piątek, 7 grudnia 2012

Pragnienie obfitości

Najłatwiej zrozumieć dziwne zachowania ludzi odwołując się do doświadczenia najdłuższej epoki w dziejach ludzkości – do paleolitu. Lub wręcz do doświadczeń wspólnych wszystkim zwierzętom. Bo jak chodzi o skłonność do (nadmiernego często) zaufania do sądów indukcyjnych i potrzebę łatania luk w aktualnej wiedzy przekonaniami – to tak samo zachowują się wszystkie w ogóle zwierzęta. Gdyby tak nie było, nie dałoby się na nie polować przy pomocy pułapek lub z zasadzki – bo zamiast iść pewnie przed siebie drogą, którą zawsze chodziły, albo korzystać z tego wodopoju, z którego zawsze korzystały – sprawdzałyby grunt przed każdym krokiem, a mając stokroć czujniejsze zmysły niż człowiek, zwykle by pułapek czy zasadzek unikały.

W pewnym, dość już metaforycznym sensie, „przekonanie metafizyczne“ da się przypisać nawet roślinom: w końcu rodzą owoce i nasiona zakładając tym sposobem, że śnieg, który właśnie sypie i pewnie wkrótce odetnie nas od cywilizacji, kiedyś jednak stopnieje i nastanie wiosna. Przekonanie to sprawdza się na ogół, ale wiemy już, dzięki nauce,że bynajmniej nie zawsze – były bowiem i za ludzkiej pamięci takie lata (jak choćby w roku 1816), gdy większość nasion wydanych przez rośliny w roku poprzednim ginęła z braku światła. W przeciwieństwie do traw porastających Boską Wolę wiem też, że były takie czasy, gdy w miejscu tym rosły tylko mchy i porosty lodowej tundry, albo nic zgoła, bo cały teren dzisiejszej Polski pokrywał lodowiec. Lodowiec kiedyś zapewne powróci. Nie wiemy tylko kiedy – i co najwyżej możemy żywić przekonanie, że nie będzie to jednak ani rok 2013, ani 2014, ani żaden z najbliższych kolejnych lat. Pod tym względem, nasze przekonanie i przekonanie naszych traw jest wspólne – i równie dobrze, tj. równie słabo – uzasadnione…

Paleolit, czyli epoka, w której człowiek był już człowiekiem: tj. wytwarzał kulturę, posługiwał się narzędziami, utrwalał w jakiś sposób swój pogląd na świat – ale jeszcze nie wytwarzał żywności, tylko czerpał ją z natury – trwał kilkakroć dłużej, niż wszystkie następne epoki, które po nim przyszły. Człowiek jest doskonale przystosowany do „życia paleolitycznego“ – o czym wiele razy pisał nasz przyjaciel Wojtek, nim zajął się studiowaniem dużo bardziej skomplikowanej materii relacji męsko – damskich.
 
Jeśli wierzyć holyłódzkim scenarzystom, życie erotyczne naszych paleolitycznych przodków było naprawdę trudne i wymagało wiele samozaparcia. Skądinąd: czy tak naprawdę było - czy to tylko nasza uboga wyobraźnia?
 
A może jednak paleolityczne damy znajdowały czas na depilację..? Nie mówiąc już o kąpieli?
 
W końcu: dlaczego nie?

Co było najważniejszą, najbardziej rzucającą się w oczy cechą „życia paleolitycznego“?

Tą cechą była cykliczność. Natura podlega cyklom. Człowiek czerpie żywność z natury – musi zatem uważnie obserwować cykle natury i musi się do nich dostosować.

Opowiadam rzeczy, które wydają się Państwu pewnie truizmami – a czyż potem, gdy już istniało rolnictwo, człowiek nie musiał dostosowywać się do cyklów natury..? Musiał. Ale można historię ludzkości postrzegać także, jako stopniowe (z rosnącym przyspieszeniem skądinąd…) uniezależnianie się od owych „cykli naturalnych“. Najpierw przestały człowieka interesować wędrówki dzikich zwierząt i ptaków – bo miał własne, hodowlane, a większość energii i tak czerpał z uprawy zbóż. Potem – i to była wielka rewolucja, której chwałę od lat tutaj głoszę! – uniezależnił się od cyklu zużywania i odtwarzania warstwy próchniczej w glebie, gdy nauczył się sam stymulować jej przyrost. Najpierw lampa naftowa, a potem oświetlenie elektyczne, dało ludzkości praktyczną niezależność od cyklu dnia i nocy (wcześniejsze źródła sztucznego oświetlenia, w postaci lamp oliwnych, świec czy pochodni – były jednak zbyt słabe, aby przy nich pracować: można było co najwyżej pić, filozofować i zabawiać się – od pracy był jasny dzień, noc od wypoczynku: a kto przesypiał dnie, by pędzić życie w wątłym świetle kaganka, dawał tym samym dowód przynależności do „grupy trzymającej władzę“ i cieszył się łaskami kobiet…). W tej chwili zdecydowana większość ludzkości nie musi już zwracać uwagi nawet na pory roku – i wyraża głębokie oburzenie i zgrozę, gdy jednak, „odpowiedzialne służby“ nie uporają się ze śniegiem lub nadmiarem deszczówki, gdy zabraknie ogrzewania lub zawiedzie komunikacja!

W paleolicie jako żywo nikt nie odśnieżał leśnych ścieżek i żaden z naszych przodków nie miał centralnego ogrzewania w swojej chacie. Przysypany zatem tak, jak my w tej chwili (no – przesadzam trochę: przez noc spadło może kilka centymterów śniegu i chyba właśnie przestało sypać – a że wiatru nie było, nie powinny się były utworzyć zaspy, więc dziś jeszcze damy radę wyjechać…), mógł zimą co najwyżej konsumować zrobione przed śniegiem zapasy, ogrzewać się przy ogniu, snuć opowieści, wymyślać mity (których dalekie echo pewnie do tej pory krąży i wśród nas…), płodzić potomstwo, rzeźbić figurki z kości, czy malować ściany jaskiń.
 


Ponieważ podstawą paleolitycznej diety był tłuszcz, wnętrzności i mięso dzikich zwierząt – najważniejszym z cyklów, od których zależało przetrwanie paloelitycznej hordy, był roczny rytm wędrówek stad dzikich koni, jeleni, reniferów – i całej reszty menażerii, krążącej wówczas po lasach i tundrach Eurazji. Zresztą: nie inaczej postępowali też Indianie (choć, trudno ich nazwać „ludem palelitycznym“ o tyle, że jednak większość Indian, wytwarzała żywność – ludzie zresztą dotarli do Ameryki u schyłku paleolitu – a tylko część z nich wtórnie przystosowała się do pasożytowania na wielkich stadach bizonów…).

Ze zwierzyną wędrowną jest trochę jak z grzybami: przez większość roku ich nie ma, po czym nagle – buch, wysyp – i suszarka nie nadąża z przerobem.

Stada wędrownych zwierząt kursują w ciągu roku po pewnych stałych szlakach – jest to przystosowanie pozwalające optymalnie wykorzystać obfite pastwiska na północy latem, a potem – przetrwać zimę na południu, gdzie brak śniegu, lub cieńsza jego pokrywa, pozwala na zdobycie pożywienia (zwierzęta wszak zapasów na zimę, poza zapasami tkanki tłuszczowej – nie robią!).

Człowiek mógł częściowo dostosować się do swojego myśliwskiego łupu i też wędrować, dwukrotnie w ciągu roku (wiosną i jesienią) zmieniając teren łowiecki. Nie spotkałem się jednak z przykładem, aby jakakolwiek grupa ludzi osiągnęła całkowite dostosowanie do tego rytmu – podążając za zwierzyną przez całą drogę, od zimowych do letnich jej pastwisk i z powrotem. Wprawdzie, jest człowiek na ogół dobrym piechurem i może się przemieszczać na znaczne odległości – gdyby jednak robił to tak samo jak bizony, jelenie czy dzikie konie – to by już mu czasu nie starczyło na nic innego, poza wędrówką. Wielkie przeżuwacze mogą sobie na to pozwolić, bo na ogół – nie malują niczego w jaskiniach, nie wytwarzają narzędzi, zaloty ich są krótkie i tylko sezonowe i niewiele mają mitów do opowiadania! Mogą zatem wędrować sobie niespiesznie, skubiąc po drodze trawkę czy liście i pokonując tym sposobem kilkadziesiąt kilometrów na dobę – dzień w dzień, przez cały rok właściwie.

Człowiek, idąc piechotą, jest w stanie dotrzymać tempa takiemu stadu (jeśli mu nawet umknie, spłoszone, to je łatwo wytropi gdy będzie się posilać – nigdy nie miałem problemu z dogonieniem moich koni, gdy nielegalnie opuszczały wyznaczoną strefę zamkniętą, jeśli tylko stan podłoża pozwalał na odczytanie śladów…). Najwyraźniej jednak, nigdy nie było potrzeby, aby podążać tak za stadem dłużej niż kilka – kilkanaście dni.

Co się w tym czasie działo? Państwu pewnie staje przed oczami obraz utrwalony przez westerny: grupy Indian goniących stado bizonów konno i ubijających co tłustsze sztuki z łuków. No, to jest akurat właśnie takie „wtórne przystosowanie“, o którym już wspominałem – paleolityczni łowcy nie mieli koni. A i broń miotająca, którą posiadali – raczej nie nastrajała zbyt optymistycznie, jak chodzi o możliwość ubicia grubego zwierza: jeszcze Zbyszko z Bogdańca szedł na niedźwiedzia z dwuzębną piką (widłami) i toporem, choć mógł wybrać chociażby kuszę, a i o łuk relfeksyjny typu wschodniego, czy angielski „długi łuk“ – też dałoby się wystarać. Łuki wcześniejsze, na tyle przypominały dziecinne zabawki, które i teraz każdy może zrobić z kawałka gałęzi lub rogu i dowolnego, byle elastycznego włókna – że tylko wariat próbowałby zbliżać się z czymś takim do zwierzyny choć odrobinę bardziej wojowniczej od królika.
 
Tak to raczej NIE wyglądało...

W rzeczywistości tego rodzaju broń miotająca nie służyła do zabijania zwierząt – mogło się to udać tylko nadzwyczajnym zbiegiem okoliczności. W przypadku zwierząt uciekających (a więc – np. właśnie zwierzyny płowej czy dzikich koni) zranienie strzałą z łuku osłabia zwierzę – więc skraca pościg za nim – i pozwala łatwiej je tropić, gdy zostawia za sobą ślad farby, tj. krwi. Do dobicia zwierzyny, gdy padnie wyczerpana długim pościgiem, służy nóż lub topór.

W stosunku do zwierząt które zranione nie uciekają, tylko atakują – używanie łuków, czy nawet kusz – zaiste: nie jest najrozsądniejszym pomysłem!

Tak czy inaczej zaś – tego rodzaju polowanie nie jest wydajnym sposobem zdobycia pożywienia. Używają go współcześni łowcy – zbieracze, których cywilizacja wyparła w najdziksze, najmniej urodzajne ostępy, gdzie i dzikiej zwierzyny jest niewiele i gdzie (raczej) nie ma liczących wiele dziesiątków tysięcy sztuk stad dużych ssaków.A takie właśnie – krążyły po lasach i tundrach Eurazji w czasach, o których opowiadam.

Wydajnym i – sądząc po licznych wykopaliskach – preferowanym sposobem polowania na takie ssaki było zapędzenie ich, czy to przy pomocy ognia, czy też – klasycznej nagonki – w pułapkę. Taką pułapką mógł być urwisty brzeg wąwozu, z którego zwierzęta spadały i zabijały się, a na dole rosła wielka kupa mięcha. Taką pułapką mógł być sam ów wąwóz, czy nawet jakaś sztucznie zbudowana zagroda, z której zwierzyna nie mogła uciec, a stłoczona na niewielkiej przestrzeni, była już łatwym łupem dla myśliwych (w ten sposób zresztą, o czym już opowiadałem, doszło do udomowienia np. koni – być może także i innych zwierząt roślinożernych?).

W ciągu kilku – kilkunastu dni takiego polowania, horda zdobywała zapas tłuszczu i mięsa na całą zimę. Po co zatem, miałaby się trudzić marszem dalej na południe, skoro mogła osiąść w pobliżu tak zapełnionej „lodówki“ – i zająć się tymi wszystkimi, przyjemnymi na ogół, rzeczami, o których napisałem na wstępie?

Problem pojawiał się wtedy, gdy mrozy nie nadchodziły wystarczająco szybko. Mięso zabitych zwierząt trzeba było wówczas przerobić tak, aby nadawało się do przechowywania – ususzyć lub uwędzić.To jest ciężka praca, zwłaszcza dla niewielkich liczebnie hord paleolitycznych – i wykopaliska nie pozostawiają wątpliwości, że większość zdobytego mięsa psuła się, nim ludzie uporali się z jego konserwacją. Trzeba było wówczas polowanie powtórzyć. Ewentualnie – uciec się do innego sposobu zdobywania pożywienia. Wiosną ryby ruszały na tarło w górę rzek i strumieni – była to wspaniała okazja aby przy pomocy bardzo prostych przyrządów, uzupełnić nadwątloną przez zimę spiżarkę. Latem można było zbierać grzyby, jagody i owoce. Jakoś się żyło.

W rytmie, który wyznaczały naprzemienne okresy głodowania (mięso się zepsuło, a tu kolejnego wędrownego stada brak…), krótkiej, ale bardzo intensywnej pracy – i radosnego konsumowania tak zdobytych zapasów.

Wokół tych okresów leniwej obfitości – koncentrowało się życie paleolitycznej hordy. Głodowanie – ciężka praca – świąteczny okres obfitości: to podstawowy rytm życia człowieka. Do tej pory – bo czyż nasza natura, nasze geny – zdążyły się zmienić przez te raptem 10 czy 12 tysięcy lat, które upłynęły odkąd człowiek porzucił ten styl życia..?

Przez te 10 czy 12 tysięcy lat człowiek, gdy tylko mógł – powracał do tego samego modelu zachowań. Niezależnie od faktu, że mozolne życie rolnika odwraca proporcje pomiędzy okresem pracy, a okresem świętowania (świętuje się przez kilka czy kilkanaście dni w roku – a haruje w pocie czoła przez całą resztę…). Ludzie nie zapomnieli – to jest gdzieś, w naszych genach!

Zaporożcy, piraci, łupieżcy i najeźdźcy wszystkich czasów – tak właśnie próbowali żyć, do tego powrócić ideału: kilka – kilkanaście dni ciężkiej pracy podczas wyprawy – radosne rozluźnienie i konsumpcja łupu potem. Mogli sobie na to pozwolić ci, którzy zamiast pasożytować na wielkich stadach wędrownych ssaków – zdecydowali się pasożytować na osiadłych społecznościach rolniczych. A i to nie wszyscy: przejście od patrymonialnego państwa pierwszych Piastów, do struktury feudalnej, na tym m.in. polegało (o czym może kiedyś osobno napiszę), że książę przestał się troszczyć o to, kogo ze swoją drużyną złupi, by jego wojowie mogli żreć, chlać i dupczyć do woli – tylko przerzucił ciężar zdobywania środków utrzymania na samych wojowników, którzy rad nierad – musieli się wziąć za gospodarkę (bardzo to było sprytne, swoją drogą!).

Właśnie dlatego, że wciąż mamy w genach ten rytm – większość z nas skłonna jest uwierzyć w różne millenarystyczne, utopijne obietnice. Nasze ciało domaga się takiego traktowania. Posłuszny mu duch – chętnie słucha, gdy padają słodkie obietnice: wyrżnijmy Żydów/kułaków/kapitalistów – a od tej pory żyć będziem w obfitości i nie zabraknie nam tłustych potraw, wina, ani chętnych kobiet!

Współcześni politycy nie używają już może tak biblijnej frazeologii – ale czyż ich obietnice, to nie jest nieustanne łechtanie tej naszej, po paleolitycznych przodkach odziedziczonej, chętki na leniwą obfitość? Och, jakże trudno jest się oprzeć temu wezwaniu!

Sam jeszcze kilka dni temu tkwiłem w przygnębieniu – wszystkie pomysły na pracę jak jeden rozwiały się niczym dym z komina, nikt z moich przyjaciół z Warszawy nie może mi pomóc, a niektórzy, co wielce mnie zaskoczyło i przygnębiło, wręcz aktywnie utrącają skromne przecież propozycje jakiejś tam, pobocznej fuchy. No: dno – żadnych perspektyw na odmianę losu!

Aż tu nagle – na koncie pojawiła się ni stąd ni z owąd – wcale okrągła sumka: starczyło na wszystkie zaległe rachunki, na ocieplenie chatki i uzupełnienie zniszczonej garderoby, a przy odrobinie samoograniczenia, starczy też i na przezimowanie. Pierwszy raz załapałem się na dopłaty już w grudniu, zamiast dopiero na przełomie lutego i marca!

Zeżarliśmy wczoraj kilogram żeberek, wypiłem trzy „herbatki“ jakiegoś środka przeciwgrypowego z apteki i ćwierć butelki miodku z „Pierdonki“ – i proszę, nawet jestem w stanie wziąć się za tworzenie kultury, bawiąc Państwa niekrótką opowieścią…

Czy wzywam w związku z tym do „zabicia w sobie paleolitycznego łowcy“? Bynajmniej! Może jednak, jeśli zdamy sobie sprawę, skąd się ta chętka na łupy, rewolucję, utopię, dopłaty, monopole, przywileje i dotacje bierze – mniej będzie to zjawisko groźne dla naszej gatunkowej homeostazy..? Może wiedząc, dlaczego wciąż na nowo spodziewamy się, wbrew oczywistej oczywistości, że dzieje ludzkie mogą zakończyć się powrotem do raju – zdołamy powściągnąć to nierozsądne oczekiwanie..?

13 komentarzy:

  1. Cykliczność wynika z natury i bezsensem byłoby walczenie z nią. Mimo trudów jakie niesie ze sobą, jest też zbawiennym urozmaiceniem szarości codziennego życia. Gdyby nie było tygodnia pracy - nie cieszyłaby niedziela, gdyby nie było dni chudych - nie cieszyłaby pełna micha (żeberek), gdyby nie bolesna pustka w portfelu - nie cieszyłoby pełne konto. Gdyby nie było przednówka - nie cieszylibyśmy się obfitością zbiorów.
    I wcale nie jestem przekonana, że bardziej docenilibyśmy stały dostęp do raju, niż pojedyncze liźnięcia jego dobroci przeplatane dniami oczekiwań i marzeń. Wszak literatura i film pokazują, że stały dostęp do wszelkich luksusów tego świata wyzwala w ludziach marazm i znudzenie, a co za tym idzie dalsze niespełnione i nieokreślone pragnienia, które bywa, że w końcu do niczego dobrego nie prowadzą.
    http://www.youtube.com/watch?v=KI7tWjAct6E

    OdpowiedzUsuń
  2. Co racja to racja, archaniele. Jak się ma wszystkiego po pachy sztuką i szczytem kultury jest brać z tego tylko tyle, ile akurat potrzeba, ani źdźbła więcej. Szczyt ów istnieje w świecie idealnym i pusty od wieków. No, teoretycznie może jakiś bogaty anachoreta na nim zasiadać. Ale prędzej już będzie to święty, który bogactwo zlekceważył i zamienił mamonę na skarby przyrody i obfitość boskich łask. W drugą stronę jakby to ująć? hm... dyjabelstwo jakieś się wyłania.
    Pozdrawiam wyjątkowo końsko i paleolitycznie tym razem, z mojej biednej i nie przynoszącej profitów zagródki, obfitującej jednak w dobre jedzenie, jakiego i prezydent pewnie rzadko miewa... ;-)
    ES

    OdpowiedzUsuń
  3. Czyli grunt, to się najeść, mieć pełna spizarnię i związane z tym poczucie bezpieczeństwa! Baza pełna, czas na nadbudowę!
    Rozumiem i w pełni popieram!:-)
    Pozdrawiam jak syta sytego!

    Paleolityczna wojowniczka z(póki co) pełną spiżarką!

    OdpowiedzUsuń
  4. "W ciągu kilku – kilkunastu dni takiego polowania, horda zdobywała zapas tłuszczu i mięsa na całą zimę. Po co zatem, miałaby się trudzić marszem dalej na południe, skoro mogła osiąść w pobliżu tak zapełnionej „lodówki“ – i zająć się tymi wszystkimi, przyjemnymi na ogół, rzeczami, o których napisałem na wstępie?

    Problem pojawiał się wtedy, gdy mrozy nie nadchodziły wystarczająco szybko. Mięso zabitych zwierząt trzeba było wówczas przerobić tak, aby nadawało się do przechowywania – ususzyć lub uwędzić.To jest ciężka praca, zwłaszcza dla niewielkich liczebnie hord paleolitycznych – i wykopaliska nie pozostawiają wątpliwości, że większość zdobytego mięsa psuła się, nim ludzie uporali się z jego konserwacją. Trzeba było wówczas polowanie powtórzyć. Ewentualnie – uciec się do innego sposobu zdobywania pożywienia. Wiosną ryby ruszały na tarło w górę rzek i strumieni – była to wspaniała okazja aby przy pomocy bardzo prostych przyrządów, uzupełnić nadwątloną przez zimę spiżarkę. Latem można było zbierać grzyby, jagody i owoce. Jakoś się żyło."

    Jak tak sobie czytam Twoje cudne opisy - o Boski ;), to utwierdzam się, że mój powrót do natury jest jak najbardziej uzasadniony historycznie :)

    Nie wyobrażam sobie siebie jako słabowitego, przewrażliwionego veganina dobrowolnie pozbawiającego się smakowitego mięsiwa i tego ekscytującego, tradycyjnego polowania na zwierza :)

    Jak na razie zanurzona jestem w rolnictwo, ale marzy mi się polowanie i łowienie ryb oraz zbieractwo grzybów i jagód :)

    Ps. Gratuluję i szczerze zazdroszczę szybkiej wypłaty dopłat :)))
    Ja na moje poczekam pewnie cały rok, albo i dłużej, albo w ogóle się ich nie doczekam, więc pora zacząć przymierzać się do zmiany trybu życia i polowania w okresach spodziewanego niebawem głodu ;)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tymi dopłatami, to sam jestem zdziwiony.

      No i przecież niczego to nie załatwia w dłuższej perspektywie!

      Zastanawiam się, od kilku dni, czy by nie wkroczyć na Ścieżkę Przestępstwa i zostać na ten przykład - gangsterem..?

      Obawiam się tylko, że nie mam po temu żadnych kwalifikacji. Jak się w ogóle zostaje gangsterem? Jakaś rozmowa kwalifikacyjna jest, czy - co podejrzewam - trzeba mieć protekcję..?

      :-)

      Trzymaj się, Izabelo.

      Usuń
    2. Tutaj link, jako źródło inspiracji do bycia gangsterem: http://gorzow.gazeta.pl/gorzow/1,35211,13008976,Napadali_na_banki__bo_tam_byly_pieniadze__Teraz_dlugo.html, nawet się uśmiałam. Pozdrawiam i życzę powodzenia w nowym zawodzie.

      Usuń
    3. Oj Boski - nie rób tego - nie zostawaj gangsterem. Masz kasę na zimę - przetrwasz.
      Chociaż wierzę, że Twoje posty pisane w pierdlu byłyby równie, a może jeszcze bardziej interesujące i zajmujące niż te pisane z Twej rodowej siedziby - jednak wolałabym, abyś w pierdlu nie siedział ;)))

      Ja natomiast zaczynam się zastanawiać, jak upolować dzika, który bezczelnie ryje w moich uprawach - toć to nie tylko niszczyciel, ale i smakowity kąsek :))) Bym miała mięcha na całą zimę :))) A jak słusznie zauważyłeś - w zimie zamrażarka nie jest konieczna, bo wystarczy wynieść mięsko na lodowaty strych i samo się zamrozi na kilka miesięcy :)))

      Sęk w tym, że nie mam broni palnej i nie umiem strzelać... hmmm... A jak to robili ci pierwotni? Jak ubijali grubego zwierza? Piką powiadasz? znaczy, widłami??? :))) Widły mam! :)

      Usuń
    4. Pierwotni wykopaliby kilka wilczych dołów...

      Usuń
    5. Już wpadliśmy na ten sposób, ale za bardzo na świeczniku jestem, więc nic z tego ;)))

      Usuń
  5. "nikt z moich przyjaciół z Warszawy nie może mi pomóc, a niektórzy, co wielce mnie zaskoczyło i przygnębiło, wręcz aktywnie utrącają skromne przecież propozycje jakiejś tam, pobocznej fuchy. No: dno – żadnych perspektyw na odmianę losu!"

    Jakiej pracy i jakich fuch szukałeś?

    Na czym polegało to aktywne utrącanie?

    Może czas zmienić przyjaciół?

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...