środa, 5 grudnia 2012

Postęp w chowie i w hodowli

Czy postęp w zakresie warunków utrzymania zwierząt (czyli w ich „chowie“) rzeczywiście zawdzięczamy idiotom, którym wydaje się, że walczą o „prawa zwierząt“? Czy widoczną poprawę jakości zwierząt hodowlanych (a więc „postęp hodowlany“) zawdzięczamy ustawodawstwu w coraz to większym stopniu ingerującemu w to, co nominalny właściciel robi ze swoją własnością?

Oczywiście, że odpowiedź w obu przypadkach jest negatywna. Postęp w chowie koni jest skutkiem uwłaszczenia chłopów w połowie XIX wieku i drapieżnego kapitalizmu, który zapanował w następstwie tego zdarzenia na polskiej wsi. Ów krwiożerczy kapitalizm sprawił w czasie krótszym od stulecia tyle, że już „przed wojną“ najbiedniejszy wyrobnik z folwarcznych czworaków żył dłużej, zdrowiej i zamożniej niż najbogatszy kmieć w czasach pańszczyźnianych – i analogicznie, o tyle lepiej żyły też trzymane na wsi zwierzęta.

Tylko dzięki temu, że nie udało się na polskiej wsi zaprowadzić socjalizmu, postęp w tym zakresie (inaczej niż np. w Rosji, gdzie po roku 1928 nastąpiło dramatyczne załamanie tak stanu zdrowia i dobrobytu ludności, jak i zwierząt – poziom, który w obu tych kategoriach oferowały kołchozy, okazał się w praktyce daleko poniżej standardu, do którego przywykł był za cara najciemniejszy pańszczyźniany „mużyk“ i jego zabiedzona chabeta…) nie ustał, choć zwolnił bardzo wyraźnie i przyspieszył ponownie dopiero w ostatnim ćwierćwieczu.

Na czym polega ów „postęp“ jak chodzi o chów koni? Ano – w roku pańskim 1860 jakieś 90% z nieco ponad milionowej populacji koni na obecnym terenie Polski (ziem pruskich bynajmniej JESZCZE nie wyłączając) to były słaniające się z głodu na krzywych nogach, brzydkie jak nieszczęście mierzynki w kałmuckim typie, w większości importowane zresztą bezpośrednio znad Wołgi, bo żywienie koni w ówczesnej Polsce było tak skąpe, a praca tak ciężka, że niewiele klaczy wykazywało ruję, a jeszcze mniej – było zdolnych do donoszenia ciąży. Konieczny był zatem nieustanny import koni, które też co roku dziesiątkami tysięcy pędzili Tatarzy i Kałmucy z nadwołżańskich stepów na targi od Bałty na Ukrainie, aż po Gniezno.

W roku 1913, kiedy populacja koni osiągnęła historyczny szczyt swego liczebnego rozwoju, żyło w Polsce, jak podaje prof. Pruski (dane akurat dla Wielkopolski – w Królestwie Polskim było tego więcej, w Galicji mniej, więc podejrzewam, że taka by akurat była „średnia ogólnopolska“) 10,4 konia na każdy kilometr kwadratowy powierzchni i 141 koni na każde 1000 mieszkańców. Były to już konie o wiele lepiej odżywione niż pół wieku wcześniej, czego najlepszym dowodem jest to, że cały praktycznie przyrost liczebny, jaki od 1860 roku nastąpił (mniej – więcej: czterokrotny) dokonał się „własnymi siłami“, przy stosunkowo nielicznych, choć cennych genetycznie importach. W państwie pruskim, więc na większości terytorium Polski dzisiejszej – były to już konie na wskroś „nowoczesne“, tj. albo zimnokrwiste („gryfy“ pomorskie, konie sztumskie), albo konie półkrwi, w typie nowoczesnego konia pospiesznoroboczego (konie śląskie: moim zdaniem – najbardziej udana z wciąż istniejących ras „rodzimych“!) lub wierzchowego (konie wschodniopruskie i poznańskie).

W rosyjskiej i austriackiej części obecnej Polski do nowoczesności jeszcze wiele brakowało (w Galicji w momencie wybuchu I wojny światowej wciąż ok. 40% siły roboczej w rolnictwie stanowiły woły – używane tam zresztą aż do lat 70-tych XX wieku…): w okolicach Sokółki pojawiły się dopiero co pierwsze ardeny, których potomstwo w ciągu następnego półwiecza utworzy znane współcześnie konie sokólskie. Dalej jednak, powszechnie używa się na tym terenie głównie stosunkowo lekkich, więc „nienowoczesnych“ koni – potomstwa owych „kałmuków“, w jakimś stopniu uszlachetnione „odpadkami z pańskiego stołu“ – czyli arabami, angloarabami, bliżej niezidentyfikowanymi końmi orientalnymi i innymi końmi szlachetnymi, które przygodnie udało się chłopskiej kobyle uwieść gdzieś pode dworem…

Skądinąd – ziemiaństwo ówczesne, a potem, już za II Niepodległej, także i władze hodowlane – zdecydowanie popierały ten właśnie kierunek hodowli. W myśl hasła: krew (orientalna) ojca, zastąpi źrebięciu owies. Początkowo wynikło to z (mylnego) przekonania, iż gospodarka „włościańska“ po wiek wieków będzie inna, gorsza od folwarcznej i że w związku z tym, cięższych koni ani nie potrzebuje, ani też – nie jest w stanie utrzymać. Za tow. „Wiesława“ Złotoustego – ta sama „metoda hodowlana“ doczekała się nowego uzasadnienia: oto bowiem, chłopskie konie zjadają ziarno, które w przeciwnym razie – socjalistyczna ojczyzna mogłaby wyeksportować, uzyskując w zamian jakże potrzebne dla naszego raczkującego przemysłu dewizy! Konie zjadają Polskę – apelował tow. „Wiesław“ Złotousty. W odpowiedzi, przodownicy pracy z ówczesnego PZHK (reaktywowanego dopiero co po stalinowskiej przerwie…) wymyślili „konia wszechstronnie użytkowego“, o maksymalnym wzroście w kłębie do 150 cm i możliwie jak najmniejszych wymaganiach żywieniowych, jako ideał, do którego socjalistyczna ojczyzna będzie dążyć.

A prof. Koproń z Akademii Rolniczej w Lublinie, ten sam, który nie tak dawno, emerytem już będąc, o milionowej armii Kserksesa na łamach „Końskiego Targu“ pisał (i Moja Ukocha Redakcja mu to puściła…!), nawet wyprodukował antyimportowy hicior: kuca felińskiego. Zwierzę, które miało zastąpić importowane (bo nieosiągalne, ze względu na potrzebę minituryzacji, dla socjalistycznego przemysłu…) ciągniki sadownicze…


Kuc feliński

Chłopi swoje wiedzieli. I konsekwentnie olewali zarówno „światłe porady“ różnych „terenowych inspektorów“, jak i surowe przepisy dotyczące tzw. „rejonizacji hodowli“ – kryjąc swoje klacze zawsze najgrubszym ogierem, jakiego udało się w okolicy znaleźć. I sypiąc ziarna do żłobów. Ze szczerego serca.



Efekty? Efekty są takie, jakie każdy zobaczyć może. Koni mamy w Polse nieco ponad 300 tysięcy, z czego jakieś 80% to konie „pogrubiane“ lub „zimnokrwiste“. I są to konie naprawdę dobre – i naprawdę dobrze utrzymane. Nawet – za dobrze! Bo się tymczasem ów nawyk szczodrego sypania ziarna w tradycji zakorzenił i w konsekwencji – zdecydowana większość koni w Polsce ma poważną nadwagę.

Najczęstsze i najgroźniejsze wykroczenie przeciw dobrostanowi koni w Polsce współczesnej to przekarmienie. Oraz przegrzanie – bo, kierując się atawistycznym odruchem nagiej małpy, zamykają na ogół swoje ofutrzone pupile na cztery spusty w ciasnych i źle wentylowanych (więc często – wilgotnych!) obórkach i komórkach, ledwo tylko chłodniejszy wiaterek powieje.

Wcale nie żartuję! Ja wiem, że dla Państwa – w zdecydowanej większości laików – „strasznie“ to wygląda chuda, zabiedzona szkapa z zaniedbanymi kopytami i brudną sierścią. Jeszcze najlepiej, jak by miała jakieś otarcia czy rany – wtedy zaraz Wam ślozy lecą z żalu, a niektórzy z Was łapią za siekiery i biegną odbierać „nieszczęśliwe zwierzę“ – temu strasznemu „rolnikowi“.

Tak naprawdę, to taka „bida“ – najczęściej jest zdrowsza, a bywa też, że i szczęśliwsza, od pękającego od tłuszczu, błyszczącego, zimnokrwistego ogiera, który poza dopuszczaniem klaczy – przez całe życie nieraz, tyle świata zobaczy, ile przez okienko boksu widać – o ile ów boks jest wystarczająco duży, by mógł się w nim obrócić i o ile nie jest przywiązany za mordę do bezokiennego zgoła żłobu…

To, że nie mamy jeszcze wśród koni epidemii cukrzycy – to tylko dlatego, że – na szczęście – zdecydowana większość z murowanych kandydatów na końskich cukrzyków – trafia na rzeźnicki hak około roku życia, więc wcześniej, nim się ich insulinoodporność zdąży ujawnić! I tak jednak – są chłopskie konie dość chorowite – i nie z głodu, ani nie z przepracowania zapadają na kolki, czy na ochwat – tylko właśnie: z przekarmienia i z przegrzania.

Taka jest więc skala porównawcza, taki nastąpił postęp. W roku 1860 mały, kościsty, krzywonogi, kwadratowogłowy chłopski mierzynek urodzony hen w stepie – słaniał się na nogach z głodu i przepracowania. W roku 2013 ogromny, okrągły, błyszczący od tłuszczu zimnokrwisty ogier – z trudem czasem podnosi swoje proste, doskonale złożone i harmonijnie, posuwiście i wydajnie pracujące nogi – bo ma nadwagę, jak za przeproszeniem, Amerykanin i bywa już – że i samego siebie nie zawsze jest w stanie dźwignąć…

No i co, Drodzy Aktywiści, proponujecie na taki stan rzeczy? Kampanię społeczną – jak ongiś przeciw przegrzewaniu niemowląt..? Obawiam się, że jednak dobrostan chłopskich koni to zbyt mało ważna sprawa, aby jakakolwiek telewizja zechciała udzielić takiej akcji swych łamów – a „Ncz!“ przecież hodowcy, którzy coś takiego mają „za uszami“ – i tak nie czytają.

To zresztą – nie jest moje zmartwienie, co wobec tego stanu rzeczy „zrobić“. Ja bowiem, nic zgoła robić nie zamierzam. Jeśli jakiś sąsiad mnie pyta – tłumaczę. W każdej chwili, każdemu mogę na żywym przykładzie zademonstrować, na czym prawidłowe utrzymanie koni polega.

Ale zbawiać cały świat, krucjaty jakieś toczyć, nawracać, nauczać – może jeszcze uciec się do groźnej potęgi gosudarstwa i lotne kontrole weterynaryjne nasyłać..? Uchowaj Panie Boże!

W takich sprawach obowiązują spiżowe prawa rozrostu biurokracji, sformułowane dawno temu przez Cyryla Parkinsona. Jeśli tylko powoła się nową strukturę biurokratyczną, lub da nowe kompetencje jakiejś wcześniej istniejącej – można być absolutnie pewnym, że będzie ona działała do skończenia świata i jeden dzień dłużej, ani na jotę nie odmieniając swojego modus operandi, a co najwyżej – puchnąc po drodze w personel, budynki i przywileje.

Innymi słowy: gdyby w roku pańskim 1860 powołany został Urząd ds. Włościańskiego Inwentarza, który zająłby się (przymusowym) dokarmianiem owych zabiedzonych, krzywonogich mierzynków, które jak pochód Śmierci ze średniowiecznych fresków, snuły się wtedy po naszej Umęczonej Ojczyźnie – to by ów Urząd z całą pewnością dokarmiał (przymusowo) chłopskie konie po dziś dzień.

Sądzicie może, że jeśli teraz powoła się Urząd ds. Dobrostanu Zwierząt Gospodarskich, żeby owies ze żłobów wysypywał i na świeże powietrze wypuszczał – to jakikolwiek zdrowy rozsądek, poczucie przyzwoitości i ludzki umiar kiedykolwiek powstrzyma tę akcję, gdy już nie będzie potrzebna..? Acha! Tak powstrzyma, jak nawadnianie Pinty w „Podróży trzynastej“ Iljona Tichego…

Oczywiście, doskonale zdaję sobie sprawę, że Was – aktywistów – nie przekonam. Tak samo jednak, jak niektórzy usiedzieć nie mogą na tyłku, tylko biegną na oślep ratować, wyzwalać, oswobadzać – ani pytając kogo, od czego i po co – tak mnie z kolei szlag jaśnisty trafia, gdy taką gorączkę widzę. I bardzo bym chętnie po łbie ciężkim moim kułakiem, od codziennego wyrzucania gnoju stwardniałym – przywalił.

Szkoda, że przez internet się nie da…

30 komentarzy:

  1. Dobrze pisze. A z tymi wołami w Galicji to prawda? Trudno sobie wyobrazić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda. Aczkolwiek, oczywiście, nie było to już wówczas zbyt częste - raczej trzeba się było natrudzić, żeby taki obrazek zobaczyć. Ale spotkałem ludzi, którzy to widzieli...

      Usuń
  2. Najgorzej to pisać PÓŁ prawdy. Czasami to gorsze od kłamstwa. Jak się prześledzi historię ludzkości, to jasnym jest jak słońce, że czasami potrzebni są aktywiści, a czasami spokojna ewolucja. Dzięki tym pierwszym podpalanie żywych zwierząt na planie filmowych nie jest już możliwe. No chyba że komuś zależy na skandalu. Bo kto by zmienił przekonaną o swoim "świętym prawie" do dysponowania swoimi zwierzętami osobę? Tak więc nie warto uogólniać, że aktywiści to samo zło...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A tak poza tym, to od takich spokojnych ludzi jak Ty oczekuję właśnie "przewodzenia" tym powolnym zmianom. Im więcej piszesz o tym, na czym się znasz, tym lepiej. I oszczędzisz pracy aktywistom. :)

      Usuń
    2. Aktywiści to JEST samo zło. Najgorsze jakie istnieje. A to dlatego, że chcąc dobrze od razu i bez czekania - nieustannie tylko zło czynią i mozolną pracę niewidocznych, a skromnych ludzkich mrówek ruinują.

      Stalin przecież niewątpliwie "chciał dobrze" kolektywizując. A udało mu się cofnąć poziom życia rosyjskich chłopów niżej (o wiele niżej!) średniowiecza. I zagłodzić na śmierć jakieś 10 milionów koni - innych zwierząt i ludzi już nie licząc...

      Usuń
    3. Innymi słowy, jak zwykle - zmyślasz.

      Usuń
    4. Kira, zarówno Stalin jak i Hitler (uwzględniając swoją pozycję) żyli bardzo skromnie, niemal ascetycznie. O ile lepiej by się żyło Sowietom jaki i Niemcom, Żydom, Cyganom czy Polakom, gdyby zamiast tego ci dwaj osobnicy oddawali się bezbożnej rozpuście adekwatnej do swych szanowanych stanowisk.

      Pod tym względem byli zatem... idealistami!

      Usuń
    5. Daimyo, porównywanie człowieka, który sprzeciwia się aktywnie ZŁU z człowiekiem, który czyni ZŁO... cóż, bezcenne. Sorry, ale na tym poziomie nie da się rozmawiać.

      Aha - ja jestem jak najbardziej skłonna do kompromisu czy nawet posłuszeństwa, jeśli ktoś poda mi SKUTECZNE metody polepszania doli zwierząt. I powstrzymywania ludzi od zadawania im niepotrzebnego cierpienia.

      Usuń
    6. PS. Ale skoro już zahaczyłeś o Holocaust - czy uważasz, że AKTYWNA pomoc Żydom była czymś głupim?

      Usuń
    7. Nie byłoby kwestii pomagania czy niepomagania Żydom, gdyby Hitler (i spora większość współczesnych mu Niemców) nie uznał, że świat bez Żydów - będzie lepszy. Więc to chęć naprawy świata była przyczyną Holocaustu, a nie jakieś abstrakcyjne "zło".

      A co, gdyby nie było ludzi myślących, że świat da się "naprawić"? Czy wówczas takie idee jak hitleryzm czy komunizm - w ogóle mogłyby powstać?

      Usuń
    8. Nie rozumiesz. Tylko dzieci mają prawo oczekiwać, że świat będzie taki, jaki one sobie wymarzyły. Że ktoś inny (drugi człowiek) będzie robić dokładnie to, czego one sobie życzą... W prawdziwym życiu jest tak, że istnieje taki Hitler i istnieją "antyhitlerowcy"; istnieje pan, który kopie pieska i istnieją ludzie, którzy kopią tego pana; istnieje lis i istnieje facet, który pali do niego z... z czego to się tam teraz wypala do takich zwierzaków? Sorry, ale tak już jest. Więcej o tym tutaj napisałam: http://istota-rzeczy-wg-kiry.blog.onet.pl/2012/11/26/dziecieciem-byc/

      A tak w ogóle to powtarzam: dla mnie liczy się SKUTECZNOŚĆ w osiągnięciu tego, co jest wg mnie moralne/mądre/słuszne. Jeśli wiesz, jak pomagać zwierzętom - podziel się tą wiedzą. Mniej pracy dla aktywistów...

      Usuń
    9. To Ty nic nie rozumiesz. Zarówno faszyzm, jak i komunizm to wcale nie były jakieś "akty woli", "projekcje mocy" tego czy owego pana. To były wybuchy zbiorowego entuzjazmu, zbiorowego wyznania wiary w to, że świat MOŻE być lepszy: tu i teraz, zaraz, natychmiast!

      Że każdy może mieć volkswagena, jeździć co roku na wakacje po autostradzie, itp. - wystarczy tylko pogonić Żydów/kułaków/kapitalistów (niepotrzebne skreślić).

      Tak więc, ogólnie, powtarzam: nie ma gorszego zła, niż wiara w to, że świat daje się ameliorować. Gdyby nie było wśród ludzi takiej wiary - to by nie było 90% zła w dziejach.

      Wystarczy zatem, aby ludzie NIE WIERZYLI, w utopię o możliwości "naprawy świata" - a już z tego, automatycznie - wyniknie znaczna owego świata poprawa!

      Usuń
    10. Ale jakby nie wierzyli w poprawę c z e g o k o l w i e k , to by też było do d...y. Mnie nie satysfakcjonuje ani durnowaty hurraoptymizm skutkujący wywracaniem rzeczywistości na "lewą" stronę, ani bierność, która kazałaby "porządnym" ludziom patrzeć beznamiętnie na mordowanie Żydów czy obdzieranie zwierząt żywcem ze skóry (był taki filmik). Jedno i drugie to katastrofa dla rozumu.

      Wiem jednak, że Ciebie nie przekonam. Po prostu pewne rzeczy Cię nie obchodzą.

      Usuń
  3. Przekarmianie jednym grzechem, a drugim (nad) uzycie ogiera, ktory po paru latach zaczyna strzelac slepakami. "Pogrubianie" jeszcze rozumiem, ostatecznie to jest towar eksportowy do Wloch.

    Niektorym ludziom po prostu nie przetlumaczysz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat "grubych" ogierów jest wciąż sporo - nie przepracowują się...

      Usuń
    2. No jak sie taki może przepracować, jak mu bebech przeszkadza...

      Usuń
  4. Patrząc od strony duchowej i ulotnej: ludzi(i zwierzęta) gubi nasza pycha i próżność. Pycha tych, co obiecują, że potrafią zrobić innym dobrze (z nimi samymi na czele) i próżność tych, co wierzą, że mało pracując osiągną dobrobyt. (Dodałabym tu jeszcze pazerność i politykę). Tym sposobem wszyscy wkręcają się w niewolę i wzajemne zależności. Dalej to już tylko walka o to, kto jet ważniejszy i ile potrafi narzucić innym. Dlaczego tak jest? Bo ludzie nie chcą ciężko pracować. Wybierają więc na rządzących tych, którzy więcej gruszek i jabłuszek obiecują. Nie zastanawiają się, czy obietnice są realne do spełnienia. Czy wybieraliby tych, którzy obiecywaliby ciężką pracę, a dopiero potem wymierne efekty? Nie. Efekty mają być osiągnięte już i jak najmniejszym wysiłkiem. Tak powstają armie wiedźm i wiedźminów, którzy wiedzą wszystko oprócz tego, że ludzie dbając o swoje żołądki zadbają także o swój dobytek, w tym zwierzęta.
    A aktywiści są jak rewolucjoniści, a od dawna wiadomo, że rewolucje burzą i powodują ogromne "przypadkowe" straty. Jak dziś pamiętam moją("czerwoną") polonistkę, która w dyskusji o rewolucji tłumaczyła, że przypadkowe ofiary są konieczne dla dobrostanu pozostałych (chyba też przypadkiem) przy życiu. Tfu.
    Kirze polecam ostatnie wpisy Rancza na Mazurach Garbatych - o starannej "pomocy" urzędników dbających o dobro zwierząt. Nie zapominajmy, że każdy kij ma dwa końce - czasami jest trzymany przez tego, kto dobroć przepisów zgarnia dla siebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Urzędników też nie lubię, ale jak ktoś wali mi teksty, że "to SAMO zło" (czy chodzi o urzędasów czy aktywistów), to już wiem, że nie z dorosłym, a z dzieckiem rozmawiam. Takie uogólnienia są dobre dla dzieci właśnie. Powtarzam zatem: potrzebne są i odgórne zakazy (w mniejszości, ale jednak) i oddolna zmiana (w większości).

      Usuń
    2. A co do rewolucyj - sorry, ale są one często winą obydwu stron, także tej atakowanej. Tu nie ma podziału dobro-zło. To jest łańcuch skutkowo-przyczynowy.

      Usuń
    3. Tak można sądzić tylko wtedy, gdy nie uważa się ładu i pokoju za wartość samą w sobie.

      Ja tymczasem bardzo cenię i ład i pokój - kompletnie za to nie wierzę w tzw. "zdrowy rozsądek". Po pierwsze - wcale nieprawda, że "prawda leży pośrodku". Prawda leży tam gdzie leży, a próby zajmowania stanowiska pośredniego i wyważonego bynajmniej nie dają gwarancji utrzymania się w jej (czyli prawdy) pobliżu!

      Po drugie - jest rzeczą niemożliwą do ustalenia raz na zawsze, CO KONKRETNIE jest potrzebne i pożyteczne, aby było "lepiej" (jakkolwiek owo "lepiej" definiujemy). Usiłowałem konkretny przykład tego problemu podać w tekście - co tu jeszcze dodawać?

      Po trzecie wreszcie - dorosłość nie na tym polega, że się próbuje zmieniać świat, tylko na tym, że się obrasta w ziemię, akcje, kapitały, konie, dzieci i domy - i godzi się ze światem, ciesząc się jego drobnymi urokami, a unikając, w miarę możliwości, stanów przykrych. To niedojrzali emocjonalnie psychopaci kostnieją na etapie dziecięcego buntu wobec prawideł życia...

      Usuń
    4. Ja, ja, ja... Nazywasz "prawidłami życia" swoje prywatne wizje. Tak się nie da rozmawiać.

      Usuń
    5. PS. Twoja autorska definicja dorosłości rozbawiła mnie. Ale nie jest to przyjemne rozbawienie. Cóż, w przyrodzie jest miejsce dla glonów, niesporczaków, minóg, ryjówek, czapli, Terlikowskiego... Jest i miejsce dla takich jak Ty oraz takich jak ja. Ja się z tym godzę. Co nie znaczy, że nie będę robić "swojego". (Bo na tym polega DOROSŁOŚĆ, że się "robi swoje" - jakikolwiek wpływ by to "swoje" nie miało na innych ludzi. Czyli - DZIAŁA SIĘ.)

      Usuń
    6. Jesteś zwolenniczką romantycznej (i bardzo szkodliwej) utopii: Ideologii Czynu (por. http://boskawola.blogspot.com/2010/07/ideologia-czynu.html).

      Usuń
  5. Kapitalny artykuł koniarski - bardzo mi się podoba. Aż sobie go wkleję do notatnika by móc sobie jeszcze kilka razy go przeczytać :) Bardzo ciekawy :)

    A wiesz coś o Boski o polskich szkołach kawaleryjskich z okresu międzywojennego? Podobno świetne i na wysokim poziomie były - czołówka światowa... Podobno najlepsi trenerzy wyemigrowali po II wojnie światowej do Ameryki Południowej i tam pozakładali renomowane szkoły jazdy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoła była jedna: Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu. Rzeczywiście na światowym poziomie - medale olimpijskie są tego dowodem. A jej instruktorzy nie tylko do Ameryki Południowej po wojnie trafili. Ale to bardzo długa i bardzo skomplikowana historia...

      Usuń
  6. Czytałam kiedyś gdzieś o tym, nie bardzo pamiętam gdzie :) Być może w podręczniku o hodowli koni.

    OdpowiedzUsuń
  7. Szkoda, że taka fachowa kadra opuściła Polskę po II wojnie światowej, ale wiem, że za komuny mieli tu przechlapane, więc nie mieli wyjścia.

    OdpowiedzUsuń
  8. Miał być tego lata wychowanek jednej z takich szkół południowoamerykańskich na moim rancho, szkoda, że nie dotarł. Na pewno by mi fachowo ujeździł konie i zamiast chodzić z buta, bym jeździła do miasteczka konno :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Jacku, wiesz może jak jest szacowana cena konia rzeźnego? No bo jeśli tylko od wagi, to przekarmianie zdaje się być racjonalne...

    Inna sprawa, że u ludzi do maksymalnego wzrostu mięśni potrzebna jest dieta posiadająca nadmiar kalorii, która oprócz wzrostu mięśni doprowadzi również do zyskania nieco tłuszczu. Czy czasami u koni nie jest tak samo?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ta cena zależy od wagi. Tyle tylko, iż:
      1) Gdyby chodziło tylko o wagę, tj. gdyby to była działalność racjonalna, to by się ograniczała tylko do koni przeznaczonych na ubój - bo jasnym jest, że pozostałym nadwaga szkodzi, dokładnie tak samo jak ludziom. Ale się nie ogranicza!
      2) Nie znam wyników żadnych autorytatywnych badań w tym zakresie - powstaje bowiem pytanie, czy aby na pewno najlepszym sposobem zapewnienia owego nadmiaru kalorii jest sypanie koniom przede wszystkim tzw. "paszy treściwej", czyli głównie ziarna - co jest zarazem najbardziej ryzykowne jak chodzi o względy zdrowotne..?

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...