czwartek, 31 maja 2012

Pigmalion żmudzki

Gdybym chciał opowiedzieć tę historię jak należy, musiałbym to zrobić kilka razy – jak Akira Kurosawa w filmie Rashōmon. Tyle bowiem z jednego życiorysu energicznej i łapczywej życia Włoszki, którą los rzucił w żmudzkie puszcze da się sklecić historii (i filmów…) – ile może być punktów widzenia, ile ocen, ile interpretacji: ilu zdradzonych mężów i porzuconych kochanków wreszcie! Że jednak właśnie się dowiedziałem z czerwcowego numeru „Nowej Fantastyki“, że Państwo macie już mózgi fizycznie zmienione surfowaniem po sieci i dublujące się informacje odrzucacie bez udziału świadomości – poprzestanę na relacji najkrótszej, jak to tylko możliwe, pomijając przy tym wątki dla istoty sprawy mniej ważne.

Maria Neri urodziła się we Florencji w roku 1778. Nie! Nie musicie w tym momencie włączać Wikipedii. Choć niewątpliwie na to zasługuje – nie doczekała się jeszcze swojego hasła biograficznego. Opowiadam jej historię głównie na podstawie publikacji dwóch jej potomków w piątym pokoleniu, braci Andrzeja i Iwo Załuskich. Trafiliśmy z Lepszą Połową na ślad tej postaci poniekąd przypadkiem – szukając materiałów do historii konika żmudzkiego.
Maria Neri

Rodzina Neri przeniosła się do Wenecji, gdzie jej ojciec prowadził gospodę. Pod dach tejże gospody w roku 1796 trafiło dwóch Polaków – Żmudzinów, emigrantów – wygnańców po powstaniu kościuszkowskim: Tadeusz Wysogierd, wojski wileński i Kajetan Nagurski, chorąży powiatu szawelskiego i ex-członek Rady Najwyższej Rządowej Litewskiej (naczelnego organu administracyjnego na Litwie w czasie powstania).

Wiadomo: klęska, wygnanie, beznadzieja, ale… smalić koperczaki do obdarzonej pięknym głosem i boskim ciałem osiemnastolatki to przecież nie przeszkadza! Obaj goście zakochali się w córce swojego gospodarza – i obaj osiągnęli sukces, tyle że po kolei. Pierwszemu udało się Tadeuszowi, który co prędzej wywiózł kochankę do Florencji. Tam znalazł ich Kajetan – i po ostrym starciu, odebrał dziewczynę przyjacielowi.

Tu kończy się przelotna miłostka w karczmie, a zaczyna – romans. Kajetan Nagurski bowiem, postanowił ze swojej szynkareczki uczynić wielką damę. Maestro Załuski sugeruje, że zrobił tak pod wpływem Jana Jakuba Rousseau „Pigmaliona“.

17 listopada 1796 roku w Carskim Siole zmarła Katarzyna II. Jej syn i następca Paweł I, ogłosił wkrótce potem amnestię dla Polaków. Z amnestii postanowił skorzystać także protektor i kochanek Marii. Zabrał ją ze sobą do Warszawy, podówczas – prowincjonalnego, pogranicznego miasta Prus. Tutaj najął dla niej damę do towarzystwa i nauczycieli, którzy mieli nauczyć ją wszystkiego, co potrzebne jest damie z wyższych sfer: manier i etykiety, panowania nad sobą, francuskiego, poezji, literatury, ogólnej wiedzy o świecie.

Sam zaś – pojechał na Litwę odzyskiwać skonfiskowany przez carat majątek. Co mu się udało – ale zajęło sporo czasu. Nie mogąc – także z powodu jakichś trudności ze strony władz pruskich – wrócić do Warszawy po Marię, wysłał tam w swoim zastępstwie starszego już wiekiem przyjaciela, Apolinarego Morawskiego – ojca słynnego w swoim czasie pamiętnikarza, Stanisława Morawskiego, któremu też zawdzięczamy relację z tego spotkania. Mimo dużej różnicy wieku, Apolinary z punktu uległ czarowi młodej damy – zostali kochankami za plecami niczego nie podejrzewającego Kajetana.

Gdy rzecz się wydała, pan Nagurski zabrał wreszcie Marię z Warszawy na Litwę i tam poślubił. Bardzo się jednak pogorszyło jego zdrowie. Gdy Kajetan zmagał się z żółtaczką przykuty do łóżka, jego młoda żona romansowała z 22-letnim Ludwikiem Pacem, który pomieszkiwał po sąsiedzku. Zdesperowany Kajetan Nagurski przerwał ten romans wyjazdem do Wiednia, gdzie spodziewał się znaleźć lek na swoją chrobę. Nic mu to nie pomogło i w 1802 roku Maria Nagurska stała się młodą, bogatą i niezwykle popularną w arystokratycznym towarzystwie wdową.

W tym samym czasie nowym generał-gubernatorem wileńskim został Levin August von Benningsen. Maestro Iwo Załuski trochę przesadza pisząc, że to generał-major Benningsen zabił Pawła I. Na ogół przyjmuje się, że dokonał tego raczej kapitan Jakow Skariatin. Nieprawdopodobnym jest też twierdzenie, jakoby spisek przeciw Pawłowi I został zainspirowany, czy wręcz zawiązany przez jego najstarszego syna, Aleksandra – skomplikowany, pełen kompleksów i fobii charakter Aleksandra I czyniłby z niego marnego spiskowca. Rola syna w zamachu na Pawła I nie jest do końca jasna. Prawie na pewno wiedział że istnieje spisek i że będzie dążył do detronizacji ojca na jego korzyść. Szczegóły, skoro po ponad 200 latach nie udało się dojść prawdy, pewnie już na zawsze pozostaną tajemnicą. Wydaje się jednak, że spisek był dziełem Płatona Zubowa – ostatniego kochanka Katarzyny II, którego Paweł pogonił w knieje, odsuwając od zaszczytów i dochodów (a te były mu nieustannie potrzebne, bo prowadził bardzo kosztowny tryb życia – do tego stopnia, że zainspirował II i III rozbiór Polski: dla pruskiej łapówki i majątków, które spodziewał się zagarnąć…) – oraz jego kliki, do której generał Benningsen, z pochodzenia Hanowerczyk w służbie rosyjskiej od 1764 roku, jako protegowany Zubowa, również należał. Jeśli ktokolwiek z zewnątrz inspirował ten spisek – to była to raczej brytyjska ambasada w Petersburgu, niż Aleksander I…

W każdym bądź razie klika Zubowa w wyniku udanego zamachu stanu wróciła do łask – a Benningsen dostał generał-gubernatorstwo wileńskie. Oraz piękną wdówkę Marię, młodszą od niego o 23 lata, która szybko została jego kochanką.

Co do wiarygodności melodramatycznej sceny zerwania między Marią a generałem Benningsenem – nie znalazłem żadnych źródeł pozwalających zweryfikować „legendę rodzinną“, którą Maestro podaje. Być może zatem rzeczywiście tak właśnie było: jak Telimena Tadeuszowi w „Panu Tadeuszu“, tak Maria generałowi dała kluczyk do tylnych drzwi swoich wileńskich apartamentów – „zadatek kochania“ – wyznaczając mu jednocześnie konkretne dni i godziny odwiedzin. Generał pragnął jej ciała na wyłączność – i przyszedł nie w porę, poza swoją kolejnością. Zastając Marię w łóżku z Michałem Kleofasem księciem Ogińskim, świeżo rozwiedzionym z Izabellą z Lasockich, matką dwóch jego synów: Tomasza Antoniego i Franciszka Ksawerego. Świeżo też powróconym z popowstaniowej emigracji na ojczyzny łono – i na łono pięknej Marii, którą być może – ale tego nawet ich potomkowie nie są pewni – znał już przed kilku laty w Wenecji.

Według braci Załuskich: Michał Kleofas jest kompozytorem melodii „Mazurka Dąbrowskiego“. I wielu innych utworów, z polonezem „Pożegnanie Ojczyzny“ (który, z kolei, wedle niektórych muzykologów, jest jednak kompozycją jego stryja, Michała Kazimierza – przyznam szczerze, że jako nie-specjalista, nie mam w tej materii zdania, a stryj z bratankiem chyba się, w grobach leżąc o to nie pokłócą..?) na czele.


Wedle „legendy rodzinnej“, kiedy Maria zaszła w ciążę, książę Michał zaproponował jej małżeństwo. I tym sposobem Maria stała się księżną Ogińską i osiadła w Zalesiu, w połowie drogi między Wilnem a Mińskiem. Rzecz jednak jest dość skomplikowana i coś mi się tu nie zgadza z terminami: Amelia (która później poślubiła Karola Załuskiego – i stąd w tej historii pra-pra-prawnukowie Marii i księcia Michała, panowie Załuscy. Galicyjscy hrabiowie zresztą, bo po powstaniu listopadowym ta gałąź rodziny osiadła w Iwoniczu, zakładając tam znane uzdrowisko – dzieło Amelii Załuskiej.) urodziła się albo 10 grudnia 1805 roku (jak podaje poświęcony jej biogram) – albo 10 grudnia 1803 roku (jak podaje Maestro Iwo Załuski). W takim jednak przypadku, niezależnie od tego, czy małżeństwo Michała Kleofasa i Marii datować już na rok 1802, czy dopiero na rok 1804 – Maria żadną miarą nie mogła być brzemienną w chwili jego zawierania: w każdym razie – nie mogły być brzemienna Amelią!
Iwo Załuski

Czy małżeństwo księcia Michała Kleofasa i Marii było szczęśliwe? Wydaje mi się, że „legenda rodzinna“, przytoczona przez Maestro Iwo, wedle której każde dziecko z tego małżeństwa miało innego ojca (a mieli, oprócz Amelii, jeszcze dwie córki: Idę i Emmę, oraz syna, Ireneusza) – jest jednak tylko legendą i niczym więcej. Andrzej Załuski podaje w wątpliwość pochodzenie jedynie Idy Ogińskiej: w zależności od tego, jaki termin powrotu księcia Michała Kleofasa z Petersburga przyjąć – jej poczęcie przy udziale księcia może budzić wątpliwości.

Para żyła w Zalesiu przez około 20 lat (z jedną dłuższą przerwą – na napoleońską inwazję 1812 roku) – muzykując, przyjmując gości, wychowując dzieci (obojętnie, kto był ich ojcem lub matką…) i czyniąc dobrze swoim poddanym. Co było zresztą rodzinną tradycją w klanie Ogińskich – i do czego jeszcze powrócę.

Dopiero w roku 1822 książę Michał Kleofas rozstał się z żoną. Pozostawił jej Zalesie i inne swoje majątki na Litwie i, zaopatrzony w stosowny dochód pieniężny, wypłacany przez małżonkę (która okazała się zdolną i rzutką administratorką rozległych włości), osiadł we Florencji, gdzie żył jeszcze i komponował do śmierci 15 października 1833 roku i gdzie jest pochowany. Maria przeżyła go o niemal 20 lat, opuszczając ten padół łez w roku 1851. Nie wiem, niestety – gdzie! Możliwości są zasadniczo dwie: albo gdzieś we Włoszech (umieranie we Włoszech też było rodzinną tradycją Ogińskich: Amelia, o której była mowa przed chwilą, zmarła 5 września 1858 roku w Ischii)  - albo w żmudzkim majątku Retów (lit. Rietavas), który po śmierci Michała Kleofasa odziedziczył jej syn, książę Ireneusz. Zalesie, jak domniemuję, trafiło w ręce któregoś ze starszych synów, z pierwszego małżeństwa.

OK. Opowiedziałem życiorys Marii niemal na jednym oddechu, powstrzymując się przed dygresjami i komentarzami, gdy nie były bezwzględnie potrzebne – to teraz wybaczycie Państwo – ale muszę rozjaśnić nieco tło zdarzeń.

Po pierwsze – skąd ten Pigmalion? Ano, proszę Państwa – to jest właśnie sprawa zasadnicza, dzięki temu ta historia ma więcej niż jeden wymiar! Albowiem 200 lat temu „szynkareczkę“ od „wielkiej damy“ dzieliła przepaść która nam dzisiaj wydaje się trudna do wyobrażenia. „Wielka dama“ to (zwykle) produkt kilkunastu co najmniej lat bezwzględnej tresury: jest to kobieta nie tylko elegancka w każdym calu, dowcipna na miarę swoich możliwości, zdolna każdego zabawić stosownie do jego upodobań (rozmową, rozmową oczywiście…), nieomylnie i odruchowo stosująca się do skomplikowanej i pełnej pułapek etykiety, płynnie posługująca się w mowie i w piśmie przynajmniej kilkoma językami – w ich literackiej wersji, bez żadnych gwarowych czy „pospolitych“ naleciałości – ale też, a nawet przede wszystkim – odruchowo i bez widocznego na zewnątrz wysiłku – w pełni panująca nad swoim ciałem, mową i emocjami.
Pigmalion i Galatea

Prawdziwą damę poznać po tym jak siedzi. Siedzi idealnie prosto, a zarazem – w sposób niewymuszony, lekki i swobodny. Mimo, że jej mięśnie szkieletowe pracują pełną parą: nie widać po niej najmniejszego wysiłku.

Tak powinien siedzieć dobry jeździec na koniu. Ja tego nie potrafię i nigdy się nie nauczę: już po kilku minutach siedzenia prosto zaczynam się garbić, podpierać, wiercić – a kończę z nogami na biurku, tak nawet pisząc. Już kilka stołeczków (i jedną muszlę klozetową z recyklingu) „załatwiłem“ tym moim niespokojnym siedzeniem przed komputerem.


Gdybyśmy z Lepszą Połową mieli dzieci i gdybyśmy je od maleńkości ćwiczyli w jeździe konnej – może one by się nauczyły siedzieć poprawnie. Jeśli nie na koniu, to chociaż – na krześle?
Tak powinienem: a nie potrafię...

A można i tak! W sumie: ciutek łatwiej - moim zdaniem...

Ta pani poświęciła całe życie tylko temu, aby prawidłowo siedzieć. Żeby być "wielką damą", musiałaby opanować jeszcze kilkanaście innych umiejętności - tak samo perfekcyjnie...

„Wielka dama“ 200 lat temu – to zupełnie inny gatunek hominida niż „szynkareczka“. Odróżnia się je na pierwszy rzut oka. To, że Maria Neri opanowała wszystkie te umiejętności w ciągu zaledwie kilkunastu miesięcy – to dowód geniuszu! I nie ma się tu z czego śmiać! Naprawdę: opanowanie fizyki kwantowej – nie jest i nie może być trudniejsze od opanowania etykiety, nad komplikowaniem której ludzkość myślała przez 3 tysiące lat!

200 lat temu nasi współcześni celebryci: gwiazdy ekranu i politycy – nie musieliby nawet otwierać ust, by z miejsca wysłano ich tam, gdzie przebywać powinni: do stajni, do kuchni, na folwarczne pole. Żadne „spieprzaj dziadu“ nie byłoby do tego potrzebne – bo to po prostu: widać. Może jeden Korwin – Mikke by się ostał na salonach, ale i to – raczej na zasadzie ciekawostki.

Czy ludzkość straciła, czy zyskała na tym, że prawdziwych dam i kawalerów już nie ma – o tym może innym razem. Tutaj, pozostańmy może przy Marii Neri i możliwych interpretacjach jej losu.

Nie sposób nie porównać Marii do innej „Galatei“ tej samej epoki – do słynnej (dzięki lotnemu pióru Jerzego Łojka…) Zofii Potockiej, czyli „pięknej Bitynki“ – greckiej kurtyzany, która dzięki swoim niewątpliwym talentom w ars amandi i wprawiającej ówczesnych mężczyzn w amok urodzie – niemalże ze stambulskiego rynsztoku awansowała na królewskie dwory i zdobyła dla siebie i swoich dzieci ogromny majątek, liczony w setkach tysięcy „dusz“ pańszczyźnianych. Na tym tle kariera Marii nie jest może aż tak olśniewająca – ale też: mniej w niej pierwiastka destrukcyjnego. Chociaż..?
Zofia Potocka

Nauczyła swojego syna, Ireneusza skrzętnej gospodarki – i mamy stąd dwie kolejne generacje Ogińskich po pozytywistycznemu niosących „kaganek oświaty“ w prosty lud. Konkretnie: w prosty lud żmudzki. Książę Ireneusz już w 1835 roku oczynszował swoich chłopów, znosząc pańszczyznę. Potem sponsorował drukowane dla nich w języku „żmudzkim“ pisemka o hodowli pszczół, owiec i koni, o uprawie lnu czy tytoniu. Fundował nagrody na „włościańskich“ wystawach rolniczych, a przepełniony lokalnym patriotyzmem, do swojego powozu zamiast kosztownych karecianych cugów zaprzęgał wyłącznie „żmudzinki“. Jego dzieło kontynuowali w Retowie i Płungianach (lit. Plungė) synowie, książęta Michał i Bogdan – zakładając szkołę rolniczą dla Żmudzinów, szkołę muzyczną i orkiestrę symfoniczną, hutę i fabrykę maszyn rolniczych, a wreszcie – pierwszą na Litwie elektrownię wiatrową i linię telefoniczną z Retowa do Połągi.

Nie twierdzę, że to był celowy i świadomy sabotaż – wręcz przeciwnie: mając sarmackie (podobne do anglosaskiego zresztą…) pojęcie „narodowości“ – widzieli książęta Ogińscy w pisanych „po żmudzku“ drukach i „po żmudzku“ uczącej szkole – instytucje służące „sprawie polskiej“, tj.: odrodzeniu takiej Rzeczypospolitej, jaką umieli sobie wybrazić. A że wyszło jak wyszło i teraz nie ma numeru „Najwyższego Czasu!“, żeby nie pojawiło się w nim doniesienie o jakichś kolejnych zatargach z „litewskimi nacjonalistami“ („nacjonalista“, to przy tym, jak zauważa Lepsza Połowa, epitet stały w dodatku do Litwina – coś jak u Homera „wolooka Hera“…)..? Może lepiej by było, gdyby książęta przehulali majątki w Monte Carlo, a poddanych traktowali knutem, a nie książką..?

W każdym razie, skutek jest taki, że dla historiografii polskiej ród Ogińskich kończy się na księciu Michale Kleofasie – działalność syna i wnuków Marii Neri poznawaliśmy ze źródeł litewskich.

Malkontent lub moralista – a takich nigdy nie brak – może po lekturze tego tekstu orzec, że rozbiory I Rzeczypospolitej zdecydowały się w łóżkach i buduarach, podczas orgietek metodą „każdy z każdym“ – i coś w tym niewątpliwie jest! Z tym, że obyczaje elity ZAWSZE takie właśnie były. Dziś wcale nie są lepsze – tyle, że współcześni celebryci oddają się rozpuście z o wiele mniejszym wdziękiem. Jak na karczmarzy i fornali, którymi przecież są – przystało.

Co mnie zastanawia – to jednak pewna słabość mężczyzn w porównaniu do kobiet. Względnie: siła pierwotnych atawizmów. Szczęsny Potocki załamał się nerwowo, gdy przyłapał swoją „Galateę“ z własnym synem (z poprzedniego małżeństwa). Michał Kleofas jednak – po 20 latach – zostawił Marię w Zalesiu i wyjechał do Florencji bez niej. W ostatecznym rachunku – obaj panowie, niepewni swojego „sukcesu reprodukcyjnego“ – przegrali z własnymi emocjami, tyle przynajmniej, że obeszło się bez rękoczynów i awantur. I niech mi teraz ktoś powie – że to były „czasy patriarchalne“, gdzie kobieta była tylko „służką i odpoczynkiem wojownika“..?

środa, 30 maja 2012

Skarby Najczcigodniejszego Prezydenta - cz. 3

Zatłukłem wczoraj drewnianą łyżką mysz, która próbowała dobrać się do paczki makaronu odłożonej przez Lepszą Połowę obok kuchenki w oczekiwaniu na kolację. Oba koćkodany zgodnie udały, że ich w ogóle nie ma... A dla Państwa, żeby już jakoś powrócić do normalności - dalszy ciąg przeglądu Prezydenckiej Stadniny:
Merdana - bułany ogier, rocznik 1998, po bułanym Goar 17, ur. 1986 (Gowcher 944 - Menaka 15, 2005) z linii Geliszykli, od karej Gajszak, ur. 1988 (Dżygitaj 987 - Garakjakił 2130).

Wymiary: 162 - 164 - 182 - 19,5 cm

Jałta - kary ogier, rocznik 1998, po karym Jantarze, ur. 1991 (Garader 989 - Jaszar 1884) z linii Kir Sakara, od gniadej Pile, ur. 1993 (Akpan 9, 1024 - bułana Perigjul, ur. 1982).

Wymiary (2003): 160 - 158 - 176 - 19,5 cm

W 2002 roku wygrał konkurs urody konia "Ałtyn asyr"

Kopetdag - bułany ogier, rocznik 2004, po bułanym Kosedag, ur. 1991 (Kopeł 957 - Bejni 2113) z linii Gyrsakar, od gniadej Gjulmira, ur. 1997 (Wiezipe - Gjulsary).

Wymiary: 157 - 159 - 178 - 19 cm

Kipczak - kary ogier, rocznik 2000, po gniadym Gapbar, ur. 1991 (Jałkymły 1084 - Gierkiezli 2195) z linii Fakirpelwana, od bułanej Garramaz 2182, ur. 1985 (Muchtar 960 - Garry 1243).

Wymiary (2003): 161 - 159 - 180 - 19,5 cm

Kopetdag - bułany ogier, rocznik 2000, po bułanym Kejmirkor, ur. 1991 (Gandym - Pasył) z linii El, od gniadej Sapały, ur. 1986 (Dorsekeł - Sielbinijaz).

Wymiary: 155 - 156 - 173 - 19 cm

Asmanbek - izabelowaty ogier, rocznik 2001, po kasztanowatym Żanały (Fosfor 931 - Dżanym 1948) z linii Dor Bajrama, od gniadej Jelsaraj, ur. 1996 (Goar 17 - Jenisz).

Wymiary (2003): 150 - 148 - 160 - 18 cm.

Gałkynysz - bułany ogier, rocznik 2005, po bułanym Gałkan, ur. 1989 (Garaman 990 - Jegtir 1964), z linii Posmana, od gniado - bułanej Ałtyn, ur. 1987 (Gierdien 945 - Ałtyngasz 1721).

Wymiary: 158 - 156 - 170 - 19 cm.

Dajancz - buałana kobyła, rocznik 1993, po ciemno - bułanym Wiezipe, ur. 1985 (Watanczi 866 - Gjamik 1939), z linii Aksakała, od gniadej Dordżeren, ur. 1988 (gniady Gierdien 945 - Dorsandżar 1768).

Wymiary (1996): 156 - 155 - 172 - 18,5 cm.

Urodziła po Gapbarze ciemno - bułanego ogierka Guszwan i karą kobyłkę Dołanaj, oboje w treningu.

Dżenniet - gniada kobyła, rocznik 1993, po gniadym Goklien 983, ur. 1997 (Derby 876 - Gjulsary 1471) z linii Kir Sakara, od karej Dżowcher 25, ur. 1986 (Gierdien 945 - Damża 1481).

Wymiary (1996): 156 - 159 - 166 - 19 cm

Troje jej potomków: Dżan, Perman i Dżemał z powodzeniem występują na wyścigach.

Sabyrły - bułana kobyła, rocznik 1993, po gniadym Telekusz 2, 1012, ur. 1978 (Telekusz 818 - Gaczakczy 1243) z linii Melekusza, od bułanej Serwi 1848, ur. 1976 (Sektor 917 - Kepderi 1559).

Wymiary (1997): 158 - 159 - 175 - 19,5 cm.

Czworo jej potomstwa: Gandym, Sarykusz, Kejmirkjor, Keremli z powodzeniem występują na wyścigach.

Gjulbajdak - bułana kobyła rocznik 1998, po bułanym Pijada, ur. 1990 (Pudok 967 - Bostan 2183) z linii Perena, od karej Gatyakar, ur. 1988 (Azdiepeł 990 - Garagyr 1915).

Wymiary (2001): 157 - 159 - 168 - 18,5 cm.

Bagtły - bułana kobyła, rocznik 1999, po gniadym Jełgusz, ur. 1990 (Skak 1008 - Jekebent 2275) z linii Skaka, od srebrzysto - bułanej Szemał, ur. 1989 (Dżigitaj 987 - Szowły 2504).

Wymiary (2002): 156 - 156 - 168 - 18,5 cm.

Kenar - gniada kobyła, rocznik 1999, po gniadym Gapbar, ur. 1991 (Jałkymły 1084 - Gierkiezli 2195), z linii Fakirpelwana, od gniadej Atgułak, ur. 1987 (Gierdien 945 - Ałkiejik 1459).

Wymiary (2002): 158 - 158 - 170 - 19 cm.

Kobyła ściga się na aszchabadzkim torze i osiąga dobre wyniki. W 2001 roku była czempionką pokazu dwulatków.

Właśnie skończyliśmy z Lepszą Połową pisać historię konika żmudzkiego, którą "Koński Targ" ma zamiar od nas kupić. Przy tej okazji odkryliśmy uroczą, erotyczną historię z życia wyższych sfer, którą postaram się Państwu opisać - zajmie mi to jednak jeszcze chwilkę, bo muszę posprawdzać fakty: nie chcę szargać opinii szanowanej damy...

poniedziałek, 28 maja 2012

Kto jest moim bliźnim?

Dyskusja dotycząca kradzieży która nas spotkała, nieuchronnie, jak to zawsze się dzieje w dobrym towarzystwie, zmierza w stronę imponderabiliów. Nie wiem, jak się zachowam, jeśli uda mi się wykryć sprawcę. To się może okazać tylko w praktyce – bo zwyczajnie: brak mi doświadczenia, abym był w stanie cokolwiek sensownego w tej materii (tj. tego, na ile zachowam trzeźwość umysłu i sprawność psychosomatyczną…) przewidywać, oświadczać lub choćby tylko – zgadywać. Nie ma zatem po co drążyć tego akurat wątku.

Moje stanowisko w tej sprawie mogę podsumować następująco: jestem socjopatą. Dlaczego uważam się za socjopatę? Ano dlatego – że nie oczekuję po społeczeństwie (przynajmniej – rozumianym jako pewna „całość instytucjonalna“, tj. obejmująca również gosudarstwo i jego organy) niczego dobrego. W szczególności – nie oczekuję, iż „zorganizowane społeczeństwo“, czyli gosudarstwo – będzie bronić mojego mienia i osoby. „Zorganizowane społeczeństwo“, czyli gosudarstwo – moim zdaniem – zajmuje się samo sobą i prędzej się po nim spodziewam jakichś na moje mienie lub osobę zamachów, niż jakiejkolwiek bądź pomocy.

Co więcej – jestem w odniesieniu do „zorganizowanego społeczeństwa“, czyli gosudarstwa – pesymistą o tyle, że nie spodziewam się, aby taka forma „zorganizowania społeczeństwa“, która by miała na celu w pierwszym rzędzie ochronę mojego mienia i osoby, a dopiero potem – własne interesy owej „organizacji“ – była w ogóle możliwa. To, że gosudarstwa w ogóle jakikolwiek porządek utrzymują – to efekt uboczny, czysto przypadkowy i wynikający li i jedynie z faktu, że gdyby panowała anarchia całkowita i kompletna, to również interes gosudarstwa by na tym ucierpiał. Oczywiście – proporcje między „core biznesem“ gosudarstwa (czyli samym gosudarstwem…), a „efektami towarzyszącymi“, które jego istnienie wywołuje – bywały w dziejach różne. Było i tak, że istotnie – można było w dużym stopniu polegać na tym bezpieczeństwie, które gosudarstwo zapewnia, więcej się już tą sprawą nie troskając.



Z tym – że nie przypominam sobie, aby KIEDYKOLWIEK tak właśnie było w Polsce! I absolutnie nie oczekuję, aby było to możliwe w Polsce teraz, czy w dającej się przewidywać przyszłości… (1)

Natomiast – pokładam wiele wiary w sąsiadach i przyjaciołach. Jeśli w ogóle możliwe jest wykrycie sprawcy kradzieży, która nas dotknęła – to bardzo mało prawdopodobne, aby dokonała tego policja. Już prędzej sam złodziej pochwali się znad butelki jakiego trunku – i ktoś zaprzyjaźniony to wyznanie usłyszy…

Ufam też we własne siły. Wprawdzie nie biłem się z nikim jakieś 30 lat, nie uprawiam żadnych sportów walki i nie stać mnie na replikę broni czarnoprochowej – ale za to artystycznie rąbię siekierą i jestem ogólnie w raczej dobrej kondycji. Dźwiganie dwumetrowych palików bardzo mi dzisiaj do tej kondycji pomogło!


Lepsza Połowa twierdzi co prawda, że paliki wkopałem krzywo i nierównej wysokości i koniecznie trzeba je jakoś wyrównać – im bowiem bardziej krzywy i nieporządny płot, tym bardziej zachęca do tego, aby go połamać. Coś w tym jest! Jutro najpierw zatem wykonam koronczarską pracę podwieszania osikowych poprzeczek – a potem przejdę się jeszcze z piłą i wyrównam.

Za to całkiem dobrze wygląda neolityczny (bo pleciony jak pierwsze korrale 7 tysięcy lat temu na stepie stawiane…) płotek wokół naszego ogródka:



Pytanie o imponderabilia w tym przypadku zaś – oczywiście – tyczy się tego, jakie są ramy wewnątrzgatunkowej solidarności? Kto jest moim bliźnim?

Najprościej byłoby powtórzyć jak grzeczne dziecko za panią katechetką czy księdzem proboszczem: każdy. Ale nie ma tak lekko!

Nie mam złudzeń – ja NIE jestem bliźnim dla złodzieja, który mnie okradł. Jak już wiele razy pisałem – okraść obcego to nie grzech. A okraść dziwnego i bogatego obcego – to wręcz: zasługa w Niebie!

Piszę o tym z taką pewnością siebie, boż sam pochodzę prawie że ze wsi i mnie też dokładnie TAKIEJ etyki uczono. Tyle, że ja się przeciw niej zbuntowałem. Na pewno nie do końca – bo, jak tu już wiele razy się zarzekałem, do moralnej krystaliczności mi daleko i w wielu aspektach jestem co najwyżej dobrym przykładem złego przykładu. Ale przynajmniej mam świadomość, skąd mi nogi wyrastają…

Jaka to jest etyka? Pogańska oczywiście. Wiele razy już o tym pisałem, nie ma zatem sensu, abym się tu jakoś obszerniej powtarzał. Od razu też zastrzegam, że szczerych pogan równie łatwo znaleźć na Marszałkowskiej – wcale nie jest to tylko wiejska przypadłość. Tu jednak, staje się ona dokuczliwszą, bo nie ma anonimowości – a i w większym stopniu jest się zależnym od dobrej lub złej woli sąsiadów!

Nie sądzę też, aby to fiasko chrystianizacji było tylko do Polski ograniczone – to by było zgoła nieprawdopodobne. Raczej mam silne podejrzenie, że w mniejszym lub większym stopniu – wszędzie tak właśnie jest. W Azji jest to właśnie moralna norma – i stąd ogromnie rozbudowane w tamtych kulturach rytuały „przysposobienia“ obcego do nowego towarzystwa (potrzebny jest zwykle jakiś „wprowadzający“ – prawie jak w masonerii! – a potem: cały szereg gwarancji, że „nowy“ będzie się zachowywał poprawnie i nie przysporzy grupie kłopotów…). U nas też, tylko się tego oficjalnie nie przyznaje.

Wiem już zatem, że dla naszego (anonimowego – na razie…) złodzieja nie jestem bliźnim, nie jestem w ogóle człowiekiem – nie szanuje ani mojej pracy, ani mojej własności, ani mnie jako takiego. I ma po temu dobre racje. Jestem obcy. Dla sporej części okolicznych mieszkańców, sądząc po mitach na nasz temat, które z pasją kolekcjonujemy – to, co się dzieje na naszej farmie jest absolutnie zagadkowe – i domaga się jakiejś racjonalizacji. Jedną z możliwych racjonalizacji jest np. przyjęcie, że tu „jest niemiecki właściciel“ (któremu ja tylko stróżuję…). Niemca i tak nie zrozumiesz (bo „nie-my“!), a wiadomo powszechnie, że naród to osobliwie chytry i w szczególnie bliskich stosunkach z Belzebubem. Jeśli więc nawet robi taki jeden z drugim coś niezrozumiałego – to przecież na pewno nie tylko na tym zarabia – ale i knuje jakąś zdradę na szkodę miejscowych.

Oczywiście, gdy tylko jest po temu okazja – obszernie i ze wszystkimi szczegółami tłumaczę skąd jestem, kto jestem i co robię. Czasem mi wierzą – czasem nie. Przy okazji naszego małego śledztwa dowiedzieliśmy się, że mieszkamy na „Sielankowych działkach“ (czyli należących do „Farmy Sielanki“). A że tam jest „właściciel – aferzysta“, to… na jedno wychodzi!

Po ludzku rzecz biorąc – nic się na to nie da poradzić. Dopiero nasze dzieci, gdybyśmy takie mieli i gdybyśmy posłali je do miejscowej szkoły – byłyby „swoje“ bez zastrzeżeń i tłumaczeń.

Po ludzku rzecz biorąc – nie da się też zmienić sposobu myślenia naszego (anonimowego – na razie…) złodzieja. I nawet nie bardzo widać – po co takiej zmiany próbować? (2)

Najprościej byłoby, gdyby nasz (anonimowy – na razie…) złodziej po prostu w pewnym momencie uznał mnie za „bliźniego“, czyli za „swego“. To nie jest wcale takie niemożliwe!

I szybciej by do tego dojść mogło, gdybyśmy dali sobie po razie – a potem poszli na wódkę – niż gdybym (zwłaszcza: nie mając oczywistych dowodów w ręku…) nasłał na niego policję. Wysługiwanie się policją to najkrótsza droga do tego, żeby zostać „obcym“ i „nie-mym“ już na zawsze i bez możliwości apelacji.

I dlatego – tym bardziej nie rozumiem, jaki Dyabeł mnie podkusił zadzwonić pod te „112“..? Zaćmienie umysłowe? Szok?

Zauważmy przy tym, że taka strategia wcale nie wymaga aby złodziej się zmienił, nawrócił, przeszedł przełom. Nic z tych rzeczy! Wręcz zgoła przeciwnie: najłatwiej by mi było, gdybym sam… został złodziejem i przystał do bandy.

Czego bynajmniej nie wykluczam. Ostatecznie – z czegoś trzeba żyć, nieprawdaż..?

Obawiam się tylko, że brak mi potrzebnych kwalifikacji…

No i bieżnik opony mam jeszcze bardziej charakterystyczny i rzucający się w oczy niż ten, którego ślady zostały u nas po piątkowo – sobotniej nocy…

Ogólnie rzecz biorąc – w środowisku posługującym się „etyką naturalną“, czyli „pogańską“ – niewskazanym jest samoograniczanie się i tłumienie atawistycznych odruchów takich jak na przykład pragnienie fizycznej zemsty. Co jak co – ale zemsta jak najbardziej „do tej parafii“ przynależy, jest na miejscu, jest zrozumiała, naturalna, oczywista. Nadstawianie drugiego policzka – a, to by podejrzanie wyglądało..!

No nic. Jeszcze wszystko przed nami. Lepsza Połowa wymyśliła, żeby pożyczyć od kogoś rowery i rowerami objechać okolicę. W ten sposób (nie marnując paliwa, którego nie mam na zbyciu…) można by się wszystkim nowo wybudowanym płotom przyjrzeć dokładnie.

Koćkodany w ogóle się całą aferą nie przejmują:


-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
(1) Z czego wynika, że nie ma większego sensu walczyć o „jakość gosudarstwa“. Nawet, jeśli coś się uda osiągnąć – efekt i tak nie ma prawa być trwały. A w konkretnej sytuacji tu i teraz – najrozsądniej jest siedzieć cicho i zajmować się swoimi sprawami, „korzystając z okazji, aby milczeć“, jak raczył kiedyś w przypływie szczerości rzec pewien wymowny Francuz…
(2) Aczkolwiek TO WŁAŚNIE – próba „nawrócenia“ złodzieja – byłoby moim moralnym obowiązkiem, gdybym przyznał, że złodziej jest moim bliźnim…

sobota, 26 maja 2012

Śledztwo

Co wiemy? Wiemy, że nieznani (na razie) sprawcy przejechali naszą piaszczystą drogą. Być może znawca byłby w stanie łatwo określić w którą stronę, ale ja tego nie potrafię. W każdym razie - przejechali nią od jednego (świeżo położonego) do drugiego (starego i dziurawego) asfaltu, na całej długości zostawiając nader charakterystyczny, niemożliwy do pomylenia ślad bieżnika. 

Przy (nowo położonym) asfalcie od strony południowej ślad ten jednoznacznie wskazuje, że nieznani (na razie) sprawcy albo jechali od strony Dąbrówek lub Augustowa, albo w tym kierunku podążali. Przy (starym i dziurawym) asfalcie w Boskiej Woli kierunek który obrali nie jest już tak łatwy do identyfikacji - ale wydaje mi się że raczej skręcili w lewo, a więc w kierunku Bożego (co pozwalałoby zamknąć kółko, bo z Bożego da się przejechać na Augustów...) - i że byli obciążeni, bo ślad, nim skręcił w lewo, dobił prawie do prawej skrajni gruntowej drogi (i tamże odcisnął się, unikając późniejszego zakrycia świeższymi tropami). Nieco bardziej prawdopodobne jest zatem, że przyjechali z Dąbrówek i pojechali do Boskiej Woli - niż odwrotnie...

Czym byli obciążeni nieznani (na razie) sprawcy? Ano - oczywiście - naszymi słupkami ogrodzeniowymi:


Jak ustalił skrupulatnie licząc pozostałe dziury w ziemi policjant, zginęło nam 21 słupków z grubościennej stali o średnicy 2,5 cala, wysokości 210 cm każdy. Oprócz tego dwa słupki drewniane zostały połamane, a trzy - wyciągnięte z ziemi i porzucone. Osikowe poprzeczki zostały porozrzucane po pastwisku, a sizale - pocięte.

Ponadto, tej samej nocy ktoś połamał (ale nie stało się to na skutek kolizji samochodowej, bo brak tego rodzaju śladów - ktoś więc zrobił to celowo...) naszemu najbliższemu sąsiadowi barierki, którymi oznaczył poprzednio skrajnię skręcającej w tym miejscu drogi, żeby mu nie rozjeżdżano działki:
Niewykluczone, że złożone na samochodzie słupki wystawały z bagażnika i nieznani (na razie) sprawcy, pragnęli zgodnie z przepisami kodeksu drogowego oznaczyć ich kraniec czerwoną szmatą. Takową bowiem znaleźliśmy naprzeciw naszego podjazdu - wczoraj wieczorem jeszcze jej tam z całą pewnością nie było:
W miejscu, gdzie nasze słupki ładowane były na samochód nieznanych (na razie) sprawców - najwyraźniej ustawiali się w poprzek drogi, żeby sobie ułatwić załadunek. Zostawili w ten sposób wyraźny i bardzo charakterystyczny podpis:

Ten sam ślad ciągnie się na całej długości naszej piaszczystej drogi, np. w pobliżu miejsca, gdzie sąsiadowi połamano barierki:
oraz tuż przed wjazdem na asfalt w Boskiej Woli:



Mechanik samochodowy, który zrządzeniem losu mieszka akurat o wylotu naszej piaszczystej drogi na asfalt w Boskiej Woli twierdzi, że o wpół do dwunastej w nocy obudziło go głośne rzężenie benzynowego silnika wyjeżdżającego z naszej strony - był to, jego zdaniem, silnik BMW.

Wnioski? Wnioski jakie wysnułem, są następujące:

1. Jest to najoczywiściej ten sam sprawca, który już raz dokonał takiej samej kradzieży takich samych słupków w styczniu.

2. Absolutnie niemożliwym jest, aby sprawca mieszkał daleko. Nikomu by się nie chciało jechać nie wiadomo jak wielki kawał drogi - w nocy - żeby przywozić jakieś tam słupki ogrodzeniowe.

3. Osobiście uważam, że sprawca/sprawcy potrzebuje tych słupków po to, aby zbudować ogrodzenie. Gdyby chciał je sprzedać na złom - dlaczego nie ruszył 50 takich samych słupków, które mamy po drugiej stronie Wielkiego Padoku, w miejscu gdzie nie tylko od nas, ale i od wsi - absolutnie nic nie widać..? Sprawca zabrał te słupki, które zabrać mu było najwygodniej - bo najwyraźniej regularnie tędy przejeżdża, czy to w drodze do pracy, czy z jakichś innych względów - i tyle, ile mu było akurat potrzebne. Nie rozebrał nawet całej frontowej ściany Wielkiego Padoku - tylko połowę...

4. Uważam też, że sprawca buduje to ogrodzenie właśnie dzisiaj. Po co miałby kraść słupki, gdyby planował budowę dopiero w poniedziałek, czy jeszcze później..?

M. wskazał nam potencjalnego sprawcę - z kryminalną przeszłością, dostatecznie niskim ilorazem inteligencji i rodzinnymi powiązaniami po obu stronach drogi, którą przejechało hipotetyczne BMW (tj. i w Dąbrówkach - i w Boskiej Woli). Na razie jednak - choć mniej lub bardziej dyskretnie przeszukałem podejrzane obejścia - niczego nie znalazłem. Nikt też ani w jednym, ani w drugim miejscu, nie buduje w tej chwili ogrodzenia.

Wszystko jest zatem możliwe. Biorąc pod uwagę wysoce charakterystyczny bieżnik i oczywiste już w tej chwili - upodobanie owego sprawcy/sprawców do cudzej, czyli mojej własności - jest niemal pewnym że wcześniej czy później się spotkamy. A wtedy - boskowolańska gleba wzbogaci się o sporą dawkę cennych substancji odżywczych...

Pod względem prawnym bowiem - sprawcy/sprawcom - prawie nic nie grozi. Z uwagi na nikłą wartość materialną moich słupków (wycenioną przez panów policjantów na łącznie 100 złotych...) - jest to drobne wykroczenie, zagrożone co najwyżej mandatem karnym, jeśli nie upomnieniem. Sprawa z całą pewnością zostanie po niedzieli umorzona. Panowie policjanci zgodzili się co prawda ze mną, że to zaledwie początek dłuższej serii występków - skoro sprawca/sprawcy "zabezpieczył" już słupki, to przecież teraz potrzebuje siatki..! Niewiele jednak mogą zrobić, a prawdę pisząc - to jasnym jest, że nie zrobią nic. Sprawę zatem tak, czy inaczej - trzeba wziąć w swoje ręce.








piątek, 25 maja 2012

Jak niezawodnie wygrać Euro 2012 - patent Lepszej Połowy

1. Bierzemy naszego czarno - białego koćkodana:
tu akurat: śpi snem sprawiedliwego na swojej ulubionej podusi - wczoraj wieczorem, co oczywiście zapisuję kredą na kominie - znowu przyniosła z Lasku myszkę i nawet ją chyba częściowo zjadła - bardzo to staruszkę zmęczyło... aż boję się liczyć: która to z kolei młodość? Aby nie siódma..?

2. Zwijamy czarno - białego koćkodana w zgrabną kulkę przypominającą piłkę (nie pokażę, bo jak tylko Lepsza Połowa wpadła na ten pomysł, koćkodan ukrył się w jakiejś mysiej dziurze...).

3. Podkładamy zwiniętego w ten sposób koćkodana zamiast piłki.

4. W bramce przeciwnika rozsypujemy kocią karmę z Pierdonki - najlepiej z wołowiną, bo strasznie jebie, tfu - intesywnie wonieje (ważne! Nie pomylić bramek! Nie rozsypywać za dużo, żeby karma się skończyła do przerwy!!!).

Efekt: ktokolwiek kopnie piłkę - piłka i tak niezawodnie zmierza w stronę właściwej bramki...


A serio: dawno mnie tak coś NIE obchodziło - jak występ naszej reprezentacji w piłce kopanej - i cała zbliżająca się impreza. Która, jak rozumiem - ma być w zamierzeniu kulminacją rządów Pierwszego Piłkarzyka III RP..? Kij mu w oko...

Na padoku sjesta, fiesta i maniana:



a ja idę podlewać nasze plantacje. Susza jak Dyabli!

wtorek, 22 maja 2012

Fantomowe ciało króla

Książki nie czytałem – ale swoje zdanie mam! ☺ ☺ ☺ Oczywiście: to żart. A książkę chętnie przeczytam – o ile będzie po temu okazja, oczywiście. Natomiast „Wprowadzenie“ czytałem – i do „Wprowadzenia“ jak najbardziej odnieść się mogę – nieprawdaż..?

Tym co bije po oczach w pierwszym rzędzie, jest typowy dla humanisty snującego rozważania o przeszłości nieco bardziej odległej niż ostatnie półwiecze – brak najmniejszej nawet wzmianki o zagadnieniu, który ja osobiście uważam za decydujące w dziejach gospodarczych Europy: o zagadnieniu gnoju! Guana. Nawozu. Obornika. Jak chcecie – tak nazywajcie: jest to jednak problem najbardziej fundamentalny.

Pan Piotr nazwał mnie kiedyś „deterministą geograficznym“. To nie do końca tak! Jeśli jakikolwiek czynnik natury fizycznej uważam za determinujący w najwyższym stopniu historię społeczeństw rolniczych – to jest nim: ich zdolność do utrzymania żyzności ziemi. Kiedy zdolność ta zawodzi – społeczeństwo rolnicze upada. Niezdolność utrzymania żyzności ziemi w krajach klimatu gorącego grozi najczęściej na skutek braku nawodnienia lub zasolenia gleby wywołanego nawodnieniem przeprowadzonym nieumiejętnie. Jako też – cywilizacji które upadły, miast które opustoszały, królestw po których zostały tylko kupy gruzów na skutek jednego z tych dwóch nieszczęść – legion!

W krajach o klimacie nieco chłodniejszym, nie nawodnienie samo staje się problemem centralnym – a możliwość dostarczenie glebie adekwatnej do potrzeb ilości materii organicznej i pierwiastków potrzebnych do wzrostu roślin.

Marginesowo warto zauważyć, że nawodnienie ziemi zbyt suchej – jest przedsięwzięciem o wiele łatwiejszym (mimo, że wymaga działań na wielką skalę, doskonale widocznych, rzucających się w oczy – i stąd skłonni jesteśmy przeceniać skalę wysiłku takich na przykład Nabatejczyków, uprawiających dzięki złożonemu systemowi nawadniającemu oliwki w szczerej pustyni – w stosunku do wysiłku na ten przykład szkockich górali, utrzymujących żyzność swoich połonin dzięki systematycznemu wypasowi owiec i bydła: w rzeczywistości – to Szkoci musieli napracować się więcej!). Stąd też – wykorzystujące różne techniki nawodnienia i dystrybucji wody – wielkie cywilizacje rolnicze najpierw rozwinęły się na gorącym Południu: trwając w stanie chwiejnej równowagi między naporem demografii, a stałym, ograniczonym zasobem wody, determinującym maksymalny poziom możliwej produkcji żywności.

Tymczasem chłodniejsza Północ, jakkolwiek przyswoiła sobie uprawę roli jako taką – problemu jak przywrócić żyzność wyeksploatowanej glebie nie umiała rozwiązać przez bardzo długi czas. Pozostawiano zatem to zadanie siłom samej natury, uprawiając tzw. „gospodarkę wypaleniskową“: pola przenosiły się z miejsca na miejsce, a porzucone – wyjałowione – porastał młody las, który po odpowiednim czasie – znów szedł pod ogień i siekierę. Narzucało to niską gęstość zaludnienia i polityczną decentralizację: brak było warunków do gromadzenia znacznych nadwyżek żywności, potrzebnych dla funkcjonowania większych ośrodków miejskich, czy też – licznej grupy ludzi nie zaangażowanych bezpośrednio w produkcję żywności (elity władzy). Oczywiście, to rówież była równowaga chwiejna – a periodyczne katastrofy powodowały zarówno wahania klimatu (zmieniające czas potrzebny na to, aby młody las odnowił żyzność ziemi, na której rośnie), jak i – presja demografii.

Ludy Północy, do których i my się zaliczamy – stosunkowo wcześnie zaczęły też eksperymentować nad połączeniem uprawy roli i hodowli zwierząt: celowali w tym m.in. Galowie, osiągając znaczną już dzięki temu gęstość zaludnienia i zamożność. Dzięki rzymskiemu podbojowi Galii i Brytanii, możliwy był import na ich tereny technik rolniczych wypracowanych w Egipcie czy w Afryce Północnej. Dopiero jednak połączenie udoskonalonej techniki orki (pług zaprzężony w woły zamiast radła) z hodowlą – pozwoliło wypracować już po upadku Imperium Rzymskiego, gdzieś między VIII a X wiekiem n.e. (tzn.: tak wynika z zachowanych świadectw…) technologię uprawy roli znaną jako „trójpolówka“.


I tu się zaczyna całe nasze nieszczęście, nasza seria „braków“ – o których pisze p. Jan Sowa!

Albowiem trójpolówka niejednakowe daje plony, niejednakową przede wszystkim – pewność, że uda się te plony uzyskiwać w dłuższym okresie – na Zachodzie i na Wschodzie Europy. Linia owego podziału przesuwała się przy tym w ciągu ostatniego tysiąclecia w rytm zmian klimatycznych -  w czasach średniowiecznego „optimum klimatycznego“, urodzaje nad Odrą dorównywały tym nad Renem czy Loarą – w czasach zaś XVII-wiecznej „małej epoki lodowcowej“: i nad Renem częściej gościł głód. Na ogół jednak – granica tego podziału biegnie na Łabie.

Nie pokrywa się zatem z granicą Imperium Rzymskiego (choć jest do niej podobna). Pokrywa się za to (mniej – więcej) – ze styczniową izotermą 0ºC wyznaczającą przestrzeń, do której sięgają (od zachodu i południa) ogrzewane i nawadniane przez Atlantyk całoroczne pastwiska. Tam, gdzie był możliwy całoroczny wypas zwierząt – można było tych zwierząt utrzymać o wiele więcej – można było wyprodukować dość obornika, aby zyskać uzasadnioną pewność utrzymania wysokiego poziomu plonów. Na wschód i północ od tej linii – uprawa roli była przedsięwzięciem o wiele bardziej hazardowym: bydła, owiec, nierogacizny – utrzymywano tylko tyle, ile dało się wykarmić przez zimę słomą lub sianem (brak było innej paszy, którą dałoby się magazynować, ziarno jedli ludzie – i dla nich nie zawsze starczało do nowych zbiorów…).

Tam, gdzie możliwy był całoroczny wypas zwierząt – mamy indywidualnych farmerów, którzy stosunkowo wcześnie zdobywają sobie wolność osobistą i z czasem, skutecznie – pozbywają się przeżytków feudalizmu. Tam, gdzie całoroczny wypas zwierząt nie był możliwy – mamy, co do zasady (tj. – nie bez licznych wyjątków oczywiście…) gospodarkę folwarczno – pańszczyźnianą. Przy czym – nie jest przypadkiem, że do jej krystalizacji poczęło dochodzić właśnie w momencie, gdy klimat zaczął się ochładzać!

Oczywiście: ochładzanie się klimatu było tylko jednym z czynników przyspieszających narodziny folwarku. Drugim był – rozwój miast i dobrobyt Zachodu, a trzecim – inflacja srebra wywołana napływem kruszców z Ameryki (jak wiadomo, inflacja rozprzestrzenia się z pewnym opóźnieniem – Zachodowi, który wszedł w posiadanie nadwyżek srebra wcześniej niż obszary odleglejsze od Atlantyku – inflacja pozwolała przez dłuższy czas „żyć ponad stan“, kupując surowce tam, gdzie tego srebra wciąż było mniej…).

Zachód, jak już wiemy – uzyskiwał o wiele wyższe plony, produkował większe nadwyżki żywności, był w stanie utrzymać większe miasta i liczniejszą, nieproduktywną elitę władzy. Nie jestem zatem przypadkiem, że to tam narodził się kapitalizm, a produkcja rzemieślnicza po kilku wiekach od upowszechnienia się trójpolówki, osiągnęła tak wielką doskonałość, że mimo tej wyższej wydajności – opłacało się (zgodnie z teorią przewagi komparatywnej Dawida Ricardo!) – oderwać od uprawy roli jeszcze trochę siły roboczej – i skierować ją do warsztatów. Owo jeszcze trochę, jakkolwiek wąski to był margines – zdecydowało o tym, że w ostatecznym rachunku: to Zachód, jakkolwiek po dziś dzień wydajniejszy w uprawie roli od Wschodu (choć różnice nie są już tak istotne, o czym poniżej…) – wyspecjalizował się w przemyśle i handlu, a Wschód – w uprawie roli i wydobyciu surowców. Owo jeszcze trochę naturalnie nie byłoby możliwe, gdyby nie było Wschodu – bo choć (tu niewątpliwie rację ma pan Sowa) import polskiego zboża pokrywał ledwo promil czy dwa globalnej konsumpcji Zachodu – to właśnie ów promil czy dwa – okazały się: decydujące!

Powtórzę to jeszcze raz, żeby sprawa była całkowicie jasna: cała przewaga Zachodu nad Wschodem Europy zaczęła się od tego, że Zachód, mając cieplejszy i wilgotniejszy klimat, był w stanie utrzymać więcej zwierząt, produkujących więcej obornika, dzięki któremu pola z większą pewnością dawały wyższe plony.

NIE ISTNIAŁA żadna „obiektywna“ przewaga Zachodu nad Wschodem nim – dzięki połączonym wysiłkom zmyślnych Galów, rozległości rzymskiego imperium, ułatwiającej przenoszenie „egzotycznych“ technologii i roślin oraz zdrowemu rozsądkowi Franków, którzy tego nie rozpirzyli dokumentnie – nie zrodziła się trójpolówka.

PRZESTAŁA ISTNIEĆ owa „obiektywna“ przewaga Zachodu nad Wschodem, gdy – dzięki stopniowej intrudukcji nowych roślin z obu Ameryk i zmyślnej przedsiębiorczości holenderskich i angielskich farmerów – opracowana została nowa technologia uprawy roli – płodozmian, zwany też „czteropolówką“. Płodozmian ZNOSI wcześniejszą, obiektywną przewagę wydajności rolnictwa zachodnioeuropejskiego nad wschodnioeuropejskim o tyle, że po pierwsze – pozwala na utrzymanie znacznie większej liczby zwierząt dzięki wykorzystaniu pastewnych roślin okopowych, wcześniej u nas nie uprawianych, a po drugie – oddaje do dyspozycji rolników znacznie więcej różnorodnych roślin posiadających, dzięki symbiotycznym bakteriom, zdolność wiązania azotu atmosferycznego, a zatem – możliwych do wykorzystania jako „nawóz zielony“.

Tak więc okres, w którym Zachód miał obiektywną przewagę nad Wschodem jak chodzi o produkcję żywności – był tylko momentem. I ten moment już przeminął.

Oczywiście, nie należy ignorować faktu, że obie te rewolucje rolnicze, tj. zarówno opracowanie trójpolówki, jak i wynalezienie płodozmianu – zaczęły się na Zachodzie, na Wschód zaś – zostały przyniesione jako naśladownictwo. W obu też przypadkach, ów „import kulturowy“ wspierany był przez władzę (trójpolówka rozprzestrzeniała się dzięki lokacjom wsi „na prawie niemieckim“ – zaś płodozmian został przeszczepiony do Europy Środkowej nieledwie siłą – tak intensywne i różnorodne były wysiłki państw, by tę technologię upowszechnić…), której interesom ewidentnie służył – w obu bowiem przypadkach: wprowadzenie innowacji oznaczało NAJPIERW więcej podatków i rekruta – a dopiero POTEM (w gruncie rzeczy: jako skutek uboczny…) zdrowsze i bogatsze życie liczniejszej populacji.

Z pewnością „ustawia to“ Wschód w pozycji pewnej psychologicznej zależności od Zachodu i predystynuje go do przyjmowania za dobrą monetę nie tylko takich czy innych technologii – ale wszystkiego zgoła, co tylko Zachód wymyśli. Nie lubię jednak takich rozważań. Dopóki rozmawiamy o gnoju, orce czy jakości sprzężaju – wiemy o czym mówimy, a jeśli nawet nie wiemy – to łatwo możemy ujednoznacznić pojęcia, w ostateczności sięgając po księdza Chmielowskiego definicję ostensywną: koń, jaki jest – każdy widzi!

Natomiast w momencie, gdy zaczynamy dywagować o „wyobrażeniowym“ i „realnym“, o „habitusie“ czy „innym“ – z miejsca otacza nas tuman tak gęsty, że nie tylko drugiego zrozumieć, ale i samemu ubrać w słowa swoje przekonania – trudno, a czasem wręcz niepodobna.

Wszystko co mam do powiedzenia w tym punkcie zatem, to proste stwierdzenie: obiektywna przewaga Zachodu w produkcji żywności – to już tylko i wyłącznie FAKT HISTORYCZNY. Fakt, który przeminął i już go nie ma. Było tak przez tysiąc lat – ale być przestało.

Trwają rzecz jasna w dalszym ciągu SKUTKI tego faktu. O tym jednak, czy ich trwanie jest naprawdę trwałe – porozmawiamy może za lat 20 lub 30. Nie podzielam przekonania pana Sowy, że przewaga „bogatej Północy“ jest niekwestionowana. Nie sądzę też, że trzeba będzie czekać kolejnego tysiąca lat, na odwrócenie skutków poprzedniego tysiąclecia! Nie widzę też powodu, aby zachłystywać się inżynierą genetyczną czy inną „wysoką technologią“. Inżynieria genetyczna to zabawa nader niebezpieczna – i wcale mi nie chodzi o żadne GMO, czy inne strachy na Lachy – a o prawdziwą grozę budzący, choć zapewne nieuchronny pomysł, by zacząć majstrować przy człowieku. Biorąc pod uwagę zagrożenia wynikające z „bomby megabitowej“, czyli takiego przyrostu ilości informacji naukowej, który czyni nieposilnymi próby skorzystania z niej – wcale nie jest pewne, czy ludzie będą tę zabawę w dłuższej perspektywie kontynuować („bomba megabitowa“ powoduje konieczność specjalizacji: cywilizacja nie jest już w stanie rozwijać swojej wiedzy wszechstronnie – i coś trzeba wybrać…). Natomiast lodówki, pralki, żelazka, odkurzacze i meble – będą potrzebne póki ludzkość istnieje. Póki ludzkość istnieje, będzie też musiała jeść. Czy Zachód wygra wyścig z czasem i zdoła swoje wysoce energochłonne, dotacjami rozleniwione rolnictwo przestawić z ropy na jakieś inne paliwo – zobaczymy…

Skutki owego tysiąclecia obiektywnej przewagi Zachodu mogą trwać dalej tylko i wyłącznie pod warunkiem, że zostanie zachowana zasadnicza ciągłość dalszego rozwoju. W obecnych warunkach „reset systemu“ (taki jak np. totalne bankructwo rozłożonego socjalizmem Jewrosojuza – jak wojna czy jakaś nowa „wędrówka ludów“, itp.) może tylko i wyłącznie niwelować różnice zamożności między Wschodem a Zachodem – żadnej bowiem FUNDAMENTALNEJ przewagi Zachodu (takiej, która by była niezależna od ludzkiej woli i wysiłku…) – już nie ma. Czego skądinąd – bynajmniej sobie nie życzę, bo jednak – powiedzmy to sobie szczerze – byłoby to niwelowanie w dół, a wcale nie – w górę.

Tak samo jak nie podzielam moralnych uprzedzeń pana Sowy wobec szlachty i jej folwarku (co prawda – za istnienie owych uprzedzeń ręczy jedynie recenzent, bo tego we „Wprowadzeniu“ nie ma…) – tak też i nie podzielam jego uprzedzeń wobec kapitalizmu. Owszem: tak samo jak niewolnictwo w Nowym Świecie, tak też i nasza gospodarka folwarczno – pańszczyźniana były pewnym „skutkiem ubocznym“, pewnym „rozwiązaniem peryferyjnym“ kształtującego się międzynarodowego podziału pracy. Obarczanie jednak kapitalizmu jakąś „winą moralną“ za to, że trudno było o ludzi do pracy na wirginijskich plantacjach bawełny, a polscy chłopi nawet tej niewielkiej – w promilach globalnej konsumpcji liczonej – nadwyżki zboża jaką Zachód chciał i potrzebował kupić nie byli w stanie wytworzyć – to czysta mistyka!

Pan Sowa zresztą, jak każdy kto w rozważaniach nad folwarkiem pańszczyźnianym pomija problem gnoju – w mistykę musi popaść. Jeśli bowiem problem gnoju pominąć – wygląda cała ta formacja socjo – ekonomiczna jak jakiś monstrualny kacet, w którym dumni Sarmaci spadają do roli obozowych kapo: a czy ktoś bierze na poważnie idee, jakie ewentualnie mogliby na usprawiedliwienie swojej roli wymyślić jacyś tam kapo..?

Podobnie mistyczny charakter mają dalej idące rozważania pana Sowy o polskich „brakach“. W momencie zaś, gdy zaczyna snuć rozważania o „braku państwa“, czy owym „fantomowym ciele króla“ – odpływa ze świata realnego w przestwór niczym nieograniczonej fantazji. Abstrahując kompletnie od konkretnych okoliczności polityczno – ustrojowych, od przypadkowych, a jednak decydujących dla ostatecznego efektu konfliktów osobowości czy osobistych inklinacji tych lub owych graczy politycznych – dojść można do wniosków najzupełniej dowolnych. Zgadzam się przy tym z recenzentem, że pan Sowa idzie – lubo z przeciwnych niejako pozycji ideowych – tropem „szkoły krakowskiej“, która założywszy logiczność i nieuchronność rozbiorów: na siłę owej logiki i nieuchronności szukała w rzekomej ustrojowej słabości I Rzeczypospolitej. Co jest o tyle niebezpiecznym sposobem myślenia – że usprawiedliwia tyranię gosudarstwa tu i teraz (no bo skoro Rzeczpospolita upadła na skutek braku silnej władzy..?).


Osobiście sądzę raczej, że zarówno długi proces chorobowy, jak i ostateczny upadek I Rzeczypospolitej – to raczej skutek serii nieszczęśliwych przypadków i błędów popełnionych przez konkretne osoby w konkretnych okolicznościach (zaczynając od Władysława IV zgubnych fantazji o „wojnie tureckiej“ – a kończąc na Augusta Aleksandra ks. Czartoryskiego rojeniach o koronie dla syna…). Każdy z tych przypadków i każdy z błędów – był niezależny i stąd, o żadnym spójnym, logicznym procesie dziejowym – mówić tu niepodobna. Niepodobna też ŻADNYCH zgoła wniosków na przyszłość z tej smutnej historii wyciągać…

poniedziałek, 21 maja 2012

Skarby Najczcigodniejszego Prezydenta, cz. 2

Mój pierwszy w życiu szef, redaktor naczelny ówczesnej "Gazety Kociewskiej", p. Tadeusz Majewski zwykł powtarzać w przypływach melancholii, że klawe życie to ma naczelny "Tygodnika Parafialnego" - jak nie ma co wstawić na pierwszą stronę, wrzuca tam aktualne czytanie mszalne - i po kłopocie!

Tak i ja mógłbym powiedzieć, że klawe mam życie jako bloger, bo jak nie mam o czym napisać - to wrzucam parę zdjęć koniny i też jest fajnie (po statystykach sądząc - wolicie Państwo takie wpisy, od "problemowych" - więc miałbym - jak sądzę - znacznie więcej odwiedzin, obserwatorów i może nawet - kliknięć na reklamy - gdybym w ogóle nie zajmował się "innymi sprawami", a tylko zdjęcia wklejał... inna sprawa: że mnie to po prostu nie bawi - a płacicie mi Państwo zdecydowanie za mało, żebym miał się Waszymi opiniami i gustami przejmować!). Nie do końca jest to prawdą. Ten tuzin skanów kosztował mnie sporo wysiłku - w ogóle: skanowanie albumów przywiezionych przez Lepszą Połowę postępuje, lubo o wiele wolniej niż bym chciał. Przy tym: trafiłem na tekst, który zapewne zainspiruje mnie wkrótce do napisania czegoś dłuższego. Na razie jednak, chcę się po prostu wywiązać z obietnicy. Tym bardziej że nawet, jeśli będę dawał te skany po tuzinie za każdym razem (mam ich już sporo więcej, ale nie chciałem przesadzić...) - i tak wyjdzie łohohohoooo... i jeszcze trochę - odcinków tego cyklu...

Impreza wczorajsza była bezalkoholowa - a że M. zabił własnego chowu świnkę, a jak wiadomo: świnia chce pić! (już nie będę całego szmoncesu powtarzał, możecie go sobie wygooglać...) - wszyscyśmy się tą abstynencją umęczyli. No cóż: o tym też napiszę kiedyś osobno, bo zjawisko jest nader ciekawe - M., lat dwadzieściakilka - jest zdecydowanie pobożniejszy (WBREW wysiłkom miejscowego proboszcza, o którym doprawdy - trudno dobre słowo powiedzieć...) od swojego świętej pamięci Ojca - i to akurat nie jest zjawiskiem specjalnie dziwnym. Tak być właśnie powinno! Po pokoleniu wolnomyślicieli - sceptyków, przychodzi pokolenie rygorystów - i tak na przemian. Jednak niektóre obserwacje, jakich dokonaliśmy przy okazji uroczystości - nasuwają dość apokaliptyczne wnioski.

Bezalkoholowość imprezy wczorajszej nie przeszkodziła mi dzisiaj zaspać (co zdarza mi się bardzo rzadko) - a potem popaść w nienajlepszy humor mimo doskonałych wszędzie wokół okoliczności przyrody. Miejmy nadzieję że jutro będzie lepiej!
złocisto - bułany ogier Tiebigat, rocznik 1990, po gniadym Telekuszu 2 1014, ur. 1978 (Telekusz 685 - Gaczakczy 1546) z linii Melekusza, od  bułanej Ałasar 1717, ur. 1975 (Angar 685 - Karłangacz 1546).

Wymiary (2002 rok): 160 - 163 - 179 - 19,5 cm

W latach 1994 - 2003 ścigał się 33 razy, zdobył 38 nagród (?).

Rekordy prędkości: 1400 m - 1" 34,8 sek, 1600 m - 1" 47,0 sek, 2000 m - 2" 18,2 sek, 2400 m - 2" 48,9 sek.

W 1995 uznany czempionem rasy. Większość jego potomstwa dziedziczy maść bułaną.

izabelowaty ze złocistym połyskiem ogier Erekdag, rocznik 1990, po kasztanowatym Edenli 1082, ur. 1976 (Kemerli (Kemchan) 890 - Jyłdyrym 1508) z linii Kir Sakara, od bułanej Gjulistan 2148, ur. 1984 (Serdar 1009 - Gjuljajdy 935).

Wymiary: 162 - 162 - 178 - 19,5 cm

W latach 1992 - 2000 48 razy ścigał się w Aszchabadzie, przyszedł na płatnym 24 razy.

Rekordy: 500 m - 30,5 sek, 100 m - 1" 08,2 sek, 1800 m - 2" 06,8 sek, 2000 m - 2" 20,2 sek.

W 1994 uznany za czempiona rasy.W 1996 otrzymał nagrodę za zasługi podczas obchodów Dnia Niezawisłości. W 1996 był też posiadaczem przechodniego pucharu Narodowego Centrum Sportów Konnych. Potomstwo na ogół dziedziczy maść złocisto - bułaną.

bułany ogier Garabek, rocznik 1992, po karym Garader 989, ur. 1977 (Kerwen 894 - Jelsona 1520), z linii Kir Sakara, od gniadej Kiczitaj 2334, ur. 1980 (Gammar 885 - Taijar 1674)

Wymiary (1995): 158 - 159 - 175 - 19,5 cm

kary ogier Kursant 2, rocznik 1992 po karym Garader 989, ur. 1977 (Kerwen 894 - Jelsona 1520), z linii Kir Sakara od karej Garały 2, ur. 1985 (Połotli 914 - Kepiele 1558)

Wymiary (1995): 160 - 163 - 170 - 19,5

Biegał w wieku 2 do 7 lat, wygrał m.in. derby Aszchabadu ("Wielka Aszchabadzka").

Rekordy: 1000 m - 1" 7 sek, 2000 m - 2" 17 sek.

Czempion rasy z roku 1998.

gniady ogier Gokchan, rocznik 2003, po bułanym Goar-17, ur. 1986 (Gowcher 944 - Mienaka - 15) z linii Geliszykli, od karej Tamały, ur. 1992 (Jełbek - Tomasza 2477).

Wymiary: 162 - 160 - 172 - 19,5 cm

Brał udział w 28 gonitwach. Czempion wystawy z 2007 roku. W 2008 roku wygrał zawody o nagrodę "Ruskij argamak" w Piatigorsku.

gniady ogier Gadyr, rocznik 1993, po gniadym Gistar - 12, ur. 1985 (Gowcher 4 - Torgaj 4) z linii Geliszykli, od ciemnogniadej Diusziumli, ur. 1985 (Telegusz 1014 - Dusz 1057).

Wymiary: 161 - 164 - 178 - 19,5 cm

Biegał 41 razy, 5 - 13 - 13 - 3

gniady ogier Gierdenli, rocznik 1994, po bułanym Gadymy, ur. 1988 (Gerden 945 - Sugun 1855) z linii Kaplana, od ciemnogniadej Olimpiady, ur. 1988 (Melekusz 1027 - Ojunczy 1829)

Wymiary (1997): 159 - 160 - 170 - 19 cm

kary ogier Watan, rocznik 1995, po karym Kejmir 2, ur. 1987 (Kerwen 894 - Jelsona 1520) z linii Kir Sakara, od gniadej Wagyz 2164, ur. 1983 (Ałwan 942 - Wjełajat 1444).

Wymiary (2003): 156 - 156 - 180 - 19,5 cm

Występował w sportach jeździeckich.

kary ogier Garaman 2, rocznik 1995, po karym Garaman 990 (Kermek 895 - Fiałka 1689) z linii Posmana, od Etiłmiez 2296 (Gammar 885 - Ełzada 1961).

Wymiary (1997): 155 - 156 - 168 - 18,5 cm

W latach 1997 - 2002 brał udział w 28 gonitwach, 24 razy przyszedł na płatnym.

Rekordy: 500 m - 31,3 sek, 1000 m - 1" 08,7 sek, 1200 m - 1" 20,5 sek, 1600 m - 1" 50,6 sek, 1800 m - 2" 07,7 sek, 2000 m - 2" 19,2 sek.

gniady ogier Jedigaija, rocznik 1995, po karym Gadyrły, ur. 1985 (Garazat 981 - Atłas 1439) z linii Kaplana, od gniadej Jedigien, ur. 1990 (Edenli 1109 - Jetgir 2295)

Wymiary: 157 - 159 - 175 - 19,5 cm

W latach 1997 - 1999 występował 20 razy w gonitwach.

kary ogier Gała, rocznik 1997, po gniadym Eriezgłan, ur. 1990 (Edienli 1082 - Mydar 2233) z linii Kir Sakara, od ciemnogniadej Adżamp, ur. 1989 (Melekusz 1077 - Armanły 2134).

Wymiary (2000): 156 - 161 - 175 - 19 cm

W latach 1999  - 2002 ścigał się 12 razy.

gniady ogier Ojunczi, rocznik 1997, po kasztanowatym Gumry, ur. 1990 (Goklien 983 - Duszumli 2274) z linii Kir Sakara, od karej Orchidei, ur. 1992 (kary Kełlieli, ur. 1981 - kara Ałkata 6  ur. 1986).

Wymiary (2002): 158 - 156 - 170 - 18,5 cm

Rekordy: 1000 m - 1" 5,9 sek, 2000 m - 2" 17 sek.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...