sobota, 31 marca 2012

Tajemnicze okulary Juliusza Verne’a

Czytywaliście Państwo w młodości Verne’a? Poważnie pytam – od czasu dyskusji o Lemie, zwątpiłem w istnienie ciągłości kulturowej między takimi dinozaurami jak ja, wychowanymi w erze przedinternetowej, a młodszym pokoleniem. Być może zatem, niektórzy z Państwa w ogóle nie wiedzą, kto to był Juliusz Verne..? Mam dać linka do biogramu w Wikipedii, czy sami poszukacie..?

Lektura Juliusza Verne’a, choć zasadniczo przeznaczona raczej dla młodzieży (jako technologiczna futurologia jego przepowiednie beznadziejnie się przestarzały, więc już do mojego pokolenia przemawiał raczej aspekt przygodowy…), może też nasunąć pewne pouczające wnioski dorosłym. Przyznaję przy tym bez bicia, że wnioski te nie są wcale moje – przeczytałem je w jakimś felietonie w którymś numerze „Nowej Fantastyki“, miesięcznika, który czytuję nader nieregularnie i z reguły – w pociągu. Nie jestem w tej chwili w stanie zatem podać autora tej złotej myśli, którą pragnę poniżej rozwinąć. Mam nadzieję, że jeśli za moją sprawą myśl ta nabierze rozgłosu (w co, prawdę pisząc – wątpię: takich publicystów jak ja można by całymi kierdlami, jak owce na Podhalu 30 lat temu przeganiać – bardzo zatem doceniam to elitarne grono, które jednak mnie czyta mimo, że ma tylu innych do wyboru…), autor sam się zgłosi i należne honory przyjmie…

Książki Juliusza Verne’a (być może, poza „Dziećmi kapitana Granta“, „Tajemniczą wyspą“ i kilkoma innymi…), to klasyczne przykłady fantastyki XIX-wiecznej, zbudowanej wedle pewnego prostego schematu. Bierzemy oto pewną technologiczną ciekawostkę – niech to będzie na ten przykład balon, armata czy choćby – doskonale wszystkim (w wieku XIX…) znany silnik parowy. Po czym sprawdzamy, co możemy osiągnąć, dokonując prostej ekstrapolacji znanych nam właściwości tego wynalazku na większą skalę. Dostajemy w efekcie: balon okrążający świat (to się w końcu udało – za naszych czasów – lubo zupełnie inaczej, niż Verne to przepowiadał…), czy też szerzej – służący jako uniwersalne narzędzie komunikacji (jak wiemy, świat poszedł zupełnie w inną stronę…), armatę zdolną wystrzelić pocisk na Księżyc czy też świat „uniwersalnie parowy“, w którym napędzane parą urządzenia wybawiają człowieka od konieczności pracy fizycznej. Jest to zatem metoda „hiperbolizacji“, pomnożenia czy wręcz spotęgowania tego, co wiemy – i rzutowania tak powstałego obrazu na dalszą lub bliższą przyszłość.
 


Jako taka, jest to oczywiście w pełni uprawniona – w zasadzie: główna, bo cóż innego nam pozostaje? – metoda uprawiania futurologii w ogóle. O pułapkach w jakie nieuchronnie wpadamy biorąc się za przepowiadanie przyszłości, pisałem na samym początku projektu Agepo – nie ma powodu tamtych tez powtarzać.

Tutaj chciałbym zwrócić uwagę na szczególne wykoślawienie obrazu przyszłości oglądanej przez „tajemnicze okulary Juliusza Verne’a“. Cokolwiek bowiem byśmy nie przepowiadali – nie dysponujemy numerycznym modelem całej ludzkości z jej pełnym bogactwem złożoności. Zresztą, taki model – niewiele by nam dał: niemożliwe do uniknięcia osobliwości wynikające z praw chaosu – takie jak „efekt motyla“ chociażby – w krótkim czasie sprawiłyby nieuchronnie, że nasz „kompletny model“ i tak rozjechałby się z rzeczywistością, której przyszłe stany ma przewidywać. Wbrew poglądom deterministycznych fizyków sprzed ery Poincaré i Einsteina – znajomość elementów ruchu wszystkich atomów Wszechświata nie wystarczy do przepowiedzenia jego przyszłości.

Przepowiadając cokolwiek, koncentrujemy się zwykle na tym, co jest wedle naszej wiedzy najważniejsze. Chociażby – na bilansie energetycznym, czy też na „wielkich agregatach“ wielkości ekonomicznych, takich jak zmiany PKB, bilanse handlowe i płatnicze, poziom zadłużenia, baza monetarna czy kursy walut. Z tej perspektywy losy pojedynczych ludzi – są już całkowicie niedostrzegalne!

Rodzi się zatem nieuchronnie pokusa, aby spróbować tak skonstruowaną przepowiednię przełożyć na konkretne wskazania życiowe. I na przykład – wyemigrować do Argentyny, bo z przyjętego modelu przyszłych trendów w zakresie energetyki i wyżywienia wynika, że półkula południowa rokuje na najbliższe półwiecze lepiej niż północna. I w porządku – pożyjemy, zobaczymy…

Niestety, nie umiem oprzeć się wrażeniu, że przepowiednie tego rodzaju, to jednak jest w dalszym ciągu „świat uniwersalnie balonowy“, czy też „uniwersalnie parowy“ z powieści naszego tytułowego Francuza.
 


Czy „gorsze perspektywy“ półkuli północnej – a fatalne, to chętnie przyznaję – perspektywy Jewrosojuza oznaczają, że w Polsce zniknie życie biologiczne i wszyscy, którzy tu zostajemy – pomrzemy..? Czy „clash of civilizations“ o którym pisałem kilka dni temu oznacza, że każda Europejka zostanie zgwałcona i zamordowana..?

Ależ nikt tak nie twierdzi! – I słusznie, bo to oczywiście nieprawda: „gorsze perspektywy“ półkuli północnej oznaczają tyle, że – średnio – będzie tu trudniej zachować lub poprawić stopę życiową, niż na półkuli południowej. Ale nie jest to wcale niemożliwe! Na kryzysie energetycznym też się da zarobić. Mało tego: da się to zrobić nawet w Polsce, niezależnie od faktu, że rządzi nami kompletnie beznadziejna klika uboli, złodziei i agentów – w dodatku kochana rzewną miłością skołowanego ludu, bo perspektyw na jej obalenie drogą demokratycznych wyborów, jako żywo – nie dostrzegam. W stosunku do tej kliki zresztą, jedyną – jak na razie – skuteczną metodą działania jest taka, którą wielu spośród dyskutantów chętnie by zaleciło naszym przodkom odnośnie zaborców: nie porywać się z kosami na armaty, do czasu aż będzie nas stać na kupno własnych armat (najlepiej zresztą – lepszych od tych, które tamci mają…). Co w praktyce oznacza: płacić, milczeć – i robić swoje. Starając się w miarę możliwości uniknąć popełniania samobójstwa…

Ludzkość przechodziła już w swoich dziejach epoki straszliwe. Takie jak „czarna śmierć“ w połowie XIV wieku, jak ćwierćwiecze wojen i rewolucji na przełomie XVIII i XIX wieku, jak wielkie tyranie i wielkie wojny wieku XX. Pozostały nam po tych katastrofach lamenty i cmentarze – ale też na przykład: „Dekameron“ Bocaccia (to tak a propos erotyki i seksu…), stanowiący przecież nic innego, jak zapis frywolnych opowieści, które miały umilić wybornemu towarzystwu przymusowy pobyt na wsi, dokąd uciekło przed dziesiątkującą miasto zarazą.

Żaden kryzys w dotychczasowych dziejach ludzkości nie spowodował, że ludzie przestali się śmiać, kochać, płodzić dzieci i snuć plany na przyszłość. Ludzie nie zarzucili tych podstawowych zupełnie czynności ani w stalinowskiej Rosji, ani w Chinach Mao Zedonga, ani nawet – w Kambodży za czasów Pol-Pota. I choć wyglądało to na kompletne szaleństwo – to jednak, z upływem czasu okazało się, że rację mieli właśnie ci, którzy śmiali się, kochali i płodzili dzieci – bo przyszłość okazała się lepsza od ówczesnej teraźniejszości, koszmar się skończył (nie, żeby zaraz jakaś idylla zapanowała, ale – w porównaniu..?), dzieci spłodzone w czasie tych wielkich opresji, miały lepsze życie od życia swoich rodziców.

Dopóki nasza dzienna gwiazda zsyła nam swoje życiodajne promienie – nic nie wskazuje na to, aby wielka przygoda ludzkości miała się raz na zawsze zakończyć. Z którego to prostego stwierdzenia nic kompletnie nie wynika dla kogokolwiek z aktualnie żyjących jak chodzi o jego sprawy codzienne – i jeśli dla kogokolwiek z Państwa miałoby to być sygnałem, że porzucam mój programowy pesymizm, to oczywiście nieprawda – jak chodzi o tu i teraz: pozostaję pesymistą równie radykalnym, co konserwatystą. Jednak nawet konserwatyzm nie miałby krzty sensu, gdyby istnienie ludzkości miało się zakończyć na tym pokoleniu.

Toczące się w tzw. „mainstreamowych“ mediach przepychanki o wiek emerytalny i spory jakie to wywołuje wśród bloggerów – mogą co najwyżej wywołać uśmiech politowania. Oczywistą oczywistością jest, że ZUS nie da się już uratować, a spory który się toczą – nie mają już prawdopodobnie wpływu nawet i na to, kiedy i w jaki sposób nastąpi agonia tej instytucji. Jest na to za późno.

W szczególności nic nie warte są jakiekolwiek przepowiednie oparte na ekstrapolacji istniejących trendów demograficznych w horyzoncie czasowym dłuższym niż jedno dziesięciolecie. Absolutnie nie jest prawdą, że Polska stanie się smutnym krajem starych ludzi!

Dlaczego? Dlatego, że system opieki zdrowotnej załamie się pierwszy. Co spowoduje masowe wymieranie starych i chorych – tą, brutalną przyznaję i daleką od humanitaryzmu metodą, przywracając „normalną“ piramidę wieku.

Owo załamanie opieki zdrowotnej widać już zresztą gołym okiem – ja sam, w zasadzie, poza możliwością skorzystania z doraźnej pomocy na pogotowiu, na żadne „bezpłatne“ zabiegi nie mam co liczyć, bo przy nieco skomplikowanej sytuacji meldunkowej, konieczna dla tego biurokracja przerasta moje możliwości. Na szczęście – nic mi nie dolega. To, co zostało zrobione z ojcem mojego sąsiada, M. – o czym pisałem – to nie było nic innego, jak „eutanazja po polsku“, polegająca na olaniu pacjenta, który nie rokuje dobrze ani medycznie, ani finansowo. Beznamiętna rutyna tej operacji przekonuje mnie, że jest to procedura standardowa – i że to jest główny sposób walki z deficytem NFZ i ZUS, a nie jakieś tam „reformy“. Przy tym wcale nie sądzę, że mamy do czynienia z jakimś „spiskiem przeciw narodowi polskiemu“ (jakkolwiek, tolerując istnienie tego stanu rzeczy, Ministerstwo Zdrowia efektywnie dziesiątkuje potencjalny elektorat PiS – w większym stopniu, w każdym razie, niż elektorat PO – jest to więc, całkiem przypadkowo, stan „politycznie opłacalny“). Po prostu system tak działa – będzie działał tak samo, niezależnie od tego, ile pieniędzy (w tej skali, jaka jest wyobrażalna tu i teraz…) zostałoby weń wpompowane. Na żadne „miękkie lądowanie“, czy też „rozwiązania ludzkie i cywilizowane“ – nie ma już co liczyć.

Tak więc wcześniej czy później dojdzie do katastrofy – takiej, którą przeżyją przede wszystkim zdrowi i silni. Jestem zdrowy i silny. Dlaczego miałbym zatem się tej katastrofy bać..? Załamie się system bankowy? No i co z tego? Nie mam żadnych oszczędności w banku – mam za to dług. Oby system załamał się jak najszybciej! Klasa średnia oberwie po kieszeni? Dlaczego miałoby mnie to w jakikolwiek sposób obchodzić? Czy ja przypominam w czymkolwiek klasę średnią? Czy czerpię dochody z usług dla klasy średniej? Czy pracuję w wielkiej korporacji, która może z dnia na dzień zwinąć swój polski oddział? No patrzę przez okno – i jako żywo, niczego takiego nie dostrzegam. Widzę tylko nasz Lasek – który, po deszczu, zielenieje w oczach. Zaraz trzeba będzie sadzić kartofle…

To może powinienem się spodziewać tłumów uciekających z miast, wygłodniałych zombi, którzy jak szarańcza pożrą wszystko na swojej drodze, koni, krów ani nawet kotów nie wyłączając..? Litości..! Czy coś takiego zdarzyło się kiedykolwiek w dziejach ludzkości..? Nie? To dlaczego miałoby się coś takiego wydarzyć tym razem? Niby dlaczego tym razem miałoby być gorzej niż w roku 1914, 1939 czy 1944..? Bo cena ropy idzie w górę?

Wzrost cen ropy i gazu oznacza tylko tylko, że pogrążamy się w stagnacji. Ale to jest stwierdzenie z dziedziny makroekonomii, a nie z dziedziny życia praktycznego. W życiu praktycznym może to oznaczać cokolwiek: bo, wprawdzie statystycznie szanse na zdobycie (dobrze płatnej) pracy systematycznie maleją – ale przecież – ludzie nawet w Totka wygrywają i ktoś tam ową pracę jednak dostanie. Wcale o owej statystyce nie wiedząc…

Tak więc: starzy i chorzy będą wymierać – ale przecież nie wymrą w ciągu tygodnia, to jest proces, który potrwa ze 20 lat co najmniej – dla młodych będzie coraz mniej pracy i szans życiowych, więc póki się da – będą wyjeżdżać, a ci którzy wyjechali – na pewno nie wrócą. Przez ten czas ludzie będą dalej normalnie żyć, śmiać się, kochać i płodzić dzieci. Normalne dla zachowania naszego gatunku mechanizmy obronne sprawią, że pewnie pod koniec tego okresu dzieci będzie dużo więcej niż w tej chwili (bo rozmnażać się będą przede wszystkim zapiekli konserwatyści, programowo czy podświadomie, ale tym nie mniej radykalnie – odrzucający cały ten postęp, faminazim, prawa człowieka i inne duperele dla bogatych smarkul…). W pewnym momencie – nie wiem, czy to będzie za 10 lat, za 20 lat, za 30, czy już za 3 lata… - proces ten, pozostawiony samemu sobie sprawi, że koło zamachowe ruszy z powrotem – trend się odwróci, zacznie się demograficzny i ekonomiczny wzrost. O jakie oparty źródła energii – próżno i daremno jest przewidywać. Jeśli ktoś wie lub sądzi że wie – też nie powinien się tym chwalić, tylko – za biblijną radą idąc – sprzedać wszystko co ma – i zainwestować w tę właśnie branżę…

„Koreanizacja“, o której pisałem niedawno, a więc takie dokręcenie śruby przez klasę pasożytniczą, które doprowadzi do bezwzględnego zubożenia nosiciela pasożyta, ale za to utrwali perwersyjny związek między nimi – może, paradoksalnie, tylko przyspieszyć ten proces: im wyższy będzie koszt utrzymania klasy pasożytniczej, tym szybciej dojdzie do załamania, a im szybciej dojdzie do załamania, tym szybciej nastąpi odbicie od dna. Czy owo „odbicie“ będzie też równoznaczne z pozbyciem się klasy pasożytniczej, to jest owej ponurej kliki uboli, złodziei i agentów? Niekoniecznie. Szczerze pisząc: nie umiem sobie wyobrazić Polski innej niż rządzona przez klikę uboli, złodziei i agentów. Może to wina mojej ubogiej wyobraźni – ale też: JAKAŚ klasa pasożytnicza zawsze istniała. Pewnie, że na ogół była lepszej jakości niż nasza obecna – bo gorszą trudno sobie wyobrazić. Ale może ich synowie i wnuki nabiorą klasy..?

W żadną „narodową rewolucję“ w każdym razie – nie wierzę. A skądżeby ona, skoro, poza enigmatycznym postulatem pozbycia się „uboli, złodziei i agentów“ – nie ma najmniejszej zgoła zgody co do tego, co należy właściwie robić? Oddać władzę Jarosławowi? Cha, cha, cha…

Nie wierzę też w żadne zamieszki, palenie samochodów, rabowanie sklepów, wieszanie posłów czy temu podobne – nie na wielką skalę w każdym razie. Kto miałby to robić – i po co?

A jeśli nawet – to szczerze pisząc: nic mnie to, póki w Boskiej Woli siedzę – nie obchodzi.

Nie widzę też powodu, aby jakiekolwiek z powyżej opisanych nieszczęść miało kogokolwiek odciągnąć od pielenia ogródka, pisania pracy inżynierskiej, całowania ładnej dziewczyny czy kołysania dziecka. Zaiste: nic z tego nie ma NAPRAWDĘ istotnego znaczenia dla RZECZY WAŻNYCH. To jest właśnie: dla pielenia ogródka, pisania pracy inżynierskiej, całowania ładnej dziewczyny czy kołysania dziecka.

A może to wszystko bajki i czeka nas różowo – cukierowy dobrobyt wprost z postów kolegi Adama Dudy..? A może coś zupełnie innego? Któż to wie..?
 


Ja nie wiem i nie zamierzam udawać, że jest inaczej. Zamierzam, póki to tylko będzie możliwe – robić swoje, całym tym zgiełkiem wielkiego świata wcale się nie przejmując. I właśnie dlatego, jeśli wszystko dobrze pójdzie, mam nadzieję już za tydzień – jak tylko się wyśpię i trochę odpocznę – mieć dla Państwa, moich Wiernych Czytelników, niespodziankę. A gdyby któryś z miłośników naszych ulubionych anorektycznych koni chciał nas odwiedzić – to zapowiadam już teraz, że wielkanocny poniedziałek, jest po temu bardzo dobrą datą!

piątek, 30 marca 2012

Dlaczego nie zajmuję się polityką?

W czasach, gdy Andrzej Lepper nie był jeszcze bohaterem tragicznym na miarę Konrada, tylko zwykłym rzezimieszkiem, nasz serdeczny przyjaciel Darek, w tej chwili doktor, wkrótce zapewne habilitowany, dorabiał sobie do chudego, doktoranckiego stypendium, oprowadzenim wycieczek po Zamku Królewskim. W tej roli dokonał jednego z najważniejszych – moim zdaniem – eksperymentów edukacyjnych w dziejach III RP.

Usadził bowiem dzieciaki z pierwszych klas szkoły podstawowej – plus – minus: ośmio-dziewięcioletnie, w Sali Poselskiej Zamku – i zadał im pytanie: co czynić należy Panowie Bracia? Oto zbój Lepper blokuje trakty, zboże wysypuje i inne gwałty czyni. Aby zadość uczynić jego żądaniom, każdy z nas musi się opodatkować z łana dwoma złotymi. Wynajęcie armii, która by bandy jego wszeteczne poskromiła – będzie kosztowało na pewno więcej…

Dzieci, pomyślawszy przez chwilę, poczęły się przekrzykiwać: być to nie może, aby zbójowi płacić! Dziś mu zapłacim raz, jutro drugi raz płacić przyjdzie. Koniecznie, koniecznie armię zaciągnąć trza, co by bandy wszeteczne poskromiła (trochę poetyzuję, ale po co wypadać z tonacji..?). Damy po cztery złote z łana! Po sześć! Po dziesięć!

Na to wstał rezolutny chłopczyk i zaoponował: im więcej damy na armię – tym mniej dla nas zostanie!

Zdanie to dobitnie przemówiło do wyobraźni maluchów – i koniec końców, tym sposobem odtworzony Sejm Staropolski jednomyślnie, bez veta – podatek na armię w wysokości 2 złotych i 1 grosza z łana uchwalił, jakichkolwiek pertraktacji z buntownikami pod karą gardła zakazując.



W tym samym czasie, składając o bladej godzinie wczesnego świtu tzw. „przegląd“ i „analizę prasy“ dla wicepremiera podówczas urzędującego rządu III RP – mniej – więcej to samo pisałem. Bez echa. Jak raczył, w przypływie dobrego humoru objaśnić nasz ówczesny dyrektor (wkrótce potem – pensjonariusz zakładu zamkniętego na Białołęce…): nawet rozważaliśmy taką opcję, ale została odrzucona – bo przeważyło zdanie, że wtedy, to już wszystko stanie…

Od tej pory nic nie chcę mieć wspólnego z polską, tzw. „klasą polityczną“, z polityką polską, z III RP, jej premierami, wicepremierami i całą resztą tej bandy, która w całości nie jest warta tego sizala, na którym Andrzej Lepper zawisł, gdy nim „popełniono samobójstwo“ (starszym Czytelnikom przypominam pytanie do Radia Erewań: czy to prawda, że wielki poeta Majakowski popełnił samobójstwo i jakie były jego ostatnie słowa? Odpowiedź – tak, to prawda, a jego ostatnie słowa brzmiały: towarzysze, nie strzelajcie!).



Nie, nie mam wcale nadziei na to, że te ośmio-dziewięciolatki, dziś już pełnoletnie lub prawie pełnoletnie coś zmienią. One po prostu były na początku swojej krzyżowej drogi przez państwową edukację. Za rok, za dwa, za trzy – już im ta rezolutność przeszła i dziś pewnie, jak wszyscy, głosują na PO. Nie ma nadziei dla tego świata. Musi się jego los dopełnić, do ostatniej kropki i ostatniego westchnienia. Amen.

środa, 28 marca 2012

„Seksualny rekord świata“, a przyszłość cywilizacji

Feminazistki tropiące w poglądach myślicieli poprzednich epok anty-kobiecą obsesję, trochę racji jednak mają. Jest bowiem prawdą, że wielu pisarzy (nie tylko gustujących osobiście w chłopcach…), od starożytności począwszy – traktowało kobiecą seksualność z wielką podejrzliwością. Pytanie tylko: czy mieli po temu powód..?

Zanim uda się odpowiedzieć na to pytanie, warto sobie – raz jeszcze, raz jeszcze – przypomnieć tło dla tych rozważań. Tło zaś wygląda tak, że cywilizacja bezprzykładnego dobrobytu, w której obecnie się nurzamy, jest naprawdę niedawnym osiągnięciem!

Jeszcze bardzo, bardzo niedawno kobiety nie miały do dyspozycji nie tylko maszynek do depilacji, pralek i tamponów. Nawet, jeśli żyły w mieście takim jak Rzym, z jego akweduktami – to przecież nie miały bieżącej wody we własnym mieszkaniu! Nosić ją trzeba było z publicznej fontanny. Nie było też centralnego ogrzewania, ani tych sprytnych pieców na gaz czy choćby na pelety, do których wsypuje się paliwo się raz na kilka dni – dla wszystkich mieszkańców nieco bardzie północnych szerokości geograficznych, sezon grzewczy oznaczało to samo, co dla nas, w naszej chatce w Boskiej Woli: dyżur przy piecu, do którego trzeba co i raz podkładać.

Nieczystości z domu też trzeba się było pozbyć ręcznie. Zwykle wylewano je z nocników wprost za okno, co jednak – gdy już wyszliśmy z „niemowlęctwa ludzkości“ i wpadliśmy w mocarne, a opiekuńcze ramiona policji – zostało surowo zakazane, przez wzgląd na przechodniów. Zakaz ten zrodził nowy zawód: gówniarza, wynoszącego owe wiadra z niebezpieczeną zawartością po stromych i chybotliwych kuchennych schodach do najbliższej publicznej kloaki.

Większość kobiet musiała przy tym pracować w polu (jakkolwiek opowieści o położnicach, rodzących wśród kartoflanych bruzd i zaraz wracających do pracy, mam za typową dla XIX-wiecznej, paternalistycznej filantropii, hiperbolę – pewnie, że urlopów macierzyńskich nie było, a i luminarze medycyny raczej się połogami kobiet z ludu nie interesowali – co im zresztą, tylko na zdrowie wychodziło, biorąc pod uwagą rozpaczliwą wręcz bezradność tejże medycyny wobec najpospolitszego zakażenia – jednak z tego, co nam wiadomo, a niewiele, niestety, pierwszy uścisk mocarnych ramion oświeconej policji przetrwało, podejście wiejskich akuszerek do zagadnienia było dość zdroworozsądkowe…).

Oczywiście, szczęśliwy los – wyjątkowy talent lub wyjątkowa uroda – mogły każdej kobiecie sporej części tych niedogodności oszczędzić. Starczyło, że urodziły się, lub w taki czy w inny sposób – weszły do „dobrego“ domu, lub wręcz – do pałacu. Z tym, że jeśli nawet nie musiały prać gaci męża w balii czy w zimnej wodzie strumienia, nosić wiader wody i naręczy drewna, gotować, wylewać nocników i wiązać snopków zboża – i tak, w porównaniu z paniami, którym dobry Bóg pozwolił żyć w dzisiejszych, szczęśliwych czasach – miały nielekko!

Jeśli tylko ruszyły się za próg swego „dobrego“ domu, czy wręcz pałacu, czekały na nie trudy i zasadzki podróży tak dotkliwe, że nikt, kto nie był w formie porównywalnej z kondycją komandosa jednostki GROM, nie ważył się ich podejmować. Do wyboru bowiem, były albo własne nogi, albo takie czy inne pojazdy napędzane siłą ludzkich lub zwierzęcych mięśni – a resory wymyślono naprawdę późno, dopiero w XIX wieku. Oczywiście, zwykle kobietom przeznaczano pojazdy lub wierzchowce generujące relatywnie najmniej uciążliwych wstrząsów – lektyki niesione przez tragarzy, muły lub konie inochodźce. Niewiele to jednak pomagało: sama powolność tych środków transportu, czyniła podróż męką nawet dla najbogatszych i najwyżej postawionych w społecznej hierarchii. Nic dziwnego, że w podróży bardzo często umierano.

Do tego dochodziły pospolite, codzienne trudności higieniczne, dla kobiet dotkliwsze niż dla mężczyzn – a także: brak lodówek (częściowo tylko kompensowany powszechnością – rzecz jasna: w „dobrych“ domach i pałacach – lodowni) i konserwantów w żywności. Możemy się dziś obrażać na sztuczną, supermarketową żywność, na rakotwórcze i męsko – szowinistyczne „E“ na etykietkach i temu podobne. Prawda jest jednak taka, że gdy tych wynalazków ludzkość jeszcze nie znała, znakomita jej większość przez znaczną część roku niedojadała, pełnowartościowe białko zwierzęce spożywając wyłącznie od święta – a nawet uprzywilejowani, których ten problem dotykał w najmniejszym stopniu, bardzo często żywili się pokarmem nieświeżym, nadpsutym, którego zgniliznę maskowały wielkie ilości przypraw. Niedostatek kalorii i substancji odżywczych w pożywieniu + stały, niemożliwy do uniknięcia a znaczny wysiłek fizyczny = choroby, wycieńczenie, przedwczesna śmierć.

A już wspomniana wyżej kwestia połogów, ZWŁASZCZA tych, „obsługiwanych“ przez luminarzy medycyny, każe mi wątpić w zdrowy rozsądek kobiet z „klas wyższych“: mając jakieś 50% szans na bolesną śmierć w czasie pierwszego porodu – i wiedząc o tym doskonale – chyba bym wolał zachować do końca życia dziewictwo!

Na szczęście dla nas – kobietom wówczas zdrowego rozsądku najwyraźniej brakowało, bo jednak podejmowały to ryzyko – i rodziły. Co prawda, zdecydowana większość z nas ma przodków, którzy jednak przychodzili na świat wśród owych hiperbolicznych kartoflanych bruzd: aż do samego prawie końca XIX wieku „klasy wyższe“, oraz mieszkańcy miast – nie byli w stanie się reprodukować, śmiertelność wśród ich mieszkańców przewyższała liczbę żywych i odchowanych urodzeń. Punkt dla wiejskich akuszerek – nieprawdaż..?

Maluję ten ponury obraz nie po to, aby wychwalać „cywilizację dobrobytu“. Nie tym razem. Chcę po prostu, aby zdawali sobie Państwo sprawę z okoliczności towarzyszących sprawom, o których będziemy tu snuć rozważania. No – było ciężko!

Ojciec Innocenty Bocheński w swoich wspomnieniach z wojny 1920 roku, gdy był młodym i przystojnym ułanem – ochotnikiem twierdzi, że gdy jest ciężko – kobiety tak, jak królice czy lochy po ciężkiej zimie – non stop są podniecone i gotowe na seks. Gwałt – jego zdaniem – w czasie wojny nie istnieje: każda zadrze spódnicę i nie wymaga to żadnych zgoła zabiegów.

Trudno polemizować z szanowanym zakonnikiem, w dodatku – jednym z najznakomitszych logików XX wieku. Poniekąd jednak, mam wrażenie, że ułanom jakby łatwiej – w każdym razie: u nas, w Boskiej Woli, też bywało ciężko i pewnie jeszcze nie raz ciężko będzie – a jakoś po Lepszej Połowie takiego zjawiska zgoła nie widzę…

Chińczycy, na których często się powołuję, bo są z natury i z kultury wyjątkowo zmyślni i, jak wiadomo – wszystko już wymyślili dawno temu, a co najwyżej my po wiekach na to samo wpadamy – twierdzą zgoła odwrotnie. O czym zresztą już chyba Państwu opowiadałem. Wedle starożytnego, chińskiego powiedzonka – jeśli chcesz zachować córki w cnocie: trzymaj je w zimnie i mało karm. Bo dopiero, gdy kobiecie jest ciepło i jest najedzona – zaczyna nabierać ochoty na jakąś rozrywką. Zaś, gdy nie ma telewizji ani internetu – cóż może być taką rozrywką, jeśli nie seks..?

Nie no, oczywiście – można też się poświęcić robótkom ręcznym, dewocji, plotkowaniu, działalności dobroczynnej, albo snuciu intryg i zdobywaniu władzy. Jednak żadna z tych czynności nie jest w stanie skonsumować całego wolnego czasu: osobliwe w tych dawnych czasach, o których tutaj mówimy – wówczas bowiem, pod nieobecność reżimu biurowo – fabrycznego, podział na „czas pracy“ i „czas wolny“ wyglądał nieco inaczej niż obecnie – i jeśli ktoś w ogóle miewał „czas wolny“, to zwykle – miał go do oporu!

Moraliści od starożytności dość zgodnie twierdzą, że bezczynność, nuda i przesyt prowadzą kobiety do rozwiązłości. Mężczyzn zresztą też – przy czym, zależnie od osobistych upodobań moralisty, czasem zza owej gnuśności, jednogłośnie potępianej, wyziera ryzyko pederastii – a czasem niekoniecznie: bywali i tacy, którzy zepsucie widzieli wyłącznie w kontaktach płci przeciwnych i stąd zalecali mężczyznom, aby jak najwięcej przebywali we własnym gronie, oddając się męskim sprawom – polityce, wojnie, snuciu intryg i plotkowaniu…

I to wszystko – wszystkie te jeremiady, żale, lamenty i proroctwa upadku – w warunkach opisanych jak wyżej, których nikt z nas, dziś żyjących, choćby mu Imperium Rzymskie rzucali do stóp, czy tiarę renesansowego papieża wkładali na głowę – za żadne skarby nie uznałby za komfortowe!

Co w takim razie powinno się z nami dziać dzisiaj..? Przeciętna gospodyni domowa, wcale niekoniecznie najlepiej sytuowana – ma się dziś bez porównania lepiej, pod każdym wyobrażalnym względem, niż Valeria Messalina, Marozja, czy Katarzyna II.

Przy tym – wyczyny, które im przypisali kronikarze, mogą być (choć to jednak mało prawdopodobna opcja…), tylko płodem chorej wyobraźni, ponieważ panie te, nie tym zalazły niektórym spośród sobie współczesnych za skórę, że spółkowały z 25 mężczyznami w ciągu jednej nocy, były kochankami, matkami lub krewnymi papieży i nie tym – że podobno kazały zbudować klatkę, umożliwiającą bezpieczną kopulację z ogierem. Świadectwa, jakie o nich nam dają odpowiednio: Pliniusz Starszy, Liutprand z Kremony i  anonimowi (z ostrożności…) plotkarze powtarzający legendy o Katarzynie, mogą być – i w pewnej mierze na pewno są – stronnicze, gdyż wszystkich tych mężczyzn napełniał strach i odraza motywowana dużo bardziej przyziemnymi obawami, niż kwestia urażonej moralności publicznej. Bali się zwyczajnie o swoje życie, należąc do opozycyjnych względem tych władczyń stronnictw.



Tymczasem dzisiaj przecież naprawdę i bez żadnej ściemy – bije się „seksualne rekordy świata“. I jeśli coś je różni od starożytnego zakładu - rekordu, przypisywanego Messalinie, to chyba to tylko – że taka groteska, mnie przynajmniej, wydaje się wypraną z wszelkiego erotyzmu.

To jest chyba zresztą pewien klucz do zrozumienia sytuacji, w której się znaleźliśmy. W czasach, gdy podróżowanie było męką – wizyta na targu w sąsiednim miasteczku mogła być wydarzeniem cieszącym i rozpamiętywanym przez całe tygodnie, a pielgrzymka do grobu świętego – przygodą życia. W czasach, gdy przeżycie porodu i odchowanie zdrowego potomka graniczyło z cudem, taki sukces musiał chyba mieć inną wagę, niż obecnie.

Żywoty takich pań, jak wspomniane już: Messalina, Marozja czy Katarzyna (ale listę tę można by wydłużać niemal bez końca – nie wspomnieliśmy przecież ani słowem o Aspazji, Fryne, Teodorze – a w kolejce przecież jest jeszcze Kleopatra, Salome, Herodiada… i tak dalej, i tak dalej…) – owiane purpurą władzy i czadem skandalu, tym większy budził podziw i zgorszenie, im bardziej były odległe od przyziemnej rzeczywistości zwykłych zjadaczy chleba z otrąb i żołędzi – najczęściej: bez omasty…

Życie współczesnych celebrytów takie, jakim je relacjonują media, toczka w toczkę przypomina kalumnie dawnych kronikarzy na prowadzenie się prominentnych dam – nic jednak, w zasadzie, nie stoi na przeszkodzie, aby to samo robiła pani Kazia czy Ziuta z warzywniaka na rogu! Bo kto jej zabroni..?

Pytanie – dlaczego coś, co jest łatwe i dostępne, miałoby panią Kazię z panią Ziutą cieszyć tak bardzo i tak intensywnie, jak wielkim trudem i przemyślnością wywalczona możliwość bezkarnego (do czasu…) gorszenia bliźnich cieszyć mogła Messalinę, Marozję czy Katarzynę..? A jeszcze inaczej – skoro ISTOTNYM elementem rozpustnego życia celebrytów jest fakt, że ich rozpusta przyciąga uwagą mediów (co ma bezpośredni wpływ na osiągane przychody…) – i, w związku z tym, oddawanie się rozpuście jako takie, może już być, o ile dobrze się „sprzeda“, wystarczające do tego, aby stać się celebrytą i osiągać znaczne dochody – to, czy w tym jest jeszcze miejsce na jakąś spontaniczność i szaleństwo?

Gmach dawnej, „patriarchalnej“, „zacofanej“ cywilizacji, obfituje w subtelności niepochwytne dla nas, prostodusznych konsumentów bezprecedensowego w dziejach dobrobytu. Spraw męsko – damskich owe niepochwytne subtelności dotyczą w pierwszym rzędzie, bo niewątpliwie temat ten fascynował ludzi odkąd tylko odkryli, że są nadzy i poszli się ubrać.

Problem, Drogie Panie, polega na tym, że my się Was jednak boimy. Lepsza Połowa mogłaby tu zrobić kompetentniej ode mnie wykład o psychoanalitycznej interpretacji mitu wampira na przykład: potwór ten, gustujący w dziewicach i krwi dziewiczej, dość oczywistą jest personifikacją męskiego lęku przed defloracją – czegoś tak strasznego przecież, nie może dokonać zwykły człowiek, to jest domena ciemnych, nocą tylko się objawiających, demonicznych sił. Lęk ten zresztą w Azji Południowo – Wschodniej objawia się niejako „w świetle dnia“, bo tam – w przeciwieństwie do Chin, o których wspominałem poprzednio – stosunek z dziewicą grozi mężczyźnie nagłym i natychmiastowym zgonem, panie zatem, pozbywają się swojego hymenu chirurgicznie – dawniej, u wyspecjalizowanych i doświadczonych mnichów (używających narzędzi chirurgicznych, proszę Państwa, proszę sobie tu zberezieństw nie wyobrażać od razu…), dziś – u ginekologa.
 


Ogólniej rzecz biorąc, zadowolenie kobiety, jak o tym ostatnio wiele pisze Wojtek, wymaga pewnej dozy agresji. I to jest kłopot! Nawet nie dlatego, żeśmy zniewieścieli i raczej mało kto z nas ćwiczy na codzień swoją agresją wymachując ostrym przedmiotem czy, w ostateczności, ćwicząc kańczugiem leniwych chłopów. To zawsze był kłopot – i spora część owej dawnej, „patriarchalnej“ kultury temu właśnie służyła, aby ową niezbędną dozę agresji – wtedy, kiedy trzeba i w takich ilościach, jakie akurat są potrzebne – wyzwalać.

Dziś, gdy samo tylko oskarżenie kobiety i jej zeznanie wystarczą, aby wsadzić mężczyznę za kratki i zruinować mu życie – tylko chłop na schwał, który jest silnie przekonany, że naprawdę podoła zadaniu i skarg nie będzie – albo ostatni głupek, który w ogóle o niczym nie myśli – odważy się pójść na całość, jeśli nie ma jednoznacznego i nie budzącego wątpliwości przyzwolenia ze strony damy: najlepiej zresztą – udzielonego przy świadkach lub zarejestrowanego na wideo. Bo inaczej, jeśli nawet po fakcie dama zmieni zdanie – i tak może być krucho!

W czasach, gdy kobiety generalnie zamknięte były w domach lub ukryte pod szczelnym okryciem (jak to do tej pory praktykują muzułmanie) i nie obnosiły się ze swoimi walorami wszędzie, gdzie tylko chcą na nie patrzeć, a też i w miejscach, gdzie patrzeć na nie wcale nie chcą – przeciągłe spojrzenie sarnich oczu wystarczało, aby postawić każdego mężczyznę w stan gotowości – a widok stópki odzianej w zgrabny pantofelek wystarczał, za „lekturę“ całego „Hustlera“, od deski do deski. Teraz musi nas ratować przemysł farmaceutyczny – a i tak zachodzi dość fundamentalna wątpliwość – po jaką właściwie cholerę brać tę viagrę..?

Jest tyle ciekawszych zajęć! Tak przynajmniej relacjonowała nam to znajoma skandynawistka, zafascynowana urodą Szwedów – cóż jednak z tego, że mężczyźni w Szwecji przystojni, skoro wolą biegówki, wędkę czy jachty – od kobiet..?

Tak więc wygląda na to, że reformatorom społecznym – jak zwykle zresztą – udało się osiągnąć efekt zgoła odwrotny do zamierzonego: nie zaprzeczą przecież (już choćby dlatego, że w większości nie żyją, he, he!) promotorzy „rewolucji seksualnej“ z lat 60. XX wieku, że szło im o „wyzwolenie“ kobiecej seksualności z okowów jakie narzucała im „mieszczańska moralność“. Jeśli nawet nie przyznawali się do tego – to przecież trudno uwierzyć, że skrycie nie marzyli o tym, aby w efekcie jak najwięcej ładnych dziewcząt było dla nich dostępnych – więcej, niż to im się wydawało możliwe wcześniej. Mają co chcieli – tylko, czy jeszcze im się chce..?

Jest dostrzegalny spory potencjał samonaprawczy owej dawnej, „patriarchalnej“ kultury. Po pierwsze – następne pokolenie, raz że sterroryzowane przez AIDS, a dwa, że w ramach naturalnego buntu przeciw zdziadziałym już w swojej kontestacji rodzicom – przywróciło po części dawny model stosunków rodzinnych, a wszystkie eksperymenty z „wolną miłością“ i „komunami“ – jak jeden zakończyły się klapą,

Po drugie – dalekośmy od naszej zwierzęcej przeszłości nie odeszli, to i daleko nie spadniemy. Wydaje się, że teraz i w najbliższej przyszłości rozmnażać się będzie mniej mężczyzn, niż byłoby to możliwe dawnymi czasy: będą to robili albo zagorzali tradycjonaliści, z takich czy innych względów bezkompromisowo odrzucający nowy model życia – albo zdeklarowani libertyni i playboye, tak pewni siebie, że nie zdoła ich zasromać całe to „wyzwolenie kobiet“. I dobrze: tego rodzaju „różnica selekcyjna“ powinna w przyszłości wpłynąć pozytywnie na jakość naszego gatunku. Jak widać zresztą, po naszym przyjacielu Wojtku – te dwie postawy wcale nie są ze sobą sprzeczne!

Natomiast „zwykli“, „przeciętni“, „normalni“, „mili“ faceci – w warunkach triumfalnego pochodu feminazimu – mają coraz to mniejsze szanse na dochowanie się potomstwa.

Czego można oczekiwać z całą pewnością – to stale rosnącej, monstrualnej wręcz frustracji seksualnej „wyzwolonych“ kobiet, których wyzwolenie, jest automatycznie i jednoznacznie – stłamszeniem i zagonieniem do narożnika mężczyzn.

A ponieważ po drugiej stronie Morza Śródziemnego mamy całą cywilizację, gdzie połączenie wciąż żywej „kultury patriarchalnej“ z arabskim narodowym socjalizmem, trzymającym ludność w biedzie pomnaża, zwielokratnia i potęguje – męską frustrację seksualną – może to być zaiste komiczne widowisko, taki „clash of civilizations“..!

I tym sposobem chyba udało mi się sprowadzić cały problem do absurdu. Z czego, zdaje się – wynika: że jest nierozwiązywalny..? Czy też – że go w ogóle nie ma..?

wtorek, 27 marca 2012

Żądza mordu

Krystyna przyniosła przed chwilą lekko przyduszonego króliczka. O, takiego mniej więcej:

niestety - było już za ciemno, żeby jej łup, którym się oczywiście chwaliła fotografować. A teraz, to już się i do fotografowania za bardzo nie nadaje: obaczym rano, czy uda się jej go wszamać w całości?

Żądza mordu u młodszego z naszych koćkodanów systematycznie rośnie. Z tego co nam przynosi do pokazania, prawdziwą hekatombę jaszczurek i myszy można by złożyć - a wiemy skądinąd, że zwykła przynosić tylko część łupów.

Krystyna, po tym jak obejrzeliśmy turniej kabaretowy na rosyjskiej "Jedynce", z zespołem "Raisy" z Irkucka w roli głównej - doczekała się ostatnio przydomka "Raisa Iwanowna". Z twarzy do niejednej z tych zacnych niewiast podobna...

Bo Sylwestra od dawna zwana też bywa "Eufrosinią Pietrowną" - przez wzgląd na gadatliwość!

niedziela, 25 marca 2012

Duma i stres

Poważny stres przeżyłem w piątek, przy okazji wizyty w stolycy odbierając czekającą na mnie w miejscu mojego formalnego meldunku korespondencję urzędową. Otóż: Agencja sporządziła nową "ortofotomapę" dla naszych włości. Że nowa mapa była już we wniosku, który czekał na mnie u mojego przyjaciela, bo zwykłą przyszedł pocztą, a decyzja o dopłatach za rok poprzedni - czekała na odbiór na poczcie jako przesyłka polecona - przeżyłem jedną z najtrudniejszych godzin życia. Ale już po wszystkim!

Dlaczego się tak zestresowałem? Ależ to oczywiste: z powodu Dzikiego Zachodu!

Na szczęście, jego powierzchnia okazała się mniejsza niż 20% całości terenu który zgłosiłem do dopłat - więc ciachnęli nam nie całość należnej sumy, a tylko dwukrotność tego, co by na Dziki Zachód winno było przypaść. Uf, uf, uf!

Odwołania od decyzji składał nie będę niezależnie od faktu, że Dziki Zachód jak najbardziej JEST częścią pastwiska, nawet bardzo cenną (gdzie indziej mógłbym wypasać konie w grudniu..?), zresztą nawet jakbym je złożył "nie wstrzymuje to jej wykonania", więc kwota, którą mi przyznali, powinna lada dzień, lada godzina, na koncie się znaleźć.

Dałby Bóg! Już pomijając długi i zaległe rachunki - trawa nam rośnie jak głupia. Niby to dobrze, zaraz będzie można siano odstawić i puścić czterokopytne na trawę. Ale - skoro wczoraj trawa miała przeciętnie 5 mm, a dziś już 1 centymetr - to z tego wynika także i to, że muszę naprawić ogrodzenie Pierwszego Padoku nie w ciągu 5 tygodni, jak sobie pierwotnie planowałem - tylko maksimum trzech!

A za 6 - 7 tygodni może będą już i sianokosy...

Nawet, gdybym miał kasę (a to najdalej za tydzień trzeba materiał na ogrodzenie kupować...) - kiedy ja to niby mam zdążyć zrobić..?

No nic: jak mawia Lepsza Połowa - kroczek po kroczku, a damy radę!

Na razie, w ramach odstresowania, wziąłem się wczoraj za ogródek. Śmieci wybrałem już wcześniej, a wczoraj posypałem całość wapnem (dotychczasowe doświadczenia, jakie stąd mamy jasno nam mówią, że bez wapnowania - nic nie wyrośnie!) i jakąś 1/5 zdołałem przekopać. Do końca tygodnia pewnie przekopię całość.

Stres w każdym razie minął. Pozostaje duma. Na nowych "ortofotomapach" widać nasz wpływ na tutejszy krajobraz. Toteż pozwalam je sobie tutaj, zeskanowane, zamieścić. Żeby zobaczyć szczegóły, oczywiście trzeba je sobie otworzyć w oddzielnym oknie i powiększyć:

Legenda:
I - tu mieszkamy (szczegóły na osobnej mapie)
II - Wielki Padok
III - Dziki Zachód
IV - "szlak Wielkich Jezior": stanowczo nie należy tędy jeździć w czasie roztopów lub po długotrwałych, ulewnych deszczach. Chyba, że amfibią...
V - "rozstaje Radka" - gdzie utknął ongiś ciężarówką. Jakaś anonimowa dobra dusza podyspała potem gruzu i wybierając straszną na oko drogę wprost przez największą kałużę, jedzie się tak naprawdę gładko i bezpiecznie.
VI - Labirynt Dołów, z Jeziorem Przeklętym i innymi, industrialno - odpadowymi atrakcjami.
VII - zwodniczy zakręt z kolejnym bezodpływowym dołem - ostatnim (albo pierwszym, zależy z której strony się jedzie), na drodze do Cywilizacji!

Legenda:
1 - nasza chatka
2 - wiata dla koni
3 - padok zimowy
4 - Pierwszy Padok
5 - mały padoczek
6 - okrąg (czyli "roundpen")
7 - północny skraj Lasku Centralnego, który zwykle wczesną wiosną wygradzamy na pastwisko dla koni,
8 - Zagajnik Północny Lasku  Centralnego, sceneria naszych nieudanych eksperymentów z uprawą grzybów shiitake i boczniaków (wszystko zeżarła zwykła, pospolita pleśń...)
9 - Zagajnik Południowy Lasku Centralnego
10 - a tu rośnie mrozoodporne kiwi...
11 - hydrofornia,
12 - na tej mapie: ciągle jeszcze doły ze śmieciami, obecnie już: ogródek na miarę naszych możliwości!
13 - ujeżdżalnia (w sezonie także: pole zdziczałych truskawek...),
14 - zeszłoroczny ogródek "na miarę naszego lenistwa",
15 - była pustynia, aktualnie miejsce pod uprawę okopowych.

czwartek, 22 marca 2012

Fałszywy alarm

Zerwałem się dzisiaj z łóżka trochę po 5.00 – a o 5.50 już nie tylko konie, ale i oba koćkodany były nakarmione, a ja kończyłem poranną toaletę. Co się stało?

Ano, wyrwał mnie z objęć Morfeusza hałas taki, jakby się stado czterokopytnych przez nasz Lasek przebijało. Nawiały! – pomyślałem – ani chybi nawiały!

Już po tytule posta wiecie jednak Państwo doskonale, że nie. Przez Lasek raczyło sobie przekicać stado trochę lżejszych wprawdzie (M., który widział je na Wielkim Padoku, po przeciwnej stronie drogi gdy rozrzucał nawozy, ocenia je na jakieś 50 – 60 kilo sztuka…), ale jak się okazuje – wcale nie mniej hałaśliwych przeżuwaczy. Ostatniego z chmary zdołałem cyknąć – jak Państwo powiększycie sobie te zdjątka, to może uda się Wam go dojrzeć za krzakami. Niestety, nim wybiegłem z aparatem, były już po drugiej stronie Lasku, nie mam teleobiektywu, a i światło było kiepskie, bo nasza dzienna gwiazda nie zdążyła jeszcze wzejść zza krzywizny planety:





Płot wokół planowanego ogródka trzeba będzie zrobić solidny… Prawdę pisząc to myślałem, że wystarczy powtykać w ziemię patyków w miarę gęsto i powiązać je sizalem, dodając – dla odstraszenia dzików – kawałków folii. Teraz nie jestem tego taki pewien…

Koniowate w tym czasie zachowały, jak zwykle zresztą, kamienny spokój: Ramzes z Szafranką obgryzali sobie spokojnie gałęzie, plon czyszczenia terenu pod wspomniany już ogródek, a piękny i dzielny koń Lepszej Połowy, pętał się nie wiadomo po co. Albo i drzemał na środku. Reszty nie widać, bo demolowały właśnie magazynową część wiaty, zerwawszy z zaczepów belkę, która dostąpu do niej broni. Ale zaraz wylazły, więc już dałem im śniadanie:



Ze spraw bieżących: „Najwyższy Czas!“, co było skądinąd łatwe do przewidzenia, bo zawsze „biorą“ teksty o seksie (nie ma lepszego tematu dla konserwatywnego tygodnika opinii…) – puścił był w ostatnim numerze moje „Ius primae noctis“. Po sąsiedzku dając pana Jakuba Wozińskiego tekst o estetyce przestrzeni miejskiej. Polemizowałem już z panem Wozińskim na temat pańszczyzny. W „NCz!“, pełni on funkcję „dyżurnego libertarianina“. Jako taki zdaje się ucieleśniać wszystkie wady tej wysoce spekulatywnej formacji intelektualnej. Co i w pomienionym tekście bez pudła widać!

Libertarianie szczycą się tym, że nie poznają świata: podobnie jak marksiści, od razu bowiem, biorą się do jego zmieniania. Najczęściej – bez sensu, bo i tak nic z tego nie będzie, gdyż ich pomysły, tak samo jak pomysły marksistów, idą wbrew przyrodzonym skłonnościom ludzkim. Co czyni ich mniej niebezpiecznymi, to przynajmniej, że jak na razie odżegnują się od wprowadzania tychże pomysłów przemocą – dzięki czemu są i pozostaną tylko intelektualną ciekawostką, wszak dobrowolnie nikt się na wprowadzenie liberatarianizmu nigdzie nie zgodzi…

W każdym razie, połączenie monstrualnego przekonania o własnej wyższości moralnej (to cecha wspólna z marksistami właśnie – skoro dąży się do celu tak wielkiego, to jego wielkość udziela się dążącym – nieprawdaż..?), skłonności do budowania nader subtelnych, a oderwanych od rzeczywistości konstrukcji myślowych oraz pospolita wśród przekonanych ideowców ślepota sprawiająca, że rzeczywistość dawna czy obecna, dociera do nich osobliwie zniekształcona (moim zdaniem: zubożona – ale z tym sądem, żaden prawdziwie wierzący się nie zgodzi!) – daje nader zabawne efekty.

I tak, pan Woziński który kilka tekstów temu, polemizując ze mną przyrównywał gospodarkę folwarczno – pańszczyźnianą do GUŁAGU, a naszych sarmackich przodków do właścicieli niewolników – teraz nagle odkrywa w tej niechlubnej przeszłości jasny element: miasta bowiem oto, miały swoich prywatnych właścicieli! Którzy dbali o ich estetykę i mogli je, w razie potrzeby, zakładać i likwidować – dzięki czemu miejska siatka osadnicza nie tylko lepiej dostosowywała się do rzeczywistych potrzeb, ale i estetyka tak powstających osiedli wytrzymała próbę czasu, czego o obecnych w tej materii dokonaniach powiedzieć w żadnym razie nie można.

Pan Woziński, rzecz jasna, nie zadał sobie przy tym trudu, aby przestudiować (a temat ten nie jest żadną tajemnicą, wystarczą do tego ogólnie dostępne podręczniki – no, może Wyższą Szkołę Pedagogiczną w Słupsku, jeśli coś o historii wydała, to bym omijał – spotkałem kiedyś na konferencji w Krakowie pracownika naukowego stamtąd, który wychwalał średniowieczne cechy za walkę z partaczami na gruncie… obrony praw konsumentów!) jak rzeczywiście wyglądał samorząd miejski i relacje między mieszczanami, a właścicielami miast. Że nie zadał sobie tego trudu poznajemy chociażby po tym, iż kompletnie myli mu się pojęcie „miast czynszowych“.

Otóż wyjaśniam panu Wozińskiemu, że w Wielkim Księstwie Litewskim zwłaszcza, sporo było takich miast prywatnych, których mieszkańcy odrabiali tak przez niego nielubianą pańszczyznę. I te miasta „czynszowymi“ siłą rzeczy – nie były – inne zaś, w których mieszkańcy płacili panu rentę pieniężną, właśnie nazywano „czynszowymi“.

Skądinąd owe „miasta pańszczyźniane“ (słowo „miasta“ wymaga tu cudzysłowia, bo nie były to osady ani wielkie, ani murami otoczone, ani też – ich mieszkańcy bynajmniej nie trudnili się typowo „miejskimi“ zajęciami jak handel czy rzemiosło, tylko zwyczajnie – pracowali na roli…) to dość ciekawe zjawisko. Upowszechniły się po katastrofach połowy XVII wieku, dla Litwy bodaj jeszcze bardziej niszczących niż dla Korony („pobyt“ wojsk cara Aleksego Michajłowicza na Litwie do przyjemnych dla jej mieszkańców nie należał…). Ponieważ dobra ziemskie zostały spustoszone i wyludnione, trząsące Litwą rody Paców, Sapiehów i Radziwiłłów starały się przyciągnąć osadników, którzy na nowo zagospodarowaliby opuszczone folwarki. Panowie ci konkurowali ze sobą (na sam koniec XVII wieku doszło zresztą do wojny domowej miądzy nimi…) – i starali się oferować osadnikom jak najlepsze warunki. Ponieważ konwencjonalna „wolnizna“, czyli zwolnienie na jakiś czas z powinności pańszczyźnianych już w tak trudnej demograficznie sytuacji nie wystarczała – poczęli lokować nieco fikcyjne „miasta“, których mieszkańcy tym tylko się różnili od mieszkańców okolicznych wsi, że odrabiając, w zamian za przyznane im działki ziemi pańszczyznę – zachowywali, jako „mieszczanie“ wolność osobistą i mogli dowolnie, a nie tylko raz do roku i po spełnieniu dość surowych warunków – przenosić się gdzie indziej…

Jeszcze na marginesie, w warunkach owych zniszczeń wojennych doszło do znacznej dewaluacji waluty kruszcowej na terenie Najjaśniejszej (stąd „dobry żart tynfa wart“…) – o tyle ciekawej, że w ramach rozliczeń wewnętrznych w ogołoconej z żywej monety gospodarce Najjaśniejszej, nie spowodowało to aż tak dramatycznej inflacji, jak można by oczekiwać – a tylko zdolność szlachty do importu dóbr zagranicznych dość drastycznie spadła. Podobnie jak atrakcyjność rent pieniężnych dla właścicieli dóbr ziemskich…

Zresztą: jeśli nawet mieszkańcy tego lub owego miasta prywatnego dalej płacili swojemu panu czynsz, a nie obrabiali mu folwarczne pola – to fakt, że płacili czynsz ani nie był dowodem na to, że nie byli właścicielami swoich kamienic i działek (ależ byli, mogli je sprzedawać, kupować, zastawiać, dzielić – dowolnie, swojego pana ani się o pozwolenie nie pytając…), a właściciel mógł ich z dnia na dzień wyrzucić, miasto „likwidując“ (bo nie mógł…) – ani też, w żaden magiczny sposób nie przekładał się na dbałość lub brak dbałość o domy i mury. Czynsz pieniężny lub renta odrobkowa – to były po prostu mniej lub bardziej równoważne (zależnie od lokalnych warunków) sposoby realizacji przysługujących seniorowi praw zwierzchnich do ziemi, posiadanej przez jego poddanych.

Wracając jednak do meritum sprawy. Uważam, że pan Woziński myli się dramatycznie widząc w „prywatnej własności miast“ (to też trzeba brać w cudzysłów, bo zaiste! Niewiele miała taka własność wspólnego z naszym potocznym o niej dzisiaj wyobrażeniem…) panaceum na estetykę substancji miejskiej. Owszem, jest kilka przykładów na to, że właściciel z wizją i zamiłowaniem, mógł zostawić po sobie potomności prawdziwą perełkę – Zamość Jana Zamoyskiego jest tego najlepszym przykładem.

Najczęściej jednak, właściciele miast aż tak bardzo się ich zabudową nie interesowali. I tak ładne się budowały, co każdy dziś widzi! Dlaczego? Z przyczyn, które pan Woziński wymienia na samym początku swojego artykułu, podając katalog rzekomych przewag naszej współczesnej technologii nad dawną: ponieważ podówczas dysponowano gorszymi materiałami, gorszym sprzętem i gorszymi specjalistami!

Ta bieda, jak prawie każda inna bieda – była przyczyną sprawczą geniuszu. Budując z drewna, cegły i kamienia łączonego naturalną zaprawą z wapna i jajek kurzych (na ten przykład), z minimalnym użyciem drogiego żelaza – niepiśmienni często majstrowie posługujący się najprostszym pionem ze sznurka i ciężarka, najprostszą poziomicą (czyli „waserwagą“), kielnią, młotkiem i drewnianą taczką: musieli swoje zadanie realizować albo doskonale – albo wcale. Przez co formy, które im „wychodziły“, bliskie były – w porównaniu do możliwości dzisiejszych – natury, intuicyjnie zatem, odbieramy je jako przyjazne, ludzkie, zrozumiałe.

Nie było podówczas szkół dla architektów, a sama sztuka architektoniczna sztuką właśnie była – istniały, oczywiście, opracowania teoretyczne (już w starożytności zresztą…), był system kształcenia (mistrz uczył swoich czeladników): generalnie jednak, sztuka ta ewoluowała małymi kroczkami, gromadząc doświadczenia przez wieki. Dzięki czemu dostępne lokalnie materiały wykorzystywano do granic ich fizycznych możliwości – a kąty nachylenia dachów i sposób rozmieszczenia okien był optymalnie przystosowany do miejscowego klimatu i potrzeb mieszkańców. Bieda, doświadczenie, wyzwanie – to są recepty na estetyczny sukces.

Nowe materiały wynalezione w końcu XIX wieku, a rozpowszechnione w wieku XX: zbrojony beton, wytrzymałe szkło, potem tworzywa sztuczne i prefabrykaty – w połączeniu z dopracowaną matematycznie statyką brył – dały dzisiejszym architektom zupełną niemal wolność. Mogą budować co im się żywnie podoba – a nie, co natura im dyktuje. No i teraz powstaje – jak rozumiem, dla libertarianina raczej niewygodne – pytanie: na jaką cholerę nam tam wolność – skoro jej skutkiem są głównie potworki coraz to potworniejsze..?

środa, 21 marca 2012

Poza obyczajem

To, że w Polsce musi dojść do Kulturkampfu, czyli – najogólniej rzecz biorąc – wojny gosudarstwa z Kościołem: przepowiadałem już dawno. W tej chwili przepowiednia ta staje się ciałem.

Wojna jest nieunikniona – i, w gruncie rzeczy, nie ma większego znaczenia to, że u władzy akurat znajduje się Donald Tusk z Palikotem jako „rezerwowym“ (na wypadek, gdyby koalicja z PSL miała się jednak rozlecieć…). Ostatecznie, PPS do którego tradycji odwołuje się współczesny PiS, był przed wojną partią równie wściekle antyklerykalną, jak obecnie – Ruch Palikota…

Wojna jest nieunikniona, ponieważ gosudarstwo jako takie – „oświecony biurokrata“ o którym pisałem wiele razy – wszedł „na kurs kolizyjny“ z Kościołem jakieś dwa wieki temu. Odkąd tylko doszedł do (niczym nie popartego zresztą…) przekonania, że wie najlepiej, jak i po co ludzie powinni żyć. Od tamtej pory Kościół, który „oświeconemu biurokracie“ od samego początku wydawał się główną przeszkodą w realizacji jego oświeconych planów (już choćby tylko dlatego, że twierdził – co wykraczało poza rozum i zrozumienie – że jego misja nie jest z tego świata…), systematycznie spychany jest – krok po kroku, barykada po barykadzie, dom po domu niemalże – coraz dalej ku katakumbom. Czyli: do punktu wyjścia.

Ów „postęp postępu“ rozbity jest właśnie na kolejne kroki, na przemiany dyskretne, nieciągłe – mierzyć go można upadkami kolejnych, z pozoru niewzruszonych rubieży, poza które ingerencja gosudarstwa w życie zwykłych ludzi wybiegać nie miała. Albowiem myli się gorzko kto wierzy naiwnie, że owo „wyzwalanie“ kolejnych obszarów ludzkiego życia spod władzy Kościoła – równoznaczne jest ze wzrostem autonomii jednostki! Po prostu władzę arbitralną ojca – feudalnego pana – biskupa – zajmuje wcale nie mniej arbitralna władza anonimowego urzędnika. Że mniej może obecnie niż dawniej dotkliwa? To raczej niezamierzony i uboczny skutek dobrobytu, w którym tarzamy się po uszy – niż działań celowych gosudarstwa. Wiadomo, że kiedy jedzenia w bród, ciepło, na łeb nie pada – lud może jeść i popuszczać pasa, a i całkiem zdjąć odzienie i hasać na golasa też mu nikt nie zabroni – to i gosudarstwo, chcąc nie chcąc, popuszcza cugli – bo swego się nachapie i tak, niekoniecznie puszczając przeciętnego Kowalskiego w ostatniej koszuli i skarpektach…

Problem w tym, że te czasy zdają się jednak kończyć – a przynajmniej: wzmaga się poczucie zagrożenia. Gosudarstwo, a raczej jego Wierne Sługi – nie mają najmniejszego zamiaru rezygnować z bezpiecznego i wygodnego życia, które do tej pory prowadzili. Trzeba więc docisnąć śrubę Kowalskiemu. Na wszelki wypadek. Nawet, jeśli wcale to nie spowoduje, że Kowalki dostarczy oświeconemu biurokracie więcej środków umożliwiających wygodne życie (to racze niemożliwe, Krzywa Laffera się kłania…) – to przynajmniej: WZGLĘDNIE, tj. w porównaniu do poziomu życia Kowalskich – Wiernym Sługom gosudarstwa się nie pogorszy – a może nawet: poprawi się trochę..? Wiadomo przecież, że nie o to chodzi, żeby się w ogóle miało – ale żeby się miało (dobrze!) w porównaniu do sąsiada..!

Wierne Sługi gosudarstwa mogą zaakceptować stoczenie się jakości życia w Polsce do poziomu Korei Północnej – i nawet okiem nie mrugną – pod jednym wszelako warunkiem: że same zachowają w tym systemie pozycję uprzywilejowaną (nawet, jeśli obiektywnie, „w skali bezwzględnej“ – ta ich uprzywilejowana pozycja będzie ostatnią nędzą w porównaniu do tego, co mają teraz…). Jeśli zaś zjawisko będzie miało zasięg ogólnoeuropejski – to już nawet i o mruganie okiem nikt się nikogo pytał nie będzie, tak się po prostu stanie i szlus.

Żeby jednak w ten właśnie sposób „wybrnąć z kryzysu“ – trzeba przygotowań. Po pierwsze – trzeba spetryfikować istniejącą strukturą społeczną jak tylko się da. Wszelką mobilność ograniczając, w miarę możliwości, do zera. Stąd rośnie liczba „zawodów reglamentowanych“: jestem przekonany, że akcja pana posła Gowina z rzekomą ich „deregulacją“ da koniec końców skutek zgoła odwrotny do głoszonego. Skądinąd, nie pamiętam, aby JAKAKOLWIEK akca pana posła Gowina skończyła się innym wynikiem..? Czy może ktoś z Państwa zna taki przykład..?

Po drugie – trzeba uczynić „rząd dusz“ nad Polakami – niekwestionowanym i bezwzględnym. I właśnie dlatego, oprócz kagańcowych przepisów odnośnie internetu czy innych mediów – konieczne jest uderzenie w Kościół. Który potencjalnie mógłby „koreanizacji“ (nie mylić z „korenizacją“ ☹) stawić opór.

Takie uderzenie jest obecnie gosudarstwu koniecznie potrzebne (bo raz, że doskonale odwraca uwagę od wszelkich innych, równolegle podejmowanych działań przygotowujących „koreanizację“ w skali jewrosojuznej zresztą…, a dwa – że jeśli nie teraz, to kiedy, jeśli nie Tusk z Palikotem – to kto? Dlaczego właśnie teraz – o tym poniżej…) – a jednocześnie: bieg wypadków daje po temu sposobność.

Na czym polega sposobność owa?

Otóż katolicyzm w Polsce to są tak naprawdę dwie religie, niewiele mające ze sobą wspólnego. Dla przytłaczającej większości wiernych – i dla pewnej części kleru (oby było to tylko moje mylne wrażenie…) – katolicyzm jest rodzimą „religią obyczaju“. Taką samą, jak dawne, rodzime religie Greków, Rzymian czy Słowian. Jest to po prostu zespół obrzędów które wykonuje się przy różnych „okazjach życia“, mierząc nimi jego przebieg – od chrztu, przez kolejne sakramenty, aż po pogrzeb. Taka „religia obyczaju“ nie posiada właściwie żadnej treści metafizycznej, bo rozważania o życiu przyszłym, sądzie ostatecznym, Niebie i Piekle – powiedzmy to sobie szczerze – stanowczo przekraczają zdolności intelektualne jakichś 93% Polaków. Podobnie zresztą, jak przekracza to możliwości 93% Niemców, Rosjan czy Amerykanów – którzy wszyscy, podobnie jak tak samo przytłaczająca większość Polaków – zdają się w tej sprawie na bezrefleksyjnie przyjmowaną papkę kultury popularnej i podchwycone przypadkiem fragmenty tego lub owego kościelnego nauczania.

Tak samo zresztą, 93% Polaków, Rosjan, Niemców czy Amerykanów – nie jest zdolnych i NIGDY nie będzie zdolnych do tego, aby z sensem dyskutować o teorii względności, czy o ewolucji. Są to po prostu zbyt trudne wyzwania intelektualne, aby kiedykolwiek sprostał im umysł specjalnie do tego nie trenowany – co zajmuje wiele lat ciężkiej pracy i czego nie można oczekiwać po przeciętnym człowieku nawet, jeśli panujący dobrobyt daje mu po temu dość wolnego czasu i pozostawia do jego dyspozycji wszelkie środki, jakich tylko potrzeba, aby konieczną biegłość osiągnąć.  To tyle w kwestii oświeceniowego mitu „powszechnej edukacji“, czy marksistowskiej koncepcji „wyzwolenia pracy“. Dając prostym ludziom wolny czas i środki materialne – nie przerobimy ich na filozofów! Mamy za to wielkie szanse doczekać się masy hulaków, utracjuszy, nihilistów, rozpustników – i co tylko jeszcze chcecie. Po prostu – entropia! Nic innego jak entropia: ŁATWIEJ jest się stoczyć, zapuścić, zagrzęznąć w rozpuście, lenistwie, rui i poróbstwie – niż mozolnie pracować nad sobą, cierpieć katusze zwątpienia i gorycz burzenia kolejnych, z pozoru tylko niewzruszonych pewników. Kto rozsądny, mając do wyboru trakt szeroki, łatwy i wiodący w dół – wybierze wąską, stromą ścieżkę, ostro wspinającą się w górę? Takich szaleńców jest w dowolnej populacji średnio 7%.

Większość z nich zagląda na tego bloga…

Tak więc jest katolicyzm popularny, ludowy, „religią obyczaju“, ani lepszą, ani gorszą od pogańskich religii Grecji czy Rzymu. Jako taki – skazany jest na druzgocącą klęskę w starciu z gosudarstwem!

A to dlatego, że obyczaj, w katolicyzmie ludowym spetryfikowany – obyczaj polskiej wsi lub małego miasteczka drugiej połowy XIX wieku – właśnie nieodwołalnie przechodzi do historii. Nie da się go już uratować. Niezależnie od tego, czy „koreanizacja“ nastąpi już w ciągu kilku lat – czy dopiero: pod koniec następnej dekady (jak bym raczej typował…).

Pewnych odkryć już się nie uda zapomnieć. Koszt energetyczny wytwarzania pigułek antykoncepcyjnych jest pomijalny w ogólnym bilansie. A skoro można mieć przyjemność bez konsekwencji – kto rozsądny będzie się kierował jakimiś tam przesądami sprzed stuleci..?

Gosudarstwo na trwale, w sposób nieodwracalny – zajęło miejsce wszystkich wcześniej istniejących „wspólnot naturalnych“, takich jak rodzina, sąsiedztwo, klan, plemię, prowincja. Bez jakiejś kosmicznej katastrofy – już się tego nie „odkręci“. Kto miałby to zrobić..? Jeszcze najbliżej tego byliby fani klubów piłkarskich – stąd: nie jest przypadkiem, że i z nimi Donald Tusk poszedł na wojnę…

Tak więc „katolicyzm ludowy“ odchodzi w przeszłość razem z ludową kulturą i ludową obyczajnością, której był wyrazem. Różne mogą jeszcze się pojawić konwulsje tej agonii. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby (w Łagiewnikach..?) pojawiła się sekta próbująca pod starym znakiem towarowym – sprzedawać nową, nowej odpowiadającą obyczajności – „religię praw człowieka“, czy też „religię tolerancji“. Jeśli tak – będzie to widowisko niezmiernie wręcz żałosne…

Czy jest to koniec Kościoła jako takiego? Oczywiście że nie! Niezależnie od tego, czy wierzy się w proroctwo, wedle którego „bramy piekielne nie przemogą…“. Po prostu: nic ten kryzys nie ma wspólnego z katolicyzmem jako religią skandalu i rewolucji. Katolicyzm spośród wszystkich wyznań chrześcijańskich najwięcej jeszcze przechował pierwotnie skandalicznej treści Wcielenia. Skandaliczność i rewolucyjność tego przesłania – umyka dziś wielu z nas, przesłonięta słodko – cukierkową pozłotą ludowej „religii obyczaju“. Gdy ktoś próbuje o owym „skandalu założycielskim“ przypomnieć – jak zrobił to Mel Gibson swego czasu – rozlega się głośny klangor oburzenia. Sam fakt, że tak się dzieje – dostateczną jest gwarancją, że Kościół przetrwa. Skoro bowiem Ewangelia nie straciła zdolności oburzania, wywoływania skandalu, zgorszenia i grozy – to znaczy: że dalej pozostaje atrakcyjna dla tych 7%, którzy z natury nie idą za obyczajem „stojącym jak kamień przydrożny“ (jak się ktoś wyraził o poglądach moralnych Greków przed Sokratesem…), tylko zadają pytania światu…


Co będzie dalej? Któż to wie, któż to wie..?

wtorek, 20 marca 2012

Czy wierzę w Piekło?

Kiepsko mi idą te prace wiosenne. W sensie, że - porządkowanie terenu pod ogródek. Podobno Marcin Luter gdy go zapytano, co by zrobił, gdyby dożył końca świata miał odpowiedzieć: dalej kopałbym swój ogródek. Co prawda - nic mi bliżej nie wiadomo na temat upodobań ogrodniczych twórcy Reformacji - ale anegdotka ma sens i styl: cóż bowiem innego może zrobić prosty człowiek wobec spraw tak wielkich jak koniec świata (czy np. "kryzys finansowy", albo "peak oil"..?) - jak nie - kopać dalej swój ogródek w prostocie ducha..?

W tej chwili jednak, sprzątanie terenu pod ogródek idzie mi kiepsko. I nie pozostaje to bez związku z faktem, że wczoraj wychodząc sprzątać pod wiatą, znalazłem naszą Melesugun wprasowaną między belki siana w magazynowej części wiaty. Nim się nam ją udało uwolnić - przygniotła mi całym ciężarem swojego filigranowego, ale jednak te pół tony ważącego ciała lewe udo. Od tej pory mam niejaki problem ze schylaniem się, a trudno jest zbierać rozsypane szkło (ktoś wyrzucił kiedyś u nas rozbite lustro - powstaje w związku z tym pytanie: czy było to już na tyle dawno, by te "7 lat nieszczęścia" uznać za minione..?) na stojąco...

Chciałem Państwu napisać coś jeszcze o "oświeconym biurokracie" i o faktycznym braku różnic między zdecydowaną większością walczących o Waszą uwagę i głosy opcji politycznych, które wszystkie tylko owemu "oświeconemu biurokracie" chcą czy nie chcą służą - ale, idąc za radą Lepszej Połowy, zagłuszyłem ból uda tym, co było pod ręką, więc karmelem barwionym płynem z kozienickiego Tesco. Dzisiaj zatem się nie da. No way!

Ale, nie wszystko stracone. Znalazłem oto, wróciwszy do chatki po posprzątaniu pod wiatą i nieudanej próbie zbierania szkła, takiego oto maila:

Prawda o świecie nie jest łatwa do przyjęcia, bo nasza duma ludzka nie pozwala nam przyznać się nawet przed samym sobą do tego, że być może przez całe życie żyliśmy w błędzie. Nigdy nie było takiej nieprawości jak obecnie. Kłamstwu uwierzyli wszyscy.
Dlatego Bóg dopuszcza działanie na nich oszustwa, tak iż uwierzą kłamstwu, aby byli osądzeni wszyscy, którzy nie uwierzyli prawdzie, ale upodobali sobie nieprawość. 2 Tes.2-9
Czy wiesz w jakich czasach żyjemy?
Mt 7:21   "Nie każdy, który Mi mówi: Panie, Panie!, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie."
Warto poświęcić trochę czasu dla wieczności.          
Kto chce iść do piekła, niech tego nie czyta i żyje tak, jak żyje.
Tadeusz Krupa
PS. Wolność sumienia i wyznania to szaleństwo. Szaleństwem jest należeć do posoborowego "Kościoła" kłamców i fałszywych nauczycieli, którzy ciągną za sobą ludzi do piekła, każda bowiem organizacja religijna, która nie ostrzega przed możliwością wiecznego potępienia i wiecznym trwaniu katuszy piekielnych a także nie walczy z piekłem, do piekła prowadzi, bo najwięcej w piekle jest tych, co nie dowierzają, że jest piekło.
Dlatego polecam rady praktyczne jak uniknąć piekła. Kto chce skorzystać niech skorzysta a kto nie, to jego sprawa.
 
Myślę, że upubliczniając go, nie idę wbrew intencjom autora. Ciekaw jestem, swoją drogą, czy ktoś z Państwa też otrzymał podobny przekaz - czy było to wyróżnienie specjalnie dla mnie..?

Jak mógłbym odpowiedzieć autorowi..? Dawno temu już napisałem, że łatwiej jest mi uwierzyć w Piekło i wieczne męki - niż w wiekuiste szczęście w Niebiesiech. To pierwsze da się zrealizować minimalnym nakładem sił. Są tacy, którzy twierdzą wręcz, że żadnym zgoła - bo właśnie w Piekle żyjemy tu i teraz. Od tak skrajnych sądów jednak, raczej bym się powstrzymał. W każdym razie - tak długo, póki rzeczona na wstępie Melesugun nawet waląc się na moje lewe udo całym swoim filigranowym, ale jednak pół tony ważącym ciałem - dalej przy tym ufnie składa mi głowę na ramieniu czekając, aż ją ze zwałów siana wyswobodzę - i póki co wieczór przytula się do mnie ciepłe zimą, a chłodne latem futerko Sylwestry. Nie - takie rzeczy jednak byłyby w Piekle nie do pomyślenia!


Skądinąd - kulturę popularną mamy w dzisiejszych czasach tak pogańską i prymitywną, że aż wstyd o pewnych rzeczach przypominać. Otóż: dusza, jeśli istnieje, z całą pewnością nie jest półprzezroczystą wersją swojego doczesnego posiadacza. To nic, że tak to konsekwentnie przedstawia Holywood! To by po prostu nie miało sensu. Wynika z tego prymitywnego wierzenia gruby materializm, w dodatku ewidentnie podpadający pod "brzytwę Ockhama" (po co "dusza" i po co "ciało", skoro jedno i drugie są właściwie tak samo materialne?). Dusza, najogólniej rzecz biorąc, żadnego oddzielnego od ciała bytu mieć nie może - jeśli istotnie ma być "bytem koniecznym", czyli "formą ciała", to dopiero przyobleczona w materię, staje się osobą. Dlatego zresztą Kościół święty, Matka nasza, każe nam wierzyć w zmartwychwstanie ciał, a nie w szczęśliwy byt półprzezroczystych. Może jeszcze - na chmurkach..?

Skoro jednak dopiero ciało razem z (ewentualną...) duszą jest konkretną indywidualnością której można przypisać jakąś moralną odpowiedzialność - to bez wątpienia o wiele łatwiej jest wyciągnąć z tej odpowiedzialności wnioski negatywne. Nic a nic to bowiem - o czym pisałem - nie wymaga jak chodzi o sensoryczne wyposażenie i psychiczne właściwości naszych ciał. Do Piekła nadajemy się - tak jak stoimy, brać nas można tam na żywca, bez ryzyka, że się eksperyment nie uda. Z Niebem jest o wiele gorzej: czego jak czego bowiem, ale wiekuistej ekstazy nasze doczesne sensorium, z całą pewnością nie przetrzyma... Stąd zresztą - koncepcja "Przemienienia": takiej przebudowy naszych ułomnych cielsk, żeby się do owej wieczystej szczęśliwości bez ryzyka popadnięcia w obłęd nadawały:

Jest to jednak koncepcja tak subtelna - że aż niewyobrażalna. Przynajmniej dla mnie. Najwidoczniej - mam zbyt ubogą wyobraźnię. Co mi skądinąd wieki temu prof. Tarakan, nasz matematyk w liceum wypomniał...

Żeby zakończyć temat: oczywiście, mój stosunek do tzw. "tradycjonalistów" w Kościele, jest szczerze i entuzjastycznie pozytywny. Ale! Ale - wynika to tylko i wyłącznie z poczucia estetyki... niestety! Łaska wiary bowiem - wiary żarliwej, bezkompromisowej i gorącej - jakoś mnie ominęła...
 
Mogę się jedynie podpisać pod "Modlitwą Pana Cogito - podróżnika":
 
Panie
         dziękuję Ci że stworzyłeś świat piękny i bardzo różny

         a także za to że pozwoliłeś mi w niewyczerpanej dobroci
         Twojej być w miejscac który nie były miejscami mojej
         codziennej udręki

        - że nocą w Tarquinii leżałem na placu przy studni i spiż
        rozkołysany obwieszczał z wieży Twój gniew lub wybaczenie

         a mały osioł na wyspie Korkyra śpiewał mi ze swoich
         niepojętych miechów płuc melancholię krajobrazu

         i w brzydkim mieście Manchester odkryłem ludzi dobrych
         i rozumnych

        natura powtarzała swoje mądre tautologie: las był lasem
        morze morzem skała skałą

       gwiazdy krążyły i było jak być powinno - Iovis omnia plena
 
       - wybacz - że myślałem tylko o sobie gdy życie innych
       okrutnie nieodwracalne krążyło wokół mnie jak wielki
       astrologiczny zegar u świętego Piotra w Beauvais

       że byłem leniwy zbyt ostrożny w labiryntach
       i grotach

      a także wybacz że nie walczyłem jak lord Byron o szczęście
      ludów podbitych i oglądałem tylko wschody księżyca
      i muzea

     - dziękuję Ci że dzieła stworzone ku chwale Twojej udzieliły
     mi cząstki swojej tajemnicy i w wielkiej zarozumiałości
     pomyślałem że Duccio van Eyck Bellini malowali także dla
     mnie

     a także Akropol którego nigdy nie zrozumiałem do końca
     cierpliwie odkrywał przede mną okaleczone ciało

     - proszę Cię żebyś wynagrodził siwego staruszka który nie
     proszony przyniósł mi owoce ze swego ogrodu na spalonej
     słońcem ojczystej wyspie syna Laertesa

      a także Miss Helen z mglistej wysepki Mull na Hebrydach
      za to że przyjęła mnie po grecku i prosiła żeby w nocy
      zostawić w oknie wychodzącym na Holy Iona
      zapaloną lampę aby światła ziemi pozdrawiały się

     a także tych wszystkich którzy wskazywali mi drogę
     i mówili kato kyrie kato
 
     i żebyś miał w swej opiece Mamę ze Spoleto Spi-
     ridiona z Paxos dobrego studenta z Berlina który wybawił
     mnie z opresji a potem nieoczekiwanie spotkany w Arizonie
     wiózł mnie do Wielkiego Kanionu który jest jak sto tysięcy
     katedr zwróconyc głową w dół

     - pozwól Panie abym nie myślał o moich wodnistookich
     szarych niemądrych prześladowcach kiedy słońce schodzi
     w Morze Jońskie prawdziwie nieopisane

     żebym rozumiał innych ludzi inne języki inne cierpienia

     a nade wszystko żebym był pokorny to znaczy ten który
     pragnie źródła

dziękuję Ci Panie że stworzyłeś świat piękny i różny

a jeśli jest to Twoje uwodzenie jestem uwiedziony na zawsze
i bez wybaczenia

A co Ty o tym sądzisz - Drogi Czytelniku..?

poniedziałek, 19 marca 2012

Seks w dawnych wiekach

Warsztat historyka polega na umiejętności konfrontowania wiedzy, jaką o przeszłości dostarczają różnego rodzaju świadectwa – zarówno pomiędzy nimi (jako że ZWYKLE świadectwa dają informacje sprzeczne), jak i z tzw. „wiedzą pozaźródłową“. Owa „wiedza pozaźródłowa“ brzmi dość tajemniczo, ale tak naprawdę – chodzi głównie o zwykły zdrowy rozsądek.

I tak: nie można brać bezkrytycznie relacji Herodota o milionowych armiach perskich maszerujących na biedną Grecję. Do krytycyzmu skłaniają nas zarówno dane skądinąd (archiwa perskie chociażby, dające zgoła inny obraz możliwości mobilizacyjnych państwa perskiego, jego zaludnienia i skarbu – tudzież archeologia, której odkrycia raczej nie pozostawiają wątpliwości, że cała Hellada razem wzięta nie liczyła podówczas tylu mężczyzn, kobiet i dzieci – gdyby więc Kserkses rzeczywiście milion wojowników przyprowadził nad brzeg Hellespontu: zaiste inaczej wyglądałby wynik tej wojny…), jak i prosty zdrowy rozsądek, który każe widzieć w takich frazach zwykłą hiperbolę, zabieg stylistyczny, a po części też i propagandowy, pokazujący, z jak wielką grozą musieli się zmierzyć Spartanie i Ateńczycy.

Skądinąd „krytykę źródeł“ uprawiał już wspomniny Ojciec Historii. Opowiadając bowiem o wyprawie fenickiej dookoła Afryki, podjętej za rządów faraona Necho (Fenicjanie wypłynęli z brzegów Morza Czerwonego i wrócili do Egiptu od strony Morza Śródziemnego), podaje w wątpliwość ich relację, jakoby przez niemal połowę podróży mieli widzieć słońce górujące nad północnym nieboskłonem. Ta jego wątpliwość, oczywista w świetle „wiedzy pozaźródłowej“, którą sam posiadał (nigdy nie widział słońca górującego na północy – podczas gdy współcześnie nawet, gdyby ktoś w tę szkolną informację nie chciał uwierzyć – w każdej chwili można zapytać mieszkańca Argentyny, co mu wskzuje igła kompasu gdy patrzy na słońce w południe…) – jest skądinąd koronnym dowodem na to, że Fenicjanie rzeczywiście opłynęli w tym czasie Afrykę dookoła.

Świadectwa pozostawione nam przez dawne wieki można „od metra“ podzielić na intencjonalne i mimowolne. Świadectwem intencjonalnym są oczywiście herodotowe „Dzieje“, które celowo napisał dla potomności – jak i monumentalne inskrypcje władców, ich pomniki i świątynie. Świadectwa mimowolne to wszystkie takie, które bynajmniej nie były tworzone z myślą o odległych w czasie potomkach. Takimi świadectwami są oczywiście znaleziska archeologiczne – ale też np. rachunki domowe, raporty poborców podatkowych, pałacowe archiwa, donosy szpiegów czy wyroki sądowe -  wszystkie więc zapiski czynione bez intencji ich rozpowszechniania.

Generalnie wszystkie świadectwa intencjonalne traktuje się z dużą podejrzliwością. Aby uznać ich prawomocność, wymaga się na ogół potwierdzenia skądinąd. To oczywiste: inskrypcja naskalna której celem jest sławienie tego lub owego kacyka jeśli nawet nie mija się z prawdą całkowicie (udało się nam kilka takich przypadków zidentyfikować – np. egipska relacja o bitwie pod Kadesz uchodzi w świetle źródeł hetyckich i treści zawartego potem traktatu pokojowego, który udało się odnaleźć – za dzieło czysto propagandowe…), to na pewno wiele przemilcza i wygładza. Śmietnik nie kłamie, bo kłamać nie potrafi! Dlatego to archeologia jest ostatecznym sędzią wszelkiej historii. Relacja o istnieniu tego lub owego miasta czy nawet całego państwa lub cywilizacji pozostaje w sferze mitów i legend tak długo, póki pracowity pędzelek archeologa nie odkopie ruin, wysypisk śmieci, dołów kloacznych i cmentarzy.

W ten sposób „w Nibylandii“, jako – na razie byty czysto potencjalne – istnieją herodotowe Amazonki czy platońska Atlantyda. Tudzież „Eldorado“, zaginione plemiona Izraela i cała masa innych miejsc rutynowo odkrywanych przez filmowego Indianę Jonesa czy innego „Tomb Ridera“.


Dla uczciwości trzeba przyznać, że dawni historycy a nawet poeci – kłamali zaskakująco mało. Albowiem pracowity pędzelek archeologa odkopał w ciągu minionego stulecia całą masę miejsc o których na zdrowy rozum, trudno było wierzyć, że istniały! Nikt przecież nie wierzył w XIX wieku, że indyjskie eposy opowiadające o burzeniu miast tysiące lat wcześniej, nim nad brzegi Indusu dotarł Aleksander Macedoński są czymkolwiek więcej niż tylko płodem fantazji. A tu – proszę: jak najbardziej, miasta istniały i nawet zostały faktycznie zburzone… Ten sam test prawdziwości przeszły cywilizacje Azji Środkowej, starożytnych Chin, czy choćby Troja – lubo stanowczo nie aż tak wielka, jak to Homer opisywał…

Obawiam się, że weryfikacja tego, co o sobie opowiadali lub opowiadają kacykowie XX i XXI wieku – okaże się i trudniejsza i mniej dla opowiadających chwalebna! Już nawet raporty tajnej policji, niegdyś prawdomówne (o tyle, o ile oczywiście…) – fałszuje się bowiem podobno w dzisiejszych czasach jako że ich autorzy – czego dawniej nie było – liczą się z góry z możliwością ich odkrycia, chcą więc wypaść lepszymi, niż są naprawdę…

No dobrze, a co ma cały ten przydługi wstęp wspólnego z seksem..? Cóż: w świetle zdrowego rozsądku, czyli właśnie „wiedzy pozaźródłowej“ – jedno nie ulega wątpliwości: nasi przodkowie seks uprawiali!

Gdyby tego nie robili, to by nas nie było – nieprawdaż..?

Jest to może wątły punkt zaczepienia, ale lepszy taki niż żaden – ten przynajmniej wydaje się niewzruszenie pewny, a wierzcie mi – nie jest o takie pewniki łatwo w dziejopisarstwie!

Problem „świadectw intencjonalnych“ polega nie tylko na tym, że sieją propagandę, więc kłamią – to się zwykle daje dość łatwo wykryć, mimo wszystko! Problem prawdziwy polega na tym, że skoro pisze się dla kogoś – to pisze się tak, by czytelnika zainteresować. Tyczy się to nawet źródeł bardzo pierwotnych i mało „obrobionych“, takich jak pamiętniki czy diariusze – nikt przecież nie będzie notował informacji tak trywialnych jak „zjadłem dziś na śniadanie sadzone jajko i owsiankę“. Na ogół przynajmniej! Tymczasem bywają sytuacje, w których menu jakiegoś konkretnego posiłku może mieć dość kluczowe znaczenie.

Brak jest na ogół w „świadectwach intencjonalnych“ tego, co autor uważał za oczywiste dla swoich zamierzonych czytelników – a co, z powodu upływu czasu, wcale nie musi być oczywiste dla nas. Skarżyłem się już, że niewiele wiadomo o wierzchowcach z dawnych wieków. Autorzy nie pisali o tym, wychodząc z założenia, że „koń jaki jest – każdy widzi“. Świadectw mimowolnych zaś, przetrwało bardzo mało i są one trudno identyfikowalne (konie nigdy nie były znaczną częścią trzymanego przez ludzi inwentarza, zaś ich kości doskonale nadają się do produkcji kleju, co – niestety – odkryto na tyle dawno temu, że się tych kości znajduje tyle co kot napłakał…).

Takich przypadków jest jednak wiele. Gdyby nie Grecy (Polibiusz głównie) – nic byśmy prawie nie wiedzieli o organizacji  i taktyce rzymskich legionów, bowiem autorzy rzymscy uważali te sprawy za tak oczywiste, że nie wymgające opisów. O taktyce polskiej husarii też lepiej się dowiadywać ze źródeł szwedzkich czy rosyjskich.

O seksie pisze się na przestrzeni wieków bardzo dużo. Tylko – czy prawdziwie..? Jeśli popatrzeć na zawartość współczesnego internetu, możnaby łatwo wysunąć wniosek, że Ziemianie nie kopulują inaczej niż przed kamerą, a układ pokarmowy kobiety koniecznie musi mieć jakieś połączenie z układem rozrodczym: 90% stosunków bowiem, kończy się połknięciem nasienia…

To oczywiście bzdura i każdy to wie. Dzisiaj. Co będzie za 100, 200 czy 1000 lat?

Jeśli Herodot dawał swoim czytelnikom relacje o obyczajach seksualnych odległych ludów – to oczywiście skupiał się na tym, o czym sądził, że ich zainteresuje. Powstałą w ten sposób opowieść nieuchronnie cechuje jednostronność i przesada zapewne mniej – więcej taka, jak zarysowana powyżej. Co mogło bowiem interesować greckich czytelników Herodota..? Przede wszystkim to, co wydawało im się egzotyczne, podniecające, odmienne – czego nie robili, a przynajmniej – nie ośmielali się otwarcie sami robić.

Zdecydowana większość tego, czego się dowiadujemy o seksie w dawnych wiekach, to relacje o takich właśnie odmiennościach, ciekwostkach, zboczeniach czasem – wyolbrzymione, przejaskrawione, celowo skandalizujące.

A myślicie że po co dałem taki a nie inny tytuł tego posta? Co miałem napisać? „Metodologia nauk historycznych – kurs wstępny“..? Toż pies z kulawą nogą by tu nie zajrzał w takim razie – sesja zimowa już się skończyła, do letniej kupa czasu..!

Sprawa oczywiście nie jest tak całkiem beznadziejna. Ratują nas do pewnego stopnia „świadectwa mimowolne“. Jeśli bowiem wiemy z zachowanych rachunków, że mieszczanie tego lub owego niemieckiego miasta zakwaterowali swojego cesarza i jego dwór, odbywający właśnie „gospodarską wizytę“, w miejscowym burdelu – nie przypuszczamy, że zrobili to z braku innych, równie lub bardziej reprezentacyjnych wnętrz w swoim grodzie i raczej, póki nikt nam tego wprost nie udowodni, nie dajemy wiary sądowi, że na czas tego kwaterunku zamknęli normalny personel tego przybytku w sąsiednim klasztorze, do obsługi gości wysyłając kleryków… Jeśli wiemy, że wielcy mistrzowie Zakonu Domu i Szpitala Niemieckiego Najświętszej Marii Panny płacili „dziewkom bosym“ za występy podczas uczt – nie mamy podstaw sądzić, że „dziewki“ wcale nie były „bose“, tylko wręcz przeciwnie: zapięte na ostatni guzik… Jeśli wreszcie wiemy, że za panowania Zygmunta Augusta dziewki publiczne w królewskim, stołecznym grodzie Krakowie przeniosły się z nadwiślańskich krzaków i grot podwawelskich (niektórzy sądzą, że stąd poszedł „hyr“ o apetycie Smoka na dziewice…) do kamienicy przy Rynku – to nie uwierzymy, jeśli ktoś nas będzie próbował przekonywać bez należytych dowodów, że mieszkańcy grodu Kraka i ich goście nie korzystali w połowie XVI wieku z płatnego seksu i że byli skąpi (jak się o nich utarło twierdzić później…). Na koniec – jeśli Władysław IV Waza własnymi ustami informuje nas, że w swojej ulubionej leśniczówce w Mereczu (gdzie zresztą zmarł) trzyma „kurwy“ – to nie mamy powodu mu nie wierzyć, póki ktoś nie udowodni, że się tylko przechwalał…

W konsekwencji, owszem, da się napisć „historię życia seksualnego“. I kilka takich prac powstało. Polecam na początek wielotomową „Historię życia prywatnego“ mnogich autorów – wydawnictwo nie najnowsze i nie najbardziej specjalistyczne, ale na miarę możliwości: rzetelne.


Na koniec zaś – jedna jeszcze uwaga a zarazem najważniejszy powód popełnienia tego posta. Otóż współcześnie nie tylko kłamie się więcej niż kiedyś (tj. zachwiana została zdrowa proporcja między „świadectwami intencjonalnymi“, a „mimowolnymi“) – zmienił się także i tembr tych kłamstw. Mitologizowanie własnej przeszłości to nic nowego. Dawniej jednak, trzymano się i w tej mierze zdrowej miary o tyle, że najczęściej wystarczało ludziom do dobrego samopoczucia opowiadanie takich mitów, o których i opowiadający i jego słuchacze z góry wiedzieli, że są mitami – nikt zatem nie domagał się żywych dowodów na ich prawdziwość. No bo jak niby udowodnić, że Goci są ulubieńcami Odyna i Frei? A królowie Sparty pochodzą w prostej linii od Heraklesa, czyli od Zeusa?

Gdzieś tak od XVIII wieku jednak i kłamiący i okłamywani oczekują, że kłamstwo które opowiadają i którego słuchają, poparte będzie autorytetem „nauki“. Nie tylko zwąpienie w Boga jest przy tym tego zadziwiającego oczekiwania powodem! Także fakt, że od tego mniej – więcej czasu, gosudarstwa poczęły sobie „wychowywać“ poddanych. I robią to przy pomocy i w duchu „racjonalizmu“ i „racjonalnie“ (w teorii) zorganizowanej biurokracji. Skoro tak zatem, to przecież dzieje z konieczności muszą być rozumne – czyż nie? Hegel powiedział tylko głośno to, co każdy biurokrata z krwi i kości czuje instynktownie i podskórnie: dawniej ludzie musieli być głupsi, dziksi, rozpustniejsi i mniej produktywni – jakże mogło być inaczej, skoro nie prowadził ich, nie oświecał i nie kierował nimi ktoś tak doskonały i światły jak ów biurokrata właśnie..? To był okres „dziecięctwa ludzkości“, „ciemnoty“, czy też „wieków średnich“ (to w najlepszym razie!). Ale już przeminął i teraz, prowadzona, oświecona i kierowana przez biurokratów ludzkość nie może nie kroczyć od wspaniałego do jeszcze wspanialszego postępu…

Jeśli wiele razy pochwalałem korupcję, jeśli podawałem i podaję w wątpliwość sens powszechnej edukacji czy studiów wyższych, jeśli wskazywałem, wskazuję i będę wskazywał Państwu ten lub ów absurd uchodzący za pewnik fundamentalny naszego życia – to dlatego właśnie, że nie wierzę w tę bajkę. W bajkę o oświeconym biurokracie, postępie, rozumie i racjonalności – oczywiście. To nie jest tak, że szkodzą nam „błędy i wypaczenia“ systemu! Nie! To sam system jest absurdalny. Najbardziej zaś absurdalne jest w nim to, że swojej absurdalności tak intensywnie i od tak dawna zaprzecza, że Państwo en mass bronicie się „rękami i nogami“ przed konstatacją jego absurdalności – nawet mając dowody podane na tacy, przeżute i przetrawione!

Jak mam bowiem inaczej interpretować Państwa komentarze pod poprzednim „problemowym“ artykułem..? Wydajecie się Państwo wierzyć w „czarną legendę“ feudalizmu, namalowaną przez znanego wielbiciela Najjaśniej Oświeconej Semiramidy Północy, czyli Katarzyny II, pisarza tyleż błyskotliwego co płytkiego – Voltaire’a?

Tymczasem – jeśli nawet ktoś nie ma czasu czy usposobienia, by dowiadywać się ze specjalistycznych dzieł, jak to było naprawdę – to najzupełniej podstawowa zasada metodologicznej ostrożności, prawdziwy fundament „wiedzy pozaźródłowej“, każe nam odrzucać opinie i obrazy skrajne, jaskrawe – jako szczególnie podejrzane i wymagające naprawdę mocnych dowodów!

To nie ja powinienem dowodzić, że „prawa pierwszej nocy“ nie było. To zwolennicy tej legendy, muszą jej prawdziwość dopiero udowodnić – i kto im wierzy, póki tego jasno i bez wątpliwości nie dokonali – jest co najmniej naiwny.

Każdy z Państwa, jeśli się nad tym bezstronnie i rzetelnie namyśli, musi mi przyznać rację. Sięgnijcie pamięcią do wspomnień Waszych ojców i dziadów (może już i pradziadów?) o ich przeżyciach w czasie ostatniej wojny. Wiele tam jest gwałtu, bohaterstwa, grozy i niezwykłości – a wiele kłopotów z zaopatrzeniem, szmuglu, zwykłego życia, tyle że trudniejszego nieco, bez dobrego chleba i prawdziwego mydła? Oczywiście – to pierwsze lepiej się zapamiętuje. Ale treścią ludzkiego życia przez te 6 lat było raczej to drugie.

Groza i gwałt przydarzają się ludziom – nie mogą jednak być treścią ich życia! Tego nikt by na dłuższą metę nie wytrzymał… Ludzie zresztą, potrafią obie zorganizować w miarę normalne życie i pośród najdziwniejszych i najgorszych rzeczy – i w kacetach i w łagrach też byli lepiej i gorzej „ustawieni“, mniej i bardziej lubiani, dobrzy i trochę gorsi tacy, którym mimo wszystko udało się przeżyć i tacy, którzy się poddawali i ginęli.

„Czarna legenda“ feudalizmu, czyni z tego legalistycznego do przesady porządku – jakiś trwały, grozą i śmiercią wiejący terror, w którym nieliczna garstka uprzywilejowanych bez pohamowania wyżywa swoje najgorsze żądze na milczących tłumach pokornych kmieci, każdego dnia, wciąż od nowa i wciąż bezkarnie zadając im gwałt, któremu ci nie śmieją się przeciwstawić. I tak przez 1000 lat – w całej Europie.

Taki obraz, utrwalony w Państwa głowach niewątpliwie przydatny jest naszemu „oświeconemu biurokracie“: na tym tle co by nie zrobił – ludzki z niego pan! Mógł zabić – a tylko dziecko odebrał i w sierocińcu zamknął…

Zresztą, jak słusznie zauważył MarkOwy – nie tylko średniowiecza ta manipulacja dotyka. W ustach feminazistki zapewne każdy „patriarchalny ustrój“, w którym władzę sprawują „dysfunkcjonalne społecznie samce“, to nieustające pasmo gwałtów i rozbojów najdzikszych.

Przykro mi – ale tak samo, jak nie wierzę w żaden „raj arkdyjski“, gdzie „lew pospołu z barankiem leżał“, tak i nie przekonuje mnie obraz przeciwny, przenoszący na rozległe krainy i długie wieki klisze z Oświęcimia czy Kołymy. Chyba, że ktoś przedstwi nie budzące wątpliwości dowody..?

Dzieje ludzkości nie są ani dziejami potworów – ani świętych. Zdarzali się w nich i święci i potwory. Jednak, wracając może do meritum sprawy – zdecydowana większość kobiet i mężczyzn w dawnych wiekach żyła sobie ani strasznie, ani rozkosznie, kochając się lub nienawidząc, a najczęściej – przywykając do siebie i przyjaźniąc się, w „nudnych“ monogamicznych związkach, w których płodzili i wychowywali kolejne pokolenia. Jeśli nawet, nie zawsze wszystkie z tych dzieci miały tego samego ojca – to z całą pewnością, na ogół nikt o tym głośno i często nie opowiadał. Bo i po co..?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...