niedziela, 29 stycznia 2012

Generał Mróz w natarciu

Koniowatym nic:

tylko zużycie siana JESZCZE wzrosło:
gorzej z nami. Już i tak, przez rodzaj zajęcia (być może, to się jeszcze okaże czy naprawdę...) zarobkowego, któremu ostatnio się oddaję, brakowało mi czasu na sen. Wraz z nadejściem mrozów, jest z tym coraz gorzej: kran pod wiatą trzeba rozmrażać regularnie co kilka godzin, inaczej nic z tego nie będzie:
już w tej chwili - tak, jak rok temu - kran zaczął też przeciekać: uszczelka inaczej niż metal zmienia objętość pod wpływem temperatury. Jak potrwa to dłużej niż tydzień - kran będzie do wymiany. A jeśli temperatura spadnie na dłużej niż kilka godzin poniżej -20 stopni: to już pewnie i wstawanie w nocy w celu dodatkowego rozmrożenia nic nie pomoże i przyjdzie nosić wodę koniom z chatki...

Okazało się przy tym, że i samochód zamarza. Zamarzała i stara, poczciwa Wendi (aktualnie, od ponad miesiąca - w remoncie!) - ale dopiero przy owych -20 stopniach, do których na razie nam wciąż ciut brakuje. Tymczasem Wunderbaum kaszle i chrypi już przy banalnych -10. Trzeba więc regularnie grzać silnik - i modlić się, żeby rozrusznik to wytrzymał, inaczej do roboty nie dojadę!
Ale najgorzej mróz znoszą posiadaczki najgęstszych futer! Wystarczy je na chwilę wyrzucić z chatki dla przewietrzenia i opróżnienia pęcherzy, a już krzywda, już rozpacz..:
poza tym, kończy się nam drewno. W związku z czym, mimo niedzieli, wstaję teraz i próbuję uruchomić piłę. Ponieważ Wendi w remoncie, trzeba będzie - o ile piła ruszy, to też nie jest takie pewne - użyć taczki, ale to nam nie pierwszyzna.

Wczoraj spędziłem upojny dzień w towarzystwie muszli (klozetowej), z gorączką i dreszczami - ale dziś jest o wiele lepiej, nie ma się zatem co lenić, bo zamarzniemy!

środa, 18 stycznia 2012

A jednak słitaśnie...

Było wczoraj piękne światło i Lepsza Połowa pobawiła się aparatem - cóż więc pozostaje mi innego, niż złamać dane słowo i jednak się tymi widoczkami Państwu pochwalić?

spirala ziołowa pod śniegiem
sople nad drzwiami chatki
i dwie petentki pod drzwiami
Szacowne Stado zażywa kąpieli słonecznej
piękny i dzielny koń Lepszej Połowy - to jest, moim zdaniem, najlepsze wczorajsze zdjęcie. I wcale nie pozowane!
Ramzes z Szafranką
 Iwar
 i Krystyna na koniowiązie

A żeby nie było tak już do końca słitaśnie - to mam zmartwienie. Muszę się rozliczyć z ARiMR za program "Młody Rolnik", a tymczasem - firma, która nam kopała studnię, nie dała mi faktury. I coś muszę z tym zrobić. W 7 dni! Właściwie to już w 6... W dodatku: potwornie jestem niewyspany, wracam teraz z pracy po 22.00 i jeszcze muszę prać używane przy demonstracjach szmatki, co powoduje, że na sen zostaje po 5 godzin. No cóż: takie życie...

niedziela, 15 stycznia 2012

Moralność homerycka…

Jak Państwo doskonale wiecie, daleko mi do (naiwnie) optymistycznej wiary w człowieka i jego świetlaną przyszłość. Nie nazwałbym się jednak mizantropem. Nie nazwałbym się mizantropem m.in. dlatego, że zdaję sobie sprawę jak względną miarą potrafi być „dobro“ i „zło“. Nikt na ogół nie postępuje źle dlatego, że pragnie zła – jeśli w ogóle bierze pod uwagę zło swojego uczynku (co też nie jest takie oczywiste, można wszak i często robi się źle bezmyślnie…) – to godzi się nań w imię wyższego dobra.

Przy czym ta akurat cecha naszego bytu na tym łez padole jest całkowicie niezależna od konkretnego układu odniesienia, czyli od jakiegoś systemu moralnego (uświadomionego, czy tylko intuicyjnie przyjmowanego, to wszystko jedno…): ponieważ wedle ŻADNEJ dającej się pomyśleć moralności nie da się postępować TYLKO i WYŁĄCZNIE dobrze, nigdy, ale to nigdy najmniejszego zła nie czyniąc. Życie zawsze stawia nas przed koniecznością wyboru któregoś z  niewspółwykonalnych dóbr – i każdy wybór daje w efekcie jakieś dobro i jakieś zło.

Tyczy się to nawet świętych! Jest w tym barwnym zastępie wielu oryginałów, którzy w imię „wyższego dobra“ natury religijnej zbuntowali się przeciw obowiązkom wobec rodziny, państwa i stanu. Chociażby święta Kinga, która w imię ascezy odmówiła współżycia z mężem, doprowadzając w ten sposób jedną z gałęzi Piastów do wymarcia. Inna sprawa, że przekazy z tak odległych czasów rzadko pozwalają na wielostronną ocenę sytuacji. Może mu z ust nieprzyjemnie woniało? Opieka dentystyczna kulała wtedy gorzej niż teraz… W każdym razie, na patronkę feministek nadaje się święta Kinga jak znalazł – cokolwiek bowiem było tym dobrem, w imię którego zrobiła swojemu mężowi i poddanym źle: zrobiła to skutecznie, więc umiała się chłopu postawić! A że potem jakieś wojny o spadek wybuchły, iluś tam chłopów zawisło na gałęziach a bab musiało przyjąć obcych żołdaków czy chciały czy nie chciały? Trudno, takie życie…

To oczywiście nader ekstremalny przykład. Czyż jednak w podobnej sytuacji nie znajduje się każdy rodzic (już chciałem z rozpędu napisać „mąż“, ale te feministki…), który musi wybrać: czy wziąć nadgodziny lub drugi etat – czy jednak spędzić więcej czasu z dziećmi? Każda decyzja w przyszłości zaboli. Brak gotówki w tak niepewnych czasach może stanowić o być albo nie być. Ale brak czasu dla dzieci też może – po latach – przynieść nader niefajne skutki…

Tak się dzieje zupełnie niezależnie od tego, jaką moralnością się kierujemy. Moralność w ogóle jest potrzebna właśnie po to, żeby jakoś te trudne decyzje ułatwiać: porządkuje bowiem różne „dobra“ wedle pewnej, na ogół całkowicie arbitralnej zresztą, skali  - tym samym podpowiadając, co czynić, a czego nie czynić. Takich skal, takich hierarchii „dóbr“ da się pomyśleć bardzo wiele różnych i nieraz sprzecznych – i rzeczywiście, w historii tysiące różnych moralności powstało i tysiące innych pewnie jeszcze powstanie.

Mistrz Lem twierdzi, że od rozeznania tej mnogości przychodzi na gatunek ludzki kryzys – bo, skoro żadna moralność nie jest bezwzględnie obowiązująca (a wielka ich mnogość jest tego dostatecznym dowodem…), to w imię czego właściwie mamy się którejkolwiek z nich poddawać? Z czego bierze się relatywizm, ogólne rozmamłanie i upadek ducha, a w dalszej konsekwencji – rozpad kultury, która przestaje ludziom wystarczać jako sposób przeżywania i tłumaczenia świata. Komentator „MarkOwy“ zawsze w takiej sytuacji twierdzi, że całkowite odczarowanie świata jest początkiem jego zaczarowywania na nowo – i coś w tym jest! Coś w tym jest, bo skoro ludzie tak czy inaczej, czy chcą czy nie chcą, zawsze muszą wybierać i zawsze jest to taki wybór, którego skutki po części będą napawać zadowoleniem, a po części sprawią w przyszłości ból – to czy można w ogóle żyć, żadnej zgoła moralności nie wyznając?

Owszem: zasady tej moralności mogą się wydawać innym zmienne, niestałe, kapryśne lub zgoła – perwersyjne! I tu jednak, w sukurs obrońcom ładu przychodzi przyrodzona słabość natury ludzkiej. Jeśli nawet ktoś z góry i programowo wszelką moralność odrzuca, postanawiając kierować się tylko i wyłącznie doraźną korzyścią i przyjemnością chwili – to nikt z nas (a już osobliwie: nikt taki!) nie jest wszechwiedzącym superkomputerem, żeby był w stanie na bieżąco optymalizować bilans przyjemnych i przykrych doznań i na tej podstawie nieomylnie wybierać tylko takie alternatywy, który czynią w konsekwencji ów bilans dodatnim. Postępowanie wedle pewnych zasad, nad którymi nie trzeba za każdym razem od nowa rozmyślać – jest po prostu dużo prostsze! O czym skądinąd pisał ongiś JKM, podając jako przykład studenta korzystającego z komunikacji miejskiej.

Student wobec problemu korzystania z komunikacji miejskiej może przyjąć trzy postawy: może wykupić bilet i wówczas ma pewność, że nie zapłaci mandatu – może tego biletu nie kupować, z góry zgadzając się z konsekwencją w postaci mandatu, jeśli zostanie złapany, albo też – może za każdym razem, gdy wsiada do autobusu, decydować, czy kupuje bilet czy nie. Dwie pierwsze postawy dają studentowi komfort – może nie myśląc wiele skupić się na innych rzeczach, jakie zwykle czyni się podróżując autobusem: na konwersacji z koleżanką, zapuszczaniu żurawia za dekolty siedzących pasażerek (jeśli młode i ładne), czy w ostateczności – na czytaniu książki. Trzeci wybór jest obiektywnie gorszy o tyle, że zmusza do każdorazowego podejmowania decyzji i sprawia, że o wiele mniej czasu pozostaje na konwersacje, wyszukiwanie wzrokiem zarysu sutka czy w ostateczności – czytanie książek.

To jest oczywiście dość trywialny (tym razem) przykład – ale mimo wszystko: nie sądzę, aby wielu ludzi postępowało nawet w dzisiejszych czasach z rozmysłem i celowo – niemoralnie! To się po prostu nie opłaca. Moralność może być silniejsza lub słabsza, jej zasady mogą być trudniejsze lub łatwiejsze do nagięcia czy zgoła zmiany – ale tak całkiem, konsekwentnie niemoralnie – żyć byłoby nader niewygodnie…

Ćwiczeniem praktycznym tego rodzaju była przygoda która spotkała nas onegdaj w środę. Wyjeżdżam ci ja rano do pracy -  i co widzę? W ogrodzeniu Wielkiego Padoku brakuje dwóch słupków:


Co się stało? Ano – przyjechał ktoś i zabrał sobie te dwa słupki (słupki metalowe w ogrodzeniu Wielkiego Padoku są tylko wkopane – nie mieliśmy do tej pory ani czasu ani pieniędzy na to, żeby je zabetonować, choć oczywiście – zamierzamy to docelowo zrobić…).

Po co były mu nasze słupki – 210 cm długości, 2,5 cala średnicy? No cóż: jak na zbieracza złomu łup był zbyt skromny – niechybnie zatem: ktoś w okolicy stawiał sobie furtkę i były mu dwa słupki potrzebne.

Dlaczego sądzę, że to ktoś z bliskiej okolicy? A sądzicie Państwo, że chciałoby się komuś z daleka jechać po dwa słupki, które za mniej niż 10 zł mógłby sobie kupić na każdym składowisku złomu, gdyby miał bliżej do takiego składowiska niż do naszego Wielkiego Padoku? No, może – ale bez przesady! Nikt z daleka to nie był…

Jak można ten czyn ocenić? No cóż – to zależy: wedle jakiej moralności? Wedle moralności – powiedzmy – deklarowanej oficjalnie (już nie będę pisał że chrześcijańskiej – no bo te feministki…): była to kradzież i to wyjątkowo złośliwa i niewspółmiernie do wartości przedmiotu szkodliwa. Gdybym bowiem wypuścił konie na Wielki Padok tego ranka (a przecież nie jestem w stanie przed każdym wypuszczeniem tamże koni obejść całego ogrodzenia, które ma 2 km długości!) – to bym ich sobie mógł potem dłuuugo szukać.

Ale wedle moralności homeryckiej?

Cóż to takiego jest – ta „moralność homerycka“?

Moralność homerycką, inaczej bohaterską albo przedsokratejską doskonale scharakteryzował Henryk Sienkiewicz obiegowym już powiedzonkiem „Jak Kali ukraść krowy to dobrze, jak Kalemu ukraść krowy – to źle“.

Wedle owej „moralności homeryckiej“, nasz anonimowy (na razie, na razie..!) złodziej postąpił sprytnie, rozważnie i chwalebnie. Sprytnie – bo kradnąc nasze słupki (być może kradnąc też jakiś cement z budowy – niedaleko buduje się nowa, wielka piekarnia, może im tam taczka czy dwie cementu ubyły w tym samym czasie? Być może – kradnąc też farbę – bo nasze słupki dobrze zardzewiałe, pomalować koniecznie trzeba? Być może – adaptując na resztę ogrodzenia jakąś starą bronę czy inny „znaleziony“ gdzieś kawał żelastwa?) zrobił „coś z niczego“ – bez żadnych pieniężnych kosztów, zbudował sobie i swojej rodzinie, którą przecież na pewno kocha (gdyby nie kochał swojej rodziny – to po co i dla kogo miałby cokolwiek w ogóle budować..?) furtkę.

Rozważnie – bo (na razie, na razie..!) nie dał się przecież złapać. Mało tego – tak ukradł te słupki (w miejscu odległym circa about jakieś 200 metrów od naszej chatki), że nawet nie zauważyliśmy kiedy i jak to zrobił.

Chwalebnie – bo okradł nie „swojego“, tylko „obcego“ i to w dodatku takiego obcego, który zajmuje się na codzień rzeczą kompletnie nielogiczną i niezrozumiałą: zamiast walczyć o byt zębami i pazurami i garnąć „do się“ (jak to się popularnie mówi na Kociewiu) co się da – pieści jakieś totalnie bezużyteczne konie, których nawet nie sprzedaje do rzeźni? Taki „obcy“ – to gorzej nawet nie wróg! Wroga można jeszcze w ostateczności zrozumieć, wróg chce nas zniszczyć, więc zauważa nasze istnienie i może nawet pragnie czegoś, co posiadamy, a więc – w jakiejś mierze przynajmniej, podziela naszą hierarchię wartości. Ale „obcy“ tak dziwny, „obcy“ z Warszawy, „obcy“ który albo sam coś ma (skoro tyle ziemi kupił – to przecież musiał wcześniej ukraść, nie ma siły, żeby inaczej na to zarobił! A teraz się w dodatku z tymi pieniędzmi maskuje, od trzech lat pomieszkując w tymczasowej chatce… Może się przyczaił i przed kimś ukrywa???), albo nawet jeśli nic nie ma – to jest przedstawicielem jakiejś groźnej, tajemniczej siły (bo np., jak to kiedyś słyszałem – stróżuje tylko „u Niemca“, który tak naprawdę jest właścicielem tego wszystkiego…)? Taki „obcy“ – to gorzej niż kosmita! Okraść takiego „obcego“ – to czyn godny najwyższej chwały. To jak Odysa postępek podstępny z Polifemem. To jak Jazona wyprawa po Złote Runo. O takiej kradzieży – nic tylko układać epopeję…

Rozumiem naszego anonimowego (na razie, na razie..!) złodzieja doskonale. Nie sądzę, aby wstydził się swojego czynu. Wręcz przeciwnie: jest ze swojego sprytu i rozwagi dumny i zadowolony, a jego kochająca rodzina wielbi go za wybudowanie furtki, oddając mu w ten sposób słusznie należną chwałę. Jeśli nawet nie używają do opisu swoich stanów emocjonalnych tak trudnych słów jak te powyżej – to tak właśnie się czują. Jestem tego pewien!

Mało tego! Nie sądzę bynajmniej, aby ktokolwiek z nich czuł się obowiązany wyspowiadać się przed Wielkanocą z tego czynu. O ile oczywiście w ogóle mają zwyczaj przystępowania do spowiedzi – to wcale nie jest takie pewne akurat, wieś nie jest ani trochę bardziej religijna od miasta, przynajmniej nie widzę niczego takiego w najbliższej okolicy. Mógł to zresztą być równie dobrze i jakiś wcale dziany – a jeszcze bardziej – sprytny – przybysz z wielkiego miasta, który właśnie grodzi sobie świeżo zakupioną działkę i tych dwóch słupków na furtkę mu zabrakło, to też jest całkiem możliwe… Jeśli jednak nawet mają zwyczaj przystępowania do spowiedzi, to nie wierzę, że dostrzegą w tym czynie jakąkolwiek możliwość moralnej nagany. Przecież zrobili dobrze swojej rodzinie, czyli sobie – czyż nie? A cóż jest najwyższą, najbardziej absolutnie absolutną wartością wedle pospolitego, najczęciej spotykanego w polskich kościołach nauczynia? Rodzina! To dla rodziny należy się poświęcać, to rodzinie dawać pierwsze miejsce, jej służyć, dla niej pracować…

Może nie mam racji? Ależ proszę, proszę mi to udowodnić – tylko nie na przykładach z dużych ośrodków akademickich, gdzie czasem jeszcze trafi się jakiś ksiądz który naprawdę boi się Boga i coś wie o doktrynie katolickiej… Na ogół bowiem, Kościół polski został opanowany przez dziwną, pogańską sektę czcicieli Bogini Matki – taka zemsta prostego ludu, z którego 90% księży obecnie się wywodzi – za obalenie „dawnych bogów“ 1000 lat temu…

Skoro zatem czyn naszego anonimowego (na razie, na razie..!) złodzieja jest ewidentnie prorodzinny – to czy może on go w tej sytuacji uważać za moralnie naganny? No przecież, że nie może!

Wszystko się zatem ze wszystkim wiąże i w jedną, logiczną całość się składa. Co było do udowodnienia…

Cóż mogę zrobić w tej sytuacji? Oczywiście, w miarę wolnego czasu (którego ostatnio prawie nie mam, niestety…) postaram się budowniczego furtki odszukać. A jak go znajdę… Nie, Policji do tego mieszać nie zamierzam! Dołów u nas dostatek, legion mógłbym pochować tutaj i nawet kawałek hełmu by nie wystawał…

Na razie zaś: złożę naszemu anonimowemu (na razie, na razie..!) złodziejowi – budowniczemu serdeczne życzenia. Takie biblijne. Jak na dyskusję o moralności przystało.

Obyś – złamasie – patrzył na powolną śmierć własnych dzieci! Żeby ci żona rogi z Murzynem przyprawiła! Żeby ci zboże zgniło, żeby ci się szczury zalęgły, żeby ci chuj nigdy więcej nie stanął, żebyś ogłuchł, oniemiał, zaniemógł i na koniec – zdechł tarzając się we własnych szczynach! Co, daj Boże – się stanie, amen!

wtorek, 10 stycznia 2012

Łubudu


Co zajadę do pana Stanisława w Warce, za każdym razem pyta mnie – kiedy to wszystko pie..pnie? Kolega Woody_90 z forum historycy.org, któremu zostało jeszcze trochę do tytułu inżyniera też pyta – czy zdąży ów tytuł zdobyć, czy jednak lepiej od razu wiać do Kanady?

Odpowiem Państwu hurtem. I nawet biblijnie, jak na proroka in spe przystało: otóż bardzo bym chciał, żeby pie..pło jak najszybciej! Albowiem napisane jest: Przyszedłem puścić ogień na ziemię, a czegóż chcę, jedno aby był zapalon? (Łk 12,49).

A poza tym, gdyby wreszcie pie…pło, to bym się przynajmniej nie musiał przejmować, co mi zrobi bank, jak mu po raz kolejny nie zapłacę ani grosza mimo telefonicznych gróźb (a nie zapłacę – i nic, ale to kompletnie nic na to nie mogę poradzić…). Bo co, jak co, ale bank to tego pie..nięcia na pewno nie przetrzyma! Przestałbym się stresować smutnym losem komiwojażera (fajny towar mam w tej chwili, od paru dni dosłownie…  nawet powiedziałbym, że racjonalnie oszczędny – na chemii gospodarczej w każdym razie, pozwala oszczędzić radykalnie! – ale coś czuję że to nie ostatnia zmiana branży…), niepewnego dnia ani godziny – bo przecież, kiedy już wszystko pie..pnie, to się cała niepewność bytu skończy i jasnym będzie, że gorzej już być nie może – nieprawdaż..? W ogóle: wszystko stałoby się jasne, proste, poukładane – można by zacząć od początku nie oglądając się na przeszłość, a w czym jak w czym, ale w zaczynaniu od początku, od karczowania pierwotnej puszczy i orania nieużytków – jestem, było nie było – doświadczony… Czyż to nie jest piękna perspektywa?

A gdyby nawet przyszło i głowę położyć – to i cóż z tego? Nic to – jak mawiał Mały Rycerz.

Problem jest tylko jeden. Nic z tego! Żadnych marzeń proszę Państwa! Żadnych złudzeń. Nic nie będzie czyste, proste i jednoznaczne. Nie będzie żadnego „wielkiego pie..pnięcia“, tym bardziej zaś – nowego początku.

Skądinąd sytuację obecną trafnie przewidział Mistrz Herbert (od razu odpowiem malkontentom: w sztuce nie ma żadnej demokracji, równouprawnienia i równości – w sztuce panuje zasada my home is my castle i na TYM BLOGU Mistrzami są Stanisław Lem i Zbigniew Herbert – natomiast  Paulo Coehlo to grafoman: w życiu nie zdołałem przebrnąć przez więcej niż kilka stron jego napuszonych psuedomądrości – i jeśli to się komuś niepodoba, to mogę jedynie wyrazić ubolewanie, ale zdania nie zmienię!), chociażby w znanym wierszu „Potwór Pana Cogito“, jakże trafnie opisującym naszą obecną egzystencję:

„potwór Pana Cogito
pozbawiony jest wymiarów

trudno go opisać
wymyka się definicjom

jest jak ogromna depresja
rozciągnięta nad krajem

nie da się przebić
piórem
argumentem
włócznią“

Cały bowiem problem – jak skądinąd słusznie i lapidarnie zauważył u siebie kolega Racjonalne Oszczędzanie – polega na tym, że człowieka niewoli jego własna słabość. Jesteśmy z natury leniwi, pazerni i zawistni. I dlatego zrobimy co w naszej mocy, żeby żyć za darmochę, mieć możliwość łupienia innych – i żeby nikt inny przypadkiem nie miał od nas lepiej! My – to znaczy jakieś 93% populacji. 93%, bo zwykle odchylenia od przeciętnej przy normalnym rozkładzie cech to właśnie 7%: a cechy, które wymieniłem powyżej, to cechy normalne człowieka. Wcale nie tylko Polaka, choć oczywiście Czytelnicy – emigranci zaraz zaczną prostować, że tak jest tylko między Bugiem a Odrą, a gdzie indziej to ludzie gotowi zasłodzić bliźnich z życzliwości, a sukces sąsiada cieszy ich jak własny.

To są złudzenia moi kochani! Po prostu gdzie indziej lepiej się maskują. No i większy dobrobyt skłania do niejakiego rozluźnienia – także w tak fundamentalnych sprawach. Niech no jednak bieda wyjrzy z kąta – a zobaczymy, jak z tą dyscypliną społeczną, poczuciem odpowiedzialności za ogół i życzliwością będzie…

Co zatem przewiduję w najbliższej przyszłości? Jak już panu Stanisławowi dzisiaj mówiłem, na razie wszystko wskazuje na to, że zgodnie zmierzamy w kierunku Związku Socjalistycznych Republik Jewropiejskich, toczka w toczkę przypominającego Koreę Północną. Jest to kierunek zmian najbardziej prawdopodobny – bo wymagający najmniej energii, a zarazem: zgodny z ogólnym trendem zmian we Wszechświęcie, a więc – ze wzrostem entropii.

To by się pewnie Szanowny Profesor Bobola oburzył, bo wedle jego koncepcji entropii społecznej, stan bardziej uporządkowany – a niewątpliwie społeczeństwo północnokoreańskie uporządkowane jest aż do przesady – cechuje mniejsza entropia niż stan bardziej anarchiczny – a te resztki wolności, jakie obecnie jeszcze tu i ówdzie mamy (przez niedopatrzenie, przez niedopatrzenie moi drodzy…). zdają się trącić anarchią. Chyba jednak łatwo możemy to nieporozumienie rozwiązać wskazując na fakt, iż stosunki społeczne w Korei Północnej są może i bardzo uporządkowane – ale też i: niezmiernie monotonne! W ramach zrealizowanej tamże Tyranii Doskonałej, wszystko i wszyscy podlegają w takim samym stopniu absolutnej dominacji rządzącego klanu: zanim ktokolwiek jest synem, ojcem, sąsiadem, szefem czy podwładnym – jest najpierw i przede wszystkim: poddanym dynastii Kimów. I ta jego „etykieta“ wszystkie pozostałe zmazuje i wypiera.

Zupełnie inaczej było w Europie (i w Ameryce też…) drugiej połowy XIX wieku, czyli w krótkiej bardzo i dawno już zapomnianej Epoce Wolności, przez którą dawno temu przeszła nasza cywilizacja: człowiek mógł być poddanym tego lub owego cesarza czy króla, ale zarazem – był też potomkiem swego rodu, członkiem jakiejś lokalnej społeczeności regionalnej lub sąsiedzkiej, przedsiębiorcą lub pracownikiem, mógł być też członkiem tej lub owej partii – w każdym z tych układów odniesienia podlegając sztywnym regułom etykiety i ścisłej dość zależności, był zarazem o wiele bardziej wolny niż my obecnie – i, mimo że żadna z tych zależności nie mogła prawomocnie rościć sobie bezwzględnej przewagi – jednocześnie był też byt jego społeczny uporządkowany w sposób nierównie bardziej subtelny i skomplikowany, niż to jest w jakiejkolwiek Tyranii możliwe!

Stopniowe tworzenie się Tyranii Doskonałej polega na kompresji wszystkich tych społecznych „układów odniesienia“ do jednego tylko, totalnego. Jest to naturalne. Jak już pisałem, stan jaki wytworzył się na skutek liberalnego przewrotu w wieku XIX, był pewnym wyjątkiem – zwykle bowiem, jakiś jeden wymiar, jakiś jeden punkt odniesienia, dominował nad pozostałymi, składającymi się na drogowskazy ludzkiego życia. Tyle tylko, że przed rewolucją liberalną, tym dominującym układem odniesienia były raczej więzy krwi – stosunek pokrewieństwa. Co dla zaprzedanych „klasycznych“ liberałów do tej pory jest kamieniem obrazy – bo wszak stanowi podstawę kumoterstwa, nepotyzmu i innych występków przeciw Bożkowi Równych Szans. W Tyranii nowoczesnej natomiast, dominują więzi sztuczne: takie, które mają POZÓR stosunku pokrewieństwa (pozór tylko więzów krwi ma przynależność narodowa! Owszem: w 99,97% Polakiem jest ten, kto się Polakiem urodził: jednak wcale z tego nie wynika, że wszyscy Polacy są ze sobą spokrewnieni – i że nie-Polacy nie mogą być spokrewnieni z Polakami!), albo i – żadnych zgoła pozorów już nie mające, jak właśnie – przynależność do Eurokołchozu. Czy wcześniej – komunizm sowiecki.

Skoro jednak więzy krwi (jako ta podstawa kumoterstwa, nepotyzmu i innych występków przeciw Bożkowi Równych Szans) zostały wyśmiane, zachwiane i zniszczone – a ludzie widać LUBIĄ, gdy całe ich życie podporządkowane jest jednej i tylko jednej hierarchii i jednemu i tylko jednemu systemowi wartości – to cóż innego można zrobić? Tyranie rodzą się na takiej glebie spontanicznie. Nic ich wzrostu i rozkwitu nie powstrzyma – nie prawo przecież, które jest tylko narzędziem w rękach gosudarstwa, a każde gosudarstwo ze swej natury – dąży do przekształcenia się w Tyranię właśnie!

Oczywiście mrzonką zupełną, nie wartą właściwie szerszej dyskusji, są różne projekty anarchistyczne, prawe, lewe, kapitalistyczne czy syndykalne – to są brednie po prostu! Człowiek jest zwierzęciem stadnym, a zwierzę stadne nie może żyć bez hierarchii, bez władzy i prawa.

Jedynym właściwie remedium na wzrost i rozkwit Tyranii jest przeciwstawianie więzom sztucznym – więzów naturalnych. Nie Rodziny nawet (koniecznie pisanej przez wielkie „R“!) – bo to by wymagało od ludzi heroizmu, to by było promowanie cnót: a czyż można wierzyć w sukces przedsięwzięcia, które zależy od ludzkiej cnoty..? Jakoś trudno mi znaleźć przykłady takiego sukcesu… Nie Rodziny zatem (pisanej przez wielkie „R“) – tylko: nepotyzmu, kumoterstwa i innych występków przeciw Bożkowi Równych Szans. Nie heroizmu i cnót – a słabości, lenistwa i samolubstwa genów, które zmuszają ustawionych tatusiów, by popierali kariery nawet swoich nieudanych synów… a niejedno imperium już dzięki takiemu ojcowskiemu zaślepieniu upadło! Miejmy nadzieję, że imperium Kimów też upadnie, jak nie przy wnuczku, to może chociaż przy prawnuczku założyciela..?

Nie ma co liczyć, żeby nas nawet nasze słabości od stania się jedną z jewrosojuznych republik uchroniły. W końcu Greków raczej w nepotyźmie, kumoterstwie czy innych występkach przeciw Bożkowi Równych Szans nie przegonimy, nieprawdaż..? A nic nie wskazuje na to, żeby im się, przy całej ich, jakże naturalnej i radosnej postawie prorodzinnej, wszystkimi tymi występkami manifestowanej, udało wierzgnąć przeciw ościeniowi… Może jednak, podobnie jak paru innym, zbliżonym kulturowo nacjom, uda się nam przynajmniej zająć pozycję jednego z weselszych baraków tego obozu?

O to zresztą chyba trwa obecnie walka buldogów pod dywanem. Nie o żadną tam niepodległość – ta została przehandlowana już dawno (czy zresztą jesteśmy aby pewni, że kiedykolwiek po 17 września 1939 roku było CZYM handlować..?). Tylko o to, kto będzie w tym obozie barakiem weselszym, a kto – mniej wesołym. Na szczęście – ta sprawa tylko w niewielkim stopniu zależy od rozstrzygnięć jakie zapadają we Frankfurcie! Jeszcze się taki nie urodził, który by Greków czy Włochów do roboty zagonił – na Polaków też pod tym względem nie ma bata, sroceśmy spod ogona nie wypadli! Nieprawdaż..?

Nic tu się w każdym razie nie stanie nagle. Jeśli nawet przyjdzie odrzucić pozłotkę blichtru i luksusu i zaprzestać życia na kredyt – to przecież i to się nie stanie z dnia na dzień! Ot, znowu VAT wzrośnie o punkt procentowy. Cena ropy podskoczy o kolejne 20 groszy na litrze. Lista leków refundowanych się skróci. Komiwojażerom będzie z miesiąca na miesiąc coraz trudniej sprzedawać niknącej w oczach klasie średniej dobre nawet towary (jak rewelacyjne naprawdę urządzenie do mycia parą przegrzaną, z którym jeżdżę po domach i firmach teraz). Takie tam. Zaiste – nie ma się co bać o dokończenie studiów inżynierskich czy bilet do Kanady. Za rok ten bilet będzie oczywiście droższy. A za lat pięć czy sześć może się okazać, że kto nie odpracuje lub nie odda w inny sposób kosztów swojej edukacji, biletu za Ocean legalnie nie dostanie. Jednak – ludzie potrafili wyjechać zagranicę z Polski nawet w roku 1950 czy 1951. Myślicie że komputery, czytniki linii papilarnych i inne gadżety to jest aż tak wielka różnica..? Narazie to są tylko narzędzia w rękach ludzi, żadna sztuczna inteligencja nimi nie zarządza – kto będzie chciał, ten wyjedzie. Kto będzie chciał i umiał – może nawet część majątku ocali. Nie ma się co martwić na zapas!

Czy ludzie się przeciw temu zjazdowi w dół nie zbuntują..? Dajcie spokój, dorośli ludzie i w takie bajki wierzyć..? A kiedyż to ludzie się zbuntowali, jeśli tylko władzuchna kochana umiała jak należy „przejściowe trudności“ wytłumaczyć – i winnych przykładnie ukarała..?

I tym, jakże optymistycznym akcentem, pozostaje mi czytanie na dziś zakończyć. Chętnie bym dodał jeszcze coś, co by stworzyło bodaj pozór usprawiedliwienia dla zilustrowania tekstu tak fajną panią, jak to ostatnio kolega Racjonalne Oszczędzanie robi – ale wybaczcie: brak mi fantazji. A to dlatego, że od dni kilku rodzę. Rodzę kamień. Może nawet już go urodziłem – właśnie próbuję to sprawdzić patrząc, ileż to wytrzymam bez piguły? Póki rodziłem, musiałem brać regularne co 6 godzin, inaczej skręcało mnie w ósemkę. Teraz mija już dziesiąta godzina i jakoś mnie nie skręca. Może zatem poród już za mną? Zobaczymy do rana.

To mój drugi poród, więc można powiedzieć – rutyna. Niestety, nie zdołałem zastosować rady lekarza sprzed dziesięciu lat. Wtedy pomogło mi urodzić kilka piw w wannie z gorącą wodą. Nawet nie o to chodzi, że nie mamy wanny ani gorącej wody – nie przesadzajmy, coś tam mamy, nawet woda odkąd po raz trzeci wymieniłem podgrzewacz, wcale ciepła. Po prostu: odkąd rodzę – mam wstręt do piwa. Pierwszy raz w życiu! I to jest właśnie nieszczęście – a nie żadne tam łubudu, którego i tak nie będzie…
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...