niedziela, 29 kwietnia 2012

Nie zachęcam

Nie wierzę, że Lepszej Połowie coś złego się stało. W końcu jest oficjalnym gościem, zaproszonym na święto państwowe... A że jej telefon jest wyłączony tak samo, jak telefony innych uczestników konferencji, do których też już próbowałem dzwonić - i jak "niedostępny" telefon kontaktowy do aszchabadzkiej polonii, który zdołałem wygrzebać w internecie..? Na pewno da się to racjonalnie wytłumaczyć. Na pewno...

Co nie zmienia faktu, że jestem psychicznie w proszku. Nie tylko ja zresztą.
Myślicie może Państwo, że koćkodan rozwalił się na stole, żeby grzać się w promieniach słońca? Nic bardziej mylnego! Chwilkę potem koćkodan zlazł ze stołu, bo nie był już w stanie dłużej tego upału wytrzymać i uwalił się w ceniu. A teraz to już nawet nie wiem gdzie jest, kryje się gdzieś po krzakach, gdzie chłodniej. Że wcześniej leżał, a na samym początku - siedział - na stole to dlatego, że w tej pozycji mógł wypatrywać przez okno, czy aby nie wraca pani, za którą strasznie tęskni...

Dodzwoniłem się w międzyczasie, pisząc ten tekst, do ochrony polskiej ambasady w Aszchabadzie (no proszę, jak to się marnują pieniądze podatnika, na takim zadupiu ambasadę mamy!). Wyjaśnienie zagadki jest nader proste: roaming w Turkmenii nie działa, to i telefony zagranicznych gości - milczą. Lepsza Połowa odezwie się pewnie dopiero ze Stambułu jutro rano. Uf!

Patrząc krytycznie na moje dokonania z ostatnich kilku dni, zwłaszcza w dziedzinie utrzymania porządku w chatce (naprawdę się starałem... ale cóż: Lepsza Połowa powtarza zawsze w takich sytuacjach, że życie to nie Kościół katolicki - nie intencje się liczą, tylko skutek!), spodziewam się ostrego mycia głowy jutro popołudniu. Ale - niech tam! Niech już będzie i "mycie głowy"! Co własna Lepsza Połowa to własna, doczekać się Jej tu nie możemy...

Dokonania są mizerne także w dziedzinie budownictwa płotowego: obiecałem ogrodzić do poniedziałku cały ogródek, a tu na razie gotowe jakieś 30%. Jednak - wczoraj tak mnie panująca na słońcu temperatura, nie tak wcale przecież wygórowana zmogła, że aż, jak to się na Kociewiu mówi, prawie "herzklekotów" dostałem - i, chcąc nie chcąc, musiałem przerwać pracę, bo mi się ciemno przed oczami zrobiło. Cóż: dawno już nie mam 20 lat, a i "trójkę" z przodu też niedługo mieć będę, to i nie ma się co dziwić, że się mdłe ciało czasem buntuje. Zwłaszcza: żywione kanapkami (nie chodzi nawet o to, że nie potrafię nic innego zrobić do jedzenia - tylko PO CO miałbym się starać..?) i piwem.

Tyle, że podlewam regularnie, dwa lub trzy razy dziennie - z podlewania na podlewanie coraz to więcej konewek wychodzi, chyba przyjdzie kupić dłuższego węża z jaką końcówką zraszającą, bo to głupiego robota - jak dosadziłem dziś rano bób, wyszło mi na ogródek, też w nie więcej niż 30% obsadzony, 25 nawrotów od kranu, a to już nie w kij dmuchał. Cebula nawet już zaczęła wschodzić. Co do reszty - nie jestem pewien, ale chyba na razie - nic.

Z ogródkiem to w ogóle jest tak, że ja bardzo lubię grzebać w ziemi - ale się nie znam. Lepsza Połowa się zna - ale nie lubi. Doskonale się zatem uzupełniamy!

Wczoraj w ogóle mało zrobiłem, bo podwoziłem naszego dobrego sąsiada M. do Osuchowa pod Mszczonowem. Zajęło to kluczowe dwie godziny przed południem i cały dzień w ten sposób rozproszkowało. Przy okazji odkryłem w tymże Osuchowie "Centralny Ośrodek Szkoleniowy ZUS". I tu uwaga! Absolutnie, ale to absolunie - NIE NAMAWIAM. Wszytko co piszę poniżej, to wyłącznie luźne dywagacje i ostrzeżenie dla Odnośnych Władz!

Ośrodek w Osuchowie jest w pięknym pałacu z rozległym parkiem, otoczonym wysokim, niemożliwym do przebycia parkanem. Gdyby tak znalazł się w Polsce naśladowca Brevika - spokojnie mógłby, dysponując automatem z większą ilością magazynków i może paroma granatami - nielichą rzeź urządzić. Naprawdę - nielichą! Nie mieliby jak i dokąd czynownicy ZUS uciekać, gdyby im tę jedną czy dwie (bo raczej nie więcej...) bramę zablokować.

Norweski terrorysta napadł przy tym na jakichś tam młodych socjalistów. Na całkiem niewinnych więc nie trafiło - ale też: młodzież ma prawo do błędów i czas, żeby się zmienić. Wedle opowieści miejscowych zaś, w Osuchowie "szkolą się" głównie stare baby, które już NA PEWNO ani poglądów, ani zajęcia - nie zmienią. O wiele to zatem mniej kontrowersyjny cel dla takiego terrorysty. I, jak to M. zauważył: przyjdzie potem odsiedzieć (kary śmierci przecież w Polsce nie ma i NIE BĘDZIE, póki "Oni" rządzą...) - ale co by zabawy było przedtem i jaka zasługa w Niebie - tego już nikt nie odbierze...


piątek, 27 kwietnia 2012

Co mnie irytuje?

Zanim odpowiem na to pytanie, podzielę się z Państwem uczuciem ulgi: uf! Włączył się! Życie na wsi, życiem na wsi – ale nie doszedłem jeszcze do tego stopnia zahartowania w boju, żeby praca fizyczna w porannej rosie napełniała mnie euforią. Tak więc cieszę się, że się włączył, bo przynajmniej będę mógł na te 2 – 3 godziny (dłużej i tak, skubany, działać nie chce… ale – już malutko, już tylko kilka dni, Allegro zdążyłem wczoraj przejrzeć – taki model jak mamy, tylko o 2 – 3 lat młodszy spokojnie można kupić za kilka stów, a poskładanie z dwóch jednego – nie przekracza moich, nikłych nader, co przyznaję – umiejętności technicznych…) pogrążyć się w sążnistych tabelach Excel, których zdążyłem się od poniedziałku dorobić…

Nie mniej, a bardziej jeszcze istotne w ogólnym odczuciu ulgi i rozluźnienia jest i to, że budząc się rano, zastałem sms-a od Lepszej Połowy: jest na miejscu! W Aszchabadzie już wczesne popołudnie w tej chwili, więc pewnie siedzi na konferencji. O czym była konferencja, co się działo – opowiem i pokażę (albowiem wyekspediowałem tam Lepszą Połowę z aparatem fotograficznym na wyposażeniu) – jak wróci. Czyli najwcześniej w poniedziałek.

W takim razie – co mnie irytuje? Ano, irytuje mnie „Najwyższy Czas!“. Tradycyjnie – tym, że mnie nie drukuje, a ja nawet nie wiem dlaczego – Szanowna Redakcja jest tak powściągliwa w kontaktach ze swoimi autorami, przynajmniej jak o moje doświadczenia chodzi, że można tylko zgadywać, co się spodoba: drukują, jeśli zgadnie się poprawnie.

Poza tym, równie tradycyjnie, irytuje mnie pan Jakub Woziński i jego libertariańska ewangelizacja. Libertarianizm w ogóle to moim zdaniem – kompletny odpał, utopia, szaleństwo. Dlaczego? Dlatego, że ignoruje najbardziej fundamentalną cechę człowieka jako istoty społecznej – jego hierarchiczność. Już w niedawnych dyskusjach z Panem Piotrem podkreślałem: „demokracja plemienna“, która tak mu się podoba, to system, w którym podstawowe decyzje podejmuje wiec „wolnych i zbrojnych“ – ale nie należy zapominać, że ci „wolni i zbrojni“, to góra kilka procent całej populacji!

Dla wszystkich bez wyjątku zwierząt stadnych, posiadających hierarchię społeczną, stan w którym hierarchia nie istnieje, w którym nie ma Szefa podejmującego decyzje – zawsze oznacza głęboki dyskomfort psychiczny. Człowiek nie jest tu wyjątkiem. Utopia libertariańska, „demokracja labilna“ – cokolwiek, co by sprawiło, że zabrakłoby jawnego i widomego wszystkim Szefa – wpędziłaby ogromną większość ludzkości w trwały stan poczucia pemanentnego zagrożenia, a w dłuższej perspektywie – w choroby.
 
Też nie widzę związku między tekstem a tym fotosem. Ale był jednym z pierwszych, jakie Google wypluło po wpisaniu hasła "Apes" - bo chciałem tu Państwu stado małp pokazać. Cóż: to również jakiś znak czasów..?

Na szczęście – to niemożliwe. Próba „wycięcia“ Szefów oficjalnych automatycznie powoduje ich spontaniczne odrodzenie poza owym, tak dla ludności niekomfortowym „stanem oficjalnej anarchii“ – w dodatku, zwykle w wersji, by tak rzec, bardziej pierwotnej, bliższej naturze. Mówiąc wprost: kiedy zanika Państwo – jego miejsce zajmują gangi. Inaczej być nie może. I to jest wszystko, co mam do powiedzenia w temacie „libertarianizmu“.

Natomiast Pan Woziński jest podwójnie irytujący przez swoją nie znającą wątpliwości pewność siebie, misyjny zapał i bijące z każdego słowa przekonanie o własnej moralnej doskonałości.

Ale to nie wszystko, czym zdołał mnie zirytować „Najwyższy Czas!“, który sobie poczytywałem w czasie kolejnych prób uruchomienia końputra dzisiaj rano, bo akurat na wierzchu sterty papierzysk leżał. Spora część ostatniego numeru poświęcona jest niedawnej demonstracji w obronie Telewizji Trwam, równie niedawnej rocznicy smoleńskiej i ogólnie – perspektywom szeroko rozumianej prawicy. Co mnie w tych rozważaniach irytuje? Ano irytuje mnie to, że widzę u piszących w „Ncz!“ taką samą niemożność zrozumienia zjawiska, jakiej i sam doświadczam.

To, że wciskana na siłę propaganda „tolerancji“, „wielokulturowości“, „europejskości“ itd. – musi, po prostu MUSI wywołać żywiołową reakcję o zgoła przeciwnym znaku emocjonalnym – to jest oczywiste i nic w tym nie ma niezwykłego. Ale dlaczego ta reakcja jest taka bezpostaciowa, niekonkretna, pozbawiona twarzy, programu, idei dających się zrozumieć i przedyskutować..?

Czyżby – to straszliwe podejrzenie – bezpostaciowość, rozmamłanie, lepkość, zgnilizna owej powodującej całą reakcję homo-multi-tolerancji – udzieliła się też, przez osmozę, reagującym na nią umysłom..?

Co Państwo o tym sądzicie?

czwartek, 26 kwietnia 2012

Bezczelność

Co to jest "bezczelność"? Ależ proszę bardzo, nie trzeba nic pisać, starczy pokazać. Wczoraj, godzina 18.00, nasz sadzik, około 50 metrów od chatki. Najpierw zobaczyliśmy jednego:
Tu, proszę, w zbliżeniu, tak się prezentował:
Potem były już dwa:
Uśmiech proszę!
Dopiero jak podszedłem bliżej,
Bezczelne owe osobniki raczyły się skokami oddalić:

Lepsza Połowa już prawie spakowana, za chwilę jedziemy na lotnisko. Przede mną prawie pięć dób słomianego kawalerstwa i uwiązania na gospodarstwie: żegnajcie ciepłe obiadki, żegnaj rozmowo z istotą ludzką! I to jeszcze w sytuacji gdy nie wiadomo, czy uda się odpalić końputer (teraz mi się udało po jakiejś godzinie prób, zrobieniu potem przerwy - i powtórzeniu procedury od początku... ciekawe, czy włączy się popołudniu, jak wrócę?).

środa, 25 kwietnia 2012

Duch rządzi światem...

a nie głupia materia!

Dowód? Dowodem jest to, że w ogóle piszę te słowa, a Państwo je czytacie.

Albowiem nasza maszyna informatyczna, stanowiąca zarazem nasz główny łącznik ze światem, czyli nasz końputer - zbuntował się nam wczoraj dokumentnie.

Uszkodzenie nie jest ani natury informatycznej, ani natury mechnicznej. Ono prawie na pewno jest elektryczne! Któryś z półrzewodników, jakiś lut, jakiś styk - coś z tego - przestaje przewodzić albo daje przebicie.

Niemożliwym jest, aby się dwa twarde dyski dokładnie w tym samym czasie tak samo zepsuły. Wypucowałem zresztą styki na błysk. A maszyna? Po pucowaniu już się wczoraj nie włączyła. Na noc odłączyłem ją od napięcia w ogóle - rano jeszcze potrząsłem - i załapał. Niestety, głupio - zamiast po prostu korzystać i np. popracować trochę - najpierw chciałem sprawdzić i ewentualnie naprawić dyski więc, nie bez trudu, wystartowałem ponownie z płytki. Dyski okazały się plus - minus OK, nic dramatycznego się z nimi nie dzieje. Cóż z tego, gdy wystartować normalnie już nie chciał.

Dopiero odczekawszy ładnych parę godzin (z wielkim pożytkiem dla naszego ogródka...) i znów maszyną potrząsnąwszy - zdołałem jednak końputra odpalić.

To, że trzeba czekać tyle czasu - i że pomaga potrząsanie - wskazywałoby na jakieś ładunki elektrostatyczne gdzieś na płycie głównej. Czyli przebicie, może źle działający kondensator? Nie wiem i raczej nie mam jak sprawdzić.

W przyszłym tygodniu, jak tylko Lepsza Połowa wróci z Aszchabadu - kupimy po prostu nowego używanego Mac-a: i tak się problem rozwiąże.

Na razie zaś: pozostaje mi udowadniać wyższość ducha nad materią. Co czynię właśnie teraz, skoro jednak udało mi się nie tylko maszynę odpalić, ale i z internetem połączyć.

Z życia przyrody:
1. Margire też już się grzeje. Od wczoraj. W tej chwili wszystkie trzy baby zgodnie przeszkadzają sobie, tłukąc się nawzajem z zazdrości o ogiera. Tego chyba też podręczniki nie przewidują...

2. Pojawił się u nas wcześniej nie widziany ptaszek kopciuszek:
i nawet próbował rozbić nam szybę w oknie.

wtorek, 24 kwietnia 2012

„Uwaga, ogier!“

Wygląda na to, że w kiepskiej jestem kondycji, skoro tak mnie byle drobiazg irytuje… Wczorajsza „przygoda“ skończyła się w sumie dobrze. Fakt, że niewiele więcej udało mi się przez cały dzień zrobić z tego zdenerwowania. Odnoszę zresztą wrażenie, że długi weekend już się zaczął: nie tylko koło nas natężenie spacerowiczów prawie wakacyjne (jak sądzicie Państwo, czy powinienem powiesić na płocie tabliczkę „Uwaga, ogier!“..? Gelshah jest przesłodki i na pewno celowo nikomu krzywdy nie zrobi, ale jak jakieś dziecko wlezie do środka i wpakuje się przypadkiem pod kopyta gdy będą się gzić..? Jak dotąd, publiczność raczej poprzestawała na głaskaniu przez płot: miastowi boją się dużych zwierząt…), ale i próby umawiania się w stolycy skończyły się tylko wysłaniem paru maili – bo P.T. projektanci są już na urlopach. Cóż: będzie czas pomyśleć, a to też bywa potrzebne…


Końputer zachowuje się dziwacznie. Dziś rano znowu nie chciał się odpalić (próbowałem go nie wyłączać – prawie dobę przepracował usypiany tylko, gdy nie był potrzebny: tak postępowaliśmy z nim w czasach jego młodości i wydaje się to jednak zdrowsze dla elektronicznych bebechów – ale na koniec i tak trzeba go było wyłączyć, bo zaczął intensywnie buczeć wiatraczkiem, nie reagując na próby przebudzenia – objaw ten, który pojawił się na pewnym etapie życia naszej maszyny spowodował, obok irytującego Lepszą Połowę w nocy mrygania dwóch diód, jednej na końputrze, drugiej na blueconnect’cie, żeśmy już ze dwa lata temu z tej praktyki zrezygnowali: teraz też powrót do niej się nie udał). Wystartował jednak bez protestu gdy, oprócz przedmuchania styków obu dysków, trochę nim potrząsłem. Wygląda na to, że jest zwyczajnie brudny w środku..? No fakt, na podłodze stoi, a kurzu u nas, jak to na wsi – nie brak… Popracuję zatem zaraz z odkurzaczem, może to pomoże na trochę dłużej.

Wracając zaś do naszych baranów, czyli do koni. Jak już niedawno wyjaśniałem – usiłuję rozmnożyć moje kobyły z poczucia obowiązku. Są fajne, należą do rzadkiej i ginącej rasy – powinny mieć dzieci.

Natomiast nie wiążę z tym faktem żadnych oczekiwań natury finansowej. Raczej, spodziewam się kosztów: co najmniej trzeba będzie odwieźć Króla do domu (już mi się słabo robi… może ktoś z Państwa chce go kupić? Petra co prawda, chciała go sobie pod siodło zatrzymać, ale ma tyle innych… a w Polsce to przynajmniej bliżej by było – a jeśli nawet nie bliżej, to może niekoniecznie sam musiałbym go wozić..?). A jeśli choć jedna z naszych leniwych latawic raczy się jednak, w drodze absolutnego wyjątku, zaźrebić i nie zresorbuje ciąży – to nawet nie chcę myśleć, co się będzie działo… Jak dotąd, na dwie ciąże i dwa porody (Dalii wlkp i Melemahmal) – oba mieliśmy z komplikacjami i to takimi, że w obu przypadkach odechciewało mi się na dłużej jakichkolwiek eksperymentów z rozrodem. Tylko fakt, że minęło już dużo czasu, a ja celowo wyparłem te wspomnienia ze świadomości sprawia, że w ogóle coś robimy.

Absolutnie jednak – nie widzę uzasadnienia dla stosowania jakichkolwiek środków nadzwyczajnych, wykraczających poza rutynę i prawa natury. Jeśli Król się z nimi w końcu dopasuje i zdoła je skutecznie pokryć, a te utrzymają ciąże – będę się cieszył, choć będę też na pewno - przerażony. Jeśli nic z tego nie wyjdzie poza kwikiem i rozpustą – trudno. Płakał też nie będę świadom, że może to i dla nich lepiej. Melemahmal żyła by sobie szczęśliwie dalej, gdybym jej nie próbował inseminować w Topolčiankach… Stąd i poprzednie niepowodzenia w zaźrebianiu – przyjmowałem z mieszaniną żalu i ulgi. A ten eksperyment – jest ostateczny i ostatni: jeśli tym razem się nie zaźrebią – dam im już spokój do końca życia.

Może się wybiorę na konną pielgrzymkę z kawalerzystami, jak mi w niedzielę pan O. proponował..? Albo, wzorem naszego przyjaciela Sebastiana – wsiądziemy i pojedziemy nad Morze Czarne..?

Jedno wydaje się w tych okolicznościach pewne: dopóki sprawa się nie wyjaśni – nie liczcie Państwo na spokój, opanowanie i zimną krew z mojej strony. To, co się w tej chwili dzieje na naszym padoku, to najważniejsza sprawa w moim życiu – jak do tej pory. Nie uspokoję się, póki nie będzie wiadomo – nie zaźrebiły się, ogier wyjeżdża. A jeśli któraś się zaźrebi – czeka mnie i Państwa, jeśli nadal zechcecie tu zaglądać – bardzo nerwowe 11 miesięcy…

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Szlag jaśnisty zaraz mnie trafi!

Lepsza Połowa od lat choruje na astmę alergiczną. Od lat też używa tych samych na objawy tej choroby leków. Ponieważ nie jest w Polsce ubezpieczona - zawsze płacimy w 100% zarówno za leki, jak i za wizyty lekarskie. Państwo polskie i polscy podatnicy zatem - nic a nic się do nas nie dokładają.

I co z tego? I właśnie się dowiedziałem, że nie możemy się umówić na kolejną wizytę i receptę u zaprzyjaźnionej pani alergolog w Kozieniecach. Nie możemy - i już! Bo NFZ sobie zażyczył, żeby lekarze pracujący w publicznych przychodniach nie przyjmowali prywatnie, a pani akurat - prywatnej praktyki nie ma. Zresztą, podobno - recepty i tak by wypisać nie mogła, ale tu już przeszkoda w tej czynności postawiona przekroczyła moją zdolność pojmowania, więc nie powiem Państwu, dlaczego.

Jeszcze rozumiałbym, gdybyśmy tą płatną wizytą powodowali, że jakiś ubezpieczony w NFZ biedak życie albo zdrowie straci... Ale - po pierwsze: tłoku do gabinetu alergologicznego na ogół nie ma, umawiamy się zresztą zawsze tak, żeby pacjentów nie było, bo po co stać w kolejce. Po drugie - cała operacja zajmuje 2 minuty, w porywach do 20 (raz na pół roku pani doktor życzy sobie jednak przebadać pacjenta, na ogół jednak - cała wizyta to wypisanie recepty, boż co tu się ma niby zmieniać..?). Po trzecie - to w końcu, do cholery, nie kardiolog i nie OIOM - jak ktoś nie umarł na alergię do przyjazdu do przychodni, to wątpliwym jest, aby umarł w ciągu tych 2 minut, w porywach do 20, które przyjdzie mu poczekać dłużej!

Znalazłem jakiegoś lekarza w Warce, który bynajmniej przez telefon deklaruje, że receptę wypisze. Trzeba tylko jeszcze zsynchronizować to z powrotem Lepszej Połowy z Warszawy (pojechała po niezbędne przed wylotem do Azji zakupy, zostawiając mnie dzisiaj na gospodarstwie - miałem tylko po tę receptę do Kozieniec wyskoczyć, co niecałą godzinę by zajęło...). I może będzie OK.

Tylko - po jaką cholerę ja się muszę denerwować, zmieniać od lat ustalone zwyczaje, dogadywać się z nowym lekarzem - i to wszystko pod presją czasu, bo leki z poprzedniej recepty skończyły się już w zeszłym tygodniu, a w czwartek w południe Lepsza Połowa odlatuje i do tego czasu leki muszą być!

Wychodzi na to, że robię to wszystko dla kaprysu jakiejś biurwy. No szlag jaśnisty zaraz mnie trafi!

O ile dobrze pamiętam przy tym, potrzebne nam leki w Warce są droższe niż w Kozienicach - choć już nie pamiętam o ile. W Warszawie za to - w ogóle ich nie ma, tamtejsi lekarze przypisują inne, jeszcze droższe.

A już prawie udało się pani doktor, gdy mi oznajmiała te hiobowe wieści, rozbawić mnie wskazówką, żebym się udał do swojego lekarza rodzinnego. Super! Do Starogardu będę jeździł po receptę..?

Nie może być inaczej: szlag jaśnisty mnie trafi. A najlepiej by było, gdybym - żeby nie sprawiać otoczeniu kłopotów - wykopał sobie jamę, położył się na dnie i jeszcze sam się zasypał. Wtedy dopiero spokój zapanuje na tym świecie...


niedziela, 22 kwietnia 2012

No i się nie pieprzą...

Przeczyściłem styki za radą kol. Racjonalnie Oszczędzającego - i wygląda na to, że na razie działa. Wielkie dzięki!

Skoro działa, to chciałem Państwa zabawić. Niestety - o ile rano z padoku dobiegał jeden kwik, a starczyło za węgieł chaty wyjrzeć, by czyste porno oglądać - to teraz miłe ciepełko leniwego, niedzielnego popołudnia odbiera naszym czterokopytnym wszelką ochotę na igraszki. No i się nie pieprzą...



I zdjęcie naszego Króla, zdaniem Lepszej Połowy - niezbyt udane (ale lepszego nie udało mi się zrobić):


Blizny powoli się goją - a nowych coraz to mniej. Tyle, że wedle ostatniego przed przyjazdem Króla badania usg naszych krasawic i naszej znajomości kalendarza, w tej chwili powinna się grzać Margire, powoli wchodzić w ruję Osman Guli, a Melesugun - nie powinna się grzać wcześniej jak koło środy. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie: Melesugun grzeje się non stop, właśnie zaczęła wykazywć ochotę na seks Osman Guli (od piątku) - a Margire jak do tej pory wciąż atakuje ogiera zębami. Jak tak dalej pójdzie - będzie tu wiele zabawy - ale żadnych dzieci!

W tej chwili niebo zasnuwają już burzowe chmury, jak codzień ostatnio (i bardzo dobrze). Mnie jednak wcześniej udało się sfotografować spiralę ziołową z rabarbarem (rabarbar był pierwszą rośliną, która nam tu w ogóle odbiła w tym roku):

oraz zrobić kilka ujęć naszego nowego ogródka, które podobają mi się kolorystycznie. Mam zresztą atawistyczną słabość do koloru uprawionej ziemi...:



Oczywiście, nie mogło też zabraknąć koćkodana:

Dzień był dzisiaj odrobinę nietypowy, m.in. za sprawą odwiedzających nas gości. Mamy nadzieję, że pan O., który odwiedził nas z powodu ostatniej publikacji w "Koniu Polskim" i jest potomkiem dawnych właścicieli ziemi, na której gospodarujemy - przyjedzie jeszcze do nas z całą rodziną. Bardzo jestem ciekaw, jak tu wszystko wyglądało, nim cały ten teren popadł w zapomnienie!

System Error

Jeśli nie będzie nas przez jakiś czas – to znak, że dopadła nas Siła Wyższa. W postaci rychłej (chyba) śmierci naszego końputra. Wróciły problemy, które były dopadły nas poprzednio jesienią: system się wiesza, domagając się restartu, a potem – nie potrafi się zbootować.


Wtedy „odjournalował“ się nam jeden z twardych dysków. Teraz wygląda na to, że od strony informatycznej nie dzieje się nic takiego, z czym zwykłe „Disc Utility“ by sobie nie radziło – tyle, że to g…o pomaga! By ile bym nie przeinstalowywał systemu, formatując przy okazji dysk startowy i ile bym nie naprawiał dysku lub też uprawnień („privileges“) na nim – objawy się i tak powtarzają od nowa, poprawa bywa tylko chwilowa.

Nie pomagają nawet wypróbowane harcerskie sposoby. Do tej pory bowiem, jak mi się system nie chciał zbootować, to otwierałem maszynę, wyjmowałem kabelek z „dysku B“ – końputer mruczał i burczał przez chwilę, a potem grzecznie startował z „dysku A“, gdzie – tak na wszelki wypadek – mam wgraną zubożoną, starszą wersję systemu. Potem wystarczyło wetknąć kabelek z powrotem, zrestartować czy to z „dysku A“, czy to z płytki systemowej – podziałać „Utilities“, ewentualnie – wgrać system – i szafa grała. A teraz niekoniecznie. Tzn.: owszem – bootuje z „dysku A“. Średnio raz na dwadzieścia prób…

Na mój – niedorozwinięty informatycznie, przyznaję – chłopski łeb, albo nie do końca jest prawdą, co mi przy poprzedniej katastrofie informatyk mówił, że „w tym modelu walą się dyski“ – albo oba dyski „walą się“ w tym samym tempie, niezależnie od tego, czy ciężko pracują dźwigając system – czy lenią się jak ostatnie obiboki, przechowując tylko dane. Wolałbym, mimo wszystko, ten drugi wniosek – choć wygląda mi na paradoksalny – bo w takim razie: starczyłoby przynajmniej jeden z tych dysków wymienić – i może kolejne 6 czy 7 lat maszyna by podziałała..?

Nie dowiem się tego przed wtorkiem. Przy odrobinie szczęścia. Wczoraj, niestety, była sobota – i zaprzyjaźniony zakład „nie rabotał“ (czego nie byłem w stanie sprawdzić bez internetu, więc wziąłem ze sobą złoma do stolycy, wytrząsł się trochę i teraz, zaskakująco długo, bo od wczorajszego południa – działa. Wyłączył go co prawda na chwilę impuls elektromagnetyczny przechodzącej mimo nas burzy – drugiej już w tym roku – ale podniósł się potem bez protestów… Tylko net sączył się, jak to zwykle bywa – kapryśnie i na ogół powoli, ja na lepsze połączenie nie trafiłem, kończąc ogradzanie – bo nam trochę drutu zostało – także Małego Padoczku, Pierwszy Padok skończyłem bowiem w piątek). A o żadnej poważniejszej naprawie i tak nie ma mowy przed powrotem Lepszej Połowy z Turkmenii, czyli – jak raz: przed Długim Weekendem.

Tak więc może nas nie być dłużej. Odpoczniecie Państwo…

środa, 18 kwietnia 2012

Złudny urok Dobra Absolutnego

40 wieków kultury, tradycji i historii biega po moim padoku – tyle mniej więcej, ile patrzyło na żołnierzy Napoleona ze szczytów piramid. Możliwość dołożenia własnej cegiełki do tak otchłannego łańcucha konsekwentnie, z pokolenia na pokolenie akumulowanej ludzkiej pracy – to brzemię tyleż zaszczytne, co przytłaczające. Nawet, jeśli na co dzień sprowadza się do wywożenia gnoju, reperowania ogrodzeń, opatrywania ran, łapania uciekinierów, karmienia, pojenia – no i: zarabiania w taki czy inny sposób – potrzebnych na to wszystko pieniędzy.
 


Zaiste nie rozumiem, dlaczego miałbym robić coś jeszcze oprócz tego, co robię? Prawdę pisząc: nie znam bliżej nikogo – kto robiłby chociaż tyle. Ponieważ znakomita większość ludzi wywozi gnój, reperuje ogrodzenia, itd., itp. – bez żadnego wyższego uzasadnienia niż konieczność własnego przetrwania, ani myśląc o tym, czy wpisują się w ten sposób w kulturę, tradycję i historię.

Wiele razy już deklarowałem, że kto pożąda umoralniających kazań – trafił pod zły adres zaglądając na tego bloga. Nie tylko nie czuję się upoważniony do wygłaszania takowych (jako zły syn, zły katolik, zły obywatel i w ogóle: zły…), ale też – mam fundamentalne zupełnie wątpliwości, czy w ogóle warto zajmować się umoralnianiem kogokolwiek i w jakichkolwiek okolicznościach… Zdaje się, że ten mój programowy cynizm co najmniej raz sprawił, że liczba obserwatorów bloga i prowadzących doń linków – spadła. Trudno. Nie zamierzam zgrywać doktora Judyma czy innej Siłaczki tylko po to, żeby się Państwu przypodobać. Po jaką cholerę miałbym udawać przed Państwem kogoś, kim nie jestem..? Abstrahując już od kwestii, czy pisanie bloga mi pomaga czy przeszkadza w dźwiganiu mojego zaszczytnego brzemienia (są pewne przesłanki na rzecz obu tez…) – to by się przecież i tak wydało…

Walę tak z grubej rury, bo ostatnia wymiana uprzejmości z panem Piotrem postawiła mnie w trochę kłopotliwej sytuacji. Otóż, prawda jest taka – że kompletnie, ale to kompletnie nic mnie nie obchodzi los rumuńskich sierot. Ani afrykańskich prostytutek. No nie obchodzi mnie to – ni du, du! Totalnie. Nawet przez chwilę próbowałem się zmusić. Nic z tego. Zero empatii! Żadna rumuńska sierota mi po padoku nie biega, w chatce nie kwili, ani w Lasku się nie ukrywa. A jakoś tak jestem dziwnie urządzony – że jak czegoś nie widzę tu i teraz, to trudno mi wobec takiego zjawiska zająć emocjonalne stanowisko.

I teraz pewnie pan Piotr się na mnie obrazi, a tak się nam fajnie rozmawiało… No i co ja mam zrobić..? To już prawie jak u Gombrowicza z tym Słowackim, co to „nie zachwyca“…

Skądinąd: szanuję ludzi, którzy przejmują się losem rumuńskich sierot. O ile poświęcają tej sprawie tyle samo wysiłku i zaangażowania, ile ja wkładam w moje kobyły. Niestety, najczęściej odnoszę wrażenie – i proszą Państwa o chwilę namysłu nad tą kwestią, bo może jestem przewrażliwiony i to wrażenie jest mylne – że za deklaracjami o empatii wobec rumuńskich sierot zaraz idzie żądanie, abym po pierwsze: bezwarunkowo i bez zastanowienia takową empatię sam zadeklarował (a jak już się przyznałem – nie umiem – i takie żądanie w najlepszym razie wprawia mnie w zakłopotanie, w najgorszym – w irytację…) – no bo przecież: jakże tu nie współczuć sierotom? Po drugie zaś – abym zaraz koniecznie COŚ zrobił. Nie wiem? Zarżnął moje kobyły (po co konie, skoro mamy czołgi, samochody i samoloty? A w ogóle, to cała ta kultura, tradycja i historia, to przecież agresywny, maskulinistyczny atawizm, który POWINIEN zostać jak najszybciej zapomniany!) – a na pastwiskach posadził kartofle, którymi będzie można nakarmić głodnych. Albo przerobić na spirytus, uchlać się – i porozczulać nad losem sierot, używanych na części zamienne… Świat z całą pewnością byłby lepszym miejscem do życia, gdyby każdy pilnował własnego powołania – i nie wtrącał się innym między wódkę a zagrychę, jak zwykł był mawiać mój przyjaciel z czasów studenckich, Siła.(1)

Złudny urok Dobra Absolutnego sprawia jednak, że kto całym sercem uwierzy, że jest dobry i że dobrej sprawie służy – najczęściej kwestii tego, czyja wódka i czyja zagrycha stoi na stole – ani pomyśli brać pod uwagę, nim jedno i drugie skonsumuje.

Pan Piotr zastrzega się wprawdzie, że on akurat nic na siłę, a w ogóle, chodzi tylko o to, aby powstrzymać niemiłościwie nam rządzących przed rozpasaniem. To z całą pewnością szlachetny cel i godny pochwały. Już się jednak pana Piotra przy innej okazji pytałem: kim chce zastąpić niemiłościwie nam panujących i jak zreformować nasze gosudarstwo? Odpowiedział wtedy, że choćby PiS-em, a celem ostatecznym jest demokracja bezpośrednia na wzór szwajcarskiej.

No i OK. Coś przynajmniej wiemy. Prawdę pisząc, PiS-u nie lubię z przyczyn osobistych: rozbiłem się boleśnie na psychopatycznych obsesjach jednoznacznie PiS-owskiej ekipy w jednym z państwowych przedsiębiorstw – i nie dam się przekonać, że tacy trafiają się równie często w każdej partii: Palikot, jednakowoż, ma u siebie zgoła innych wariatów niż Kaczyński! Że jeden i drugi ma u siebie GŁÓWNIE wariatów, to akurat pewnik: bez sporej dozy ekshibicjonizmu i mniejszej lub większej kolekcji psychoz, nikt kariery we współczesnej polityce nie zrobi – tak samo, jak nikt bez takich właściwości, nie ma wielkich szans w show biznesie! Demokratyczna polityka od samego zarania jest odmianą sztuki scenicznej. Aktor, żeby przekazać widzom emocje, które ma zagrać, musi być przerysowany, karykaturalny czasem – nie od parady mówi się o „teatralnych gestach“. Polityk tym tylko się różni od aktora, że ma nienormowane godziny pracy i uprawia swój teatr właściwie na okrągło. Nic też dziwnego, że demokratyczni politycy są z zasady psychicznie pokręceni – tak samo jak prezenterzy sprzedaży bezpośredniej zresztą…

Tak więc: PiS-u nie lubię z przyczyn osobistych, polityków w ogólności uważam za niebezpiecznych wariatów, a demokratyczną politykę – za zajęcie całkowicie bezpłodne, którego uprawianie może przynieść wyłącznie wstyd. Nie bronię jednak panu Piotrowi zastępowania PO PiS-em – ani marzeń o szwajcarskiej demokracji bezpośredniej. Po prostu: sam w tym przedsięwzięciu na pewno udziału nie wezmę. To nie jest moje powołanie!

Konsekwentnie też: dlaczego miałbym w publicystyce tu uprawianej, na tym blogu, w „Najwyższym Czasie!“ i w „Końskim Targu“ (bardzo chętnie pisałbym też do innych gazet – zwłaszcza, gdyby zechciały mi za to płacić – niestety: żadna inna po prostu -  nie chce mnie drukować…) zachęcać kogokolwiek do robienia rzeczy, w których sam nie zamierzam brać udziału..?

Państwo oczekujecie ode mnie nie tylko umoralniających kazań – ale i odpowiedzi na pytanie jak żyć, co robić, kiedy ten system pieprznie… A ja mam 40 wieków kultury, tradycji i historii na padoku – i tak naprawdę: nic więcej mnie nie obchodzi. W ogóle bym nie pisał o takich rzeczach jak nowoczesność, biurokracja, postęp i wiele innych – gdyby nie ten dręczący niepokój za każdym razem, gdy przypadkiem włączy mi się główna strona Onetu – albo telewizyjne wiadomości: to już – czy jeszcze nie teraz..? To już niemiłościwie nam panujące gosudarstwo postanowi, w imię postępu, miłości i tolerancji wziąć się za agresywne, maskulinistyczne atawizmy – czy jednak jeszcze nie tym razem..? Tak więc znowu przyznaję się Państwu do małości: bo niczym innym niż strachem o własny byt spokojny powodowany – w ogóle interesuję się tzw. „wielkim światem“.

Wiecie jaki jest MÓJ wymarzony ustrój? Nie żadna tam szwajcarska demokracja bezpośrednia! Wprost przeciwnie zgoła. Mój wymarzony ustrój to taki, w którym mógłbym w ogóle się nie interesować państwem, jego polityką i politykami, którzy nim rządzą – bo miałbym uzasadnioną pewność, że państwo ani żadna z jego sług – nie zainteresuje się mną… A więc: przeciwieństwo państwa nowoczesnego. Państwo, które nie stara się być kochane – nie mobilizuje sobie poparcia swoich poddanych – nie stara się ich sobą interesować – nie stawia się w centrum Wszechświata, ani nawet – w centrum uwagi. Jak dla mnie – może to być najdziksza zupełnie tyrania, rządzona przez jakiegoś nowego Nerona czy Kaligulę  - byleby ów Neron czy Kaligula wylewał swoje furie na własnych totumfackich gdzieś daleko w stolicy – a nie zaczepiał przypadkowych przechodniów.
 


Oczywiście: to tylko marzenie. Raczej się nie spełni. Nie mam zresztą bladego pojęcia – jak mogłoby się spełnić? No chyba, że rzeczywiście system szlag trafi… Jedyne co mi pozostaje – to cieszyć się każdą chwilą, kiedy po moim padoku wciąż jeszcze – biega 40 wieków kultury, tradycji i historii…


-------------------
(1) Czy do „triumfa zła wystarczy bierność dobrych ludzi“? A bo ja wiem? Komunizm nie dlatego upadł, że ludzie stawili mu heroiczny opór. Ci, którzy stawili komunizmowi heroiczny opór – zostali rozdeptani i najczęściej: ślad po nich zaginął. Komunizm upadł wyłącznie dzięki ludzkim wadom. Nepotyzmowi, korupcji i pospolitej głupocie rządzącej nomenklatury – oraz masowemu bumelanctwu, złodziejstwu i lenistwu jej poddanych, niedostatecznie zmotywowanych w tym systemie do uczciwej i wydajnej pracy. Jedno z drugim – dało gospodarkę już nie tylko „niedoborów“ – ale wręcz: niemożności. Która musiała ulec transformacji, jeśli choć część dawnej elity miała to przetrwać…

„Postęp moralny“ średniowiecznej Europy więcej zawdzięczał kazalnicy – niż sądom, dość podówczas podłym. A jeszcze więcej miłości własnej ówczesnej elity która, szczęśliwie dla jej poddanych – żyła „w jasnym świetle dnia“, publicznie obnosząc się zarówno ze swoimi zaletami, jak i z wadami, przez co owa kazalnica miała wyjątkowo duże znaczenie dla samopoczucia rządzących – fenomen, który raczej się prędko nie powtórzy!

niedziela, 15 kwietnia 2012

Niewolnik pańszczyźniany

Pożarłem na kolację dwie solidne porcje chili z fasolą i ziemniakami, poprawiłem połową opakowania lodów – i nie ma się co dziwić, że całą noc dręczyły mnie koszmary. Skądinąd – wyrzutów sumienia, od których takie nocny mary się biorą, też mi nie brak… W każdym razie: nie czuję się w formie, aby udźwignąć dziś tak wielki temat. Ale skoro słowo się rzekło – kobyłka u płota, nieprawdaż?

Tym bardziej, że właśnie w ostatnich dniach, ten sam temat: gospodarki folwarczno – pańszczyźnianej i zniewolenia chłopów – pojawił się w jednym z wątków mojego ulubionego forum.

Zacznijmy od pewnego uporządkowania pojęć. Otóż kwestię można w ogólności rozpatrywać na trzech płaszczyznach: moralnej, prawnej i ekonomicznej. Fakt, że w ogóle zajmujemy się podobnymi zagadnieniami poza zamkniętym dość kręgiem specjalistycznych seminariów na Uniwersytecie – wynika li i jedynie stąd, że ludzie na ogół tych trzech płaszczyzn nie rozróżniają. Nie jest to zresztą takie łatwe, niejeden „naukowy“ autorytet daleko popłynął na tym, że prawo lub ekonomię z moralnością mieszał – a ludzie tego chętnie słuchali!

Rozpoczniemy zatem od owej największe emocje budzącej kwestii moralnej – żeby potem już bez tego rodzaju uprzedzeń przyjrzeć się prawu i ekonomii.

Zawsze podkreślałem, że nigdy nie było w dziejach ludzkości takiego „rajskiego ogrodu“, czy innych „arkadyjskich gajów“, gdy wszyscy byli wolni, równi i solidarni jak bracia. Nierówność – a też i: wyzysk – nie są żadnym „grzechem pierworodnym“, burzącym wcześniejszy stan rajski. Są też jednak jednym z pierwszych niedostatków natury, któreśmy jako gatunek w sobie dostrzegli: bo lamenty nad dolą chłopa zna już literatura okresu Średniego Państwa w Egipcie. Jak widać: nic się pod tym względem nie zmieniło – i raczej już się nie zmieni.

Niektórzy co prawda wiążą powstanie, czy też pogłębienie się nierówności z rewolucją neolityczną. Pewnego rodzaju (sfiksowany seksualnie akurat…) przykład takiego myślenia był zresztą powodem, dla którego złożyłem harcerskie zobowiązanie podjęcia tematu nierówności. O rewolucję neolityczną długośmy parę lat temu z Wojtkiem się spierali. Oczywiście, że proces przechodzenia od „pozyskiwania pożywienia z natury“ do „produkcji pożywienia“, w toku którego ludzkość eksplodowała demograficznie, w pewnym sensie – zmienił charakter wcześniej istniejących nierówności. Społeczeństwa paleolityczne tu i ówdzie dotrwały do czasów historycznych (w Australii na przykład…) – i obserwatorom zewnętrznym mogły się wydawać skrajnie egalitarne. A to dlatego, że wszyscy paleolityczni łowcy – zbieracze (a nawet spora część neolitycznych, wchodzących już wręcz pomału w epokę miedzi rolników i łowców – zbieraczy z obu Ameryk…) wydawali się europejskim pierwoodkrywcom tak samo rozpaczliwie biedni – a przy tym: tak samo (na ogół) pogodni, szczęśliwi i zdrowi. Przy czym wszystkie te impresje poprawniej jest przypisać świadomości owych odkrywców, niż faktom, które obserwowali.

Niewątpliwie, człowiek jest lepiej przystosowany do życia łowcy – zbieracza, niż do życia osiadłego rolnika czy koczowniczego pasterza. To oczywiste. Uprawiamy rolę czy hodujemy zwierzęta góra jakieś 10 tysięcy lat – podczas gdy łowiliśmy i zbieraliśmy – o ho, ho – albo i dłużej..! Systematyczny, codzienny wysiłek potrzebny dla utrzymania takich sztucznych ekosystemów jak pole uprawne czy wielka korporacja – męczy nas okrutnie i sprawia, że tęsknimy do dawnych, dobrych czasów, gdy pracować trzeba było tylko wtedy, gdy przymuszał nas do tego głód.

 Jak widać, nasi przodkowie w paleolicie mieli mnóstwo wolnego czasu, który poświęcali na staranny makijaż, fryzury, manicure itp....

Jeśli coś zatem się kryje za jeremiadami przeciw cywilizacji, nierówności i wyzyskowi – to przede wszystkim: szlachetne lenistwo. Od czasów rewolucji neolitycznej dostępne już nie dla wszystkich – tylko dla lepiej urodzonych, sprytniejszych lub szczęśliwszych.

Skądinąd współczesna cywilizacja dobrobytu zdołała poniekąd ten odwieczny (tj., od rewolucji neolityczne się datujący…) porządek rzeczy odwrócić: współcześnie to rekiny biznesu, gwiazdy telewizji i młodzi aspiranci do owych uprzywilejowanych pozycji zasuwają jak małe mróweczki (czego symbolem jest obwieszanie się telefonami komórkowymi, palmtopami i innymi urządzeniami umożliwiającym pracę i dyspozycyjność krugłosroczno – bez przerwy!), podczas gdy obdarowani zasiłkami bezrobotni – gniją sobie spokojnie i szczęśliwie pewni, że następnego dnia słońce też wstanie, a na bełta i bułkę – wystarczy…

Czy jednak pracować trzeba było tylko wtedy, gdy przymuszał do tego człowieka głód, czy też – codziennie i systematycznie – ludzie równi i wolni nie byli nigdy. Co najwyżej, w pierwszym z tych przypadków, materialne wyrazy tej nierówności – mniej się rzucały w oczy. Przynajmniej: niezorientowanym obcym, dla których wszyscy szczęśliwi lenie wyglądali tak samo.

Jednak i wśród paleolitycznych łowców – zbieraczy i wśród współczesnych konsumentów zasiłków, kloszardów, ludzi marginesu: zawsze istniała, istnieje i będzie istnieć ścisła hierarchia. Czasem podkreślana a to fryzurą, a to tatuażem czy innym malunkiem na ciele – a czasem tylko faktem, że jeden wydaje polecenia i ma młodszą i ładniejszą babę – a inni te polecenia wykonują i kontentują się babami pośledniejszego gatunku. Zawsze jednak taka hierarchia rozstrzyga o kolejności korzystania z zasobów – czy tym „zasobem“ jest łowisko, czy śmietnik.

Następstwo zdarzeń jest zatem odwrotne od powszechnej intuicji. To nieprawda, że ludzie najpierw byli równi i wolni, a potem zgrzeszyli i popadli w nierówność i niewolnictwo. Prawdą jest natomiast, że ludzie zawsze byli nierówni i zawsze jedni dominowali nad innymi – w pewnym momencie jednak – zdali sobie sprawą z tego grzechu, który był im wcześniej – bezalternatywnie, boż nikt się nad tą zwierzęcą zaszłością nie zastanawiał, dany (wygląda na to, że opisuje tę sytuację dokładnie ten cytat z Pisma: I otworzyły się oczy obojga: a gdy poznali, że byli nagimi, pozszywali liście figowe, i poczynili sobie zasłony. Gen, 3, 7 – tłum. x. J. Wujka).

Od tej pory trwają nieustanne wysiłki intelektualne zmierzające do tego aby naturalny, zwierzęcy stan nierówności – zastąpić wymyślonym (sztucznym) stanem wolności i równości.

Jednym z przejawów odkrycia że jesteśmy nadzy – są też powtarzające się od głębokiej starożytności próby usprawiedliwienia stanu nierówności na planie moralnym. W szczególności: klasy wyższe od zawsze niemal, potrzebują jakiegoś samousprawiedliwienia – czegoś, co by uzasadniało ich prawo do korzystania z cudzej pracy i oddawania się jakże błogiemu i jakże pożądanemu przez innych – lenistwu. Znakomita z kolei większość jeremiad potępiających nierówność i wyzysk – to dzieło właśnie przedstawicieli klas wyższych, którym własne uprzywilejowanie i nieróbstwo dopiekało moralnie.

Co do mnie: jestem w tej sprawie fatalistą. Wszystkie rewolucje, których niemało było w dziejach – za każdym razem kończyły się tak samo: powstaniem w miejsce dawnej klasy wyższej – jakiejś jej nowej mutacji. Nie pokonamy tkwiącego w nas zwierza, a skłonność ludzi do lenistwa i do korzystania z cudzej pracy – jest przyrodzona, naturalna i niemożliwa do opanowania.

Oczywiście: ważne są także subtelne różnice. I właśnie w owych subtelnościach cała między niewolnictwem a pańszczyzną różnica. Niezależnie bowiem od tego, jak się zmieniało konkretne położenie prawne i ekonomiczne niewolników i poddanych (a zmiany były tu – przez wieki – ogromne…), niewolnik był zasadniczo „narzędziem mówiącym“, rzeczą należącą do swojego właściciela. Poddany natomiast – był i zawsze pozostał: człowiekiem. Zależnym, ograniczonym prawnie i eksploatowanym ekonomicznie – ale człowiekiem. W krajach chrześcijańskich spotykał się ze swoim panem w tej samej świątyni, przystępował do tych samych sakramentów i mógł tak samo dostąpić zbawienia po śmierci. W Chinach chłop, nawet najbiedniejszy, był „szlachetnym ludem“, uprawnionym do przystępowania do egzaminów państwowych, o ile tylko – coś umiał, rzecz jasna!

Tak więc moralna różnica pomiędzy niewolnictwem a poddaństwem jest taka: właściciel niewolnika musi w jakiś sposób zaprzeczyć człowieczeństwu swojej „rzeczy“ mimo (zewnętrznego przynajmniej) podobieństwa między nimi. Pan poddanego natomiast – musi „tylko“ uzasadnić, dlaczego to on jest panem, a chłop chłopem a nie odwrotnie.

Już starożytna filozofia grecka doskonale zresztą wykazała próżność „dehumanizacji“. Przy częstych wojnach czy napadach piratów nie raz się przecież zdarzało, że mąż dostojny i poważany – stawał się z dnia na dzień niewolnikiem. I co – przestawał być z tego powodu człowiekiem? A jeśli wykupił się z niewoli – znowu nabywał przymiotu człowieczeństwa? Jest to logiczny nonsens. Nic też dziwnego, że już w starożytności klasycznej niewolnictwo poczęło zanikać. Nie TYLKO dlatego, że zabrakło Rzymianom świeżych podbojów, dających obfite źródło taniego niewolnika (nigdy przecież nie zabrakło im wojen domowych – a kto powiedział, że na targu można sprzedawać tylko barbarzyńców, a już mieszkańców złupionej, bo popierała przegranego uzurpatora prowincji – nie..?). Również dlatego, że traktowanie człowieka jako rzeczy sprzeczne jest z naocznym oglądem tegoż człowieka, u którego widzimy przecież takie same ręce, nogi i inne członki – jak u jego właściciela.

Formą wypierającą w Imperium Rzymskim niewolnictwo był kolonat: właściciel ziemi (nie ludzi!) oddawał działki w dożywotnią i dziedziczną dzierżawę czy to niewolnikom (których wyzwalał), czy to każdemu chętnemu (zależy, co było możliwe) i brał na siebie uciążliwe i niebezpieczne rozliczenia z coraz to pazerniejszym fiskusem więdnącego Imperium – w zamian, najczęściej, za rentę produktową (część zbiorów) – bardzo rzadko i raczej na mniej dotkniętym kryzysem Wschodzie: w zamian za rentę pieniężną. Z czasem, do owej renty produktowej dochodziły też pewne posługi (czyli renta odrobkowa) – w dużej części: wynikłe z faktu, że państwo wymagało od podatników nie tylko pieniędzy, produktów (coraz częściej, w miarę jak pieniądz tracił wartość, a rynek się kurczył), ale i szarwarków, które właściciel ziemski musiał mieć „kim“ wykonać.

 Wyobrażenie latyfundium z willi rzymskiej w Utyce

Ten system utrwalił się po podboju arabskim w całej południowej i wschodniej części basenu Morza Śródziemnego i są miejsca gdzie, z pewnymi modyfikacjami, istnieje do dziś. W zasadzie – kolonat nie wymaga ani „przywiązania kolona do ziemi“, ani nadania właścicielom ziemskim jakiejś władzy sądowniczej czy choćby policyjnej nad kolonami (aczkolwiek i jedno i drugie rzeczywiście następowało – w miarę, jak pogarszała się sytuacja ekonomiczna Imperium i w coraz mniejszym stopniu było ono w stanie realizować najbardziej nawet podstawowe „usługi publiczne“…). Wystarczy, że fiskus przed którym chroni kolonów swoim pośrednictwem właściciel ziemski będzie dostatecznie pazerny i bezwzględny – a niewielu znajdzie się chętnych, by osobisty stosunek z właścicielem (zawsze można się dogadać jak człowiek z człowiekiem…) zamienić na bezosobowe stosunki ze sługami gosudarstwa.

Ważną modyfikacją kolonatu był stosowany przez Turków (na podstawie wcześniejszych doświadczeń bizantyjskich i perskich) „system timariocki“. Otóż zobowiązania chłopów względem panów miały w tym systemie w całości charakter publiczno – prawny: fiskalny. Po prostu państwo, zamiast wybierać należne mu podatki od całej ludności wiejskiej, nadawało ten przywilej na pewnym obszarze indywidualnym wojownikom w zamian za konną i zbrojną służbę na każde wezwanie Padyszacha. Timarioci nie byli nawet właścicielami ziemi – byli de facto dożywotnimi dzierżawcami podatków od zamieszkałej na terenie pewnego okręgu ludności. Sankcjonowało to pewną część systemu stosowanego już przez Rzymian (pośrednictwo pana między fiskusem a kolonami), ignorując zarazem prawa własności do ziemi, którą szariat uważa za należącą do Boga (co poniekąd wynikało także i z faktu, że Turcy byli najeźdźcami, którzy poprzednich właścicieli ziemskich po prostu wypędzili – a fakt, że nie interesowali się zbytnio tym co jaki chłop na swojej działce robi, tylko dodał ich państwu uroku w oczach anatolijskich zwłaszcza kolonów, którzy też ekspresowo się sturczyli…). Dla państwa zaś, powierzenie timariotom pobierania podatków było po prostu tańsze: zamiast utrzymywać osobno urzędników od pobierania podatków i wojsko – mogło w to miejsce utrzymywać więcej wojska, na jego barki zrzucając koszt i kłopot wyciśnięcia z ludności niezbędnych danin.

Tymczasem na północ od Morza Śródziemnego ukształtował się feudalizm. Będący twórczym połączeniem opisanego wyżej w sposób wysocy zgrubny i skrótowy kolonatu – oraz właściwej całej „barbarzyńskiej Europie“ tzw. „demokracji plemiennej“, która do czasu Wielkiej Wędrówki Ludów i rozpadu Imperium Rzymskiego, zastępowała naszym przodkom gosudarstwo.

Wbrew nazwie „demokracja plemienna“ niewiele miała wspólnego ani z Peryklesem, ani, tym bardziej, z Benjaminem Franklinem! Aczkolwiek prawdą jest, że ustrój najbardziej archaicznego z państw europejskich, czyli Konfederacji Szwajcarskiej, do tej pory przechował pewne relikty tej odległej przeszłości.

Podstawowe instytucje „demokracji plemiennej“, właściwie znane wszędzie – od Wschodniej Syberii do Gór Skalistych i z powrotem i od Laponii po Kraj Zulusów tam i na odwrót – to:
-    „msta rodowa“ jako gwarancja pokoju – i możliwość wykupu od msty poprzez opłacenie „główszczyzny“, czyli „zapłaty za krew“,
-    „wiec“ wolnych i uzbrojonych wojowników jako najwyższa instancja prawodawcza i sądownicza,
-    stosunkowo słaba, labilna władza wykonawcza powierzana początkowo wybieranym (lub też wybierającym się samoistnie – gdy ktoś po prostu proponował wykonanie jakiegoś przedsięwzięcia i sam ogłaszał się jego wodzem) dla wykonania konkretnego zadania wodzom, a potem – obieranym najczęściej dożywotnio królom.

Stosunkowo szybko wodzowie plemion osiedlających się w poszczególnych prowincjach Imperium zdołali sobie zapewnić praktyczną dziedziczność władzy – potrzeba jednak było tysiąca lat by ostatnie relikty symboliczne poprzedniego systemu zanikły na zachodzie Europy -  u nas zaś: nie udało się to aż do samego końca. W każdym razie, jeszcze Karol Wielki był przy proklamacji objęcia tronu Królestwa Franków podnoszony na tarczy tak samo, jak przez setki i tysiące lat wiec „wolnych i zbrojnych“ podniesieniem na tarczy obwieszczał wybór wojennego wodza (co – w nieco karykaturalnej formie – ale jakże prawdziwej! – ukazuje chociażby popularny komiks o Asterixie…).
Wódz Galów noszony na tarczy

Realna władza w „demokracji plemiennej“ należy do „wolnych i zbrojnych“. Czyli do stosunkowo nielicznej (w relacji do całości populacji) grupy przywódców rodów. Stosunki między nimi przypominają trochę współczesne stosunki między państwami – a „wiec“ to jakby Zgromadzenie Ogólne ONZ: żadnej realnej władzy nie posiada i da się w praktyce przeprowadzi to i tylko to, na co się wszyscy, przez aklamację, bez głosów sprzeciwu zgodzą. Jakieś dalsze skojarzenia? Tak jest, liberum veto to jak najbardziej stąd! Ewentualną opozycję można też na miejscu rozsiekać – i tak się też niejeden raz zdarzało. Jeśli jednak jakaś sprawa przedstawiona wiecowi budzi kontrowersje na tyle silne, że brak jest przytłaczającej większości – bezpieczniej jest niczego nie decydować, niż zaczynać wojnę domową… Islandczykom taki system wystarczał w zupełności bodaj aż do XIX wieku.

W „demokracji plemiennej“ czujemy się tylko odrobinę gorzej niż w paleolicie! Albowiem jest to drugi co do trwałości system sprawowania władzy nad członkami naszego gatunku na tej planecie (w paleolicie nie było wiecu – bo nieliczne bardzo i operujące na rozległych terenach grupki łowców – zbieraczy raczej nie tworzyły struktur ponadrodowych…). Polecam to uwadze Szanownych Czytelników o „doomerskich“ poglądach. Jak wiadomo, jak się system sypie i następuje reset – powracają najbardziej pierwotne funkcje. I „kolonat“ i „demokracja plemienna“ jak najbardziej mogą jeszcze się tu i ówdzie pojawić – bo też w ogóle: niejeden raz w dziejach było tak, że instytucje zdawałoby się pogrzebane i opłakane – odżywały po stuleciach, ożywione nowymi potrzebami i nowym duchem!

Mafia też jest zorganizowana podobnie jak starożytne germańskie plemię. Tyle, że zjazdy capo są jednak zapewne nieco bardziej kameralne od germańskich wieców…

Na czym polegało twórcze połączenie kolonatu i „demokracji plemiennej“? Odwrotnie niż u Turków, gdzie zanikły prywatno-prawne stosunki między „timariotami“ a ludnością poddaną, wynikłe z prawa własności do ziemi – w Europie feudalnej doszło do całkowitego niemal zaniku stosunków publiczno – prawnych. Stosunki takie w „demokracji plemiennej“ są nader ubogie i nietrwałe – a osiedlając się na nowych ziemiach, barbarzyńcy dawali pierwszeństwo instytucjom do których przywykli. Tak więc miejsce władzy publicznej zajęła piramida prywatnych zobowiązań i lojalności. Poddani stali się dla właściciela ziemi jakby członkami jego rodu – oczywiście: służebnymi, podporządkowanymi – ale też: jego – bezwzględna niekiedy – władza nad nimi, przybrała takie same formy, jakie wcześniej miała władza głowy rodu nad żonami, dziećmi, sługami różnej kategorii. Decydowanie o małżeństwach poddanych jest tak samo naturalne, jak decydowanie o małżeństwach własnych dzieci – nieprawdaż?

Żniwa

I tu jednak stosunkowo szybko nową „rasę panów“ dopadły nieuchronne wyrzuty sumienia. Do połowy XV wieku na całym kontynencie – nie tylko w zachodniej jego części – feudalizm jest w stałym odwrocie. Od góry podgryzają go władcy, którym bardziej w smak od barbarzyńskiej tradycji prawo rzymskie, dające im niczym nieograniczone imperium (czyli: zakres kompetencji – bo tyle, mniej więcej, ten rzymski termin znaczy…) we własnych granicach. Od dołu – powolna, ale stała odbudowa gospodarki towarowo – pieniężnej sprawia, że chłopi, uzyskując na lokalnych targach brzęczącą gotówkę, w coraz to szerszym zakresie wykupywali od swoich panów ciążące na nich zobowiązania (nie bez znaczenia były tu też takie wydarzenia jak ruch krucjatowy czy wojna 100-letnia: związany z dalekimi, zamorskimi wyprawami wysiłek finansowy jaki spadł na rycerstwo sprawił, że potrzebując gotówki, skłonne było chłopskie oferty sprzedaży tego lub owego prawa traktować poważnie…). Rentę odrobkową (pańszczyznę) i produktową wypiera renta pieniężna, zanikają różne ograniczenia podmiotowości prawnej chłopów, wsie zyskują samorząd (także u nas: refeudalizacja polegać będzie głównie na wykupie lub przymusowym przejęciu wójtostw przez szlachtę!).
Siew i bronowanie



Dopiero druga połowa XV wieku, a jeszcze bardziej – przełom tego i następnego stulecia – sprawiają, że losy Europy Zachodniej i Europy Wschodniej rozchodzą się pod tym względem, by zejść się ponownie dopiero po czterech stuleciach. Nota bene: nie tylko Europa Wschodnia przeżywa w tym czasie powrót do form zdałoby się – wymierających! W Nowym Świecie nagle i niespodziewanie odradza się… zapomniane już prawie – niewolnictwo. „Heban“ z Afryki (ale też niewolnicy z Madagaskaru, Malajów – i skąd się tylko dało…) płynie szerokim strumieniem do wiecznie głodnych przymusowej siły roboczej plantacji Indii Zachodnich, Brazylii, czy wreszcie: Wirginii, Karoliny, Georgii.

 Handel niewolnikami

Moralnie – cóż się takiego zmienia? I wiele – i niewiele. Rodzi się „nowoczesność“. Ta „nowoczesność“ (wyrażająca się zresztą choćby i tym, że kończy się pogardzane „średniowiecze“, a zaczyna „epoka nowożytna“) to, dzięki powrotowi prawa rzymskiego i triumfowi prawa publicznego nad prywatnym – także epoka rodzącego się nacjonalizmu, mas, mobilizacji – a także: nieuchronnego chyba w tej sytuacji – strywializowania i sprymityzowania myślenia. Tym właśnie – pokazywaniem na ile nasze współczesne myślenie (bo przecież to my właśnie jesteśmy – mentalnie – produktem tej „rewolucji gutenbergowskiej“!) jest nieoczywiste, niekonieczne i nienaturalne – zajmuję się RÓWNIEŻ na tym blogu. Oprócz wielu innych rzeczy. Wszystko wskazuje na to, że gdzieś w drugiej połowie XV wieku – coś się stało dziwnego z sumieniem Europejczyków… Inaczej bowiem trudno te dwa fenomeny: niewolnictwa w Nowym Świecie i pańszczyzny na wschód od Łaby – wytłumaczyć. Przyznam, że nie mam tu wyrobionego zdania i gotowej odpowiedzi. Może ktoś z Państwa podrzuci jakiś pomysł?

Ekonomicznie – następuje globalizacja. Stary Świat łączy się z Nowym Światem, tworząc jeden rynek. W ramach którego srebro, cukier, bawełna i inne surowce Nowego Świata gwałtownie przyspieszają kształtowanie się międzynarodowego podziału pracy. Przebieg tego procesu jest doskonałą ilustracją prawa przewagi komparatywnej, sformułowanego przez klasyka ekonomii – Dawida Ricardo.

Prawda jest bowiem taka, że w tym momencie Europa Zachodnia wszystko lub niemal wszystko wytwarzała wydajniej i taniej niż reszta kontynentu (a niektóre dobra – wydajniej i taniej niż cała reszta świata: głównie chodzi tu o broń, statki – i idee!). Mimo to Holendrom, Anglikom (w mniejszym stopniu także Francuzom, Hiszpanom czy Włochom) bardziej się opłacało sprowadzać zboże, smołę, potaż, drewno i wołowinę zza Łaby, niż produkować te dobra samodzielnie – chociaż jedno ziarno zasiane dawało w Polsce średnio tylko 10 – 12 zebranych, a w Holandii: 100 i więcej… Dlaczego? Dlatego że komparatywna przewaga Zachodu w produkcji broni, statków i idei – była jeszcze większa!

Na przeszkodzie w rozwoju importu zza Łaby stała relatywna bieda naszych ówczesnych przodków. Nie dysponując sami dostatecznym kapitałem, nie byli w stanie nadążyć za rosnącym popytem. Holendrzy zatem – a potem reszta zachodnich Europejczyków – poczęli kredytować rozwój produkcji na Wschodzie. Oczywiście robili to tak, aby możliwie najmniejszym kosztem uzyskać jak najszybciej jak najlepszy (dla siebie) skutek. Sfinansowali zatem powstanie folwarku pańszczyźnianego. Sfinansowanie indywidualnych gospodarstw chłopskich – byłoby kilka razy (co najmniej!) kosztowniejsze, inaczej też musiałby (o wiele mniej wydajnie) pracować system dystrybucji tak pozyskanych produktów rolnych. Potrzeba byłby więcej pośredników, lepszego transportu – ogólnie: trudno mieć pretensje do Holendrów, że nie chcieli przepłacać… Trudno też mieć pretensje do polskiej szlachty, że skoro nie tylko był zbyt na zboże, ale i możliwy do pozyskania kredyt (który w dodatku, w warunkach inflacji wywołanej napływem amerykańskiego srebra, wykazywał tendencję do stopniowej deprecjacji – tak samo zresztą, jak wcześniej pobierane od chłopów renty pieniężne, których wartość z każdym rokiem malała – w przeciwieństwie do ceny zboża!) – to brała kredyty, rozwijała folwarki i sprzedawała zboże…

A chłopi? Chłopi nie byli w stanie zwiększać produkcji tak szybko. Nie byli też w stanie sami spławiać swoich produktów do Gdańska. Mogli je co najwyżej sprzedać na lokalnym targu. W efekcie chłopi znaleźli się na marginesie owego światowego podziału pracy – jedynym posiadanym przez nich dobrem, które kogokolwiek interesowało, była ich praca.

 Jan Olbracht. To on nadał szlachcie "statut piotrkowski" - fundamentalny dla rozwoju folwarku pańszczyźnianego. W zamian za co dostał podatki na wyprawę nad Morze Czarne. Kampanię przegrał, z rozpaczy popadł w rozpustę - i umarł na syfilis...

Za tym poszły zmiany prawne – przywiązanie chłopa do ziemi w roku 1496, zakaz przyjmowania skarg chłopskich przez sądy państwowe w 1519, itd. Czy to świadomość kształtowała tu byt, czy też odwrotnie – byt kształtował świadomość: na pewno nie wiem – ale sądzę, że jednak najpierw coś się stało w głowach ludzkich, a dopiero potem – zostało to przekute na normy prawne. W pewnym sensie: wróciliśmy bliżej do natury! Z pewnością, takie „powroty“ są łatwiejsze i mniej wymagają czasu od powolnego zwykle i wymagającego wysiłku – moralnego postępu…

Tym niemniej, oczywiście – nie można bez popadania w grube błędy, utożsamiać poddaństwa z niewolnictwem. Jakkolwiek, oba te zjawiska w ich nowożytnej formie były odpowiedzią na podobne wyzwania i produktem tego samego ducha – to jednak, mniej chyba byliśmy w tej naszej dziczy na wschód od Łaby cywilizacyjnie „zaawansowani“, od samych Holendrów, Anglików czy Hiszpanów, praktykujących najbardziej przodujące i zaawansowane niewolnictwo w swoich koloniach..?

sobota, 14 kwietnia 2012

Sjesta odalisek

W przerwach między tłuczeniem biednego samca (skąd słowo "samiec"..? Bo sam jeden przeciw całemu babińcowi...) i żarciem, harem odpoczywa:






Król w tym czasie mógł się posilić i odpocząć pod wiatą. Tośmy mu nie przeszkadzali fotografowaniem!

Poza przerwą na zakupy -  cały dzień ciągnąłem druta. Udało mi się przeciągnąć lub przynajmniej przygotować teren do przeciągnięcia (wiercąc dziury) na długości prawie 100 metrów. Dzięki pomocy M. poprawiłem technikę wiercenia - i zrobiłem to jednym wiertłem, na razie wcale go nie paląc!

piątek, 13 kwietnia 2012

Życie królewskie cz. 2 - Pracowity tydzień

Zdziałałem o wiele mniej niż bym chciał: na każdym z frontów zresztą. Tak to zwykle bywa. Grunt to się nie poddawać. W ogóle, w tym roku staramy się zachować optymizm i z nadzieją podchodzić do życia. Zaczęliśmy od remontu samochodu - dobrze, że Lepszej Połowie trafiło się pod koniec zeszłego roku intratne tłumaczenie, bo nie dalibyśmy rady, tyle to w końcu kosztowało. Ale decyzja żeby samochód remontować, okazała się słuszna: przydał się, bez niego nie miałbym jak przywieźć Gelshaha.

Mam nadzieję, że i decyzja o likwidacji pensjonatu i przyjęciu ogiera też w ostatecznym rachunku okaże się słuszna. Na razie co prawda, chodzi mi po głowie, żeby tu jakieś turnusy terapeutyczne dla przestępców seksualnych organizować: sam widok tego, jak biedny Król dostaje w skórę od swoich połowic sprawia, że ochota na sekscesy przechodzi na dłużej! Musicie mi Państwo wierzyć na słowo, bo najdrastyczniejszych akcji nie mieliśmy odwagi fotografować. Będzie zresztą jeszcze pewnie po temu niejedna okazja, nikt tu się nie zbiera odpuszczać...



Tydzień zaczął się, jak wiadomo, od wtorku. Jak to zwykle bywa - w święta zepsuł się nam ogrzewacz wody. Oczywiście, nauczeni doświadczeniem, mamy zapasowy - ale ten zepsuty też trzeba było naprawić. Korzystając z wymuszonej w ten sposób wizyty w Radomiu, dokonałem też innych niezbędnych sprawunków. M.in., udało mi się dorwać w "Praktikerze" bardzo tanio (jeszcze zniżkę wynegocjowałem) drut do umocnienia naszych ogrodzeń. Ponieważ przez pozostały czas wolny w tym tygodniu - jeśli pominąć zwykłe czynności gospodarskie typu sprzątanie pod wiatą czy opatrywanie ran Króla - zajmowałem się ogródkiem, który powoli zaczyna już przypominać swój zaplanowany kształt, za ciągnięcie tego kupionego we wtorek druta wziąłem się dopiero dzisiaj. Wygląda na to, że najdroższe w tym interesie będą wiertła: rury ogrodzenia mamy grube, średnio jedno wiertło starcza na 20 dziur, czyli na 10 słupków. Potem się pali.

Od razu odpowiadam (zwłaszcza Najmądrzejszym Na Świecie Anonimowym):
- dlaczego nie oplotę po prostu drutu wokół słupków, tylko uparłem się je przewiercać i puszczać drut środkiem?
Odpowiedź: a jeśli nie puszczę środkiem, tylko oplotę - to co powstrzyma nasze czterokopytne przed podciągnięciem do góry lub zsunięciem na dół takiej przeszkody..?
- dlaczego koniecznie przeciągam drut przez środek słupka, zamiast przykręcić do słupka jakiś obejm i na nim zakotwiczyć drut..?
Odpowiedź: owszem, robiąc w ten sposób, zapewne mógłbym zaoszczędzić połowę dziur (ewentualnie, gdybym te obejmy dospawywał zamiast dokręcać, to w ogóle bym nie wiercił...). Ale za to - musiałbym zainwestować w jakieś dzyndzle do których drut dałoby się przyczepić. W liczbie ok. 200 sztuk. No i drut byłby albo do wewnątrz, albo na zewnątrz - a tymczasem akurat w środku jest najbezpieczniej i najefektywniej.

Tak więc ciągnę druta i wiele mi jeszcze do ciągnięcia zostało. Jutro dokupię wierteł i pożyczę jakieś przedłużacze, bo nasz już nie starcza...

A w związku ze sprawami zawodowymi, od wczoraj przypominają mi się dowcipy o Arthurze Andersenie: ten, czy ten.

No ale sami powiedzie: jak ma mi się nie kojarzyć..? Próbuję bowiem od bardzo niedawna sprzedawać pewne energooszczędne i ekologiczne rozwiązania dla biur. W tym celu przez pewien czas dzwoniłem jak leci po "administratorach nieruchomości" - ale to nużące było, bo w 90% trafiałem na zwykłych cieciów, których tylko dziwny kształt odnośnej ustawy zmusił do zarejestrowania takiej działalności, a Zumi wrzuciło na mapę. To spróbowałem wczoraj "wynajem biur". Oczywiście pominąłem wszystkie duże agencje, które z dawnych czasów znam i o których mam jak najgorsze zdanie - i dzwoniłem tam, gdzie wydawało mi się, że powinno łączyć bezpośrednio z właścicielem obiektu.

I co? I trzy razy pod rząd połączyło mnie z tą samą panią z recepcji jednej z tych agencji... No bladź!

Nic to. Jakoś się w końcu ten temat ogarnie. Zresztą, są tu i tacy, których to nic, ale to naprawdę nic  nie obchodzi:

 Takim to dobrze - nieprawdaż..?

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Życie królewskie - cz. 1

Już wszystko w porządku. Król jest cały. Jego narząd, acz - hmm... - sfatygowany, dalej nadaje się do użytku, co nam dowodnie pokazał, gdyśmy chcieli wyprowadzić część jego haremu do pracy: nie pozwolił. Rzucił się na ogrodzenie, połamał belki (na szczęście, nic sobie nie zrobił), a odejść babom nie dał. Przy okazji wystroił się w całej okazałości, nasze poranne lęki skutecznie rozpraszając.

No, zmienia się nasze życie, nie powiem, zmienia. Trochę to wszystko zaskakujące, nie powiem, że nie tak sobie to wyobrażaliśmy, bośmy po prawdzie - robili co mogli, żeby niczego zgoła sobie nie wyobrażać.

Król, jak go wyczyściłem, to nawet dobrze wygląda, nie jest tych ran aż tak wiele:


Zdjęcie tylko jedno, ale przepraszam: nasze "krasawice" przy Gelshahu grube, obrzydliwe i włochate jak paleolityczne kobiety z czasów sprzed wynalezienia maszynki do depilacji! Musimy najpierw pokonać ten dysonans estetyczny i poznawczy, nim zaczniemy towarzystwo seriami cykać - a to może ciut potrwać.


A poza tym, internet nam dziś tak kiepsko działa, że więcej i tak bym nie dał rady wkleić - to jedno, ładowało się od 15.00...

niedziela, 8 kwietnia 2012

Król Mułu

Minionej nocy do naszego stada dołączył Król. Król Mułu. Konkretnie, tego mułu:

Utworzył tedy Pan Bóg człowieka z mułu ziemie, i natchnął w oblicze jego dech żywota: i stał się człowiek w duszę żywiącą. [Gen. 2, 7, tłum. x. J. Wujka]

W każdym razie, do takiego znaczenia słowa "Gel" doszła Lepsza Połowa, biegła w języku perskim, gdy miesiąc temu wynegocjowaliśmy z Petrą Marešovą dzierżawę jej Gelshaha. Shah, czyli szach - wiadomo: król. A "Gel", to właśnie ten muł, ten "proch ziemi", z którego Bóg stworzył człowieka.

Podróż przebiegła bez problemów, choć była i dla mnie i dla naszego Króla, który nigdy wcześniej nie podróżował, w każdym razie, nie tak daleko - bardzo męcząca. Jechałem łącznie 21 godziny z czego 20,5 godziny samej jazdy - 9 godzin w tamtą stronę, 11,5 godziny z powrotem, z Królem na pokładzie. Z Królem dłużej, bo raz, że dużo wolniej trzeba było pokonywać wąskie, urwiste i kręte dróżki Wyżyny Czeskiej - a dwa: kompletnie mnie rozłożyła na łopatki "gierkówka", która okazała się tak wyboista, że nawet przy ledwo 40 km/h, przyczepą trzęsło jak w febrze i mowy nie było, żeby pojechać szybciej. Jakoś to jednak znieśliśmy - ja mam tylko wielką, czerwoną i obolałą do granic obłędu piętę prawej stopy, tej od pedału gazu, a Król - trochę otarć tu i tam.

Dotarliśmy do domu o 23.00 i od tej pory, z padoku dochodzą nas nieustanne kwiki. Prawdę pisząc, nie wygląda na to, żeby już doszło do jakiejś penetracji (obie strony są na razie zbyt nerwowe...) - a narząd Króla już jest czerwony i chyba otarty... Obiecuję od jutra więcej zdjęć: ciekawych, zaskakujących oraz pornograficznych - dziś jednak, Lepszej Połowie, która pozostając na miejscu i martwiąc się o nas, wcale nie wyszła z tej przygody w lepszym stanie niż ja - udało się to, co się udało:






Tak naprawdę, była to tylko krótka przerwa w ganianiu się, próbach krycia i kwikach. Ale naprawdę: nie mamy sił...

Zgodziliśmy się na Gelshaha bez żadnej, przyznaję, głębszej myśli hodowlanej - ot, czymś trzeba nasze krasawice "przetkać", żeby wreszcie załapały i zaczęły rodzić. Nie będę jednak ukrywał: gdy już wysiadł z przyczepy, po tak długiej i pełnej cierpienia drodze - natychmiast się w nim zakochaliśmy. Nie liczcie zatem Państwo na jakikolwiek obiektywizm, trzeźwość osądu czy temu podobne - kochamy tego chłopa i już! Ma tyle powietrza pod brzuchem, no miodzio, miodzio...

środa, 4 kwietnia 2012

Wycieczka przez wieki

Że nie piszę od kilku dni to tradycyjnie – bo nie mam czasu. Do wszystkich zajęć, których mi ostatnio nie brak, dołączył się w sobotę dobry kolega z dawnej pracy „zielarskiej“. Męczył mnie i molestował – aż zgodziłem się i, trochę dla świętego spokoju, podjechałem dzisiaj do Dęblina, gdzie właśnie miała się odbyć prezentacja „zielarska“.

Kolega męczył mnie i molestował, żebym tę prezentację obejrzał nie bez ukrytego powodu. Otóż prowadzić ją miała para najskuteczniejszych ostatnio prezenterów, przynoszących do firmy po 40, a czasem i po 50 tysięcy utargu tygodniowo. Przy prowizji rzędu 20% - wychodzi z tego niezła „tygodniówka“, nawet jeśli do podziału na dwóch!

No i właśnie kolega chciał sobie znaleźć partnera, z którym mógłby pojechać w trasę i sukces tamtej pary powtórzyć. W tym celu, trzeba ich by było najlepiej nagrać – a przynajmniej: obejrzeć i wysłuchać. A potem powiedzieć, czy to się w ogóle da naśladować – czy nie..?

Wybitnie mi ta propozycja była nie na rękę, bo akurat mam inne plany na najbliższą przyszłość. Że jednak, nauki nigdy za wiele, nigdy też nie wiadomo, co człowiek będzie jeszcze musiał w przyszłości robić, a kolega bardzo mi kiedyś pomógł i byłem mu winien przysługę – zgodziłem się na tyle, żeby pojechać i obejrzeć. Pojechałem, ale obejrzeć, to raczej niewiele obejrzałem, bo prowadząca, która mnie oczywiście natychmiast poznała – wyrzuciła mnie z sali gdy tylko wszedłem. Ponieważ robienie scen nie leży w mojej naturze – posłusznie zawróciłem na pięcie i wróciłem do samochodu.

Przynajmniej tyle, że skorzystałem z lepszego niż u mnie na wsi zasięgu komórki i podomawiałem kilka spotkań w Warszawie na jutro – wycieczka zatem nie była całkiem bez korzyści. Po powrocie zresztą, spadł na mnie miły kłopot w postaci konieczności rozdysponowania dopłat, które właśnie się zaksięgowały – nim je nienasycony Potwór Bankowy o północy pożre i strawi bez śladu – a że internet mamy akurat bardzo kapryśny, to pewnie nieprędko ruszę się od komputera.


Wycieczki do Dęblina zresztą – za dnia byłem tam wcześniej tylko raz, za to kilka razy zdarzyło mi się forsować Wisłę tamtejszym mostem nocą, gdy najbliższa mnie przeprawa w Górze Kalwarii z takich lub innych przyczyn była nieczynna – nastrajają mnie zawsze nostalgicznie. Przebijając się krętymi dróżkami przez Sieciechów, czuję się tak, jakby mnie maszyna czasu do epoki piastowskiej przeniosła! Pewnie dlatego, że dróżki te, nieudolnie udające drogi asfaltowe, nic się od czasów komesa Sieciecha nie zmieniły…


Potem za to, korzystając z nieoczekiwanie wolnego przedpołudnia, pozałatwiałem kilka innych spraw niezbędnych przed czekającą mnie wkrótce podróżą (wyglądajcie Państwo relacji na ten temat w sam dzień Wielkanocy!), co z kolei zaprowadziło mnie na drogę Grójec – Warka, gdzie dla odmiany, mijając klasycystyczne pałacyki i dworki tamtejszych folwarków (niestety, wygląda na to, że opuszczonych prawie tak jak folwark w Brzózie, którego ogromne pola, przyległe wprost do drogi na Kozienice, drugi rok z rzędu nie znają ludzkiej ręki – zastanawiam się: jak to możliwe, że komuś się NIE OPŁACA uprawiać takiego kawału roli? Ja, gdybym miał tyle ziemi, to bym się w żadnym razie jakimiś prezentacjami w Dęblinie nie przejmował… no jak już nie z innego powodu, to chociażby właśnie – dla owych dopłat!) – mam wrażenie, że znowu zapanował błogosławiony wiek XIX…

Odbywając tę „podróż przez wieki“ wte i wewtę, tak sobie myślałem: co ja Państwu opowiem – dlaczegóż to moja koleżanka (zapominając zresztą z miejsca, że ongiś byliśmy na „ty“) nie wpuściła mnie na swój pokaz..?

Zacznijmy może od samego początku. Zakładam bowiem, że niewielu jest wśród Państwa emerytów – głównych bywalców tego rodzaju rozrywek..? Zapewne zatem, świat sprzedaży bezpośredniej, jest dla Państwa tak samo egzotyczny i obcy jak dla mnie, gdy ponad dwa lata temu, ani wiedząc co mnie czeka, przekroczyłem próg domu mojego pierwszego z tej dziedziny pracodawcy – skierowany tam przez redakcyjnego kolegę, który też nie uznał za konieczne informować mnie, z czym to się je i o co chodzi.

Naprawdę, pojęcia nie miałem, że coś takiego w ogóle istnieje! Jeśli kiedykolwiek wcześniej zdarzyło mi się trafić na ulotkę zapraszającą na tego rodzaju „spotkanie“, albo – przez nieuwagę – odebrać takowy telefon – to wyrzucałem ulotkę i przerywałem połączenie ani się zastanawiając o co tu chodzi. Aż nagle, nie stąd ni z owąd – znalazłem się nie tylko „po przeciwnej stronie barykady“ – ale w dodatku: w samym środku samego środka tego biznesu.

Jak mi wyjaśnił mój mentor (fakt, że dobry rok po naszym pierwszym spotkaniu…): w tym biznesie nic nie ma sensu! No bo popatrz: zabierasz ludzi do świętego miejsca na pielgrzymkę – i co robisz? Wciskasz im gary albo pościel wełnianą. Gdzie tu sens, gdzie związek między jednym a drugim? Sprzedajesz im gary, które w sklepie kosztują góra 400 złotych – za 8 czy 9 tysięcy: a oni to kupują tym chętniej, im wyższej ceny zażądasz!

Jak to się robi? Generalnie całą operację można podzielić na kilka etapów, a sposobów jej realizacji, ja przynajmniej znam, cztery. Sposoby te zależą od tego, gdzie i w jakich okolicznościach odbywa się sprzedaż. Jeśli w domu u klienta – mamy do czynienia z tzw. „domówką“. Jest tu też pewna subtelna różnica – niektóre firmy wymagają, aby gospodarz „domówki“ zaprosił jeszcze dodatkowo jakichś sąsiadów lub znajomych dla zwiększenia audytorium – inne (jak np. ta od myjek parowych, na których sparzyłem się na początku roku): zgoła wprost przeciwnie. „Domówki“ są fajne dla firmy prowadzącej sprzedaż, bo nic nie kosztują (poza, oczywiście, telefonem, paliwem i czasem prezentera – ale tym akurat, mało kto się przejmuje…). Pierwszy etap sprzedaży, czyli rekrutacja publiczności odbywa się poprzez zbieranie, a następnie – obdzwanianie, tzw. „rekomendacji“, czyli osób, które wskazują gospodarze poprzednich „domówek“. Ponieważ są to znajomi, którzy jakoś tam ufają osobom, które ich „rekomendowały“ – jest dość duże prawdopodobieństwo, że i sami zgodzą się prezentera przyjąć. Średnio udaje się umówić jedną osobę na 8 – 10 „rekomendowanych“.

Szczebelek wyżej w skali trudności są „domy kultury“ – czyli spotkania organizowane w domach kultury, klubach osiedlowych i innych – co do zasady: niedrogich raczej – wynajętych salach. Trzeba oczywiście zapłacić za salę, a to jest koszt rzędu kilkuset złotych – no i trzeba: zrekrutować jakoś publiczność. Są firmy, którym to się udaje, są takie, które wiecznie mają z tym problem. Standardowo, za udział w takim spotkaniu, publiczność dostaje jakieś prezenciki – i te, absurdalne najczęściej gadżety – są motywacją dla emerytek i emerytów, stanowiących do 90% publiczności aby, pokonując reumatyzm i schodki (domy kultury z lat 70. XX wieku z zasady były tak budowane, żeby przypadkiem nie dostała się tam osoba na wózku inwalidzkim…) – przydreptać na spotkanie. O spotkaniu potencjalna publika najczęściej dowiaduje się z ulotek, czy to rozsyłanych pocztą, czy to rozkładanych w blokach, względnie – wciskanych do ręki (jest to tzw. „ankieter“, czyli najdroższa forma rozprowadzania ulotek – ma sens, jeśli prezenter który będzie prowadził spotkanie jest naprawdę dobry – bo gwarantuje publiczność, ale – przy wysokich dość kosztach własnych…). Bardzo rzadko i tylko dla wyjątkowo skutecznych prezenterów – opłaca się zatrudnić telemarketing.

Rekrutacja publiczność to „wąskie gardło“ tej formy sprzedaży o tyle, że na takie spotkania w ogromnej większości przychodzą stale ci sami emeryci – znajdujący w nich, Bóg wie dlaczego, wielkie upodobanie. Raz, że jest to publiczność zepsuta i zblazowana, na której byle prezent wrażenia nie zrobi i bywa, że niezadowolona, wygwiżdże czy wykpi prezentera (osobliwie – niedoświadczonego…). Dwa – że takie osoby mają już zwyczajnie bardzo bogatą historię kredytową i często – brak im możliwości dokonywania kolejnych zakupów… Stąd firmy prześcigają się w wynajdowaniu przede wszystkim – coraz to nowych przedmiotów, których „magia przyciągania“, wyciągnęłaby z domu innych niż do tej pory ludków. Ziółka są, jak na razie, wcale niezłe pod tym względem – na prezentacje materacy do masażu na przykład, przychodzi znacznie więcej „gadżeciarzy“, niż na prezentacje ziółek (no i na prezentacjach ziółek w zasadzie nie daje się prezentu, sam wykład jest prezentem dla publiczności, ewentualnie – rozdaje się bony uprawniające do zniżki – o ile, naturalnie, ktoś coś kupi…). Z garnkami czy pościelą nie miałem do czynienia, ale wyobrażam sobie, że w tych, najgęściej obsadzonych i najbardziej konkurencyjnych niszach na rynku – jest pod tym względem najtrudniej.

Jeszcze szczebelek wyżej, są tzw. „hotele“ – czyli spotkania nie w domach kultury czy klubach osiedlowych, a w – najczęściej – hotelowych restauracjach, połączone z poczęstunkiem, najczęściej – z obiadem dla gości.

Najdroższą dla organizatora formą sprzedaży bezpośredniej są tzw. „wycieczki“. Polega to na tym, że dystrybuuje się ulotki zapraszające do skorzystania z wycieczki – najczęściej do jakiegoś sanktuarium, aczkolwiek, gdy księża i dziennikarze zorientowali się, co się dzieje, podobno proceder ten został ograniczony. Wycieczka jest oczywiście płatna (jak coś jest całkiem za darmo, to nikt tego nie szanuje…) – ale na tyle nisko, że udział w niej, jak również poczęstunek na miejscu, są oczywiście – prezentem od organizatora dla uczestników, za który uczestnicy powinni czuć i czują – wdzięczność…

Z tym kosztowniejszymi formami sprzedaży nie miałem do czynienia – nigdy nie byłem tak dobry, żeby ktoś chciał we mnie aż takie pieniądze zainwestować – znam je więc tylko od strony „organizacyjnej“, bo i pracą przy organizacji takiego biznesu, też się pokalałem.

Kiedy publiczność – wszystko jedno: na „domówce“, w „domu kultury“, w „hotelu“, czy na „wycieczce“ – jest już obecna, a prezenter wychodzi na mównicą – zaczyna się magia. Bo jak to inaczej nazwać..? Na starożytnych Grekach zresztą, którzy nie znali telewizji, siła żywego słowa robiła daleko większe wrażenie niż na nas, współczesnych. Czyż retor, sofista – to są postaci nieznane miłośnikom dawnych wieków, a w swoich czasach – pogardzane może, czy mało cenione..?


Tak więc niesłusznym zupełnie – tu uniosę się zawodowym honorem – jest pogardzanie tą retoryką, której musi użyć prezenter, aby zbudować wartość produktu, który sprzedaje, pokazać jego odmienność i sprawić, że słuchacze jak niczego innego na świecie zapragną go posiąść. Tu i teraz! Bo z biegiem czasu – magia słabnie i zwykle już w kilkanaście minut po prezentacji, opinie niedawnych słuchaczy o produkcie (o ile go nie kupili rzecz jasna, bo jeśli kupili – inne mechanizmy psychologiczne zaczynają pracować na korzyść sprzedawcy…) są daleko mniej pochlebne niż w trakcie występu – a po kilku godzinach większość słuchaczy nie pamięta już, o czym właściwie prelegent mówił…

W związku z czym każdy prezenter zna mnóstwo zabawnych historyjek – ale to może następnym razem, bo tekst już robi się długi.

W każdym razie: dlaczego moja – była jak sądzę – koleżanka nie wpuściła mnie na swoją prezentację? No cóż – potwierdza się, to co na jej temat dawno mi mówiono – że jest po prostu dziwna. Ta branża przyciąga ludzi odrobinę niestandardowych jak chodzi o sposób postrzegania świata i bardzo intensywnie potęguje ich problemy – o czym już niejeden raz pisałem.

W dużych firmach, których też trochę jest na tym rynku, przebieg prezentacji jest bardzo ściśle określony, a całe zadanie prezentera sprowadza się do przekonującego aktorstwa. Przebieg jego show jest oczywiście ściśle kontrolowany – ponieważ z zasady wszystkie scenariusze takiej sprzedaży eksploatują przede wszystkim motyw zdrowia i zdrowego stylu życia – jest taka firma, gdzie prezenter, na którego ktoś z publiczności doniesie, że widział go z papierosem w ustach: wylatuje momentalnie z pracy.

Ale w małych firmach różnie to bywa. Prezenterzy nie lubią, gdy się im patrzy na ręce. Niektórzy twierdzą że to z zadrości o gromadzoną latami wiedzę (trochę to chore! Biorąc pod uwagą liczbę emerytów w Polsce – i liczbę prezenterów – miną dziesięciolecia, nim ten rynek się wyczerpie…). Na ogół jednak – dlatego, że mówią i robią rzeczy, za które kierownictwo firmy raczej nie chciałoby brać odpowiedzialności. Gdyby o nich wiedziało – rzecz jasna.

Oczywiście nie podejrzewam byłej koleżanki, o której mawiano w firmie, że jest – excuse le mot – „świętojebliwa“ o to, że stosuje jakiś niedozwolony NLP, czy inne brudne chwyty… Tylko – dlaczego jej kolega odziany był, gdym wszedł na salę, w niebieski kitel podobny do wdzianek personelu medycznego, trochę tylko, w porównaniu – kusy..? O ile dobrze pamiętam, z wykształcenia to on jest dziennikarzem i z medycyną nigdy nie miał do czynienia… No cóż – dajmy pokój, niech im ziemia lekką będzie!

Prawda jest taka, że wcale a wcale nie czuję się aż tak dobrym retorem, aby kontynuować karierę w tej branży – i cieszę się, że zamiary mojego kolegi tak szybko spaliły na panewce – i nie z mojej winy.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...