrates doszedł mozolnym wysiłkiem po wielu latach namysłu, obecnie lada nastolatek ma podane na talerzu – w przystępnej, obrazkowej formie, nie wymagającej zrozumienia abstracji). Po drugie – było ich na to stać (ponieważ ich fizyczny byt nie był uzależniony od ścisłego współdziałania z innymi członkami społeczności). Po trzecie – mieli po temu motywację (albowiem konkurowali z członkami własnej rodziny o władzę i bogactwo).
 


Obecnie wszystkie te warunki są spełnione na skalę masową. Łatwość dostępu do informacji wyklucza w zasadzie udane zdominowanie dziecka jednym i konsekwentnym „przekazem wychowawczym“. Jeszcze w czasach słowa drukowanego, zakwestionowanie prawd przekazywanych przez rodziców, nauczycieli czy księży wymagało pewnego wysiłku – robili to zatem nieliczni. Telewizja zmieniła wszystko. Internet zaś, jakąkolwiek nadzieję na powrót do „starych, dobrych czasów“ – pogrzebał raz na zawsze. Co więcej: kwestionowanie tradycyjnej obyczajności na bazie kolorowych, mrugających obrazków – nie wymaga już ŻADNYCH szczególnych predyspozycji intelektualnych. Alkibiades współczesny nie musi już być młodzieńcem błyskotliwym, by pojąć, że nie dosięgnie go piorun boskiej kary gdy porzuci „ojczyzny łono“, tudzież zaprze się ojca i matki – telewizja pokazuje mu takie przykłady w formie na tyle dosłownej, że pozostaje je tylko bezwolnie i bezrefleksyjnie małpować!

Oczywistą oczywistością jest, że choć rodzinne koneksje niewątpliwie pomagają – to da się bez nich obecnie przeżyć i czasem nawet – zrobić karierę (przynamniej: w mediach i rozrywce – bo czy w biznesie – to mam wątpliwości…).

Motywacja zaś dla wyprowadzenia się od rodziców i życia na własny rachunek jest dość oczywista: tak jest, pod bardzo wieloma względami – o wiele wygodniej! I to jest fakt, a nie żadna propaganda. Zbudowany przed wojną dom moich rodziców mimo wszelkich udogodnień i modernizacji jest nieergonomiczny w porównaniu do wszystkich malutkich kawalerek, w których pomieszkiwaliśmy w Warszawie – i w porównaniu do naszej maleńkiej chatki w Boskiej Woli – urządzonych tak, jak NAM się podoba i wydaje wygodnie. A to przecież tylko bardzo mało istotny przykład!

Oczywiście – dalej można podtrzymywać „teorię spiskową“ na bazie tego właśnie, że kolorowe media przedstawiają to, co przedstawiają: „nuklearne rodziny“, singli, zdrady małżeńskie, intrygi i patologie. Pytanie tylko – co w takim razie mają przedstawiać..? Przecież ludzi OD ZAWSZE interesowało właśnie to, co zakazane, niemoralne, niewskazane i niezdrowe – cała literatura światowa o tym i tylko o tym opowiada – i dzięki temu jest ciekawa! Trudno, żeby się nagle miały zacząć dobrze sprzedawać li i jedynie idylliczne historie rodzinnego szczęścia i harmonii…

Problem polega na tym, że sugestywność obrazu telewizyjnego, zrozumiałego dla największego głupka, czyni tego rodzaju mody i hipnozy powszechnymi. Jak wiadomo – ludzie dość szybko obojętnieją na bodźce, które im się podsuwa w sposób powtarzalny. A to oznacza, że aby przyciągnąć uwagę widzów, potrzebne są podniety coraz to silniejsze. W latach 50-tych rumieńce wśród widowni wywoływał pokazywany na ekranie pocałunek – dziś mało kto zwróci na coś takiego w ogóle uwagę, a i pokazanie stosunku w całej okazałości może być sensacją tylko wtedy, gdy zostanie zrobione w okolicznościach „normalnie“ do tego nie przeznaczonych – trzeba szukać coraz to dziwniejszych zboczeń i wynaturzeń, aby w ogóle utrzymać uwagę widzów i tym sposobem: przetrwać.

Masowe media skazane są na szerzenie demoralizacji i (moralnego) nieporządku. Jest to zjawisko naturalne, nieuchronne i niezależne od intencji ich właścicieli czy kierowników. Po prostu: czasy surowej matrony czy wymagającego ojca, kontrolujących każdy ruch i słowo swoich pociech i na każdym kroku dostarczających im umoralniającego przykładu – jak chodzi o zjawisko masowe: przeminęły. Owszem, to się da – kosztem pewnych wyrzeczeń i potężnej dawki samodyscypliny – zrobić i obecnie. Jak wielu z Państwa jest jednak gotowych do takiej harówki, praktycznie 24 godziny na dobę przez te minimum kilkanaście lat, nim „moralny kręgosłup“ potomstwa wyda się dostatecznie solidny..? Zapewne, w elitarnym gronie Moich Wiernych Czytelników – trochę takich bohaterów naszych czasów się znajdzie. Zapewne też, wielu z Państwa ma swoje własne, wypróbowane sposoby na to, aby do chaosu w dziecięcych głowach nie dopuszczać. Ogół jednak – albo nie dostrzega problemu, albo jest wobec niego bezsilny…

Korwin, jako cybernetyk, pewnie by w tym momencie napisał, że mówi się trudno – nasz gatunek stanął przed nowym wyzwaniem i musi je pokonać. Tym razem nie jest to wyzwanie natury fizycznej – tylko: próba charakteru. Podatni na wpływ mediów, łatwo ulegający rozleniwieniu dobrobytem, szukający wygody i rozrywki – wyginą (w skrajnym przypadku – podłączając się już na zawsze do jakichś „fantomatów“ wedle pomysłu Stanisława Lema, by przeżywać w wyimaginowanym świecie wewnątrz własnych głów spazmy rozkoszy i spełnienia…). Przeżyją i pozostawią potomstwo tylko ci, którzy tym wszystkim pokusom zdołają się oprzeć.

Problem polega na tym, że jest to teza tak ogólna – że niemal nic nie mówiąca o świecie konkretnym w którym żyjemy tu i teraz.

Bynajmniej – nie jest to wymarzony świat nonkonformistów i buntowników. Natura nie znosi próżni, a zdecydowana większość populacji aktywnie domaga się, by ją pouczać, prowadzić, kierować i pokazywać, co powinna uważać za dobre lub złe. Innymi słowy: konformizm wobec „małej grupy społecznej“, został na wielką skalę zastąpiony konformizmem wobec mediów i tego, co podają ludziom do wierzenia. Nie wymagało to spisku (aczkolwiek nie można oczywiście wykluczyć, że ten i ów, przewidując taki obrót spraw, z góry się nań przygotował…). To jest po prostu część ludzkiej natury – ludzie przeżywali w przeszłości na ogół DZIĘKI TEMU, że byli konformistami i zgadzali się z grupą.

Jak ów ponadstuletni starzec, którego Jan III Sobieski spotkał ongiś na Ukrainie. Przejęty zdumieniem, zapytał go król: Przebóg, starcze – jakeś się uchował tak długo w tak ciężkich czasach?

Na co tamten: przez wiarę!

Jak to – przez wiarę?

Ano – jak mówili, że Tatarzy idą – to ja wierzyłem i uciekałem…

Czy sytuacja obecna, w której większość potakuje gadającej głowie z telewizora albo temu co (coraz durniejsi…) panowie i panie P.T. redaktorzy Onetu raczą wrzucić na główną stronę – jest lepsza czy gorsza od czasów, gdy większość potakiwała surowej matronie czy wymagającemu ojcu (albo i Panu Dziedzicowi – bo model „wielkiej rodziny“ dla opisu stosunków feudalnych nie jest całkiem bez sensu!)?

Nie wiem. Oczywiście – technicznie łatwiej jest się chyba zbuntować wobec gadającej głowy i Onetu. Ale za to – trudniej jest jakieś z tego buntu wywieść praktyczne konsekwencje. Bo na ten przykład – w to, że uda się nam uniknąć w razie poważnego kryzysu Tyranii Doskonałej – nie wierzę. Konformizm wobec lokalnych Szefów takich czy innych „małych grup społecznych“ nie wykluczał ogólnie liberalnego podejścia do spraw państwa. W świecie Uniwersalnego Konformizmu Me®dialnego – ustrój inny niż socjalistyczny wydaje się na dłuższą metę niemożliwy – no chyba, że rzeczywiście, lemingi z czasem wyginą, zaprzestając rozmnażania się…

wtorek, 26 czerwca 2012

A jednak coś umiem!

Pokonywanie przeciwności losu czasem przynosi całkiem niespodziewaną satysfakcję. O czym zresztą wiele razy Państwu opowiadałem - nieprawdaż..?

Ledwośmy wrócili wczoraj z Radomia po oddaniu do serwisu ogrzewacza. Ledwośmy wsadzili przywiezione przy okazji kwiatki (a co! odrobina luksusu też się od życia należy...), depilując pierwej potwornie zarośniętą rabatkę kwiatową w naszym ogródku. Ledwo zabrałem się (z rozpędu, z rozpędu...) za depilację nie mniej zarośniętego tytoniu - gdy Lepsza Połowa stwierdziła, że nasza stara lodówka wyzionęła ducha, a próby reanimacji (tj.: wyłączania i włączania z powrotem - bo cóż my innego możemy zrobić  z lodówką..?) nie dają rezultatu: wszystko już płynie...

Ta nasza stara lodówka, to i tak żyła u nas - przez lat - aż boję się liczyć, ale chybaśmy jeszcze na Śliskiej mieszkali, gdy zastąpiła moją starą "studencką" lodóweczkę, więc nie mniej niż 8...  9..? - życiem pozagrobowym. Oryginalnie była szwedzka. Na Ursynowie prowadził swego czasu warsztat  pewien przedsiębiorczy pan, który skupywał od działających w Szwecji nurków śmietnikowych* znaleziony na tamtejszych wysypiskach sprzęt AGD, reperował go - i sprzedawał, dając nawet bodaj półroczną gwarancję. Jak widać - solidna robota! "privileg ökö" - polecam z czystym sumieniem.

Tak Bogiem a prawdą, trzeba było i tym razem zrobić tak samo, tj. odnaleźć tego pana lub kogoś w tym rodzaju - o ile coś takiego jeszcze funkcjonuje (nie jestem tego taki pewien - wtedy, kiedyśmy kupowali naszego szwedzkiego "zombie" różnica ceny w porównaniu do nowej lodówki ze sklepu była minimum dwukrotna - ale od tamtej pory ceny AGD raczej spadają: oszczędność zatem, jaka by z tego wynikła, na pewno nie byłaby aż tak wielka...). Tyle że trudno to zrobić z wiaderkiem chwastów w jednym ręku i haczką w drugim, przy zalewającej wodą podłogę lodówce w chatce!

Pojechaliśmy więc z powrotem do Radomia - tym razem z przyczepą, a jakże** - i zakupu, po szybkim porównaniu cen między MediaMarkt a Realem, dokonaliśmy w tej pierwszej instytucji (akurat radomski MediaMarkt się remontuje i mam wrażenie, że mają wyprzedaż - w każdym razie: lodówki szły jak woda, kolejka do pana wypisującego kwitki była i przed nami i za nami...).

Nie sądzę, abyśmy wiele przepłacili w stosunku do hipotetycznego "szwedzkiego zombie" - ale też nie robię sobie złudzeń, że nowy nabytek będzie działał dłużej niż dwa lata, na ile opiewa jego gwarancja. O takiej trwałości, jak w poprzednim przypadku - nie ma nawet co marzyć! No ale cóż - to jest właśnie odpowiedź na pytanie, dlaczego ceny tego rodzaju sprzętu tak spadają...

Nowa lodówka (marki nie podam, nikt mi za reklamę nie płaci, a przecież wcale nie wiem jeszcze, jak będzie działać...) jest oczywiście większa od poprzedniej (no trudno, żeby było inaczej po całkiem przecież niedawnych doświadczeniach z brakiem miejsca do przerobienia i upchnięcia "wypadkowej" świniny...) - żeby nie było: w tej samej cenie można było nabyć jeszcze o połowę większą, tylko zużywającą więcej energii, innej firmy - stanęło jednak na tym, na czym stanęło.

Już wczoraj okazało się, że nie sposób ustawić na lodówce mikrofalówki - bo całość jest wtedy tak wysoka, że robi się chwiejna. Znakiem tego - czeka nas przemeblowanie całej kuchennej części chatki... Tym bardziej, że jak zauważyłem rano - stojąc w miejscu starej, o wiele niższej, znakomicie zaciemnia i tak ciemny kącik kuchenny. Czeka nas zatem "dzień refleksji" - bo i usytuowanie lodówki trzeba bez uprzedzeń przedumać i koncepcję remontu.

Od razu przyszło mi do głowy, że mogę - z licznych skorup po meblach, pozostawionych nam przez naszego przyjaciele Zoltana - skonstruować coś w rodzaju regału, na którym pomieści się mikrofalówka, być może inny jeszcze sprzęt - a i "blat roboczy", poprawiający komfort pracy w kuchni, powinien się przy okazji wygospodarować. Najpierw jednak trzeba podjąć brzemienną w skutki decyzję: czy będziemy w jakiejś przewidywalnej perspektywie wymieniać naszą turystyczną kuchenkę gazową na coś większego (a widziałem w MediaMarkt tak wąskie, że by się u nas zmieściły...) - czy nie..? Oj, będzie bolało... Tym bardziej, że co by nie zdecydować - zawsze poprawa w jednym, będzie też pogorszeniem stanu czego innego (np. dostępności różnych zaworków i kontaktów, czy estetyki pomieszczenia) - no cóż: chatka wielka nie jest i nie urośnie tylko dlatego, że nam sprzętu przybyło...

Liczba niedokończonych czy tylko planowanych "frontów robót" w gospodarstwie i nie tylko, tym sposobem pomnaża się znakomicie: płocik wokół ogródka zrobiony na razie w 1/4, o samym ogródku też nie można zapominać, bo daleko mu do stanu docelowego, roundpen wprawdzie jakoś w niedzielę połatałem, ale takie łatanie niewiele jest warte - kupiliśmy więc (za pierwszym kursem do Radomia...) drut, żeby zrobić to jak należy i wrócić do treningu naszych rozlazłych od seksu i nieróbstwa kobył, szklarenka jak stała w stanie, który Państwu pokazałem, tak nic się na razie nie zmieniło, pogoda wprawdzie dziwna (wieje i chmurzy się, ale nie pada...) - ale sianokosów, mimo kiepskiej bardzo trawy, też nie można odkładać w nieskończoność, na Pierwszym Padoku niewiele już zostało do zjedzenia, a przecież na wysoką trawę koni nie puszczę, co urosło - trzeba koniecznie skosić i to jak najszybciej, żeby zdążyło odrosnąć (a jak tylko się skosi i zacznie odrastać, trzeba też Wielki Padok pastuchem grodzić, co parę dni zajmie...), no i - last, but not least - pora najwyższa brać się za gromadzenie zapasu opału na zimę, inaczej nie zdąży wyschnąć przed sezonem grzewczym! A do tego projekt dla Muzeum Wilanowskiego zrealizowałem na razie w połowie, obiecanego dla zagramanicy artykułu w języku obcym nawet jeszcze nie zacząłem pisać, praca akwizycyjna idzie mi jak idzie, to znaczy powoli (choć dzwonię, dzwonię...) - więcej grzechów nie pamiętam... w tej chwili przynajmniej!

Skądinąd jednak, przydarzyły nam się też wczoraj dwa sukcesy, jeden drobny, drugi wielki.

Sukces drobny jest taki, że jeżdżąc do Radomia i z powrotem, za którymś kolejnym nawrotem odkryliśmy między Stromcem a Białobrzegami świeżo grodzony sadzik - i te słupki od frontu dziwnie do naszych podobne, choć świeżo pomalowane na niebiesko (ale zdaje się, rdza spod farby wyłazi... no i ta średnica!). Trzeba się temu bliżej przyjrzeć...

A sukces wielki? No, proszę Państwa! Ja może jestem niesolidnym akwizytorem, niepoczytnym pisarzem, obuleworęcznym stolarzem - ale coś jednak umiem!

Podłączyłem przyczepę z góry zakładając, że lodówka którą kupimy do niezbyt pakownego "krótkiego" Patrola nie wejdzie. Ale zakładałem, że jednakowoż pakunek ów długi - będzie można położyć. Tymczasem, co mi powiedział pan na rampie MediaMarkt? Pan na rampie powiedział, żeby lodówki w żadnym razie nie kłaść - musi stać!

Pan oczywiście przesadził, bo w domu wyczytaliśmy w instrukcji że nie należy - ale można: tylko potem nie wolno od razu włączać, trzeba odczekać. Skądinąd - instrukcja była wewnątrz ustojstwa, więc w chwili pakowania - nie mieliśmy do niej dostępu.

Co było zrobić? Zabezpieczyłem lodówkę w pozycji stojącej czym mogłem - a mogłem tylko siatką na siano, bo nic innego nie miałem pod ręką. I pojechałem - jak z koniem. Tyle że koń, choć nie ma rąk, żeby się w trzęsącej przyczepie jakiegoś uchwytu trzymać - to przynajmniej: balansuje ciałem na czterech nogach, tym sposobem przechyły i wstrząsy kompensując (jak to jest trudne i męczące, to każdy może samemu spróbować: proszę wejść do tramwaju lub do autobusu i stać gdy pojazd jedzie, nie trzymając się...). A lodówka..???

Byłem całkowicie pewien, że się wywali. I dobrze będzie, jeśli się przy okazji nie potłucze. Ale jechałem - bo co mogłem innego zdziałać? Kierowcy w Radomiu pewnie klęli jak szewcy, bynajmniej nie Witkacego - proszę z tymi przekleństwami do Wielce Szanownego Pana Prezydenta Kosztowniaka nie do mnie, asfalt tam macie pofałdowany jak górotwór alpejski, szybciej jechać się nie da!

Do domu zajechaliśmy w półtorej godziny, więc wcale nieźle jak na 40 km górotworu alpejskiego zamiast szosy (no dobra, przesadzam - "siódemka" jest póki co w całkiem niezłym stanie, nawet do 80-tki odważyłem się miejscami rozpędzieć...). Jeszcze po drodze zawinąłem z fantazją (ale płynnie!) przed naszym wiejskim sklepem, żeby kupić dobrze zapracowane piwo. Opuszczam klapę - i co widzę?

Tadam:

No proszę Państwa! Lodówki wozić to ja na pewno potrafię! To i konia przewiozę. Każdego. W każdych warunkach - nawet po muldach udających asfalt. I nie będzie wyglądał gorzej od tej lodówki... Proszę powyższe stwierdzenie traktować jako ofertę handlową. Na razie biorę po 2 zł za km - co oczywiście zależy od ceny paliwa...
-----------------------------------------------------------------------------------------
* To już wiecie Państwo, skąd u mnie sentyment do społeczności śmietnikowych nurków.
** Ulubiony pisarz Lepszej Połowy, Thomas Pynchon, w jednej ze swoich powieści nazwał taki stan bytowania (Boska Wola - Radom - Boska Wola - Radom - Boska Wola...) "jo-jowaniem". W istocie - tak się właśnie czułem - jak jo-jo na gumce jeżdżące tam i z powrotem...

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Stromiec, 24 czerwca 2012 - i: tryb alarmowy w Boskiej Woli!

W najgorętszej porze dnia, kiedy i tak nic sensownego nie da się zrobić (przynajmniej - w niedzielę...), wpadliśmy wczoraj na chwilę do stolicy naszej gminy, do Stromca, gdzie właśnie odbywał się festyn z okazji 770-lecia osady i parafii (św. Jana Chrzciciela oczywiście). Z tej okazji, Lepsza Połowa cyknęła kilka widoczków:

Nad wsią dominuje bryła neogotyckiego kościoła, ukończonego w 1910 roku.
Na wieży jest carillon oraz zegar - o który się w dawniejszych czasach, gdy częściej tędy przejeżdżaliśmy, regularnie kłóciliśmy z Lepszą Połową. Jest bowiem tak kiepsko oświetlony, że wieczorami można tylko zgadywać - jaki czas pokazuje. Teraz, od dawna już nie załatwiamy żadnych spraw urzędowych, to ani do Stromca, ani przez Stromiec - nie po drodze nam jeździć (wszystkie "miejskie" sprawy bliżej i poręczniej załatwić w Warce, przez Warkę też jest najkrótsza droga do Warszawy...).
Prawdę pisząc, gdyby to był nasz kościół parafialny (a nie jest) - to pewnie byśmy go częściej nawiedzali niż kosmodromopodobną budowlę w Bożem. No cóż: mała jest moja wiara, że mi takie drobiazgi przeszkadzają - nieprawdaż? Nic jednak na to nie mogę poradzić - świątynia w Bożem jest tak paskudna, że Lepsza Połowa odmówiła nawet jej sfotografowania - a i tutejszemu proboszczowi do standardu, do którego przyzwyczaił nas ś.p. ks. infułat dr Zdzisław Król z naszej warszawskie parafii Wszystkich Świętych na pl. Grzybowskim (jedyna ofiara katastrofy smoleńskiej, którą znaliśmy osobiście) - nie mogę powiedzieć że daleko: jedno z drugim nic zgoła nie ma wspólnego!

Zwiedzając odnowione (jak widać, nie do końca jeszcze!) otoczenie kościoła w Stromcu po raz pierwszy zetknęliśmy się wczoraj z nazwą "Zapilicze":
Wygląda mi to na czysto biurokratyczny wymysł - bo właściwie: z jakiej niby perspektywy jest to "Za - Pilicą"? Z perspektywy Warszawy, tak? No, ale przecież do "województwa mazowieckiego" (bo w żadnym razie nie do "Mazowsza" jako krainy etnograficznej!) nasza gmina należy dopiero od czasów premiera Buzka. Wcześniej tu było województwo radomskie, jeszcze wcześniej gubernia radomska, a przed rozbiorami - część Małopolski. Ani z punktu widzenia Radomia, ani z punktu widzenia Sandomierza czy Krakowa - wcale nie leżemy za Pilicą, tylko PRZED!

Z kościelnego tarasu można podziwiać panoramę wsi i otaczających ją pól:
W pobliżu zaś - może kogoś z Państwa to zainteresuje - wygląda na to, że wcale fajna chatka do rozbiórki:
Skądinąd, druh nasz serdeczny Radek ma (po matce) bardzo korzystnie położone gospodarstwo tuż pod Stromcem - i co roku wypala dziesiątki litrów ropy tylko po to, żeby tam dojechać maszynami i wrócić. Dawno mu mówiłem, że powinien to sprzedać - idealnie by się nadawało na hodowlę koni na ten przykład! Na razie jednak - nie chce o tym słyszać. Ogólnie jednak - ciekawych parcel w okolicy nie brak.

Festyn odbywał się na tzw. "stadionie wiejskim", przy ul. Radomskiej - a więc, przy drodze na nasze ulubione Siekluki.


Ponieważ jednak było naprawdę duszno i gorąco, miejsca pod parasolami brakowało, a Lepsza Połowa za nic nie chciała się dać namówić do wystartowania w konkursie na "Miss Festynu" - zwinęliśmy się bardzo szybko, starannie omijając najbardziej mnie kuszące stoisko z wyrobami cukierniczymi miejscowego Koła Gospodyń Wiejskich (po 2 zł solidny kawał "kucha"!).

Nie ominęliśmy tylko stoiska biblioteki gminnej, która pozbywała się zbędnych książek - po 1 zł sztuka (ale wybór nie był wielki...).

No i tu przechodzimy do dramatycznego clou dzisiejszego wpisu. Ponieważ zwinęliśmy się naprawdę szybko - zostało jeszcze z pół godzinki do popołudniowego podlewania ogródka. Ułożyłem się zatem na hamaku z piwkiem i świeżo nabytym czytadłem (wiem, wiem - powinienem pracować, ale...). Nic nie widziałem, bo hamak tak jest ustawiony, żeby mieć oko na wiatę i konie, a nie na drogę (od tej strony zasłaniają go gęste zarośla) - słyszałem tylko silnik samochodu.

Lepsza Połowa twierdzi jednak, że od strony wsi nadjechał biały mercedes coupe. Zatrzymał się przy Wielkim Padoku. Wysiadł z niego facet - podszedł do ogrodzenia i spróbował, czy słupek się rusza...

Uuuuu! Wprawdzie ślady opon nie zgadzały się z tymi sprzed miesiąca - ale kto powiedział, że nasz złodziej homerycki nie ma sąsiada, który też może budować ogrodzenie..?

Przeszliśmy zatem w "tryb alarmowy". To znaczy - siedziałem dość długo wieczorem i poszedłem spać dopiero, gdy silny wiatr i pierwsze krople deszczu jednoznacznie wskazywały, że zapowiadana zmiana pogody staje się faktem (nie sądzę, aby złodziejom chciało się moknąć...) - pozostawiając jednak włączone zewnętrzne oświetlenie. Zbudziła się za to Lepsza Połowa, która stróżowała do rana.

Przez ten czas siłą rzeczy obmyślałem głównie różne mniej lub bardziej okrutne metody obezwładnienia oczekiwanych napastników i dalszego z nimi postępowania.

Przeszło mi dopiero teraz.

Ale - pilnować dobytku trzeba będzie. Nawet, jeśli to fałszywy alarm - choć: doświadczenie na to nie wskazuje...

niedziela, 24 czerwca 2012

Kwiaty polskie i inne

Wprawdzie nasz ogródek zarośnięty jak niedepilowana średniowieczna dama - ale co tam: pokażę co mamy! A mamy w tej chwili mnóstwo kwiatów przede wszystkim. Głównie, co chyba nie powinno nikogo dziwić - kwiatów dzikich, nielegalnych i bynajmniej przez nas nie oczekiwanych, czyli: chwastów.

Na początek zatem chwasty. Przez litość dla samego siebie fotografowałem te ZA PŁOTEM, a nie w samym ogródku:

 (tu, jak się otworzy zdjęcie w nowym oknie i powiększy, to widać w daleeekiej perspektywie, że ciągle jeszcze mamy konie - właśnie uświadomiłem sobie, że tak dawno ich Państwu nie pokazywaliśmy, że aż można było o nich zapomnieć: no, ale tak to właśnie teraz wygląda - na dziś mam ambitny plan naprawić roundpen i wziąć się za ponowne wyrabianie grzbietów naszym milusińskim, bo chciałoby się już dupsko na czymś szybszym od własnych nóg po okolicy powozić...)

(jaskółczym zielem, tak dogodnie rosnącym tuż przy domu, próbowała Lepsza Połowa wyleczyć ostatnio paskudne brodawki, które zrobiły mi się na obu dłoniach w jakiś czas po tym, jak rok temu wojowałem z grudą u koni - brodawki zmalały, ale kurację trzeba będzie jeszcze powtórzyć: tyle, że ciągle nie ma czasu, albo się zapomina...)

A teraz: kwiaty cywilizowane, oczekiwane i pożądane. Zaczynając od pomidorów i ogórków:

przez Lepszej Połowy maciejkę (wieczorami i nocą pachnie oszałamiająco):

karłowaty (bo urósł nawet nie połowę tego co powinien - a już kwitnie...) bób oraz różne grochy i fasole:
(Lepsza Połowa stoczyła heroiczną wojnę z mszycami, żeby ten bób, potwornie prowadzoną przez mrówki hodowlą tych owadów zarażony uratować - udało się!)

świeżo rozkwitły łubin:
aż po niekwestionowaną Miss naszego ogrodu - dynię:

z tą dynią to śmieszna historia. W zeszłym roku po "halołynie" kupiliśmy lekko już przechodzoną dynię "z przeceny". Pyszna była! Ja tego już nie pamiętam, ale Lepsza Połowa twierdzi, że dziki terrorem zmusiłem ją zachować i odsuszyć nasiona. A teraz, wiosną, Lepsza Połowa te nasiona posadziła - po dwa albo po trzy, jak jej radziłem, nie wierząc, że cokolwiek wzejdzie. Tymczasem - wzeszły wszystkie, co do jednego! Zdjęcie powyżej przedstawia zagon dyń już po dwukrotnym rozrzedzeniu - dynia na dyni bowiem rosła. Fakt, że jak cała reszta naszych roślinek - dynie też zaczęły kwitnąć bynajmniej nie osiągając "dorosłych" rozmiarów. Stąd, spodziewamy się, że i owoce będą jak orzeszki. No, ale kwiaty - piękne!

Kwitnie też oczywiście (co już poprzednio pokazywałem) dawniej posiana gorczyca:
ponieważ gorczyca (ta z paczuszki posiana) takim okazała się sukcesem jako zagłuszacz chwastów i osłaniacz wymagających półcienia kiwi od południowego słońca - dosiałem dwa tygodnie temu drugie tyle i też ładnie rośnie, choć oczywiście kwitnąć to jeszcze nie kwitnie:
Nie kwitnie też jeszcze - i to bardzo dobrze, bo dzięki temu ma szansę jeszcze urosnąć - nasz len. Zarówno wsiany na większą skalę niedawno:
jak i dawniejszy, "eksperymentalny", z brakiem wiary w sens tego przedsięwzięcia (bo żeby tak len z paczuszki z "siemieniem lnianym" - do meszu dla naszej umierającej Dalii wlkp, którego już zrobić nie zdążyliśmy kupiony - wschodził..?) tuż przy płocie posiany:

Co my z tym lnem potem zrobimy? Prawdę pisząc - mimo wszystko nie sądzę, aby urósł tak wysoki, żeby dało się go na przędzę przerobić - chyba, żeby znowu zrobił się nam "lipcopad" i ogólnie - chłodne i deszczowe lato - a na to się na razie nie zanosi. Natomiast siemię lniane konie lubią w każdej postaci - i w meszu i na surowo. Dla ludzi, zdaje się - też pożyteczne?

No, ale najbardziej to bym chciał trochę oleju wytłoczyć...

To  w zasadzie wszystko jak chodzi o kwiaty. Ale, skoro już jestem przy głosie, to się jeszcze pochwalę moim ulubieńcem, bo urósł od ostatniego razu:
Ogólny widok na nasz (dekoracyjny, dekoracyjny przecież!) tytoń wygląda tak:
Niewątpliwie, karłowacizna większości posianych przez nas roślinek wskazuje na kiepską na razie jakość gleby. Ale cóż - plac pod ogródek powstał dopiero w końcu marca, nawieźliśmy go czym mogliśmy, ale było już mało czasu.

Na przyszły rok skonstruujemy przynajmniej na części tego terenu wzniesione grządki - takie chociażby, jak u Ewy z Kresowej Zagrody. Wypełniacza w postaci pierwszej kategorii nawozu, przez zimę się uzbiera (na razie jest to towar deficytowy, bo i koni mało - i defekują głównie na pastwisku, a na zimowym padoku, który rutynowo sprzątam - mało...).

Wtedy będzie urodzaj, jak na naszej spirali ziołowej:
W tle - tak jest, nie mylicie się Państwo - nasza szklarnia, a raczej szklarenka (bo szyb starczy tylko na tyle - a i tak trzeba będzie folią dwie ściany uzupełnić...). Prawdę pisząc, nie sądziłem, że uda mi się wczoraj wyjść poza prace planistyczne - ale jakiś amok mnie ogarnął i gdyby nie to, że skończyły mi się gwoździe, a wzmiankowanej wyżej folii nie kupiliśmy jeszcze, nie spodziewając się tak szybkiego postępu prac - to bym pewnie zamknął inwestycję jednego dnia.

Oczywiście, konstrukcja jest koślawa i paskudna:

Ale jak na moje, skromne umiejętności techniczne i brak przyrodzonego talentu - to jest i tak "McGyveryzm" jak się patrzy! Szkielet udowodnił też już swoją solidność. Będąc w amoku bowiem - nie zauważyłem, biegnąc z nowym elementem na budowę, że właśnie postawiłem konstrukcję bocznej ściany i z impetem wyrżnąłem czerepem w belkę. Belka ani drgnęła - czerep, choć od razu po samarytańsku przez Lepszą Połowę zlany zimną wodą - boli. Podobnie zresztą jak inne członki ciała, bom - cały tydzień akwizując w stolycy - trochę odwykł od normalnej, czyli fizycznej pracy i dostałem zakwasów.

Oczywiście - żeby nie było wątpliwości: wszystkie te dyrdymały o kwiatkach i tak dalej - to było tylko po to, żeby jakoś przemycić zamiar pochwalenia się (co z tego, że nie dokończoną? Przecież nie będę czekał nie wiadomo jak długo z tak pilną sprawą!)  szklarenką. Lepsza Połowa patrząc mi przez ramię, właśnie z punktu ten podstęp rozszyfrowała...

środa, 20 czerwca 2012

Neo-feudalizm w praktyce, czyli jak skończyć z hipokryzją?

Starzeję się, proszę Państwa! Starzeję się – a poznaję to po tym, że mnie ludzie coraz bardziej irytują. Na ten przykład – powinienem się w sumie cieszyć, że co ja wymyśliłem jako dowcip, inni podchwycili, a taki Szeremietiew wręcz, z typowym dla siebie brakiem inteligencji – najwidoczniej bierze na serio. A tymczasem – właśnie mnie to irytuje – nie ulega bowiem najmniejszej wątpliwości, że nikt nawet się nie zająknie o moim autorstwie „wicu“ z „deklaracjami niepopełniania samobójstwa“.

Dlatego się przypominam i dopominam o słusznie mi należne jako autorowi uznanie – jak sam tego nie zrobię, nie mam co liczyć, że mnie ktoś w tym zbożnym i sprawiedliwym dziele wyręczy…

Wszystko wskazuje na to jednak, że to właśnie jest reguła ogólna. Sposób na rozwiązanie za jednym zamachem kryzysu demograficznego i ekonomicznego też ja wymyśliłem (oczywiście – inspirując się literaturą fachową, tj. Zajdlem, Wnukiem – Lipińskim, Platonem…) – a przekonany jestem, że gdy wreszcie dojdzie do jego realizacji (a dojdzie – jeszcze zobaczycie!) i pies z kulawą nogą nie będzie o mnie pamiętał, a całą chwałę zgarnie jakiś buc, którego jedyną umiejętnością jest szczerze wyglądający wyszczerz uzębienia i płynne czytanie  z promptera, czyli – tzw. „polityk“.

Ech, niesprawiedliwy jest ten świat! Ale piękny, piękny – od razu dodaję, żeby nie powodować aby jakich wątpliwości. Nasze kobyły też tak uważają – toteż, wypuszczone na boczny, mały padoczek, otworzyły sobie przejście na okrąg i stamtąd, korzystając z kiepskiego stanu ogrodzenia tego nie używanego od dawna urządzenia – nawiały. Nawet byśmy o tym nie wiedzieli, ale nasz Król, poufale zwany też „Knedliczkiem“, boi się przekraczać nawet leżące drągi, więc nam dobitnie i donośnie o ucieczce swoich małżowin doniósł. Szybko je więc sprowadziłem na drogę cnoty wśród pięknych okoliczności przyrody na sąsiednim polu owsu, należącym zresztą do naszego sołtysa (tu od razu przepraszam za szkody – na szczęście: niewielkie…).

Inspiracją dzisiejszego wpisu są oczywiście wątpliwości Pana Piotra do wpisu poprzedniego – a także: męczące i irytujące (znowu…) dyskusje z „lemingami“ na forum historycy.org, których Państwu nie zalinkuję, bo trzeba się zalogować, żeby je przeczytać.

Ogólny tembr wypowiedzi „lemingów“ mogę jednak streścić – nie jest to skomplikowane. Otóż, zdaniem tych państwa, wszystko jest w jak najlepszym porządku, żyjemy w najlepszym z możliwych światów, nasza demokracja jest dojrzała, stateczna i doskonale funkcjonuje, sądy są niezawisłe, wybory uczciwe, afery wyjaśniane, gangi zwalczane, podejrzewanie obecnego rządu i jego premiera o udział w jakichś zbrodniach to czystej wody paranoja – a że niektórzy „prawicowi blogerzy“ dopatrują się dziury w całym, spekulują nie mając dostępu do żadnej realnej wiedzy i snują spiskowe teorie – to jest tylko resentyment, który zresztą wynika z ich własnej nieudolności. No bo przecież, gdyby prawica była „udolna“ tak jak nie jest – to by wygrywała owe uczciwe wybory, czyż nie? Że nie wygrywa – znakiem tego jest nieudolna, a próbując przypiąć zwycięzcom piętno morderców, złodziei i oligarchów – kompensuje tylko własną, w pełni zasłużoną klęskę.

Zasadniczo – zgadzam się z tym poglądem. To znaczy: zgadzam się z tym, że prawica jest nieudolna – i że z całą pewnością spora część (większość nawet?) oskarżeń które rzuca pod adresem obecnego establishmentu – to tylko desperacka próba ratowania własnej samooceny w obliczu kolejnej, w pełni zasłużonej klęski.

Czy – jakkolwiek rozumiana – „prawica“ może kiedykolwiek wygrać wybory, zakładając, że będą one rzeczywiście uczciwe?

Nie może. Na pewno nie w Polsce. To absolutnie niemożliwe!

I nawet nie chodzi o paranoję Kaczyńskiego (do czego to doszło, żeby ideowy spadkobierca PPS robił za „prawicę“..!), dwulicowość Ziobry (jeszcze lepiej…) czy niewyparzony język Korwina.

Po prostu „prawicowa propozycja“, czy też „prawicowa wizja świata“ – obiektywnie NIE ODPOWIADA oczekiwaniom elektoratu.

Czego chce elektorat? Elektorat chce się nażreć, wychędożyć (chętniej zresztą – platonicznie, za pośrednictwem ekranu telewizora lub komputera – bo tak na żywo, obłapiając chętne czy niechętne panienki lub chłopców, ewentualnie: kozę – to jednak i niehigieniczne i męczące i poty się leją i wstyd, jak nie stanie…), zaspokoić atawistyczną potrzebę oglądania toczących się głów lepszych od siebie, wyspać, nachlać, ewentualnie – naćpać – zajarać peta i leżeć brzuchem do góry. To są dokładnie wszystkie marzenia, dążenia, aspiracje i zapatrywania znakomitej większości tzw. „elektoratu“.

No i ktoś ludziom taki pogląd na świat stosującym w codziennym życiu proponuje „krew, pot i łzy“. I liczy – że z takimi idąc hasłami – wygra wybory..??? O święta naiwności..!

Oczywiście, można jak Pan Piotr, mieć heroiczną i „obywatelską“ wizję państwa, wedle której spragniona wolności mniejszość „weźmie za twarz i wprowadzi liberalizm“. Doprawdy nie wiem tylko – jak to pogodzić z jednoczesnym uwielbieniem dla demokracji, jeszcze na domiar złego – bezpośredniej..?

Przecież w pierwszym referendum, przytłaczająca większość elektoratu z punktu i bez zastanowienia poprze KAŻDĄ propozycję, która tylko będzie pachniała michą bez wysiłku i chędożeniem bez konsekwencji – czego się Pan spodziewa, panie Piotrze, cudu?

Że tak się nie dzieje w Szwajcarii? A ile wieków Szwajcarzy w tych swoich pół roku słońca nie oglądających alpejskich dolinach ćwiczyli się w powściągliwości, zapobiegliwości i ciężkiej pracy? Czym Pan te ćwiczenia zastąpi w Polsce, gdzie „jedz, pij i popuszczaj pasa“..?

Za dobrze nam, zbyt dostatnio, zbyt tłusto – żeby zabawę w „republikę“ zaczynać. W to się mogą bawić biedni, którzy bez ciężkiej pracy nie doczekają jutra – i sama natura zmusza ich do wyrzeczeń. Zresztą, gdy już się dorobią – jak zawsze powtarza MarkOwy – zaraz zaczynają sobie folgować i wpadają w te same grzechy – tylko trochę później. I w Szwajcarii lewicowe propozycje przepadają coraz to mniejszą większością głosów…

Zresztą – ja tam niczego atrakcyjnego w „republikańskiej cnocie“ nie widzę. Cnota w życiu publicznym to zawsze efekt terroru. Jeśli nie terroru fizycznego – to terroru moralnego, robiącego z obywateli posłuszne prawom automaty bez fantazji i polotu. „Republikańska cnota“ domaga się równości. Równość to dość obrzydliwe pojęcie. Już pomijając wszystko inne – jeśli Polacy staną się nagle powściągliwi, oszczędni, zapobiegliwi, cnotliwi i posłuszni prawom – to komu ja sprzedam moje tylko i wyłącznie zbytek, nadmiar, fantazję i szpan przedstawiające konie – jeśli mi się jakieś źrebaki w przyszłym roku urodzą..? W „Republice równych“ – na takie brewerie jak do niczego innego poza realizacją fantazji i pokazem bogactwa nie służące konie, obrazy czy samochody – nie ma miejsca! Przynajmniej: historycznie tak było. Cnotliwy Rzym republikański, póki cnotą żył – był tylko zbiorowiskiem byle jak postawionych chałup, zamieszkałych przez pozbawionych krzty wyrafinowania ponuraków. Nawet Ateny zaczęły się pięknymi budowlami i posągami zapełniać, gdy im się już – za Peryklesa – z lekka demokracja nadpsuła, a demagogia i korupcja brały górę nad cnotą! To, co widzimy zresztą, czyli olśniewający nawet jako ruiny Akropol – to skończył budować dopiero za Antoninów niejaki Herodes Atticus: eponim wręcz obrzydliwego bogactwa i nierówności (miał chłop w życiu farta! Najpierw znalazł skarb – a potem się korzystnie wydał za żonę – no i stał się najbogatszym poddanym w całym Imperium, prawie tak bogatym jak sam Imperator…) – a jednocześnie: dobrego smaku, mecenatu i umiłowania Piękna…


Oczywiście, również cały mój powyższy wywód można zinterpretować dokładnie tak samo, jak miłośnicy demokracji i Tuska, czyli tzw. „lemingi“ interpretują paranoje „prawicowych blogerów“ – nie potrafi, patałach jeden, „założyć partii i przekonać wyborców“ – to rzuca na owych wyborców kalumnie, odsądzając ich od czci i wiary, żeby siebie wybielić.

I tu jest błąd! Bo ja wcale nie zamierzam naszego elektoratu zmieniać, poprawiać, umoralniać, nauczać czy uszlachetniać. Chętnie też przyznaję, że nie jestem – moralnie – ani o jotę lepszy od każdego innego nieroba leżącego owłosionym, spoconym odwłokiem do góry przed ekranem telewizora. Prawdę pisząc: strasznie mi trudno ostatnimi czasy zmobilizować się do pracy – i to też chyba oznaka starzenia się…

Obecny system sprawowania władzy polega na tym, że realnie rządząca elita (jej liczebność oceniam w Polsce na około miliona głów – łącznie z rodzinami – to mniej – więcej 3% ogółu populacji – a doświadczenie historyczne uczy, że tyle potrzeba jako minimum, aby stabilnie sprawować władzę…) udaje, że jej w ogóle nie ma – a jednocześnie schlebia i systematycznie korumpuje – oczywiście: na miarę możliwości – chutliwy i żarłoczny elektorat.

Paradoksalność obecnej sytuacji polega na tym, że najprawdopodobniej znakomita większość „nowej szlachty“ – sama nie wie, że zalicza się już do tego stanu! Jakakolwiek świadomość elitarności nie jest naszej elicie do niczego potrzebna. Całkowicie wystarczy, jeśli jej członkowie robią odruchowo i instynktownie to, co im wychodzi najlepiej – czyli: popierają się nawzajem i swoje potomstwo, ustawiają przetargi, rozkradają publiczną kasę, wycinają nie należącą do „sitwy“ konkurencję. To idzie samo, nie wymaga żadnej ideologii – ani żadnego „wielkiego spisku“. Bo też i spisek łączący milion ludzi – to kpina! Prawdę pisząc, gdy spiskowców jest więcej niż dwóch – to już prawie że gwarantuje dekonspirację… A milion? Niewykonalne…

Naszej elicie nie jest też do niczego potrzebna żadna „jedność moralno – polityczna“. Nie jest potrzebna – bo jej zachowanie i integracja przebiega na poziomie odruchów („my nie ruszamy waszych – wy nie ruszacie naszych“…) – a nie myślenia. Nie jest też możliwa – bo niby jakim cudem milion ludzi miałoby nagle zgadzać się we wszystkim?

Stąd – otwarte oddanie władzy „nowej szlachcie“ wcale nie musi oznaczać od razu dyktatury. Przecież nawet wśród członków PZPR (których, nota bene było w szczytowym momencie 3 miliony – a więc: prawie 10% populacji – co z kolei, jak pokazuje doświadczenie I Rzeczypospolitej, jest górną granicą liczebności „klasy uprzywilejowanej“, jeszcze możliwą do wyżywienia…) były frakcje i były prawdziwe różnice poglądów i rozbieżności interesów – a wtedy owa „jedność moralno – polityczna“ była otwarcie deklarowanym ideałem!

Cała przecież „walka polityczna“, z takim przejęciem relacjonowana przez TVN – toczy się wewnątrz „nowej szlachty“, a nie pomiędzy „szlachtą“ a „plebsem“!

Pozbawienie „plebsu“ praw politycznych – tak, jak pozbawienie praw politycznych „szlachty – gołoty“ w wieku XVIII – wcale nie oznaczałoby końca „walki politycznej“ – a tylko jej urealnienie. Bo potrzeba schlebiania niskim instynktom, żarłoczności i chutliwości plebsu – acz nie ustałaby zupełnie – byłaby na pewno mniejsza.

Nie widzę szans na rozmontowanie „państwa opiekuńczego“ i przynajmniej – zmniejszenie tempa przyrastania naszych długów – bez pozbawienia praw politycznych od 90 do 97% obecnego elektoratu.

Jak mógłby wyglądać „neofeudalizm“ w teorii – to już 2 lata temu pisałem (znowu się dopominam o uznanie zasługi, bo zaraz ktoś to powtórzy, o mnie nie wspomni – no i jak ja potem będę wyglądał, gdy nowy ustrój już powstanie, a ja się będę o jakieś beneficjum jako jego prorok i ideolog starał..? Psami poszczują, z dworu wygonią – a beneficjum tak i nie dadzą…).

W praktyce oczywiście tak się nie da. To znaczy – pomysł, żeby przywrócić poddaństwo osobiste i w ten sposób sprywatyzować „system opieki społecznej“, to nawet może się spontanicznie zrodzić, jak nasze państewko zawali się pod ciężarem długów. I sycylijska mafia stąd się przecież wywodzi, że po likwidacji monarchii neapolitańskich Burbonów, powstała luka społeczna na południu Włoch, gdzie bez Burbonów i bez ich szlachty nikt się nie troszczył o biednych – i tę lukę zapełniły stowarzyszenia tajne, zwane właśnie „mafią“. Mowy jednak nie ma o tym, żeby to się stało szybko i bezboleśnie.

Prędzej już – doświadczymy długiej i bolesnej agonii „liberalnej demokracji“, w ramach której z kryzysu na kryzys – przepaść między „nową szlachtą“ a „prolami“ będzie się rozwierać stopniowo i z dużo większą krzywdą tych drugich, niż by to było możliwe w innym wypadku. Jeśli nauka nie ulegnie wcześniej porażeniu wskutek wybuchu „bomby megabitowej“ – to przepaść między uprzywilejowanymi a pozbawionymi przywilejów, może przybrać kształt całkiem fizyczny i dostrzegalny. Nie ulega bowiem wątpliwości, że jeśli nauki szlag nie trafi wcześniej – skala manipulacji ludzkimi genami będzie tylko rosła.

Już w tej chwili możliwe jest zamówienie sobie potomstwa – takiego, żeby przynajmniej nie miało oczywistych wad, dających się obecnie wykryć na etapie embrionalnym. Z czasem, bogaci i wpływowi będą sobie potomstwo projektować – oczywiście: jak najpiękniejsze, jak najmądrzejsze, jak najzdrowsze… I tym sposobem, ludzkość rozpadnie się na kilka gatunków, co perspektywy jakiejkolwiek „Republiki równych“, tudzież utopie „liberalnej demokracji“ – pogrzebie raz na zawsze. No, ale wtedy to już na jakiekolwiek „kontrolowane bankructwa“ i „neo-feudalizm z ludzką twarzą“ – będzie za późno…

wtorek, 19 czerwca 2012

W oparach paranoi

Wystarczyło, że wskazałem na oczywiste niedbalstwo naszego ulubionego „seryjnego samobójcy“, który w dwóch ostatnich przypadkach wbrew psychologicznemu prawdopodobieństwu nie zadbał chociażby o pozostawienie pośmiertnych oświadczeń (nie mógł tego zrobić..?) – a już zostałem przez (i tak mnie zawsze wkurzających swoim naiwnym optymizmem i dosłownym pojmowaniem merdialnej rzeczywistości…) zapalonych demokratów, zwanych także popularnie „lemingami“ zaliczony do grona paranoików.

No bo czy ktoś inny poza paranoikiem może podawać w wątpliwość tak oczywiste w serwisach TVN, TVP i Polsatu prawdy jak to, że władzę w Polsce sprawuje ten, kto dzierży pokazywane w merdiach urzędy, czyli na ten przykład – Pierwszy Piłkarzyk III RP (nota bene: trenera przegranej reprezentacji odwołują – a co z padrone całego tego bajzlu?), że kiedy politycy poruszają ustami w rytm migotań promptera, to mówią prawdę, całą prawdę i tylko prawdę, a tak w ogóle – to mamy solidne, demokratyczne państwo prawa realizujące zasady sprawiedliwości społecznej – jak ci się coś chłopie nie podoba, to weź załóż własną partię i przekonuj wyborców albo idź do niezawisłego sądu – przecież nikt ci nie zabrania…

No i co powinienem na to odpowiedzieć..? Na posta na forum – za dużo, na książkę – za mało…

Zacznę od początku. Tzw. „liberalna demokracja“, czyli to, co się mówi w szkole, pisze w uczonych książkach albo opowiada w telewizji i co nawet mamy zapisane w konstytucji (długiej, skomplikowanej i pełnej sprzeczności zresztą…) – to czysta utopia, całkowicie niemożliwa do realizacji w praktyce!

Ale przecież – oburzą się lemingi – pełno w całym świecie (a przynajmniej – w świecie najwyżej rozwiniętym) liberalnych demokracji! Jakże to – utopia? To wasze pomysły, wy paranoicy – są utopijne – bo pokażcie nam państwo nie- liberalne i nie-demokratyczne, które by było bogate i sprawiedliwe?

Otóż – liberalna demokracja jest utopią – i nigdzie na świecie taki ustrój, w formie w jakiej występuje w podręcznikach szkolnych, w uczonych książkach i w telewizji – nie istnieje i istnieć nie może.

Liberalna demokracja opiera się na założeniu „rozdziału ról społecznych“. To znaczy, że ten, kto „w pracy“ jest premierem (na ten przykład – Pierwszy Piłkarzyk III RP…), „po godzinach“ będzie zwykłym poddanym (w nowomowie: „obywatelem“…). To oczywiście niemożliwe. Co prawda – niektórzy emigranci zza Wielkiej Wody i nie tylko twierdzą, że u nich tak właśnie jest, że władza nie nadużywa, nie nagina i nie wykorzystuje (publicznej pozycji dla prywatnych celów). Jeśli tak im się wydaje – to albo są mało spostrzegawczy, albo ichniejsza władza jeszcze lepiej od TVN-owskiej opanowała sztukę kamuflażu… Inna sprawa, że im bogatsza oligarchia, tym mniej potrzebuje rabować ordynarnie i bezczelnie (nie dotyczy Francji i Włoch…).

„Rozdział ról społecznych“ to zjawisko patologiczne i niemożliwe do przeprowadzenia w praktyce. Nawet w starożytnych republikach, które się różnymi Cyncynatami chwaliły (Cyncynatów zabrakło szybko – zrobiła się normalna, „pełnoetatowa“ oligarchia, a potem wróciła – jak dębczaki po wykarczowaniu sztucznie posadzonych sosen w naszej okolicy – naturalna i oczywista, przez nikogo nie projektowana ani nie planowana – monarchia…), przemienność roli dyktatora i roli oracza uzyskano dzięki zmasowanemu terrorowi publicznego rytuału: świętokradcą byłby, kto by zbrojne ramię przeciw Republice podniósł (i jeszcze Cezarowi podobno drżały ręce i nogi, gdy Rubikon przekraczał…).

Jak ktoś chce taki sam mores osiągnąć w środowisku ateistycznym, promiskuistycznym i opartym na zasadzie róbta co chceta – pozostaje dla mnie zagadką, której rozwikłać się nie podejmuję!

Ów „rozdział ról społecznych“ koniecznie potrzebny jest dla poskładania tej utopii w mającą pozór sensowności całość. Gdyby nie wmawiano ludziom (a większość wmawiających – jak sądzę – sama w to święcie wierzy!), że przecież „po pracy“ (no dobra: „po złożeniu urzędu…“) Wielce Szanowny Premier Tusk jest/będzie takim samym poddanym (pardon: „obywatelem“) jak każdy inny Kowalski – to by ci ludzie szybko zauważyli, że niby głosują, niby oglądają co 4 lata „wieczór wyborczy“ w TVN trzymając kciuki za swoich faworytów – a i tak, od 20 lat wciąż te same twarze, te same nazwiska – jeśli jest tam jakaś zmiana, to z przyczyn, by tak rzec – biologicznych. I wszystko w obrębie tych samych klanów, rodzin, dynastii…

Oczywiście – wmawia się też ludziom (i większość wmawiających sama w to – jak sądzę – święcie wierzy…), że właśnie fakt, iż od 20 lat wciąż ci sami – to dowód na „dojrzałość“ naszej demokracji, która jest „stabilna“ i „przewidywalna“. Wszystko można w ten sposób słowami zaczarować. Naprawdę – wszystko…

Podstawową przyczyną patologii naszego obecnego ustroju jest hipokryzja. Pisałem o tym wiele razy. Skoro naturalnym, zwierzęcym wręcz odruchem każdego człowieka postawionego „na czele stada“ jest dążenie do wyzyskania tej pozycji do maksimum – i jeszcze zapewnienie podobnej pozycji na przyszłość swojemu potomstwu – to siłą rzeczy WSZYSCY rządzący, zmuszeni do udawania że tak nie robią (chociaż przecież robią, robią…) – popadają w dwójmyślenie (od którego bardzo już blisko do zbrodni…). Albo wariują.

Powyższą diagnozę uważam za najprostsze, a więc – póki nie ma dowodów na inny stan rzeczy – najlepsze wytłumaczenie tego, co się u nas i gdzie indziej dzieje. Systemowa hipokryzja, w którą popadły oligarchie rządzące tzw. „demokratycznymi“ państwami po krwawych doświadczeniach 1789, 1848 i obu XX-wiecznych wojen światowych (bo taka hipokryzja wydała się w pewnym momencie bezpieczniejsza od mówienia ludowi prawdy… a potem to się już samo toczyło! System przecież „sam się legitymizuje“ – wmawiając poprzez szkołę i media ludziom, że tak właśnie, jak są rządzeni – rządzeni być powinni…) jest wystarczającym uzasadnieniem dla tego, że od czasu do czasu ktoś wpadnie pod samochód, zemrze na zawał lub popełni samobójstwo nie do końca z własnej woli. Nie ma potrzeby zakładania jakiegoś wielkiego, wszechogarniającego spisku – nie ma też potrzeby zakładania, że w ogóle istnieją jakieś potworne tajemnice, których strzegąc tajemniczy „ONI“ mordują tak perfekcyjnie, że zawsze udaje im się zdradę tych tajemnic uprzedzić!

Ten system nie ma żadnego ukrytego „kamienia węgielnego“, którego ujawnienie doprowadziłoby do jego upadku. Nie ma zatem czego strzec tak pilnie – i nie ma czego spragnionej Prawdy publiczności wyjawiać… (no dobra – tu przeszarżowałem – nader wątpliwym jest, aby publiczność rzeczywiście Prawdy pragnęła… publiczność pragnie rozrywki i sensacji – a nie jakiejś tam Prawdy…).

Oligarchowie mordują się między sobą dlatego, że z powodu systemowej hipokryzji, którą zmuszeni są uprawiać – bardzo wiele ich naturalnych i ludzkich zachowań podpada pod paragraf, a jak nie pod paragraf – to pod „pijarowską katastrofę“. Tak więc nie mroczne sekrety i tajemnice z katakumb – tylko zwykłe świństewka, drobne codzienne słabostki czy upodobania, które źle by wyglądały w świetle jupiterów – to zupełnie wystarczy obecnie na takie „kompromaty“ (wyrażenie przypisywane Ziukowi, który sam wiele miał za uszami i w obronie swojego „merdialnego wizerunku“ – paru ludzi zamordował…), za które warto zabić.
 


Swoją drogą – jak bym był bardziej złośliwy niż jestem, to bym powiedział, że nachalne propagowanie zboczeń, którego na sobie ostatnio doświadczamy, jest naturalne: „klasa polityczna“ chce po prostu pozbyć się możliwie jak największej liczby potencjalnych źródeł szantażu – obecnie już np. pederastia nie przeszkadza w karierze, a nawet wprost przeciwnie – pomaga (stąd pewnie pojawili się już i tacy „heterycy“, którzy pederastów udają dla kariery…). Jak by tak jeszcze podobnie potraktować kleptomanię..?

Recepta którą ja bym na ten problem zaordynował różni mnie od zdecydowanej większości z Państwa – moich Wiernych Czytelników. Państwo w większości, mam wrażenie, jesteście za tym, aby „ustrój faktyczny“ przybliżyć do „ustroju teoretycznego“ – to jest, aby uzyskać ów „rozdział ról społecznych“ naprawdę, a nie tylko – na ekranie telewizora. Stąd albo dążenie do perfekcyjnej kontroli nad „klasą polityczną“ – albo do takiego naruszenia fundamentów jej stabilności, żeby choć na pewien czas dawny mores przywrócić.

Moim zdaniem doskonalenie kontroli (w stylu PiS-owskim) będzie miało już w krótkim czasie efekt dokładnie odwrotny do zamierzonego – natury się nie oszuka, ciągnie wilka do lasu, a lisa do kurnika, a im bardziej nasi oligarchowie muszą się strzec i pilnować – im bardziej będą się konspirować ze swoją, ludzką przecież i naturalną potrzebą przekazania dziedzictwa – tym mroczniejszymi sekretami staną się ich, w gruncie rzeczy dość niewinne wykroczenia…

Natomiast „obalenie systemu“ i zastąpienie go demokracją (bardziej) bezpośrednią – może i miałoby jakiś ozdrowieńczy skutek na krótką metę. W dłuższej perspektywie jednak (dziesięciolecia? Dwóch?) – oligarchia się odrodzi. Bo to też jest część ludzkiej natury. I co na to poradzić? W genach grzebać..?

Dlatego rozsądniej wydaje mi się – skończyć z hipokryzją. To jest – po prostu przyznać jawnie, w świetle jupiterów – że mamy oligarchię. Skończyć z fikcją „powszechnych wyborów“, „niezawisłych sądów“, „państwa prawa“. To oczywiście otwiera drogę do rewolucji w stylu wieku XIX i początków wieku XX – i dlatego m.in. nie sądzę, aby ktokolwiek się na to zdecydował (poza tym, taki krok wymagałby odwagi…). Chyba – że w stanie najwyższej konieczności. Tj.: gdy skończy się forsa..?

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Tajemnica tajemnic

Niestety, zdjęć Romeo nie udało się odzyskać: oba programy które w tym celu ściągnąłem nawet, gdy już opanowałem umiejętność takiego podłączania karty pamięci, żeby końputer ją widział niezależnie od "EOS Utility" - wieszały się na tym zadaniu. Tylko się namęczyłem, bo restart naszego końputra nie jest prostą sprawą...

Za to, w przerwie w pracy (ucho mnie rozbolało od dzwonienia - inna sprawa, że z niezwykle wprost miernym wynikiem, bo czegoś - nie chciało mnie łączyć - czasem tak u nas, niestety bywa, jak to na wsi...), wybraliśmy się z Lepszą Połową na spacer po włościach. Z aparatem. Przy tej okazji zdradzę Państwu kilka tajemnic.

Na początek tajemnica, która pozostaje tajemniczą także dla nas: czeremcha. Wyrosła pięknie tuż przed oknem naszej chatki, obok skrzynki z powojnikami:

(taczka za przyczepą to znak, że wziąłem się za porządkowanie terenu pod szklarnię...)

i wygląda na to, że będzie w tym roku urodzaj:
albowiem podobnych krzaków, a nawet całych drzew - odkąd, rok temu, zaczęliśmy na nie zwracać uwagę, gdy odkryłem, że owoce są smaczne - znaleźliśmy mnóstwo. Nie możemy się tylko zgodzić co do skali tego urodzaju - starczy nam na butelkę soku (trzeba będzie zainwestować w parowy sokownik - bo drylowanie owoców z tych dużych, niejadalnych pestek ręcznie - wydaje się dość skomplikowane...) - czy może na balon "czeremchówki"..? A jeśli na balon - to gdzie go postawić, bo miejsca u nas mało? Cóż: zobaczymy...

Tajemnica druga: spirala ziołowa. Gdzież ona się podziała?

Tam gdzie było ją widać jeszcze miesiąc temu, krzewi się "zielone piekło":



złożone m.in. z większej ilości mięty:
i nasturcji:


i, oczywiście ogórecznika:

oraz, sami już nie wiemy czego:

Tajemnica trzecia: dlaczego pomidory...
i ogórki...
już kwitną - skoro prawie nie urosły?

Kukurydza niczego tajemniczego w sobie nie ma, ale - w przeciwieństwie do wielu innych upraw, których w związku z tym nie pokazuję, bo się wstydzę - dobrze wygląda po przepieleniu w piątek (jeszcze!) i rozrzuceniu świeżych pamiątek po Romeo i Apaczu:
Niestety, ostatni (drugi już...) raz wypieliłem całość przed ostatnimi deszczami, więc ponad tydzień temu - i w tej chwili trzeba by pielić od początku. Nie bardzo mam czas... Może ktoś z Państwa reflektuje na chwilę relaksu..?

Potrzebę pielenia widać już na chmielu (zagadką jest, dlaczego wykiełkowały tylko trzy z jedenastu (!!!) tzw. "sadzonek", a tak naprawdę  - korzonków, które przysłał nam plantator z Lubelszczyzny - spróbowaliśmy zresztą przesadzić ostatnio chmiel dziko rosnący przy stacji kolejowej - padł, choć jeszcze nie do końca):

Oraz na niedawno wsadzonym cytryńcu chińskim (z nasion ani jeden nam nie wyrósł...) - otoczonym, po prawdzie, nie tylko przez chwasty, ale i przez lucernę, którą posiałem tam celowo):

Gorczyca za to skutecznie wszystkie chwasty zagłusza. Powodzenie tego eksperymentu (posialiśmy gorczycę z... torebki z przyprawą!), skłoniło nas do obsiania w ten sposób całej tylnej ściany ogródka, od strony zarośli (w pierwszym szeregu - kiwi):

Oczywiście po całym ogródku i nawet poza nim, panoszy się ogórecznik:

Oraz mięta:

A teraz - uwaga, uwaga! Rozwiązanie zagadki sprzed kilku odcinków, czyli nasza Tajemnicza Roślinka. Nie będę się bawił w zgadywania i konkursy i od razu powiem, że chodzi o tytoń. Rzecz jasna, ozdobny, ozdobny - jasne chyba, że ozdobny..? Po prawej odmiana Virginia, a po lewej odmiana nazywająca się jak ten stan na "T", który się strasznie skomplikowanie pisze. Na międzystanowej chciałem posadzić swojską machorkę, czyli tytoń Bakun - ale sadzonek nigdzie nie było, a z braku szklarni, w możliwość dochowania się czegoś z nasion - nie uwierzyłem.

Tytoń rośnie sobie od jakichś 6 tygodni. Nasz prymus w tej chwili wygląda tak:
Aż się Lepszej Połowie w kadrze nie zmieścił! Zaiste, żałuję, że nie kupiłem dwa razy tyle sadzonek, póki były - bardzo to jest dekoracyjna roślina, nieprawdaż..?

Zeszłoroczny ogródek "na miarę naszego lenistwa", chcieliśmy obsiać czymś w rodzaju bobu czy innej fasoli - ale za długo się zastanawialiśmy, aż odpowiednie nasiona stały się niedostępne na targu. Rośnie tam więc jeszcze trochę kukurydzy (bo kukurydza okazała się tania - i wzeszła prawie wszystka, którą posialiśmy...) i lucerny (na zielonkę dla koni - latem).
oraz łubinu i (znowu) kukurydzy - po drugiej stronie:

Tajemniczym miejscem jest oczywiście nasza pustynia. Która z tej strony, którą zwykle widzimy, wygląda teraz tak:

podczas gdy z przeciwnej strony, której zwykle nie oglądamy - wciąż tak:

wszystko to jest koński nawóz, od trzech lat w tym miejscu gromadzony - i proszę jaka się udaje na nim kukurydza:

A teraz zapowiadana Tajemnica Tajemnic. Skarżyłem się, że nam pyrki padły. Bo padły. Wszystkie - co do jednego.

I wiecie Państwo co się stało..? Długo dość myśleliśmy, co w miejsce pyrków posiać. W końcu stanęło na gorczycy i lnie (i jedno i drugie przyjęło się i kiełkuje, powiększając radosny pieprznik na naszej byłej Pustyni) - ale zwiędłych pyrów wyrywać mi się nie chciało i jakoś tak zostały. I co dalej?

I dalej - wzięły, wstały, zazieleniły się i już kwitną!!!

Bardzo proszę, widok ogólny na pyrkolandię i większą część pustyni:
Jak to się mogło stać i co to była za choroba, skoro z tego, co wyczytałem wynika, że jak się raz zaraza albo inny grzyb wda, to z pyrka nic nie zostaje - Dalibóg, nie mam poęcia!

Żadną zagadką nie jest los trzech słusznych kawałków świńskiego schabu, które rozmrażały się na kuchni w czasie naszego spaceru. Pożarł je ten oto słodki kotek, mały kawałek pod krzaczkiem zostawiając jako corpus delicti:
Ale przecież - o co chodzi..? Państwo mają ogródek jeden, drugi, Pustynię - przecież jakoś wyżyją, prawda..?

Które to stwierdzenie prowadzi nas prostą drogą do - bezowocnego, wiem wiem, ale jednak - od czasu do czasu będę to jednak powtarzał - stwierdzenia, że długi długami, kłopoty kłopotami, susza suszą - ale piękniejszej wiosny i lata żadno z nas nie pamięta i w związku z tym - trzymamy się życia zębami i pazurami i nie mamy najmniejszego zamiaru umierać!

Wbrew powszechnej ostatnio chorobie...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...