poniedziałek, 10 grudnia 2012

Rewolucja narodowa

Jeśli pisząc o rewolucji konserwatywnej, określiłem ją jako anty-utopijną (ponieważ jej celem jest przekreślenie mrzonek „politycznych konstruktywistów“, od ponad 200 lat w taki lub inny sposób próbujących stworzyć „nowego człowieka“ na obraz i podobieństwo własnego widzimisię – a ta parodia biblijnego aktu stworzenia jasno nam pokazuje, KTO za tym całym „społecznym postępem“ rogi i ogon chowa…) i utopijną zarazem (w potocznym sensie tego słowa: bo nie ma praktycznie żadnych szans na to, aby się dokonała!) – to konkurencyjna „rewolucja narodowa“ czeka tuż za progiem. Nie zgadzam się bowiem z p. Adamem Wielomskim gdy pisze (w którymś z ostatnich numerów „Ncz!“), że „Ruch Narodowy“ zawiązany po ostatnim Marszu Niepodległości nie ma szans na przejęcie władzy w Polsce. Że jest to tylko kilku „generałów“ i paręnaście tysięcy „oficerów“ – bez szeregowych, bo nikt takiego ruchu nie poprze.

W ciągu minionego ćwierćwiecza dokonała się pewna przemiana społeczna – oto staliśmy się krajem, w którym bodaj ponad połowa obecnych trzydziestokilku – czterdziestolatków ma tytuł magistra. W zdecydowanej większości – tak jak mnie – do niczego im na co dzień niepotrzebny. Nie było bowiem żadnych szans na to, aby owemu „awansowi edukacyjnemu“ (rodzącemu, tradycyjnie, apetyt co najmniej na status „klasy średniej“ – jak nie lepiej!), towarzyszył adekwatny „awans materialny“ w takiej samej skali. Nawet, gdyby nasza gospodarka kwitła. A, cokolwiek by na ten temat mówił „Najlepszy Minister Finansów w Europie“ (ponownie – i rytualnie już – zapytam: jak to się dzieje, że KAŻDY rząd bierze sobie na to stanowisko ewidentnego waryata..?) – jakoś nie mam wrażenia, że kwitnie.

Co MUSI być skutkiem rozbudzonych na niespotykaną skalę aspiracji i ewidentnego braku ich ziszczenia? Tak jest, dobrze Państwo odgadujecie – frustracja, z dużym prawdopodobieństwem prowadząca do rewolucji.

Żeby nie było: nie mam do moich rówieśników – frustratów ani grama sympatii. Zdecydowana większość z nich zdobyła swoje gówno warte dyplomy w różnych „Wyższych Szkołach Nicnierobienia i Gadulstwa“ w Pcimiu Środkowym, względnie Dolnym, nic a nic się przy tym nie starając: z równym skutkiem ich tatusiowie mogli im kupić te dyplomy na bazarze. Może nawet i taniej by wyszło? A z mniejszym, niż te kilka zmarnowanych lat balowania i stroszenia piórek efektem, jak chodzi o ewidentną demoralizację.

Pod tym względem, moi rówieśnicy zdają się wręcz przypominać „stracone pokolenie“ weteranów I wojny światowej – tyle, że tamci, niemal 100 lat temu, jednak demoralizowali się i nabierali nieadekwatnych do możliwości oczekiwań w okopach, błocie i krwi – a nie w pubach i akademikach. Ot – różnica stylu!

Tak samo jednak, jak „stracone pokolenie“, po wyjściu z okopów niemal skazane było na robienie rewolucji (takich, czy innych…) – tak i moi rówieśnicy mimo, że większość z nich, podobnie jak ja zresztą, odżegnuje się od polityki – są niemalże skazani na to, aby jakiejś rewolucji, mimo wszystko, dokonać.

Generalnie, może się to przewalić na dwie strony. Co zresztą widać niemal na każdym kroku – na forach internetowych, na blogach, czasem nawet na ulicy. Część naszego „straconego pokolenia“ rozczarowała się Polską. I niekoniecznie piję tu do emigrantów. Raczej do tych, wcale już licznych, popleczników i wyborców Palikota (którego, swoją drogą, ktoś jednak POWINIEN zastrzelić!), którzy coraz częściej i coraz głośniej domagają się likwidacji państwa polskiego i zawiązania „prawdziwego“ europejskiego imperium. Słusznie, skądinąd, zakładając, że skoro Niemcy o tyle lepiej rządzą Niemcami niż Polacy Polską – to przecież pewnie i Polską będą rządzić Niemcy lepiej. Po co zatem czekać, niechże zaczną to robić jak najszybciej?

Każda akcja wywołuje jednak reakcję. A co może być lepszą reakcją na prowokacyjność wyżej opisanej postawy, a też i na te, nazbyt już chyba nachalne, tablice przypominające o tym, ile to „Unia dała“ (coś, co może się nawet podobać, gdy trafia się od czasu do czasu, budzi tylko irytację – jako przypomnienie naszego statusu pariasów i nazbyt już natarczywe domaganie się wdzięczności – gdy straszy z każdej niemal obory i na każdym prawie skrzyżowaniu…), na irytująco niezgrabne spoty reklamowe w telewizji, upiorny „product placement“ w telewizyjnych teleturniejach, na terror „politycznej poprawności“ – niż nacjonalizm właśnie?

Toteż spodziewam się, że tworzący się „Ruch Narodowy“ może mieć elektorat przekraczający własne nawet, jego twórców oczekiwania. Czy jest to elektorat wystarczający do przejęcia władzy – tego nie wiem. Należy pamiętać, że jednak ogromna większość moich rówieśników z gówno wartymi dyplomami to, delikatnie pisząc, osoby z natury nieskomplikowane umysłowo. Żeby pójść za Palikotem, trzeba „tylko“ brać dosłownie i na wiarę to, co mówi telewizor albo pisze Onet. Żeby pójść w przeciwnym kierunku – trzeba jednak zdobyć się na umysłowy wysiłek przekory i buntu – a nie jestem pewien, czy wielu z tych „magistrów“, jest do tego zdolnych..?

Powiedzmy, że nie jest moim zmartwieniem, jak do „rewolucji narodowej“ przekonywać lemingi. Z punktu widzenia konserwatysty konsekwentnego, za jakiego się uważam, jest oczywiście „rewolucja narodowa“ mniejszym złem od „tworzenia europejskiego imperium“ – o tyle, że takie imperium MUSI być postępowe, innej możliwości nie ma, podczas gdy nacjonalizm przestał być „projektem modernizacyjnym“ jakieś pół wieku temu. Bo był nim – nie ma się co oszukiwać: jest nacjonalizm jak najbardziej produktem rewolucji 1789 roku, jest to w całej rozciągłości „projekt konstruktywistyczny“ i „utopijny“, zakładający wcielenie tu i teraz pewnej „wspólnoty wyobrażeniowej“ w realne ciało i krew. Niezależnie od tego, czy to się komuś podoba czy nie i ile ofiar będzie wymagało.

Starsze, europejskie nacjonalizmy potrafią przynajmniej zadbać o piękną twarz
i całą resztę walorów swoich narodowych symboli.
 
Zdecydowanie, warto brać z nich przykład!

Z faktu, że „państwo narodowe“ nie będzie aż tak postępowe, jak z konieczności postępowym by było „europejskie imperium“, nie należy też wyciągać zbyt daleko idących wniosków. Biorąc pod uwagę skład potencjalnego elektoratu „Ruchu Narodowego“, nie spodziewam się po nim haseł likwidacji biurokracji czy zwiększenia wolności – przecież ów elektorat do niczego innego tak nie tęskni, jak do tego, aby się na jakiś urzędniczy etat załapać..?

Chwilowo to wszystko może się wydawać łabędzią pieśnią przyszłości, skoro jakieś 70% tzw. „sceny politycznej“ okupowane jest przez partię aktualnie rządzącą (o której ideowym obliczu nic właściwie powiedzieć nie sposób, bo go nie ma – i to jest, z mojego punktu widzenia, spora zaleta! Bo przynajmniej, nie mając własnych pomysłów na jakiś model „nowego człowieka“, nie pogłębia klinicznego stanu oderwania naszej „rzeczywistości politycznej“ od natury – nie bardziej przynajmniej, niż tego od niej kunktatorskie i czysto koniunkturalne uczestnictwo w „projekcie europejskim“ wymaga…) i jej koniecznie niezbędne dopełnienie w postaci „partii smoleńskich frustratów“. Co, wydaje się, układem trwałym i dość skutecznie cementującym wszelkie ruchy tak na prawo, jak i na lewo.

Pomalutku jednak, nie od razu Berlin zbudowano – status quo, jak wiadomo, broni się samo i niewiele trzeba robić, aby je zachować. Właściwie: broniąc status quo, im mniej się robi, tym dla broniącego lepiej.

W naszym przypadku jednak, obrona status quo, a tym samym – zachowanie obecnego kształtu naszej sceny politycznej – na dłuższą metę wydaje się nierealne. Jeśli bowiem „projekt europejski“ nie padnie pod ciężarem długów – to przyjdzie taki moment, gdy zarówno zagraniczne ośrodki dyspozycyjne, jak i nasi „palikotowcy“, w końcu się zirytują biernym oporem obecnego rządu w dwóch, dla owego „projektu“ naczelnych kwestiach, tj. w sprawie wprowadzenia euro i w sprawie tzw. „zmian klimatu“. Cokolwiek się stanie, będzie źle: jeśli partia rządząca ulegnie i pójdzie za Unią – sytuacja gospodarcza w kraju ulegnie pogorszeniu, czyniąc rozbieżność między aspiracjami a możliwościami widoczną dla każdego gołym okiem. Nie ulec zaś, jakże by miała, skoro „racją stanu“ jest „wyrwanie z Brukseli ile się da“..? Jeśli nie ulegnie, to przecież ów strumień pieniędzy się od tego na pewno nie zwiększy – więc też, jak straszą, lepiej nie będzie.

Jeśli więc „projekt europejski“ nie załamie się w ciągu najbliższych kilku lat – to powinna w Polsce nastąpić polaryzacja: jednoznacznie „pro-imperialny“ Ruch Palikota vs jednoznacznie „anty-europejski“ Ruch Narodowy. Do czegoś takiego dawno już by doszło we Francji, gdyby nie osobliwości tamtejszego prawa wyborczego, pozwalające zblokowanej tzw. „centroprawicy“, przez całe dziesięciolecia „wycinać“ kandydatów Frontu Narodowego w drugiej turze wyborów. Zawsze czujny prezes wyczuł już zresztą pismo nosem i czyni gesty i wypowiedzi przesuwające „smoleńskich frustratów“ na pozycje narodowe właśnie!

Jeśli natomiast „projekt europejski“ się załamie – to, w gruncie rzeczy, spodziewałbym się, że i w Polsce władza będzie „leżeć na ulicy“. W tym sensie, że skoro „racją stanu“ jest „wyrwać z Brukseli ile się da“ – to jakże obecny polityczny mainstream miałby utrzymać wiarygodność, gdy okaże się, że nic już wyrwać „się nie da“..? Z tym, że w takim układzie „opozycja narodowa“ dostaje ową władzę na tacy, no bo niby kto i po co, miałby popierać byłe już, a niedoszłe – imperium..?

Tak, czy inaczej zatem – przed nacjonalizmem (jakkolwiek rozumianym) jest jeszcze w Polsce świetlana przyszłość – a gniewne pomruki z lewej strony (umownej, bo wszak może być ruch narodowy także odmianą socjalizmu, jako „socjalizm narodowy“ – i w Polsce, dla powodów wyłuszczonych powyżej, raczej taki właśnie będzie), w rodzaju projektów cenzury czy delegalizacji – mogą narodowcom tylko pomóc.

Oczywiście, nic z tego co powiedziane powyżej, nie gwarantuje, że do rewolucji dojdzie już tej wiosny, przyszłej jesieni, czy kiedykolwiek w najbliższym czasie. Ani tego, jaka to będzie rewolucja!

Wbrew temu, co niektórzy w blogosferze suflują, wywołanie rewolucji nie jest sprawą prostą ani małą. Do rewolucji nie dochodzi wtedy, gdy jest naprawdę źle, a ludzie wbijają zęby w ściany z głodu – bo wtedy mają na głowie inne problemy niż zaspokajanie swoich aspiracji. Do rewolucji dochodzi wtedy, gdy występuje rozbieżność między oczekiwaniami, a realnymi możliwościami ich ziszczenia.

Taka rozbieżność, jak to zostało powiedziane na wstępie, jak najbardziej istnieje we współczesnej Polsce. Nie można jednak zaprzeczać, że ostatnie 30 lat, to okres, sumarycznie, bezprecedensowego awansu nie tylko „edukacyjnego“, ale i „materialnego“. Polacy nigdy w dziejach nie mieli tylu samochodów, mieszkań, plazm, komputerów i setek innych, ułatwiających i uprzyjemniających życie gadżetów.

To, że pomimo daleko wyższych aspiracji i apetytów, sytuacja była i wciąż jest stabilna  - to tylko dzięki temu, że ów materialny dostatek, jakkolwiek przyrastał wolniej niż spora większość by chciała, to jednak przyrastał i to właściwie – wszystkim lub prawie wszystkim. Wszyscy zatem mogli mieć nadzieję, że ich apetyty w końcu zostaną zaspokojone.

Aby podskórna na razie, latentna frustracja znalazła ujście w zdarzeniach gwałtownych i krwawych – ludzie muszą zachować nadzieję na to, że będzie lepiej – a jednocześnie: widzieć dowodnie, że nie da się owego „lepiej“ ziścić w ramach status quo. Otóż – to jest właśnie nieprzewidywalne. Czy ludzie pogodzą się z losem i zrezygnują z nierealnych aspiracji, zajmując się walką o byt – czy wręcz przeciwnie: nie uwierzą w to, że kryzys ma charakter obiektywny i niezależny – i zechcą zmienić status quo?

„Stracone pokolenie“ weteranów I wojny światowej też wszędzie w Europie było predystynowane do zaspokajania swoich przerastających realne możliwości apetytów siłą – ale przecież: bynajmniej nie wszędzie rzeczywiście takie próby mu się udały..!

6 komentarzy:

  1. Myślę, że ten naród nie jest już zdolny do żadnych rewolucyjnych zrywów. Ta ilość ludzi, która jeszcze wie do czego chciałaby dążyć nie wystarczy, by pociągnąć za sobą innych - ogłupiałych od dobrobytu, lub dążenia doń za wszelką cenę, wyzbytych moralności oddanej za miskę soczewicy, pozbawionych korzeni, a co za tym idzie informacji o tym, co znaczy prawdziwa wolność i odpowiedzialność. Ludzie chcieli uwierzyć w dobrodziejstwo Unii i wierzą, bo niewygodna część tego fenomenu = piramidy, została przed nimi ukryta. Przecież nikt nie mówi o tym głośno, że aby dostać musimy najpierw wpłacić, a żeby wydać dostane - musimy najpierw drugie tyle pożyczyć. Skąd? Z banku. A czyje są banki? Ile znamy POLSKICH banków? Więc jak w każdej piramidzie zyskuje ten, który ma zyskać.
    A my małymi kroczkami, po kropelce, po tyćku, jesteśmy już, nie odzierani, a ogryzani i to jest fenomen naszych krwiopijców. Rewolucja byłaby wtedy, gdyby naród zasnął naście lat temu, a obudził się dziś.

    OdpowiedzUsuń
  2. "Rewolucja to poważna sprawa" i potrzebuje ośrodka który dysponuje środkami i wolą do jej przeprowadzenia. Słabością ruchów oddolnych jest brak ukierunkowania siły (jeżeli już ją posiadają). Problem polega na tym, że jak już siła się w takim ruchu pojawi i będą sprzyjające okoliczności to znajdzie sie wcześniej wspomniany ośrodek który skieruje ją w stronę, która JEMU przyniesie korzyści i nie będzie to kierunek, który przyniesie korzyści szeregowym członkom ruchu. Brutalna rzeczywistość jest taka, że sterowanie rzeczywistością wymaga dobrego w niej zakorzenienia, a dobre zakorzenienie wymaga posiadania możliwości wpływania na rzeczywistość. Stąd jedyna zmiana w porządanym przez jednostkę kierunku wiedzie przez zdobycie wpływu na ośrodek siły a to z definicji oznacza dostępność jedynie dla nielicznych genialnych jednostek lub dobrze urodzonych/szczęśliwych i dość inteligentnych. Dla 99,9999% społeczeństwa najefektywniejszą strategią wydaje się dbanie o jak największe komórki społeczne nad którymi sprawują faktyczna władzę. Dla niektórych to będzie lokalna społeczność, dla mniej zdolnych rodzina dla większośći swoja własna osoba a cała reszta nie ma wyjścia i musi dać się unosić rzeczywistości.

    Antyetatysta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy kiedykolwiek było inaczej?

      Usuń
    2. @ Antyetatysta

      No dobrze, ale jaki jest związek Twojej, słusznej skądinąd, wypowiedzi z komentowanym tekstem?

      Czy ja nawołuję do rewolucji? Pochwalam rewolucję? Zalecam rewolucję?

      Przecież napisałem chyba jasno i wyraźnie, że nie mam do moich sfrustrowanych rówieśników (o młodszych, których już w ogóle nie uważam za ludzi, tylko za cyborgi, w ogóle nie wspominając...) cienia sympatii.

      Ja tylko piszę, co MOŻE się stać. I chyba jasnym jest, że nie uważam ANI rewolucji narodowej, ANI powstania europejskiego imperium za "lepszą przyszłość"..? Lepiej to już było - teraz to raczej należy się spodziewać pogorszenia. Miejmy nadzieję: przejściowego..?

      Usuń
  3. Zrozumiałem komentowany tekst jako diagnozę aktualnej sytuacji. Ponieważ zauważyłem sympatię dla ruchu narodowego postanowiłem przedstawić moje zdanie na kierunek zmian po ewentualnej rewolucji narodowej. Miało to służyć pokazaniu, że nie warto wiązać nadziei na poprawę losu z taką rewolucją (co do czego jak widzę sie zgadzamy) i jednocześnie pokazać kierunek w którym warto inwestować siły i czas.

    Antyetatysta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Narodowo - socjalistyczna Polska to jeden z "mniej złych" wariantów możliwej przyszłości. Z całą pewnością - bardziej przy tym prawdopodobny niż "zaprowadzenie wolności", bo wolności ludzie po prostu i zwyczajnie nie chcą, podczas gdy uczynić krzywdę bliźniemu swemu, jeśli mówi w innym języku, lub w jakikolwiek inny sposób się wyróżnia - bywa, że chcą!

      Natomiast, jeśli poczytasz tego bloga systematyczniej, to łatwo zauważysz, że ja na ogół uważam, iż "inwestować siły i czas" to w ogóle w nic nie warto...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...