niedziela, 16 grudnia 2012

Przyczynowość w dziejach

Nie od dziś wiadomo, że spór deterministów z indeterministami to tak naprawdę kwestia skali. Jeśli bowiem badać jakieś zjawisko (zachowanie ludzkie – konkretnie) naprawdę szczegółowo, to zawsze znajdzie się – a przynajmniej – uda się post factum dopasować – przyczynę w sposób zupełnie satysfakcjonujący tłumaczącą najdziwniejsze nawet przypadki. Kto nie wierzy, niech sobie przestudiuje życiorys profesora Dońdy.



Układanie takich ciągów przyczynowo – skutkowych wyglądałoby na koloryt stylu, jeszcze jedną z Lemowych ekstrawagancji językowych które, jak mi się wydaje, są głównym powodem dla którego zidiociałe pokolenie wtórnych analfabetów wychowanych w kulturze obrazkowej już Mistrza nie czyta – gdyby nie ważna nauka, która z tych pasaży wynika. Tak samo bowiem, jak szukając przyczyn czyjegoś przyjścia na świat, zmuszeni jesteśmy cofać się do czasów, gdy pramałpoludka potknęła się o korzeń akacji, pozwalając w ten sposób pramałpoludowi dać się posiąść, ze skutkiem natalnym, która to akacja wyrosła w tym miejscu gdyż, itd., itd. – tak samo też, choć niekoniecznie i nie zawsze w tak trywialne wnikająca szczegóły – stara się też działać nauka. Na ogół z powodzeniem. Co bowiem „w skali makro“ wydaje się zjawiskiem przypadkowym, które można badać tylko metodami statystycznymi, „w skali mikro“ objawia czysto deterministyczną naturę, pięknie dając uzgodnić wyniki z przewidywaniami (jeśli bywa odwrotnie – jak np. w termodynamice – to dlatego, że przy bardzo wielkiej ilości zdeterminowanych zdarzeń mikro, praktyczniej jednak jest posługiwać się statystyką).

Dlatego właśnie, tak wielkim była zaskoczeniem, a wręcz obelgą dla nauki (czemu bodaj dawał wyraz nie kto inny, jak Einstein), niesprowadzalność zjawisk subatomowych do tego schematu, a przez to – nieuzgadnialność mechaniki kwantowej z resztą fizyki.

Jak zwykle, w humanistyce wszystko jest na odwrót. Zachowanie jednostki ludzkiej nawet u najzaprzysięglejszych deterministów, uchodzi jednak za w miarę swobodne. Nawet Marks, z Engelsem na dokładkę, musieli przyznać swoim, skądinąd zdeterminowanym jak automaty przez „stosunki produkcji“ ludziom tę przynajmniej swobodę wyboru, że „niektóre jednostki z klas uprzywilejowanych mogą przejść na stronę proletariatu“ – boż jak inaczej mieliby wytłumaczyć własne zachowanie, skoro żaden z nich proletariuszem bynajmniej nie był..?

Za to bieg dziejów powszechnych zwykle postrzega się jako zdeterminowany. Profesor Bobola pewnie by wręcz użył analogii do zachowania gazu – nie badamy torów i pędów poszczególnych jego cząsteczek, bo choć to możliwe, to zwykle niepotrzebne i tylko komplikuje opis, skoro scałkowane, dają się doskonale deterministycznie opisywać kilkoma prostymi wzorami.

Problem polega na tym, że przyjąwszy taką perspektywę bez głębszego namysłu – łatwo wpadamy w pułapkę tworzenia hipostaz. Oczywistą hipostazą są wszak „stosunki produkcji“, „klasy“ – a nawet, choć tu słowo zwykle przyobleka się w ciało – „narody“, czy „państwa“. „Stosunków produkcji“ nikt nigdy na oczy nie widział – to czysto abstrakcyjny „byt“, nie występujący nigdzie poza książkami. O tym, czy istnieją realnie czy nie istnieją „klasy“ – już chyba tutaj się spieraliśmy. Skłonny jestem przyznać, że istnieją – w badaniach socjologa, bo w życiu realnym „klasy“ nikt jako żywo spotkać nie może, w życiu realnym spotkać można co najwyżej konkretnych ludzi, a nie „proletariuszy“ czy „kapitalistów“.

Co do „narodów“, to z nimi jest trochę jak z „rasami“ w zootechnice: bardziej jest to bowiem pewien „projekt w działaniu“, niż kategoria opisowa. Przez większość XIX wieku, kiedy – jak nas uczą podręczniki historii – „Polacy bohatersko walczyli o odzyskanie państwowości“, stając się przy okazji – po raz pierwszy w dziejach Europy, o czym jakoś nikt nie chce pamiętać – „narodem“ w sensie „bytu prawnego“ (bo Kongres Wiedeński w 1815 roku stworzył – niebezpieczny jak się okazało – precedens, gwarantując traktatami, iż tak Rosja, jak Prusy i Austria „stworzą Polakom warunki narodowego bytu“) – więc, przez większość owego wypełnionego bohaterskimi walkami wieku XIX, z polskością utożsamiało się może kilka, w porywach do kilkunastu procent wszystkich mówiących na codzień po polsku (za to trafiali się, wcale nierzadko tacy, którzy na codzień wcale po polsku nie mówili, a jednak – uważali się za „Polaków“). W aktywnej walce zaś mogło brać udział może 1, może 2% wszystkich, teoretycznie „zainteresowanych“?

Nie jest wcale przypadkiem, że mamy w hymnie słowa „będziem Polakami“! Pierwotnie, oczywiście, oznaczało to co innego – bo gdy Wybicki pisał te słowa, nie istniało jeszcze pojęcie „narodu“ nowoczesne, więc – oderwane od państwowości. „Narodem“ byli obywatele/poddani określonego państwa – stąd mógł Branicki z sensem pisać, że „stał się Rosjaninem“ i wcale to nie oznaczało, że się zrusyfikował (co przecież jest oczywistą nieprawdą – nie dość, że się nie zrusyfikował, to jeszcze potomstwo na gorliwych patriotów, choć sam Targowiczanin – wychował…) tylko, że został poddanym cara – a „Rosjanami“ był ogół poddanych cara, bez względu na to, jaką wyznawali religię i w jakim na codzień mówili języku, licznej, a uprzywilejowanej w Imperium grupy Niemców – protestantów nie wyłączając.

W latach 1806/1807 i – na nieco mniejszą skalę także w latach 1809 i 1812 – Polacy udowodnili jednak czynem swoją nielojalność względem nowych panów („powstania kościuszkowskiego“ nie liczę, wszak gdy wybuchło, istniała jeszcze Rzeczpospolita, było to więc właściwie wojna z Rosją i Prusami…), wybierając Napoleona. Kongres Wiedeński wyciągnął wnioski z tej krępującej sytuacji, próbując jakoś „lojalność państwową“, z nowo odkrytą „lojalnością względem wspólnoty języka i historii“ uzgodnić. Niezgrabnie, bo niezgrabnie – ale czego chcecie od innowacji? Źle to się skończyło NIE TYLKO z powodu nieszczerości zaborców i nierealistycznych marzeń Polaków. Ostateczny cios „staremu porządkowi“ zadali bowiem nie Polacy, tylko Niemcy i Włosi, także uznając się, w ciągu następnych kilkunastu – kilkudziesięciu lat za „narody“ – co, gdy im się w końcu udało zjednoczyć, na dłużej zachwiało równowagą europejską – być może i do dziś nie udało się balansu, utraconego w roku 1871 odzyskać.

W każdym z tych przypadków jednak, za aktywnością „narodu“ stała wąska grupa rewolucjonistów, w porywach osiągająca do 1, może do 2% całej populacji, której reprezentacją się mieniła. I to właśnie jest nowy, a dla Wybickiego pewnie niespodziewany sens tych słów w naszym hymnie – „świadoma elita“ walczyła bowiem nie tylko o stworzenie własnego państwa, ale też i o to, aby zmienić świadomość pozostałej części populacji, do reprezentacji której pretendowała tak, aby owa populacja poparła jej walkę i aby uznała się za „Polaków“.

Ponieważ nie istnieje żaden „naród“ poza umysłami ludzi, którzy się za ów „naród“ uznają – taka sama walka, siłą rzeczy, musi się powtarzać w każdym pokoleniu, bo jest kwestią swobodnej decyzji poszczególnych jednostek, czy uważają się za „Polaków“, czy za „Niemców“, a może i zgoła za „Europejczyków“. Nie tylko Polaków zresztą ta prawidłowość dotyczy – nie istniał taki naród jak „Austriacy“ przed II wojną światową – a dziś, podejrzewam, myląc Austriaka z Niemcem, można czasem i w gębę zarobić.

Jest tedy „naród“ – każdy „naród“ – nie „bytem samoistnym“, tylko pewnym projektem, mniej lub bardziej udolnie realizowanym metodą manipulowania ludzkimi emocjami przez zainteresowaną jego istnieniem elitę – czasem jest to elita biurokratyczna państwa, a czasem tylko taka, która do roli elity biurokratycznej pretenduje. Na wczesnym etapie takiej „narodotwórczej manipulacji“ jest np. projekt „narodu śląskiego“ – możemy tedy wcale z bliska oglądać, jak to się robi, jeśli już sami zapomnieliśmy!

W jakim zaś sensie hipostazą jest również „państwo“, skoro nie ma chyba bytu szerzej, nachalniej i staranniej manifestującego swoje istnienie przy pomocy demonstrowanych publicznie symboli? W takim, że zagadnienie władzy nad określonymi ludźmi i terytorium, niby konkretne, rodzi jednak nieliche problemy poznawcze: mógł z sensem mawiać Ludwik XIV, że „państwo to ja“ (w sensie: on!) – ale kim/czym jest właściwie współczesne państwo polskie? Zapisy konstytucji, wedle których jest to „demokratyczne państwo prawa, realizujące zasady sprawiedliwości społecznej“, w którym „władza zwierzchnia należy do narodu“ – to jawny nonsens i tylko ostatni idiota brałby je dosłownie. Nawet jeśli – to jak się ma ów zwierzchni charakter narodu – do supremacji prawa europejskiego nad krajowym?

Nie wnikając już w szczegóły, bo zrobiłby się ten esej zbyt długi – „państwo“ to taki byt, który objawia się z różną intensywnością i w różnych formach, często dość niepochwytnych, ale zawsze – jako stosunek dominacji i podporządkowania. Jest tedy „państwo“ przede wszystkim relacją – relacją między „poddanymi“ a „władzą“: kimkolwiek lub czymkolwiek owa władza jest w rzeczy samej.

Tak więc, wracając już do meritum naszych rozważań i zmierzając pewnym krokiem do konkluzji – różne byty używane do tego, aby objaśniać bieg dziejów, rzekomo zdeterminowanych od powstania świata, jak „stosunki produkcji“, „klasy“, „narody“ czy „państwa“ to są wszystko hipostazy, a więc pojęcia błędnie i niewłaściwie uznawane za byty rzeczywiście istniejące podczas, gdy są one tylko abstrakcjami – tworami języka, dzięki którym łatwiej jest nam opisywać świat.

W rzeczy samej uważam, że o „zdeterminowaniu“ można z sensem mówić w przypadku konkretnych zachowań konkretnych jednostek. Piszę ten esej dlatego, że wdałem się w dyskusję o roli przypadku w dziejach na moim ulubionym historycznym forum (na marginesie: nie ma racji mój poniżejpisca twierdząc, że człowieka determinuje tylko natura, a kultura już nie – pisząc tak, dowodzi, że nie rozumie pojęcia „przyczynowości“ – jeśli bowiem nawet człowiek buntuje się przeciw namiętnościom swego ciała w imię kultury – to przecież oznacza to tyle, że jego zachowanie zostało przez tę kulturę zdeterminowane, a nie – że jest wolne!). Jest to przyczyna dostateczna, aby moje zachowanie dzisiejszego, paskudnego skądinąd, jak to w czasie roztopów, poranka – wyjaśnić. Możemy oczywiście wchodzić jeszcze w poboczne przyczyny, coraz to lepiej i coraz to dokładniej objaśniając dlaczego piszę i dlaczego piszę tak, a nie inaczej (przy czym przyjdzie uwzględnić wspomnianą już pogodę – więc cyrkulację wielkich mas powietrza w atmosferze, położenie Ziemi względem Słońca, itd. – tudzież cykl rozrodczy koni, serię zdarzeń które doprowadziły do tego, że nie mam pracy, inną serię zdarzeń, dzięki którym ukształował się mój pogląd na świat, itd., itp. – sporo tego będzie…). Na ogół – jest to niepotrzbne. Jeśli tylko bowiem pamiętamy o tym, aby nie przypisywać abstrakcjom rzeczywistego istnienia – ich użycie znakomicie taki opis upraszcza.

Nie są natomiast zdeterminowane dzieje powszechne – mogły się potoczyć inaczej niż się potoczyły i mogą swój bieg odmieniać jeszcze wiele razy w przyszłości. Ludzie, generalnie rzecz biorąc, pragną przy minimum nakładu pracy (a najlepiej wcale bez pracy): najeść się, napić, ogrzać, podupczyć, zabawić w towarzystwie, zyskać jego akceptację i móc czerpać satysfakcję z podziwu innych. Czasem: stworzyć coś własnego. Te potrzeby są niezmienne od zarania dziejów – i póki Chińczycy nie dobiorą się na szerszą skalę do manipulowania ludzkimi genami, takie też pozostaną.

Jednak do ich zaspokojenia wiedzie wiele dróg. Stąd – tak wielka liczba kultur, które człowiek stworzył (i wiele ich jeszcze wytworzy w przyszłości).

Być może – ale to jest hipoteza, którą dopiero trzeba przetestować i ja tego zrobić tu i teraz nie zdołam – być może nie jest przypadkowy ciąg odkryć i wynalazków, pchających ludzkość w górę skali Kardaszewa. Jeśli ten ciąg nie jest przypadkowy, tj. jeśli do kolejnych odkryć koniecznie musiało dochodzić tak właśnie, jak się to nam przytrafiło – to wówczas, byłby to pewien obiektywny i niezależny od naszej perspektywy poznawczej, szkielet ludzkich dziejów.

Aby mieć pewność, że dzieje naszej nauki i wynalazczości rzeczywiście nie są przypadkowe, musielibyśmy wiedzieć na pewno, że przebadaliśmy, odkryliśmy i wypróbowaliśmy WSZYSTKO co było (na danym etapie rozwoju naszego poznania – na danym poziomie skali Kardaszewa) możliwe. Nie wiemy tego. Zaś hipoteza „bomby megabitowej“ każe nam przypuszczać, że rozziew między nauką i techniką hipotetycznie możliwą a tą, która faktycznie jest przez nas realizowana – póki nie przezwyciężymy problemu lawinowego przyrostu informacji (a jak na razie żaden eksperyment myślowy nie dał nam nadziei na jej przezwyciężenie – i pozostanie ludźmi jednocześnie!) – będzie się pogłębiał. Co z tego wynika? To już temat na oddzielne rozważania…

8 komentarzy:

  1. Inny przykład "tworzenia się" narodu to nasi sąsiedzi ze wschodu - Białorusini.

    Też się zgadzam, że człowieka nie determinuje tylko natura. Ba, nawet u niektórych zwierząt występuje coś takiego jak kultura.

    Ponadto Twoje zachowanie jak i tworzenie prawie wszystkiego co ludzkie (hodowanie koni dla hodowania) nie mogłoby wystąpić, bo nie robiłbyś nic innego ponad rozmnażanie, zdobywanie zasobów dla zabezpieczenia Twojego potomstwa i szukania coraz to młodszych Lepszych Połów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podobnie z wynalezieniem penicyliny, która przecież odkryta została przez zapominalstwo (i intelekt) Fleminga.

      Usuń
    2. Przede wszystkim, Wojtku, dziękuję że zabrałeś głos - już myślałem, że tak kompletnie od rzeczy piszę, że nawet nie zgadzać się nikt nie chce...

      Usuń
  2. "Dlatego właśnie, tak wielkim była zaskoczeniem, a wręcz obelgą dla nauki (czemu bodaj dawał wyraz nie kto inny, jak Einstein), niesprowadzalność zjawisk subatomowych do tego schematu, a przez to – nieuzgadnialność mechaniki kwantowej z resztą fizyki."

    W gruncie rzeczy mechanika kwantowa też jest w pełni deterministyczna, ale dopiero na dość ezoterycznym poziomie funkcyj falowych.

    (wiem, mało to wnosi do tematu, ale żeby nie było, że bez dupy nie ma komentowania)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słuszna uwaga, bardzo dziękuję - jednakowoż nawet z poziomu funkcji falowych nie da się zaproponować deterministycznego przejścia od mechaniki kwantowej do fizyki pola na ten przykład...

      Usuń
  3. Hm. No owszem, tak się składa, że klasycznymi (czy dokładniej: najbardziej zbliżonymi do opisu klasycznego) stanami pola elektromagnetycznego są stany kwantowe dość nieeleganckie, bo o nieokreślonej liczbie fotonów, ale bądź co bądź takie stany istnieją i prowadzą do pól w miarę wzrostu skali zachowujących się coraz bardziej deterministycznie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jacku,

    Tyle, że amputowanie tychże pojęć za pomocą brzytwy Ockhama nie sprawi, że będzie łatwiej.
    Oczywiście są to najczęściej modele, za pomocą których próbujemy naukowo objaśnić świat, a to z konieczności prowadzi do uproszczeń, bo czymże innym w istocie jest nauka. Wierny opis zajmuję więcej czasu niż płynąca rzeczywistość jest więc dysfunkcjonalny.

    Z tymże, że większość tych pojęć wskutek zaistnienia sprzężenia zwrotnego rozpoczęła własny żywot, niejako niezależny od modelu, z którego się wywodzi.

    Naród stał się w wielu miejscach na świecie kryterium wystarczającym do dokonania masowych mordów, ale stał się także podstawą do czynów szlachetnych, jak ratowanie przed prześladowaniami.

    Przecież nawet taki termin z nauk przyrodniczych jak: gatunek jest tylko naszym ludzkim nadużyciem języka naturalnego. Czy widział ktoś gatunek?
    Przecież są tylko istoty...
    Nie zapomnij wszakże o istnieniu ;)

    Pozdrawiam
    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Łatwiej nie będzie. Ale może też i o te masowe mordy - będzie ciut trudniej?

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...