środa, 29 lutego 2012

Cóż jest prawda..?

Wypracowanie maturalne, prawie ćwierć wieku temu, pisałem na temat aforyzmu „Prawda i przemoc nic jedna przeciw drugiej uczynić nie mogą“. Różnicę tego ćwierćwiecza czuję w tej chwili właśnie – bo zapomniałem już autora tej złotej myśli i właśnie próbuję go znaleźć przy pomocy Googli (których to Googli ćwierć wieku temu, jako żywo – nie było!). Faktem jest – że bez rezultatu (na razie). Internet jest w ogóle potwornie frustrującym miejscem. Gołą dupę znaleźć – żaden problem! A porozmawiać o zbawieniu duszy, o różnicy między człowiekiem a zwierzęciem, czy choćby o genezie własności – ale tak rzeczowo, z argumentami, a nie na poziomie witkacowskich „wątpi“, czyli pospolicie pisząc: flaków, którymi się ciemne i nieokreślone uczucia w człowiecze jestestwo wkradają – nie sposób. Im więcej piszę i publikuję – tym bardziej czuję się w rezultacie samotny.

A niby z samego tylko Prawa Wielkiej Liczby wynika, że jeśli pisać dla milionów: to się przecież wśród tych milionów bratnią duszę tym pewniej znajdzie, im jest ich więcej – prawda? Tymczasem, jest zgoła odwrotnie: im więcej piszących i więcej czytających, im więcej informacji, tym mniej – sensu. Rzeczony na wstępie cytat na pewno gdzieś sobie w sieci bytuje. Ale Google nie mogą go znaleźć wśród dziesiątków jeśli nie setek tysięcy podobnych, choć nie dokładnie takich samych – a zawartych na stronach poświęconych przemocy domowej czy tzw. „filozofii“ Sławoja Żiżka, znanego komunisty, który coś tam na podobny temat pisał. Mistrz Lem to przewidział! Zbliżamy się do informacyjnej zapaści, „bomby megabitowej“ która rozsadzi naszą konsumpcyjną cywilizację pewniej i szybciej niż Peak Oil.

Nie o tym jednak chciałem dzisiaj Państwa (czyli, jak mawia Lepsza Połowa: „ludzkość“) pomęczyć. Moje wypracowanie maturalne przyszło mi do głowy naturalnym ciągiem skojarzeń po przeczytaniu dziś rano wczorajszych komentarzy pod relacją ze Skaryszewa. Widząc bowiem komentarz anonimowej Kiry nie mogłem nie powtórzyć za Piłatem: Cóż jest prawda..?


A tak się składa, że właśnie od tego cytatu ze św. Jana (18, 38) zacząłem wtedy mój wywód. Którego, rzecz jasna, prawie w ogóle już – poza samym początkiem – nie pamiętam. Nie gwarantuję zatem, że nie będę teraz moim tamtoczasowym poglądom przeczył. Co jednakowoż zostawmy może na inną okazję…

Anonimowa Kira należy do tego, bardzo licznego grona internautów, którzy twierdzą – bardzo pospolicie i trywialnie – że prawda jest jak dupa – każdy ma swoją. Ja uważam za „nawiedzeńców“ szkodliwych idiotów z Fundacji TARA którzy pragną zmienić kwalifikację prawną koni – ze „zwierząt rzeźnych“ na „zwierzęta towarzyszące“ (co automatycznie oznacza rzeź jakichś 300 tysięcy – do niczego już w tym momencie niepotrzebnych – zimnokrwistych koni w Polsce…) i wspierających ich cwanych manipulatorów i bezczelnych łgarzy z „Gazety Wybiórczej“ i TVN, dla których jest to jeszcze jedna okazja do zbijania politycznego kapitału. Anonimowa Kira zaś, tak samo – jak deklaruje – skłonna jest nazywać ludzi sprzeciwiających się zabijaniu nienarodzonych. I w związku z tym postuluje, żebym ja zrezygnował z używania wiadomego epitetu pod adresem szkodliwych idiotów (itd., itd….) – to wtedy ona być może rozważy rezygnację z używania tego samego epitetu wobec ludzi sprzeciwiających się (itd., itd. …).

Bo przecież to są tylko idee. Nie jesteśmy w stanie obiektywnie stwierdzić – która jest słuszna. Jedne się nam podobają, inne nie. Te które się nam podobają – wspieramy. Te które się nam nie podobają – zwalczamy. Nie ma jednak powodu, aby się brać do rękoczynów: wszak za nikim żadna prawdziwa prawda nie stoi. Ogólnie rzecz biorąc: c’est le ton qui fait la chancon, a w tym przypadku – wobec braku innych kryteriów – rozsądnie i słusznie jest zachować bon ton.

Czy dobrze streściłem (po części domniemane, to prawda!) poglądy Anonimowej Kiry? Proszę bardzo: sprostowania są jak najbardziej dopuszczalne!

Nie przeczę, że odkrycie Prawdy Obiektywnej jest trudne. Być może – niemożliwe. W żadnym razie nie mam poczucia, że do takowej Prawdy dotarłem. Stąd zresztą – często drażnią mnie apodyktyczne wypowiedzi innych bloggerów czy komentatorów.

Jednak… C’est le ton qui fait la chancon! Idee, oprócz tego, że mogą się podobać lub nie podobać – mają też swoje konsekwencje. I wbrew mniemaniom naiwnych lekkoduchów – konsekwencje te na ogół da się dość łatwo z góry przewidzieć. Na ogół też: są to konsekwencje zgoła sprzeczne z oczekiwaniami prostych umysłów.

Zmiana kwalifikacji prawnej koni w Polsce? Ależ proszę bardzo: konsekwencja widoczna jest jak na dłoni – z populacji liczącej teraz ok. 300 – 330 tysięcy sztuk zostanie nam od kilkunastu do może 20 – 30 tysięcy koni rekreacyjnych i sportowych. Hodowla chłopska zniknie jak śnieg na wiosnę. Nikt przecież nie będzie trzymał konia tylko po to, żeby mu gospodarstwo upiększał, są pilniejsze wydatki!

Rozumiem, że P.T. żałosnym naiwniakom, cwanym manipulatorm i kłamliwym łachudrom świadomie i celowo – o taki właśnie skutek chodzi? O zatrzymanie „rzezi“ – poprzez rzeź masową i ostateczną? Tak czy nie? Tak czy nie – proszę o jasną odpowiedź, o wybór jednej z tych alternatyw, a nie o bajki, unoszenie się honorem, deklaracje moralności czy inne bzdury. Może nie jest łatwo dojść Prawdy Obiektywnej. Jednak natura ludzka, prawidła ekonomii, zasady rządzące życiem polityczym – to nie są niedocieczone zagadki ani niezbadane tajemnice. Jeśli nie ślęcząc nad książkami – to żyjąc z otwartymi, a nie z zamkniętymi oczami, patrząc i obserwując – łatwo jest dojść zasad, którymi rządzi się ten świat.

Czyż zatem, skoro to łatwe i dla każdego dostępne – naprawdę nie mam prawa nazywać „nawiedzeńcem“ kogoś, kto albo nie myśli wcale (bo dąży tak naprawdę do celu dokładnie przeciwnego własnym deklaracjom – popada zatem w jawną sprzeczność, bez pudła i bez konieczności posiąścia Prawdy Obiektywnej dowodzącą pomieszania zmysłów…), albo myśli perwersyjnie i zbrodniczo (skoro świadomie i celowo chce zakaz rzezi – rzezią uzyskać…)? Zaiste – odważy się ktoś z Państwa mi tego prawa odmówić? Na jakiej podstawie..?

Od dawna twierdzę, że cały ruch „obrońców praw zwierząt“ to banda niebezpiecznych mizantropów, nienawidzących już nie tylko ludzkości, ale wręcz – życia jako takiego (ponury byłby obraz naszej planety, gdyby z niej nagle gospodarza – czyli ludzkość – zabrać! Tysiące lat musiałyby upłynąć, żeby zamiast pustyń w które natychmiast obróciłyby się nieuprawiane pola, znowu porosła „pierwotna puszcza“. Która zresztą, jak już o tym pisałem – bez człowieka wcale, a wcale by nie przypominała Puszczy Białowieskiej…). Walka z takimi poglądami – to uprawniona samoobrona. Z natury – nie znająca granic, bo agresja tej bandy mizantropów – także żadnych granic nie uznaje…

poniedziałek, 27 lutego 2012

Skaryszew 2012

Jarmarki konne to relikt dawnych czasów - i, jak wszystkie inne tego rodzaju imprezy - także i skaryszewskie "Wstępy" ("Wstępy" od "wstępnej", czyli pierwszej niedzieli Wielkiego Postu, po której zawsze - od 1633 roku - targ się odbywa) nieuchronnie czeka zagłada. Wcale nie z powodu ckliwo - łzawych akcji różnych nawiedzeńców! 

Tego rodzaju akcje budzą odzew głównie wśród laików. Fakt, że laików mamy 99,97% w społeczeństwie, więc ustalając cokolwiek "demokratycznie" - zakaz np. hodowli koni rzeźnych (czy zakaz "męczenia" koni jazdą wierzchem...) - mamy jak w banku i tzw. "środowisko" ani zipnie. Niezależnie od tego, że samo raczej już się od nalotu ckliwo - łzawego sentymentalizmu uwolniło. O czym łatwo się przekonać zaglądając na moje ulubione forum.

"Wstępy" nieuchronnie czeka zagłada nie tylko z powodu malejącej populacji koni (napotkani znajomi zgodnie twierdzili, że w tym roku koni było o wiele mniej niż w latach poprzednich...). Po prostu: w Polsce i w całej Europie odchodzi nieubłaganie w przeszłość kultura handlu "targowiskowego" - takiego, jaki panował tu co najmniej od Średniowiecza. W to miejsce popularność zdobywa kultura "bazarowa" - wcześniej typowa dla Azji.

Na czym polega różnica? Na terenie rzadko zaludnionej w Średniowieczu Europy było zaledwie kilka miast, w których był sens handlować dłużej niż kilka - kilkanaście dni w roku. Większość kupców zatem - krążyła od miasta do miasta, od miasteczka do miasteczka, od wsi do wsi - wystawiając swoje towary na sprzedaż w coraz to nowych miejscach. Z czasem uregulowały to przywileje władców ustalające w jakie dni w roku w danym miejscu odbywa się targ (w te dni handel zwolniony był od części opłat i ograniczeń, jakie dotykały go przez resztę roku). Na ogół starano się, aby na obszarze mniej - więcej jednego dnia drogi konno jakiś targ odbywał się codziennie - w każdy dzień tygodnia (poza niedzielą) w innym miejscu. Przechowały to nazwy miast takich jak "Piątek", "Środa", "Sobota" (środa i sobota to były najpopularniejsze dni targowe).

Ta metoda handlu wytworzyła specyficzną kulturę. Wynikłą z interakcji pomiędzy wędrownymi kupcami (w przypadku handlu końmi - Cyganami!) - a miejscową ludnością osiadłą, dla której jarmark był wielkim świętem. I jest wielkim świętem dla niektórych nadal - np. dla naszego sąsiada i przyjaciela M., z którym odwiedziliśmy w tym roku "Wstępy".

Ale to już są relikty, resztki, pozostałości. Europa się zaludniła. Miejsce targowisk zajmują bazary (i supermarkety). Działające permanentnie. I wytwarzające zupełnie inną kulturę: personel bazaru to ludność tak samo osiadła jak jego klienci - często jednak, tworząca specyficzne getto, bo bazarowym handlem zawsze i wszędzie chętnie zajmują się mniejszości. W Imperium Ottomańskim handlem końmi zajmowała się gildia kupców - opanowana przez kilkanaście cygańskich rodzin rezydujących na stałe w Stambule. Mieli swoją uliczkę na "suku", czyli krytym bazarze imperialnej stolicy. Przez tę uliczkę i przez kieszenie (i księgi handlowe) tych kilkunastu rodzin przechodził prawie cały handel końmi na terenie Imperium rozciągającego się na trzech kontynentach!

I to jest właśnie - przyszłość. Jeśli "Wstępy" pozostaną, to już nie jako impreza handlowa - a: folklorystyczna. Zresztą - jak twierdzą wtajemniczeni znajomi - od dawna już zwiedzający (tacy jak my - z aparatami fotograficznymi i kamerami) przytłaczają liczebnie potencjalnych kupców. Kto by zresztą kupował konia w takim miejscu? Nieuchronnie się przecież przepłaci! A wystarczy wziąć namiary od potencjalnego sprzedawcy i poczekać do środy ("Wstępy" trwają dwa dni: poniedziałek i wtorek...). Koń, który nie poszedł w poniedziałek za 10 tysięcy, we wtorek za 6 - w środę pójdzie za 4...

A oto nasze fotograficzne impresje z dzisiejszego (wietrznego i chmurnego) poranka:














Wróciliśmy do domu z nowymi obcęgami do pielęgnacji kopyt oraz (prawdziwym, przywiezionym z Litwy) litewskim chlebem i słoniną. A że święto - "takie jak Boże Narodzenie" (jak rzekł M.) - wymagało uczczenia - to tekst dla "KT" napiszę jednak raczej jutro...

niedziela, 26 lutego 2012

Ex Oriente Lux

Ledwo zdążyłem nakarmić czterokopytne i wytoczyć im nową belkę siana, tudzież wykonać inne Czynności Poranne: nakarmienie kotowatych, rozpalenie w Herculesie IV (chyba już mi się udało opanować tę sztukę – i nawet grzeje, gdy zimno!), itp. – gdy za oknem zrobiło się ciemno. Ki Dyabeł..? Ano taki:


Zamieć śnieżna trwała wszystkiego może 20 minut i w tej chwili widok spod chatki mamy bajkowy:


co nie zmienia faktu, że nas ta zmiana dekoracji nic a nic nie cieszy – tym bardziej, że może być trwała: do wtorku włącznie prognozują nam tu przejściowy powrót zimy.

A kran pod wiatą dalej nie odmarzł – co prawda, przez ostatnie 2 – 3 dni mieliśmy ulgę w pojeniu czterokopytnych, bo piły chętniej z kałuż, które się na padoku zimowym utworzyły, więc na wodę z wiaderek przyniesionych z chatki nie było popytu – ale kałuże właśnie się skończyły i wygląda na to, że co najmniej kolejne 3 dni poić je będziemy „ręcznie“ – w pełnym wymiarze.

Mały apel do Szanownych Czytelników: biorąc pod uwagę jałowość dyskusji pod ostatnimi postami – może spróbujcie zaprosić do czytania i komentowania jakichś znajomych? Bo tu się nudno robi. Ja mogę obiecać tylko jedno: nie zamierzam niczego zmieniać. Tj. nie zamierzam pisać o dupie Maryni – nawet najzgrabniejszej!

Skądinąd, „NCz!“ był łaskaw puścić materiał o mojej byłej pracy – po swojemu: robiąc dowolne i arbitralne skróty. Z tych skrótów wynikło, że uważam za „szarpania po pysku i kopanie po żebrach“ nie spotkanie Amwayowców czy „motywacyjne szkolenia“ szefuńca – a samą prezentację sprzętu, której dokonywałem w domu klienta. Nic bardziej mylnego! Prezenter który by tak nachalnie, jawnie i natrętnie cokolwiek klientowi wciskał, z całą pewnością nic by nie sprzedał. To należy robić o wiele dyskretniej, wzbudzając w kliencie potrzebę posiadania - której on sam da wyraz, kupując towar od prezentera (a więc odwrotnie niż to się na pierwszy rzut oka wydaje: to nie prezenter sprzedaje klientowi, tylko klient kupuje od prezentera...). Ponieważ również kolega Racjonalnie Oszczędzający dał był wyraz podobnym błędnym mniemaniom na temat pracy prezentera sprzedaży bezpośredniej, kusi mnie, aby nieco rąbek zawodowej tajemnicy uchylić i opowiedzieć Państwu, na czym to mniej – więcej polega. Z tym, że mam wątpliwości – otóż: jestem marnym prezenterem. Co łatwo sprawdzić – bo po prostu: mało albo nic nie sprzedaję. Skąd zatem pewność, że moja wiedza na ten temat jest w jakikolwiek bądź sposób rzetelna..? Pozostawiam zatem na razie ten problem w zawieszeniu. Może, jeśli będę się nudził… A właśnie widzę, że nowe chmury nadciągają i chyba nic dzisiaj nie zdziałam na zewnątrz chatki..?

sobota, 25 lutego 2012

Własność

Kiedyśmy wiele lat temu przygarnęli Sylwestrę kot, już po przejściu wszystkich zabiegów weterynaryjnych i higienicznych dzięki którym z dzikiego kota podwórzowego stała się kotem domowym, okazał się niemożliwym do zniesienia współmieszkańcem 20-metrowej kawalerki na ulicy Bagno w Warszawie, którą podówczas wynajmowaliśmy. Dnie spędzała ukryta pod brodzikiem (nie nazwę tego sprzętu szumnym określeniem „wanny“…) lub pod łóżkiem, a za to całymi nocami wciąż od nowa, z prawej na lewą i z lewej na prawą – zwiedzała swoją tak nagle ograniczoną przestrzeń życiową rozgłośnie zawodząc. Próbowaliśmy różnych metod: ponieważ uspokajanie kota, włącznie z próbami przekupstwa żarciem, nic nie dawało, sprawiliśmy sobie zatyczki do uszu, w ten sposób próbując odciąć się od nieustannego miaukotu. I to jednak – niewiele dawało!

Pewnego dnia przynieśliśmy z jakichś zakupów karton. Taki, jakiego używa się do pakowania drobnych produktów żywnościowych typu serki, masełka, itp. Nie za wysoki, nie za duży. Kot, który pilnie obserwował tę scenę spod łóżka, stanowczym krokiem objawił się w jasnym świetle dnia, czego nie zwykł był robić do tej pory – po czym nie mieszkając zawłaszczył kartonik, zajmując go w całości własnym jestestwem. Nocne miaukoty (za wyjątkiem jednej – na ogół, chyba, że się coś wyjątkowego wydarzy – przerwy na śródnocny posiłek – ale do tego, to się już przyzwyczaiłem…) ustały jak ręką odjął – kot pilnował swojego kartonika, który stał mu się bezpieczną przystanią na tym pełnym wrogów łez padole…

Minęły lata – w tej chwili, jak sądzę, dla Sylwestry „kartonikiem“ to my jesteśmy: nie wykazuje bowiem szczególnego przywiązania do żadnego konkretnego sprzętu w naszej chatce, kartoników (zużywały się po jakimś czasie…) od dawna jej już nie dajemy, ale za to – wpada w histerię, gdy jednego z nas nie ma dłużej w domu.

Jak Państwo zapewne zauważyliście, stałą metodą rozumowania jakiej tu używam jest znajdowanie dla zachowań ludzkich analogii ze światem zwierzącym – i szukanie, w ten sposób, zwierzęcej przeszłości człowieka. Czy z tego wynika, że jestem zaprzedanym ewolucjonistą i P.T. Czytelnicy o kreacjonistycznych przekonaniach powinni ten blog omijać jak zapowietrzony..? Mili moi: jestem zaprzedanym czytelnikiem Mistrza Lema który faktycznie – fanatycznym ewolucjonistą był. Ze wszystkim, obcując na co dzień ze zwierzętami – nie znajduję żadnej nieprzebytej przepaści między „człowieczeństwem“, a „zwierzęcością“. Niczego, co by w oczywisty sposób dowodziło, że przejście między pierwszym a drugim ma charakter nieciągły, dyskretny – a nie jest li i jedynie różnicą stopnia, różnicą przy tym – skalowalną w ramach pewnego kontinuum. Jeśli zatem Pan Bóg tchnął w jedno ze zwierząt nieśmiertelną duszę – to fakt ten, wedle moich obserwacji, pozostaje bez najmniejszych obserwowalnych konsekwencji jak chodzi o takie mierzalne czynniki jak inteligencja, empatia, zdolność odczuwania emocji i nawiązywania więzi społecznych. Wszystkie te cechy człowiek posiada w stopniu najwyższym spośród znanych zwierząt – ale inne też je posiadają! Nawet mowa nie jest wcale zjawiskiem tylko człowiekowi właściwym – zapewniam Was, że trudno o gadatliwsze stworzonko od naszej Sylwestry i sądzę, że niejedną kobietę by przegadała!

wciąż zestresowana Sylwestra pod łóżkiem

i pełen relaks we "własnym" kartoniku

o, proszę

można i w tę stronę...

a, idąc za ciosem: Sylwestra z Pajacem (Kultury...)
oraz Sylwestra na Lodzie. Dukaja...

Skądinąd Pan Bóg nie zwykł pozostawiać widomych śladów swoich interwencji – nieprawdaż..? Bo cóż by zostało z wolnej woli, gdyby dało się prostą obserwacją, bez żadnych aktów strzelistych i doświadczeń mistycznych stwierdzić: tak, zostaliśmy stworzeni..?

Czytam sobie właśnie, po kilkuletniej przerwie Adama Krzyżanowskiego „Raj doczesny komunistów“. Jeśli kogoś z Państwa odstrasza ogromniasta cegła „Głównych nurtów marksizmu“ Kołakowskiego, to zarys najważniejszych gałęzi ewolucyjnych tej religii (przecież nie nauki…) i u Krzyżanowskiego znajdzie – włącznie z kanoniczną, moim zdaniem, analizą osobowości i przekonań kolejnych capo di tutti capi, względnie padrone zawodowych uszczęśliwiaczy ludzkości.

Tutaj chciałbym się zająć jednym tylko z aspektów tego złożonego zagadnienia – własnością.

Jak dla mnie nie ulega najmniejszej wątpliwości, że własność jest wspólną „instytucją“ wszystkich zwierząt terytorialnych. Tak samo jak Sylwestra (koty są terytorialne…) zawłaszczyła kartonik i z tej swojej „własności“ czerpała poczucie bezpieczeństwa, tak samo jak stada koników polskich podzieliły między siebie terytorium rezerwatu w Popielnie i jedno stado raczej nie wkracza na terytorium drugiego – tak też i ludzie ZAWSZE posiadali własność. Zawsze. Nie było żadnego „pierwotnego komunizmu“, żadnej tam „wspólnoty pierwotnej“, czy innych dyrdymałów wymyślonych przez chodzących z głowami w chmurach filozofów z czasów najgłębszego upadku filozofii, czyli z „wieku oświecenia“. Własność, poczucie własności – to jest element zwierzęcej natury człowieka (dla ewolucjonisty: element natury ludzkiej jako takiej…). Bez własności – ludzkość istnieć nie może. Zresztą, o tym już pisałem – przedstawiając na wynikach konkretnych badań antropologicznych, jak absurdalnym pomysłem jest mit „wspólnoty pierwotnej “.

Wie to chyba zresztą każdy czytelnik Karola Maya – nieprawdaż..? No bo co się działo, kiedy członkowie plemienia Komanczów postanowili zapolować na bizony na terytorium uważanym za własne przez plemię Apaczów. No co..? Ano, moi drodzy – wybuchała wojna… Tak samo jak wojna wybucha, gdy ogier Nacios zapędzi się w poszukiwaniu słodkiej trawy na terytorium uważane za własne przez ogiera Osowca (przykład abstrakcyjny, bo nie pamiętam już, czy te dwa żyły w tym samym czasie w Popielnie, czy nie…), względnie – postanowi zapłodnić jedną z „jego“ klaczy… XVIII-wieczne lekkoduchy opisując jak to „dzicy“ traktują ziemię jako „wspólną własność wszystkich dzieci Boga“, z której każdy może czerpać dowoli – mylą brak hipoteki i aktów notarialnych z brakiem własności.

Właśnie odkryliśmy w naszej chatce bezczelną, o pomstę do Niebios wołającą kradzież! Otóż spod szafy wybiegła mysz. Lepsza Połowa dokonując oględzin miejsca pojawienia się myszy odkryła że ta… przegryzła opakowanie i dobrała się do zapasu kocich chrupek! Mina Sylwestry, gdy to zobaczyła – bezcenna..! Niestety: rozładowała się nam bateria w aparacie, nie pokażę tego Państwu na zdjęciu… W każdym razie: nie daję tej myszy za wiele żywota – są pewne granice, których przekraczać nie wolno…

Samo stwierdzenie, że „wspólnota pierwotna“ to mit i że żadnego komunizmu nigdy nie było, nie ma i nigdzie nie będzie – bo jest to po prostu gwałt na naturze ludzkiej i zwierzęcej -  to jest jeszcze względnie trywialna konkluzja. Bardziej mnie dzisiaj interesują dalsze konsekwencje tego stanu rzeczy.

Jak widzimy na przykładzie Sylwestry – tudzież na przykładzie Komanczów i Apaczów, a także ogiera Nacios i ogiera Osowiec – istnieje silna korelacja pomiędzy „poczuciem własności“, a „poczuciem bezpieczeństwa“. To naturalne. Po to zwierzętom terytorialnym terytorium – żeby mieć pewność przetrwania. Terytorium to bowiem określone zasoby, których można używać w celu podtrzymania życia, schronienia i przedłużenia gatunku.

Oczywiście ani Sylwestra, ani Komancze i Apacze, a już na pewno nie ogiery walczące ze sobą w rezerwacie w Popielnie (ogiery są w ogóle dość tępe…) nie rozumują w ten sposób. Połączenie własności z bezpieczeństwem działa na poziomie odruchowym, świadomości bynajmniej nie angażującym.

Stąd – przywiązanie do rzeczy – do miejsc – nawet: do instytucji. Każdy może mieć – i zwykle ma – coś „własnego“ nawet, jeśli nie ma na to założonej hipoteki i aktu notarialnego. Koniec końców nawet mieszkając w wynajętej kawalerce – można się przecież przywiązać do miejsca, traktując je jako „własne“ – nieprawdaż? Jest to ten sam sentyment, to samo uczucie, ta sama potrzeba! Będąc najemnym pracownikiem wielkiej firmy, fanem klubu piłkarskiego w którym bynajmniej nie mamy udziałów – nie tylko zaspokajamy naturalną dla zwierząt społecznych potrzebę przynależności do grupy, ale i – naturalną dla zwierząt terytorialnych potrzebę posiadania „obsikanego“, „zaznaczonego“ terytorium: wszak wielka firma ma swoje hale fabryczne czy biura, a klub – ukochany przez fanów stadion…

Brak takich widomych, materialnych „punktów ciążenia“ wokół których organizuje się indywidualne i społeczne życie człowieka, czyni z człowieka inwalidę. Wielu „zawodowych rewolucjonistów“ (choć bynajmniej nie wszyscy…) to właśnie tacy inwalidzi – a brak przywiązania do miejsca jakoś tam przyczynia się do ogólnego pokręcenia psychicznego takich indwiduów. Ostatecznie – nawet koczownicy zazwyczaj koczują przemieszczając się mniej lub bardziej regulanie po mniej – więcej stałej trasie, gdzie mają swoje święte góry, kurhany przodków, rzeki, pastwiska, względnie (gdy mówimy o koczownikach współczesnych): śmietniki, punkty skupu, jadłodajnie i węzły sieci cieplnej!

Podstawa instytucji własności jest więc nie tylko pradawna, instynktowna i naturalna – ale też: irracjonalna. Jak wszystkie nasze paleolityczne instynkty, które nie nam i naszemu zadowoleniu z życia – a przekazaniu dalej samolubnego genu służą, ani się troszcząc o los jego chwilowego tylko nosiciela… Stąd uprawnionym jest, rzecz jasna, zadawanie przez owego „chwilowego nosiciela“, którego indywidualne zadowolenie z życia nie ma najmniejszego znaczenia dla przyszłości gatunku – pytań. Z tym, że na ogół nie ma na takie pytania odpowiedzi.  W każdym razie – innych niż takie, które jednak wymagają aktów strzelistych i doświadczeń mistycznych…

Owa zwierzęca geneza instytucji własności czyni jej ściśle racjonalną i rozumową analizę bezprzedmiotową. Ściśle racjonalnie i rozumowo podchodzi do własności tylko kupiec, który traktuje własność jak towar – dobro, które nabył i zamierza jak najszybciej i z jak największym zyskiem zbyć. W każdym innym przypadku – pojawiają się emocje.

To dlatego tak dobrze się żyje (na ogół…) deweloperom: ludzie kupujący mieszkania w większości (oczywiście nie wszyscy…) – nie kupują towaru, tylko swoje wymarzone „gniazdo rodzinne“, „bezpieczną przystań“, miejsce gdzie spłodzą i wychowają dzieci. To jest pewna niewymierna, „wartość dodatkowa“, za którą miliony gotowe są płacić dożywotnią niewolą w służbie bankierów. Jest to zapewne nieracjonalne – ale nic na to się nie da poradzić.

Dożywotnia niewola w służbie bankiera to najbardziej niszczący – współcześnie – aspekt własności. Jednak owa irracjonalna własność ma też aspekt twórczy. O swoje – dba się. Często – ponad racjonalną i rozsądną miarę. Czego sam jestem najlepszym przykładem: wczoraj odebrałem po prawie trzech miesiącach (prawie) naprawioną Wendi. Pozbycie się dziur i rdzy z karoserii, wymiana przedniego mostu, naprawa hamulców i trochę innych mniej istotnych napraw – wszystko to kosztowało nas… ocho i jeszcze trochę! Dobrze, że Lepsza Połowa miała trochę odłożone, na „czarną godzinę“, bo byśmy inaczej nie dali rady… Prawdopodobnie racjonalniej byłoby sprzedać Wendi na części – i kupić inny samochód, dokładając pewnie połowę tego, cośmy na remont wydali. Cóż z tego – kiedy my po prostu lubimy naszego Patrola..?

Już o hektolitrach potu i dziesiątkach tysięcy włożonych w naszą posiadłość nie chcę pisać – bo to przecież oczywiste…

W każdym razie: widok Wendi stojącej za oknem działa uspokajająco. Prawie jak ten kartonik na Sylwestrę!

Pogarda dla pieniędzy, dla zysku handlowego, dla dorobkiewiczostwa – o której niedawno pisał kolega Racjonalnie Oszczędzający – była dość ważnym motywem narodzin komunizmu. Tego rodzaju pogardę często przejawiali potomkowie „starych rodzin“, dla których nieustanna troska o zysk arywistów była dziwnym i zubażającym człowieka zjawiskiem – stąd wielu wśród założycieli ruchu komunistycznego ziemian czy choćby: potomków szlacheckich rodzin. Z drugiej jednak strony: przywiązanie do ziemi i dworu przodków było motywem, w imię którego znacznie więcej przedstawicieli tej samej warstwy społecznej – położyło głowy na przykład w rosyjskiej wojnie domowej… Ogólnie: komunizm tak samo jak zapoznaje prawdziwą, zwierzęcą genezę własności – przez co roi sobie bezpodstawnie o możliwości jej zniesienia – tak też całkowicie zapoznaje ten „twórczy“, choć dalej – irracjonalny – aspekt własności. Ten właśnie, że właściciel dla swojej własności zrobi WIĘCEJ niż ta własność jest warta – oczywiście: dla innych, bo dla niego jest właśnie warta tyle, ile dla niej robi. Dzięki temu kraje w których dominuje własność prywatna są w oczywisty sposób bardziej zadbane od krajów z dominacją „rzeczy niczyich“, o które nikt nie dba – prywatne konie są tłustsze i mają bardziej błyszczącą sierść od „komunalnych“ – a prywatne trawniki są o wiele lepiej przystrzyżone od miejskich…

czwartek, 23 lutego 2012

W poszukiwaniu zaginionych Siekluk

Po dwóch dniach herkulesowych wysiłków - uruchomiliśmy dzisiaj nasz nowy piecyk marki "Hercules IV":
Prawdę pisząc, jak na nasze możliwości - dwa dni to jeszcze nic takiego! W zasadzie, można by powiedzieć, że poszło gładko. Pozostaje tylko nauczyć się w tym palić tak, żeby było ciepło, a nie tylko ładnie: i tu jednak, można z pełną odpowiedzialnością pisać o dużym postępie - kiedyśmy 14 października 2009 roku po raz pierwszy rozpalali naszą starą kozę (kupioną - wraz z materiałami na nasz stary, własnoręcznie wymurowany komin - za złote obrączki, których zresztą nigdy nie zdążyliśmy wykorzystać w celu zawarcia związku...), ciepła z tego nie było nic a nic - a za to ile dymu..! Teraz przynajmniej nic się nie dymi (Lepsza Połowa twierdzi nawet, że "przyjemnie pachnie"...), w każdym razie - nie wewnątrz chatki. Że jak na razie trochę mało grzeje..? Chwalić Boga, mamy odwilż...

Ale po kolei, po kolei. Co właściwie robiliśmy przez te dwa dni? Wczoraj pojechaliśmy do niedalekiego Zwolenia, gdzie mieści się firma oferująca wypatrzone przez Lepszą Połowę na Allegro "Herculesy IV". Trafiliśmy na promocję i pod względem finansowym jesteśmy z zakupu zadowoleni.

Cały problem polegał na tym, że "Hercules IV" ma wylot rury dymowej o średnicy 140 mm. A tymczasem nasz (nowy) komin zbudowany jest z rur o średnicy 120 mm. Tym samym - niezbędnie konieczna nam była redukcja 140/120... Wczoraj, idąc za radą personelu sklepu, zaczęliśmy poszukiwania tego utensylium od radomskiego "Praktikera". Co nas tylko zdołowało: owszem, jakieś tam redukcje były, ale dla zupełnie innych wymiarów i przy tym - tak śmieciowej jakości, że aż dziw, że ktokolwiek jest aż tak odważny, żeby to tuż za piecem montować. Personel "Praktikera", jak zwykle zresztą, nic nie wiedział o innych sklepach, gdzie możnaby taki asortyment nabyć i ogólnie - robił co mógł, żeby nas spławić. Co mu się, skądinąd, całkiem spokojnie  - udało!

Wracając do domu przez Białobrzegi próbowaliśmy zahaczyć o sklep, w którym kupiliśmy większość elementów komina, ale był już zamknięty. Tak więc dzień pierwszy montażu "Herculesa" zakończył się wypakowaniem go z samochodu i postawieniem w kącie. Grzać się musieliśmy i tak naszą starą, popękaną w wielu miejscach kozą...

Dzisiaj wróciliśmy do tematu. Oczywiście: po pokonaniu drobnych trudności! W pierwszej kolejności, gównośmy się wyspali. A to dlatego, że naszemu staremu koćkodanowi zebrało się na bohaterstwo: choć ma na karku - na ludzki wiek przeliczając - ósmy albo i dziewiąty krzyżyk, złapała w nocy mysz. Złapała, przytargała do swojej miski, wytarmosiła, ale pożreć nie dała rady - państwo zbudzeni o 1.00 w nocy dali w zamian chrupki (tudzież, w uznaniu bohaterstwa dzielnego kota - nie wyrzucili jej z chatki wyjeżdżając dzisiaj, jest więc czyściusia, cieplusia i milusia...). Tu, proszę bardzo, bohaterski koćkodan razem z jednym z gumiaków swojego pana:
Po drugie - mamy odwilż. A co za tym idzie - piętrzącą się górę nawozu. Który odmarza proporcjonalnie do topnienia kolejnych warstw ubitego lodu przed wiatą. W poniedziałek co prawda, przy pomocy M., wywieźliśmy dwie czubate fury - ale cóż z tego: we wtorek było 8 taczek, wczoraj 10, dzisiaj - 14. W deszczu. Przemokłem do suchej nitki - siedzę teraz przed komputerem w bryczesach do konnej jazdy, bo już mi żadne więcej suche spodnie nie zostały.

Po trzecie wreszcie - Wunderbaum, jak co miesiąc, wymagał zmiany koła. Tyle tylko, że zapasowe za cholerę nie chciało wejść na tylną ośkę. Już zwątpiłem w swoją zdolność przypasowania śrubki do otworu - nie wchodziło i nie wchodziło... W końcu ściągnąłem ze strychu felgę z letnią oponą - i ta weszła. Tak ruszyliśmy w drogę (pierwej zresztą przywiozłem owsa z sąsiedniej wsi: ledwo - ledwo udało mi się przejechać, wygląda na to, że najkrótsza droga do "cywilizacji", przez Brzozówkę i Grabów, jest już, za sprawą roztopów, odcięta!). U wulkanizatora w Warce okazało się, że... majster pomylił koła, gdy dwa tygodnie temu oddawał mi jedno po poprzedniej awarii! Woziłem jako "zapas" koło od Forda, które oczywiście nie mogło wejść na Wunderbauma...

Zaczęliśmy poszukiwania dokładnie w tym samym miejscu, w którym przerwaliśmy je wczoraj, tj. w Białobrzegach. Trzeci lub czwarty z odwiedzonych tamże punktów handlowych, skierował nas do rzekomego producenta galanterii stalowej w rodzaju poszukiwanej przez nas redukcji w Sieklukach. Oczywiście - nazwa miejscowości nie była mi obca, ale gdy o niej usłyszałem, kompletnie wyparowało mi z głowy, skąd. Dopiero mapa, której na szczęście nie wyjąłem z samochodu, bo zapomniałem go posprzątać, przypomniała mi, że to po prostu pierwsza wieś za Białobrzegami przy drodze na Radom. Skoro tak - nie było się nad czym zastanawiać, ruszyliśmy tam nie mieszkając!

Rzeczywiście, trafiliśmy do Siekluk bez problemu. Tylko gdzie ten producent galanterii stalowej..? Miał być obok karczmy "U Jana". A tu jedziemy przez wieś i jedziemy - chałupy bogate i biedne, obejścia większe i mniejsze, ale - żadnego szyldu, ani karczmy, ani producenta galanterii stalowej... Dojechaliśmy w końcu do końca wsi - że było dalej widać jakiś mur, to pojechaliśmy i dalej. Trafiliśmy na urokliwy majątek ziemski z nie do końca zruinowanym jeszcze folwarkiem (musiała tam być albo gorzelnia, albo cukrownia, po okazałym kominie i pięknych zabudowaniach fabrycznych sądząc) - ale, ma się rozumieć, producenta galanterii stalowej - ani śladu!

Co było zrobić? Ruszyliśmy z powrotem, kołując trochę, bo się jeszcze łudziłem, że może to po drugiej stronie "siódemki" będzie, więc wróciliśmy przez Bobrek. Ale tam też żadnego producenta galanterii stalowej nie było...

Ponieważ i tak musieliśmy zrobić drobne zakupy spożywczo - przemysłowe, skierowaliśmy się do Warki, gdzie dziś rano otworzyła się nowa (druga) Biedronka, z tej okazji ogłaszając wielką promocję. Po drodze zajechaliśmy - ja to, prawdę pisząc, bez wielkiej nadziei na sukces - do zaprzyjaźnionej skądinąd hurtowni hydraulicznej. I wiecie co..? Oczywiście, redukcja 140/120 była!

Co przypomina opowieść o Koziołku Matołku, co to szukał po szerokim świecie tego, co miał bardzo blisko... Jak zwykle, jak zwykle...

A w "Pierdonce"..? No cóż: Lepsza Połowa trochę liczyła na ceramiczną patelnię. Bo nasza stara miała już całkiem starty teflon (któreśmy do szczętu wyjedli...) i strasznie do niej BLINY (bliny! Nie placki!) przywierały. Że jednak zameldowaliśmy się w sklepie (wciąż potwornie zatłoczonym...) przed 17.00 - mogła sobie o takowej tylko pomarzyć. Kupiliśmy więc (w tej samej cenie) nową teflonową - na razie też wystarczy, a może, nim ten teflon zjemy, znowu się jakaś ceramiczna trafi...

Największy problem, jaki osobiście mam z "Herculesem IV" jest taki, że nasza stara koza była bardzo głośna. Od razu było słychać - pali się jak należy, czy nie? A tu cisza. Cisza. I cisza. I tylko płomyk sobie pełga za szybką... A mnie, cholera, zimno - bo cisza! Bo przez dwie i pół zimy, jak cisza była - znaczyło, że koza zgasła i zimno i ja już tak odruchowo reaguję..!

wtorek, 21 lutego 2012

Масленница

Pytanie na ostatni dzień karnawału: czy je się po to, aby żyć – czy też żyje po to, aby jeść..? Odpowiedź wcale nie jest taka oczywista! Moraliści wyśmiewający lub wyklinający drugą z możliwych odpowiedzi powinni bowiem, nim przyjmiemy ich stanowisko za własne wskazać – po co w takim razie człowiek ma żyć, jeśli nie dla przyjemności? A przypominam, że spośród przyjemności życia jedzenie jest chyba jednym z najmniej kontrowersyjnych: trudno raczej skrzywdzić bliźniego zajadając się – o ile, oczywiście, nie zajadamy się bliźnim, jak niejaki Hannibal Lecter, skądinąd jednak, na szczęście – postać tylko literacka…

Odpowiedź na pytanie po co człowiek ma żyć była kiedyś oczywista: człowiek ma żyć po to, żeby zostać zbawionym. I dlatego powinien przestrzegać Prawa Bożego, które potępia m.in. łakomstwo jako jeden z grzechów głównych (pytanie tylko, czy każdy, kto czerpie przyjemność z jedzenia musi od razu być łakomy? A to nie można się cieszyć posiłkiem i zajadać – z pomiarkowaniem, zwłaszcza co do ilości..?). Niestety, obecnie nie ma tak prosto: odpowiedź na pytanie po co żyć – oczywista wcale nie jest!

Także wśród bogobojnego (na pozór, na pozór... ) prostego ludu, o czym wiele razy pisałem. Problem ten, na pozór oderwany i abstrakcyjny, ukazał się nam w całej pełni przy okazji dyskusji pod poprzednim felietonem. Wariantem bowiem pytania po co żyć, jest także pytanie – po co trzymać konie? Po co robić w ogóle cokolwiek..?

Prawdę pisząc wizja człowieczeństwa polegającego na wypruwaniu z siebie flaków tylko po to, aby na końcu użyźnić glebę najbliższego cmentarza – i aby umożliwić dokładnie taką samą egzystencję następnemu pokoleniu, wielkim nakładem sił i środków spłodzonemu, wykarmionemu i wyedukowanemu – trochę mi się wydaje przerażająca. A taka właśnie wizja wygląda zza pleców tego, kto głosi, że koniecznie to konie muszą zarabiać na ludzi, a nie ludzie na konie i że co by człowiek nie robił, zawsze koniecznie musi mieć na oku jakąś korzyść – jakkolwiek, czasami może niekoniecznie od razu finansową, tylko „szerzej pojętą“.

Nie, żebym flaków z siebie nie wypruwał. Ależ wypruwam, wypruwam. Staram się jednakowoż, podobnie jak ten karaibski rybak , o którym też już kiedyś tutaj wspominałem – mieć na oku nie zysk, dla którego dopiero musiałbym później znajdować jakieś sensowne zastosowanie (a to by mi się chciało jeszcze..?) – tylko sens sam w sobie. A sens sam w sobie daje się odnaleźć tylko wtedy, gdy robimy to, co nas kręci – unikamy zaś robienia tego, co nas nie kręci. No, oczywiście – nie zawsze się tak da! Nie zawsze! A nawet – najczęściej się nie da… Tym niemniej, to jest właśnie ideał, do którego warto – być może, nie wiem jakie jest Państwa zdanie – dążyć..?

Dzisiaj w każdym razie, jak na ostatni dzień karnawału przystało – żyję po to, aby jeść! Te oto wspaniałe bliny które Lepsza Połowa, litewskim zwyczajem, usmażyła (nie chwaląc się, jam ziemniaki utarł – w czasie, gdy Lepsza Połowa rozpalała kozę, która mi zgasła, gdym powyższy tekst pisał… ot – takie karnawałowe zamieszanie w podziale pracy, a wszak i na tym Ostatki polegały, że się szlachcic z Żydem, chłop z plebanem na jeden wieczór zamieniali rolami..!).  I niech mi ktoś udowodni – że źle robię..?

niedziela, 19 lutego 2012

Ten samolubny gen i czemu nie wierzę w rewolucję..?

Istnieje wiele dowcipów skonstruowanych wedle tego samego wzorca. Na przykład: czym się różni sprawiedliwość od sprawiedliwości społecznej? Tym samym, czym krzeszło, od krzesła elektrycznego… I tak samo można o demokracji i „demokracji liberalnej“, itd., itp.


Nie zawsze jednak taki bon mot ma sens. „Demokracja szlachecka“ bowiem (abstrahując już od kwestii, że nazywania w ten sposób subtelnie złożonego ustroju I Rzeczypospolitej jest zwykłym barbarzyństwem. No ale cóż! Przyjęło się i uleżało…), jak w ogóle wszystkie ustroje ancient regime , wliczając w to na równych prawach absolutyzm francuski, oligarchię wenecką i parlamentaryzm brytyjski w wersji aktualnej gdzieś do połowy XIX wieku – a nawet i samodzierżawie carskie – różni się jednak od „demokracji“ współczesnej znacznie większą ilością szczegółów niż krzesło od krzesła elektrycznego (ostatecznie: mebel służący do siedzenia DA SIĘ przerobić na mebel służący do uśmiercania – tu natomiast, mamy do czynienia z przepaścią, ze swoistym „punktem osobliwym“, w którym wątek dziejów ulega przerwaniu i zawiązuje się na nowo).

Skądinąd jednak, najważniejszą z tych różnic można, mimo wszystko, streścić stosunkowo zwięźle: za czasów ancient regime rodzice nie wstydzili się promować swoich dzieci. Syn markiza dziedziczył po ojcu tytuł, włości, koneksje na dworze i – jeśli tylko tego zapragnął – pozycję polityczną. Młody wojewodzic mógł się spodziewać, że i sam zostanie senatorem – jeśli tylko nie będzie się tej, naturalnej kolei losu, aktywnie sprzeciwiał.

Już Cyryl Parkinson zwrócił uwagę na jedną z ważniejszych konsekwencji tego stanu rzeczy: skoro pozycja w hierarchii społecznej jest – w ogólnych zarysach oczywiście, wszak nikt nie był w stanie zapobiec temu, aby młody markiz czy wojewodzic okazał się utracjuszem, wariatem lub w inny sposób zmarnował pozycję swoją i swego rodu – dziedziczna, to dzierżyciele poszczególnych jej szczebelków nie tracą czasu na wzajemne podgryzanie się, w celu uzyskania promocji. To jest oczywiście grube uproszczenie, bo rywalizacja między rodami i między ambitnymi jednostkami istniała zawsze i wszędzie – ale, przynajmniej, nie każdy musiał zaczynać karierę od zera. A skoro nie musiał zaczynać od zera – to mógł dojść do pozycji dającej mu znaczący wpływ na sprawy państwa gdy był jeszcze młody i pełen sił. Parkinson miał przy tym przed oczami „rządy starców“, charakterystyczne dla wieku XX (z takimi Matuzalemami jak Adenauer, Churchill czy – toutes proportions gardee – Breżniew na czele…) i, typową dla większości biurokracji „ścieżkę kariery“, w ramach której promocja uzależniona jest przede wszystkim od stażu pracu, koncentrując na najwyższych szczeblach tejże biurokracji – osoby w wieku przedemerytalnym. Skrajną antytezą tej sytuacji jest oczywiście wypadek, gdy władzę absolutną obejmuje monarcha, który ma lat osiemnaście (albo i mniej!). Które państwo będzie bardziej dynamiczne, bardziej agresywne i bardziej otwarte na zmiany – rządzone przez starców nad grobem – czy przez młodzieńca, który dopiero zaczyna smakować życia i chwały..?

To jest jednak tylko jedna strona medalu! Albowiem z faktu, że po obaleniu ancient regime (co swoją drogą wcale nie jednej rewolucji wymagało i w zasadzie skończyło się na dobre dopiero I wojną światową…) promowanie własnego potomstwa stało się rzeczą wstydliwą i haniebną, wcale nie wynika, że troskliwi ojcowie przestali wspierać swoje dzieci. Po prostu – robią to od tej pory tak, jak dawniej robili tylko kardynałowie i biskupi: po cichu, pod stołem, przy pomocy kolegów, układów i pieniędzy. Najchętniej zresztą – nie swoich pieniędzy, tylko pieniędzy podatników, lokując potomstwo na różnych szczeblach machiny państwowej.

Dzieje się to na skalę masową. Skądinąd – nawet wśród pederastów, grupy obecnie najmocniej promowanej jako ten „proletariat zastępczy“ (skoro mówienie o „wyzysku klasy pracującej“ w systemie, gdzie realną pracą zajmuje się góra 1/5 ludności traci sens…). Kto bowiem powiedział, że koniecznie trzeba promować w ten sposób wyłącznie własne dzieci, a młodego kochanka – to już nie? Pytanie zresztą – ilu ambitnych młodzieńców nie posiadających żadnego innego talentu poza zgrabnym zadkiem, tylko dlatego daje się przecwelować, żeby zrobić w ten sposób karierę? I to niekoniecznie w przemyśle filmowym..! A poza tym, dążenie do przekazania następnemu pokoleniu nagromadzonego majątku i pozycji, jest jednym z najsilniejszych atawizmów ludzkości – i stąd tak zaciekła walka „kochających inaczej“ o prawo do adopcji…

Jaki jest skutek tego masowego nepotyzmu? Ano – zaczynamy się jako „formacja cywilizacyjna“ re-feudalizować. Po to istnieją korporacje prawników, żeby synom i córkom ich członków łatwiej było odziedziczyć majątek i pozycje swoich rodziców. Po to ogranicza się i koncesjonuje działalność gospodarczą, aby dzieciom i wnukom tych, którzy obecnie są przedsiębiorcami, nie zagroziła przypadkiem młoda konkurencja (a przy okazji stwarza się „żerowiska“ dla zaprzyjaźnionych, spokrewnionych i spowinowaconych biurokratów – też dziedziczne, rzecz jasna…).

Jest to zjawisko naturalne, oczywiste i nieuniknione. Podobnie działo się w Imperium Rzymskim – i nawet inwazja barbarzyńców tego nie zmieniła, bo wprawdzie dziedziczna przynależność do poszczególnych klas społecznych (z najbardziej uciążliwym „dziedzictwem“ w postaci przynależności do najwyższej klasy majątkowej – poddanych osobistym majątkiem i głową odpowiedzialnych za zbieranie należnych Imperatorowi podatków!) została na chwilkę rozluźniona – ale za to zaraz potem powstał „klasyczny“ feudalizm, czyli właśnie: opisywany powyżej ancient regime. Czyli: naturalny ustrój ludzkości. Dążenia do przekazania dziedzictwa potomstwu bez głębokiej ingerencji genetycznej usunąć się bowiem z ludzkości nie da. Tym samym, próżnym strzępieniem języka i klawiatury, utopią i lekkoduchowym wymysłem są wszelkie „anarcho-kapitalizmy“, czy „libertarianizmy“. Nic z tego nie będzie! Jak pytał nas zawsze na seminarium z utopizmu prof. Wnuk – Lipiński: who keeps the rules? Kto ma strzec reguł gry? I jak sprawić, żeby ten kto reguł gry strzeże – nie począł ich sam nadużywać dla własnej i swojego potomstwa korzyści..?

Odpowiedź: nikt nie pilnuje reguł, ludzie rządzą się sami, nie ma nad nimi żadnego gosudarstwa – to zła odpowiedź. Państwo nie jest tworem sztucznym, narzuconym ludzkości przez kosmitów. Państwo jest nieuchronne, tak samo jak nieuchronne jest istnienie hierarchii społecznej – u wszystkich zwierząt stadnych, a człowiek jest zwierzęciem stadnym. Pytanie tylko – co jest lepsze? Sytuacja, w której naturalne instynkty i atawizmy mogą znajdować sobie ujście jawnie, bez naruszania „reguł gry“ (bo ich zaspokojenie samo jest tychże reguł elementem…) – czy sytuacja w której rządząca szlachta uprawia systemową hipokryzję udając, że nie istnieje i że przynależność do niej – nie jest dziedziczna..?

W tym właśnie momencie przechodzimy zgrabnym skokiem jucznego wielbłąda od rozważań ogólnych do sytuacji obecnej. Koledzy zza Wielkiej Wody i nie tylko wieszczą nam rewolucję – latem, może jesienią. A może nawet już na wiosnę, jak tylko puszczą lody..?

Prawdą jest, że mamy – przynajmniej w skali kontynentu (o sprawach pozaeuropejskich nie chcę się tu wypowiadać…), klasycznie marksowską sprzeczność pomiędzy „bazą“ (która jest do szpiku kości „feudalna“ od Atlantyku po Ural!), a „nadbudową“ (w której wciąż przechowywane są oświeceniowo – rewolucyjne „memy“: wolność – równość – braterstwo, mit skoku przez płot stoczni i temu podobne bzdury…).

Tyle tylko, że sprzeczność ta jest lustrzanym przeciwieństwem sprzeczności z roku 1789: wtedy biurokratyzująca się monarchia absolutna zniszczyła realną treść nominalnie wciąż istniejących stosunków feudalnych, torując drogę równości. Obecnie kostniejąca biurokracja faktycznie odcięła się od „prostego ludu“, stając się „nową szlachtą“ – dziedziczną i obwarowaną przywilejami – nominalnie jednak, wciąż istnieje równość (inna sprawa, że nawet nominalnie wyraźny jest już podział na „równych“ i „równiejszych“ – a to za sprawą od półwiecza uprawianej „dyskryminacji pozytywnej“…).

Na czym więc właściwie miałaby polegać owa wieszczona przez Kolegów rewolucja? Prosty lud ma obalić rządy „nowej szlachty“ i zaprowadzić „prawdziwą równość“? Czy „nowa szlachta“ ma zerwać z pustym frazesem równości i ogłosić się szlachtą z prawdziwego zdarzenia?

Ale na czym właściwie ma polegać owa „prawdziwa równość“..? I jak szybko powstanie „jeszcze nowsza szlachta“, równie skutecznie promująca swoje potomstwo – biologiczne czy przybrane, a czasem tylko ideowe – jak obecna? Wreszcie: : dlaczego lud miałby powstawać w imię równości, czy też – nie daj Panie Boże! – wolności? Owszem, memy które mu się wpaja, nieźle go do takiego powstania przygotowują – a już merdialna histeria na tle „arabskiej wiosny“ wyglądałaby wręcz na samobójstwo, gdyby istotnie lud miał „nową szlachtę“ rzezać…

Przecież jednak lud wcale niekoniecznie musi powstać w celu rzezania „nowej szlachty“! Prawdą jest bowiem, że czasy robią się coraz cięższe – a jeśli wredny, semicki spisek przeciw naszym aryjskim braciom z Iranu skończy się wojną – to nam od tej walki o pokój włosy dęba staną. Na sam widok ceny litra ropy!

W tej sytuacji dalsze utrzymywanie tego teatru marionetek, tej całej dekoracji udającej „rzeczywistość polityczną“, całej tej hipokryzji – staje się powoli ciężarem nadmiernym i nieposilnym, skoro na to wszystko musi łożyć ledwie 20% wołów roboczych realnie pracujących i ciągnących do przodu cały ten kram. Żeby wołom ulżyć – można przecież z dekoracji i hipokryzji zrezygnować. Będzie biedniej – ale taniej. Może nawet: szczerzej, bo i na zmianę memów z czasem przyjdzie czas.

Przeciw komu zatem może powstać prosty lud? A, co to za różnica? Mało to kozłów ofiarnych na tym świecie? Na Zachodzie gniew prostego ludu łatwo rozładować, dając mu rzezać imigrantów, zwłaszcza kolorowych i muzułmańskich. U nas – nie ma ich aż tylu, żeby to całkiem gniew prostego ludu rozładowało. Może jednak lud da się napuścić na „czarnych“ (czyli na kler) i na ich „sługusów“ (czyli na inteligencką, ale „nieszlachecką“ młodzież maszerującą w różnych tam „Marszach Niepodległości“..?). Już tam Palikot szykuje noże, już mu agenci jawni, tajni i dwupłciowi szykują bojówki… Nie wierzycie? No cóż: taki scenariusz przynajmniej wydaje mi się realistyczny. Ma jasno określone przesłanki, istnieją siły które mogą go przeprowadzić i nie zawachają się tego zrobić, gdy uznają, że tak trzeba. A rewolucja „niepodległościowo – wolnościowa“..? Wolne żarty…  

piątek, 17 lutego 2012

Prognoza się sprawdza, albo Dzień Kota

Z godziny na godzinę coraz cieplej - i coraz gęściej sypie coraz bardziej mokrym śniegiem. I bardzo dobrze! Tak właśnie miało być: jutro biorę się za rozmrażanie kranu pod wiatą...

Tymczasem z okazji Dnia Kota, Lepsza Połowa cyknęła kilka fotek naszym ośnieżonym futrom, nieustannie szturmującym chatkę:




Lepsza Połowa chora, nie pojechaliśmy więc po nowy piecyk. Generalnie, jedyne co można zrobić, to - posprzątawszy pod wiatą, napoiwszy i nakarmiwszy czterokopytnych - grzać się przy naszej starej kozie (o ile to w ogóle możliwe, bo zostało tylko świeżo ścięte drewno, które na razie za wiele ciepła nie daje... Swoją drogą: tej zimy - za sprawą łagodnej bardzo długo aury - i tak przetrwaliśmy "o suchym drewnie" wyjątkowo długo! Naszej pierwszej boskowolańskiej zimy, zapas suchego drewna skończył się około Nowego Roku, a drugiej - jeszcze przed Bożym Narodzeniem... Skądinąd - najwidoczniej nie tylko my mamy taki problem, bo właśnie nas minął ciągnik, pracowicie wlokący za sobą przez śnieg przyczepę pełną świeżo ściętych brzózek...). W oczekiwaniu na odwilż...

czwartek, 16 lutego 2012

Tłusty czwartek, czyli gry i zabawy zimowe

Ostatki, mięsopust, koniec karnawału - a przy tym i temperatura trochę zelżała i śniegu na sam koniec (oby, oby!) zimy nasypało. Toteż nasi podopieczni, nie bacząc na takie czy inne trudności - świętują:

Przy czym, jak widać, najzawzięciej galopują te najchorsze sztuki...

A poza tym, to przyjechało do nas dzisiaj (przedostatni transport z tego źródełka, trzeba na początku marca nowego dostawcę znaleźć) świeże siano, więc z tej okazji się obżeramy - niektórzy właśnie sianem pod wiatą, inni - owsem pozostałym na śniegu po obiedzie:
Światło nie było dzisiaj najlepsze - ale, sądząc po prognozie pogody, w ciągu najbliższych dni lepszego i tak nie będzie: zachmurzenie prognozują nam tu na 100% i opady śniegu, a od soboty - śniegu z deszczem. Dlatego cyknąłem także nasz nowy komin - a co mi tam!

Solidna robota, powinien wytrzymać dłużej niż poprzedni (swoją drogą, poprzedni, który stawialiśmy sobie "na jedną zimę" i tak wytrzymał dwa i pół raza dłużej, niżeśmy to planowali...). Teraz tylko trzeba wymienić piecyk, bo cug się poprawił i nasza stara koza ewidentnie źle to znosi - pojawiły się w niej dziury, a przesłona rury dymowej regularnie się zamyka, tak mocno w tejże rurze ciągnie. Cóż: liczę tu na Lepszą Połowę, która zresztą już stosowny piecyk sobie na Allegro znalazła, teraz tylko trzeba znaleźć czas, żeby do Zwolenia podjechać...

A tego śniegu z deszczem wypatrujemy jak zbawienia! W minioną sobotę kran pod wiatą zamarzł. I chociaż spędziłem większość niedzieli na próbie jego rozmrożenia - nic to nie dało. Widać zamarzło już gdzieś pod gruntem, skoro ani wrzątek, ani żadne inne domowe sposoby nie pomagają. Tylko odwilż może nas zatem zwolnić z uciążliwego obowiązku pojenia koni z wiaderek wodą przyniesioną z chatki. Fakt, że poprzednie dwie zimy zawsze też się tak działo - ale tym razem, jest to o tyle niemiłe, że przecież najgorsze mrozy jużeśmy przetrwali, zima załatwiła nas pod tym względem ostatnim swoim podrygiem!

środa, 15 lutego 2012

Tamzing - czyli raport z maszyny do mielenia mięsa

Jednym z najczęstszych błędów świeżo upieczonych adeptów jeździectwa jest nadużywanie tzw. „pomocy jeździeckich“. Czyli, pisząc po ludzku – bezustanne kopanie konia po żebrach i szarpanie za pysk. Nic dobrego z tego nie wynika. Konie tzw. „szkółkowe“, a więc wykorzystywane właśnie do nauki dla początkujących – słyną z odporności na perswazję. Jeśli w ogóle daje się na nich jeździć, to głównie dlatego, że każda kolejna jazda jest w najdrobniejszych szczegółach kopią poprzedniej – tak więc koń z pewnym doświadczeniem doskonale wie, co ma w danym momencie robić, niezależnie od takich czy innych ekscesów wyprawianych przez ten dokuczliwy ciężar na grzbiecie. Innymi słowy, takie traktowanie zmienia konia w robota. W automat – który, jak to automat – potrafi wykonywać tylko najprostsze i najbardziej powtarzalne czynności…

Z niezrozumiałych dla mnie (na razie przynajmniej…) powodów, eksperci od ujeżdżania ludzi – wszelkiego rodzaju „guru“ psychologii biznesu – nie widzą niczego złego w stosowaniu takiej właśnie metody na ludziach. I oczekiwaniu, że po takim „ujeżdżeniu“ – skopani po tyłku i z opuchniętymi pyskami – będą w dodatku pracować efektywniej. Niekoniecznie przy tym – machając kilofem czy łopatą, co jeszcze można by od biedy zrozumieć (choć ja tam bym siekiery do ręki nie dał komuś, kto nie potrafi samodzielnie myśleć – i nie reaguje na bodźce!).

O czym piszę? Ano piszę o bezustannym, nachalnym, wrzaskliwym i do bólu trywialnym motywowaniu. Miałem przez ostatnie sześć tygodni okazję doświadczyć na sobie permanentnego prania mózgu: sześć dni w tygodniu, od rana do (późnego czasem) wieczora. To w ramach dość specyficznej pracy, jakiej – bez najmniejszego powodzenia zresztą – próbowałem się w tym czasie poświęcać, czyli sprzedaży bezpośredniej całkiem zresztą fajnych (ale za to pieruńsko drogich!) myjek parowych. Tym razem bowiem, trafiłem na szefa, który „inwestował“ w swoich pracowników, tj. poddawał nas bezustannemu szkoleniu (to akurat nie było takie złe – choć w efekcie zamiast 8 godzin pracy, o których mówił na początku, wychodziło mi tych godzin – razem z dojazdem – czasem i po 16…) – i równie bezustannemu motywowaniu.


Jak Państwo doskonale wiecie, mnie się zwykle kojarzy. I to motywowanie zatem, kojarzyło mi się nieodmiennie z tamzing – taką maoistowską zabawą polegającą na publicznej samokrytyce. Co prawda, szef starał się nas motywować pozytywnie – ale to już akurat różnie mu wychodziło… Dość napisać, że z grona osób, które zobaczyłem na pierwszym takim szkoleniu, jeszcze w połowie grudnia – do połowy lutego przetrwała jedna osoba. Wasz pokorny sługa…

Ano – uparłem się, zacisnąłem zęby i postanowiłem wytrwać jak długo się da. Nie dla pieniędzy – nie zarobiłem praktycznie ani grosza, wręcz przeciwnie, jestem o jakieś dwa tauzeny (licząc tylko paliwo i telefon) do tyłu. Uparłem się, bo pierwszego dnia samodzielnego „sprzedawania“ trafiłem do domu pana Krzysztofa w Zalesiu Górnym. Sprzedać myjki to mu nie sprzedałem – chyba nawet zresztą sprzedać i nie chciałem – ale za to próbowałem (i mam nadzieję, że jednak w pewnym stopniu mi się to udało..?) – sprzedać siebie. Niezręcznie jest chodzić od domu do domu z CV w ręku – prawda? Z myjką która i okno umyje i parkiet wyczyści i szybkę piekarnika czy kominka – a, to co innego..! Czy rzeczywiście coś mi te peregrynacje dały, to się przekonamy wkrótce – albo bowiem uda mi się znaleźć inną pracę, albo nie. Jak zwykle.

Być może, po prostu, byłem za mało zmotywowany? To znaczy – nie dałem się przekonać, że myjkę za 8 czy 9 tysięcy da się sprzedać i to kilka razy w miesiącu tak, żeby z ich sprzedaży dało się żyć? Jeśli tak, to tym bardziej – dowodnie Państwo widzicie, że z tymi „guru“ psychologii biznesu coś jest nie tak. W końcu, skoro było mi to powtarzane kilka razy dziennie, sześć razy w tygodniu przez sześć tygodni – to dlaczego nie uwierzyłem? I dlaczego nikt inny – z grona osób, którym było to powtarzane w tym samym czasie – też nie uwierzył?

Zastanawiam się, czy aby tak właśnie nie miało się zdarzyć? Ostatecznie, nasz (psychopatyczny – na pozór przynajmniej…) szef łatwo mógł uzyskać to, czego od nas chciał, gdyby zamiast swojego czasu i gardła, zainwestował trochę pieniędzy. Chciał, żebyśmy odbywali po 60 spotkań miesięcznie – to było całkowicie nierealne, bo skoro dopiero zaczynaliśmy, to skąd mieliśmy wziąć aż tyle „rekomendacji“, czyli telefonów osób polecanych przez znajomych, u których już odbyliśmy demonstrację? Oczywiście – dało się też inaczej i na ten przykład ja i jeszcze jedna para prezenterów, umawialiśmy sobie demonstracje „z buta“, po prostu chodząc po ulicy i pukając do drzwi – i to też działało, tak właśnie trafiłem do pana Krzysztofa z Zalesia i do pana Artura z Konstancina i jeszcze do wielu innych, sympatycznych i zaradnych osób. Pewnie staralibyśmy się jeszcze bardziej, gdyby nam po prostu płacił za każdą demonstrację – choćby jakieś symboliczne pieniądze tyle, żeby się koszty zwróciły.

Chciał, żebyśmy zdobyte „rekomendacje“ zanosili mu do biura. W porządku – zanosilibyśmy je w podskokach, gdyby za każdą taką rekomendację choć kilka złotych wpadało na konto.

Chciał, żebyśmy pracowali zespołowo, umawiając demonstracje jeden drugiemu, w zależności od tego, gdzie kto ma bliżej. To też by zadziałało – gdyby tak, jak mówił, rzeczywiście płacił za taką czynność. I gdyby, rzecz jasna, ktoś na taką demonstrację pojechał – rozstaliśmy się w poniedziałek po tym, gdy sam szef olał kompletnie bardzo dobrą demonstrację, ze znacznym prawdopodobieństwem sprzedaży, którą umówiłem mu w Milanówku. Nawet tam nie zadzwonił – a kobieta specjalnie otworzyła wcześniej pizzerię, żeby tylko myjkę wypróbować, bo w piątek zrobiłem dobre wrażenie na jej synu w Piasecznie, skutecznie usuwając – na mrozie – zrobiony spreyem napis na szybie!

Reasumując – szef doskonale wiedział, jak mógłby od nas uzyskać to, czego chciał: wiele demonstracji, wiele rekomendacji i „pracę zespołową“ – tylko musiałby płacić, a nie gadać. No, ale – wyciąganie pieniędzy z portfela, jak wiadomo, boli wyciągającego. Wydzieranie się – boli słuchaczy… Być może zresztą, o to właśnie chodzi? To taka „maszyna do mielenia mięsa“. Szef nieustannie rekrutuje nowych pracowników. Nowi pracownicy przynoszą jako swoje „wiano“ – nowe kontakty od których można zacząć łańcuszek rekomendacji – szef sprzedaje kilka maszyn – pracownik idzie won – przychodzi następny – proces zaczyna się od początku. W ten sposób ponosząc absolutnie minimalne koszty (nawet na ogrzewaniu biura oszczędza – zimno tam było w te mrozy!), lub zgoła żadnych – może, nie przemęczając się nadmiernie, dobrze sobie żyć. Trzeba tylko bezczelnie kłamać: że spotkania umawia „firma“ (a gówno prawda! Jak sam sobie nie umówisz – nigdzie nie pojedziesz…), że jest jakaś stała „podstawa“ wynagrodzenia, wypłacana niezależnie od wyników sprzedaży (nikt takowej nawet na oczy nie zobaczył…), że zwróci koszty paliwa, że pracować będziemy w pobliżu miejsca zamieszkania (i dlatego musiał mnie koniecznie gonić codziennie do biura, 70 km w jedną stronę – nawet, jeśli miałem tego dnia umówione demonstracje w Warce czy w Górze Kalwarii!), że zamierza budować większy zespół, do którego poszukuje kierowników (ha, ha, ha!).

No cóż: nieumiejętność mówienia prawdy jest chorobą zawodową w tym biznesie. Szefuńcio ostatni nie jest tu bynajmniej przypadkiem ekstremalnym – facet, u którego zaczynałem terminowanie w sprzedaży bezpośredniej jakieś półtora roku temu (od razu piszę: CHCIAŁBYM robić cokolwiek innego niż sprzedaż bezpośrednią – do sprzedaży bezpośredniej, a konkretnie do ziół, wkręcił mnie jesienią 2010 roku redakcyjny kolega, nawet nie mówiąc, co to za robota, a żadnej alternatywy nie miałem – problem polega na tym, że jak dotąd – nic innego nawet się nie jawi na horyzoncie…) był już tak pokręcony psychicznie, że nie umiał wymówić słowa „wypłata“, czy „wynagrodzenie“ – musiał mówić „konstrukcje finansowe“!

Niestety, choroba ta – jak sądzę – dotyka wcześniej czy później każdego, kto odnosi w tej dziedzinie sukces. Ostatecznie, polega to na manipulowaniu ludźmi. Czyż nie? Ależ proszę bardzo – oto dowód: „11 Złotych zasad sprzedaży“, podyktowanych nam do kajetów przez szefa na pierwszym zaraz szkoleniu:

  1. Wybierz dom klienta
  2. Zgromadź informacje – kto tam mieszka
  3. Zgromadź wszystkich członków rodziny
  4. Postaraj się o aktywną współpracę
a)    Zadawaj pytania
b)    Daj użyć Ökolution [tak się nazywały te nasze myjki]
c)     Nie ignoruj nikogo
  1. Obserwuj i słuchaj klienta
  2. Od początku zamykaj pokaz
i.      Salon – tak!
ii.     Kuchnia – tak!
iii.   Łazienka – tak!
iv.    Sypialnia – tak!
  1. Buduj wartość. Sprzedawaj – nie mów.
Dwie przyczyny kupowania Ökolution
-       Klienci wierzą, że jest to jedyna maszyna na rynku, która optymalnie wyczyści ich dom.
-       Pod koniec pokazu klienci wierzą, że Ökolution jest inwestycją, która przyniesie im więcej korzyści, niż dzisiaj kosztuje.
Zrób 8 termofaz brudnych ułożonych jedna obok drugiej na oczach klienta.
  1. Używaj argumentów zamykających (slogany, prawdy oczywiste)
  2. Zamykaj bezpośrednio po pokazie.
  3. Zamykaj pozytywnie.
  4. Włóż entuzjazm i energię w demonstrację.

Wiem z góry co na ten temat napisze kolega Racjonalnie Oszczędzający! Tylko bardzo proszę, żeby przeczytał sobie powyższy tekst dwa razy, nim skomentuje: czy ja w którymkolwiek miejscu napisałem, że kręci mnie ta robota – i że mam jakiekolwiek szanse odnieść w niej sukces? No nie mam – a to, że sobie ten fakt uświadomiłem, to w ogóle największa korzyść z tego sześciotygodniowego pobytu w maszynie do mielenia mięsa.

Natomiast miarą mojej desperacji w poszukiwaniu jakiejkolwiek innej pracy niech będzie to, że dałem się panu Arturowi zaprosić na spotkanie Amwayowców – oczywiście nie po to, żeby się do tej sieci zapisać (wybaczy Pan, Panie Arturze – ale był Pan u nas, sam Pan widział jak żyjemy – i że kupowanie płynu do mycia po cenie wyższej niż w „Biedronce“ w tej chwili raczej nas nie skusi, prawda..?), ale – żeby poznać ludzi. Sam w końcu na „Agepo“, póki ten portal jeszcze działał (mam teraz trochę wolnego czasu, to może wrzucę gdzieś te stare teksty, żeby się nie marnowały?) pisałem, że największym i najważniejszym kapitałem jaki można posiadać – jest kapitał „społeczny“, czyli dobre kontakty z ludźmi – prawda? Zakładam, że wszystko, co się na takim spotkaniu dzieje, zostało przemyślane w najdrobniejszych szczegółach przez najskuteczniejszych i najbardziej „gurowatych“ ze wszystkich „guru“ psychologii biznesu… I to jest taka porcja kopania po żebrach i szarpania za pysk, że gdybym był koniem, to bym dęba stanął! Co w takim razie jest nie tak z człowiekiem, że co konia narowi i do buntu skłania – człowieka wprost przeciwnie: ma właśnie do lepszej pracy nakłaniać..? Przecież koń to na ogół głupie bydle, mawia się, że gdyby koń o swojej sile wiedział, to by nikt na nim nie siedział..? Czyżby człowiek był JESZCZE głupszy?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...