czwartek, 13 grudnia 2012

O „postępie“ i „wolności“ raz jeszcze

Przyznam się Państwu na wstępie, że na stronę „Najwyższego Czasu!“ zaglądam zwykle raz w tygodniu, około środy, kierując się miłością własną – aby sprawdzić, czy Szanowna Redakcja doceniła któryś z tekstów posłanych jej w ciągu minionego tygodnia. Tym razem tak się stało, co – jak zwykle – poprawiło mi humor na cały dzień (uczenie rzec by można, że realizuję w ten sposób potrzebę uczestnictwa w kulturze: niby piszę też bloga, ale to jest łatwe – za łatwe – więc z takiej publikacji papierowej satysfakcja dużo większa…).

Komentarzy pod tekstami publikowanymi na tym portalu staram się na ogół nie czytać – niewiele się różnią poziomem od Onetowych. Coś mnie jednak podkusiło i kliknąłem na – świetny skądinąd – materiał p. Adama Wielomskiego, z którym zasadniczo częściej się zgadzam niż nie zgadzam. Znalazłem pod nim typowo libertariańskie duby smalone  czyli akty strzeliste ku czci Świętej Wolności. Coś w stylu p. Wozińskiego, z którym z kolei zdecydowanie częściej się nie zgadzam niż zgadzam.

Libertarianizm to zło wcielone o tyle, że jest taką samą konstruktywistyczną utopią, jak socjalizm, humanitaryzm, modernizm i cała masa innych „izmów“, tym się charakteryzujących, że są to pomysły na uszczęśliwienie ludzkości,  a przynajmniej znacznej jej części, najpierw wymyślone w głowie jakiegoś filozofa, a potem, niezależnie od oporu bezdusznej materii – wcielane w życie przy pomocy sądów doraźnych, plutonów egzekucyjnych i kancłagrów. No – w ogólnym zarysie oczywiście.

Wiem, że libertarianie odcinają się od takich metod, przypisując je swojemu wyobrażeniu Dyabła, czyli państwu. Co jednak zrobią gdy okaże się – a przecież okaże się nieuchronnie – że ogromna większość ludności wcale nie chce żyć w bezpaństwowym raju – i, jeśli tylko usunąć państwo, owa ludność momentalnie „zagłosuje nogami“, szukając opieki i bezpieczeństwa u lokalnych watażków?

Mniejsza z tym może – do praktycznej realizacji tego eksperymentu owszem, może dojść – ale nie dlatego, że gdzieś zwycięży „idea libertariańska“, bo to najoczywiściej niemożliwe (idea wolności, jak to wiele razy pisałem, jest wstrętną i przerażającą dla przeciętnego człowieka – w przeciwieństwie do konkretu pełnej michy i jasnej oraz trwałej hierarchii społecznej, dającej mu czysto zwierzęce poczucie bezpieczeństwa: gdyby bowiem – co jest sprzecznością samą w sobie – wymusić jakoś stan anarchii, w którym żadnej hierarchii i żadnej władzy by nie było – to się od tego momentalnie znakomita większość populacji pochoruje ze strachu – dokładnie tak, jak to się działo z moimi końmi w zeszłym roku, gdy na skutek pojawienia się nie uznających hierarchii stadnej, pensjonatowych wałachów, rozpadła się struktura przywództwa na padoku – kosztowało mnie to życie naszej starej alfy…), tylko dlatego, że państwo może się czasem rozpaść – jak w Somalii.

Najmniejszego sensu nie ma spór o to, czy „natura ludzka“ jest dobra czy zła – czy to z niej wynika istnienie gwałtu i niesprawiedliwości, czy też gwałt i niesprawiedliwość wprowadzają na ten łez padół instytucje (czyli kutura: jest to zresztą, dla każdego konstruktywisty typowa aporia: bo jeśli natura jest dobra, a kultura zła – to jakimże cudem z dobrej natury wynikła zła kultura..?). Natura ludzka jest bowiem, jak sama nazwa wskazuje – naturalna. Natura zaś nie podlega ocenom w kategoriach „dobra“ i „zła“. Czy kot zabijający mysz postępuje „dobrze“ czy „źle“?

Spór o moralny charakter natury ludzkiej wynika najpierw z pewnego problemu poznawczego. Takiego mianowicie, że „człowieka w stanie czystej natury“ zaobserwować niepodobna – zawsze będzie to człowiek „jakoś kulturalny“ (z czego wynika, skądinąd, że kultura jest naturą człowieka – i tym sposobem cały problem zjada własny ogon…), a że do sfery kultury należy także moralność, to siłą rzeczy, nie sposób pojmować postępowania jakiegokolwiek konkretnego człowieka w całkowitej izolacji od jego moralnej kwalifikacji.

W drugiej kolejności zaś – z żywionego także przez większoś ateistów, a najzupełniej metafizycznego przekonania, że człowiek różni się jakościowo od innych zwierząt. W tym przekonaniu jako takim, nie ma niczego złego. Konie też odczuwają solidarność z innymi końmi, a niekoniecznie – z sarnami czy z przepiórkami (choć bywa, oczywiście, że przyjaźnią się zwierzęta różnych gatunków – zwłaszcza, gdy na skutek izolacji od stada własnogatunkowego, nie mają innego wyjścia). Ba! I wśród koni da się zauważyć pierwociny „nacjonalizmu“, czy wręcz „rasizmu“! Konie doskonale odróżniają który koń jest „swój“, tj. należy do tego samego stada, a który jest „obcy“ – i nie jest wcale tak łatwo wkupić się obcemu w łaski zasiedziałych gospodarzy. Kiedy zaś nasze achałtekinki stały pensjonatem w Stadninie Koni Krasne, wśród folblutów – trzymały się razem, zdecydowanie dystansując się od „obcorasowej“ większości: mimo, że zawoziliśmy je tam w różnym czasie i nie znały się, nim się spotkały po raz pierwszy w Krasnem właśnie!

Tak więc, „gatunkowizm“, jak to kiedyś określił nasz przyjaciel Wojtek, to zjawisko naturalne – i nie ma najmniejszego powodu wstydzić się tego, że zabijanie ludzi budzi w nas większe emocje niż zabijanie koni i konie zjadamy, a ludzi – niekoniecznie.

Tym niemniej, z tego właśnie faktu, że tak samo solidarność wewnątrzgatunkową manifestują ludzie, konie, psy czy koty – wynika też i to, że nie ma między ludźmi a końmi, psami czy kotami – jakichś jakościowych różnic. Zachowujemy się, ogólnie rzecz biorąc, tak samo jak wszystkie inne zwierzęta (z dokładnością do naturalnych różnic między roślinożercami a drapieżnikami, zwierzętami stadnymi a samotnikami, itp., itd.) – tylko jesteśmy nieporównanie potężniejsi dzięki uniwersalizmowi języków, którymi się posługujemy i sprawności naszych mózgów.

Libertarianizm dlatego jest złem wcielonym, że ignoruje stadny charakter człowieka. Dla prawidłowego funkcjonowania, przeciętny człowiek potrzebuje przywódcy, który będzie mu mówił, co jest dobre, a o złe. Brak takiego przywódcy powoduje silny dyskomfort psychiczny.

Widzimy to nawet współcześnie! Jest bowiem niemiłościwie nam panujące gosudarstwo wprawdzie wścibskie, upierdliwe, kosztowne i rozrzutne – ale, gdzieś tak od I wojny światowej – ulega modzie na egalitaryzm. Dawniej (to szło falami, więc były takie miejsca na świecie, gdzie skończyło się to ledwo co…) hierarchia społeczna była widoczna na każdym kroku. „Warstwy oświecone“, które pewnie i z przekonaniem dzierżyły władzę od samego dołu, aż po samą górę ludzkiego stada, odróżniały się od „prostego ludu“ ubiorem, mową i zachowaniem. Prosty lud, napotykając na ulicy dżentelmena w surducie i kapeluszu – zdejmował czapki i schodził z chodnika, gnąc się w ukłonach. Zupełnie nie wiem dlaczego są ludzie, którzy widzą w tym jakieś poniżenie czy gwałt? Tym przecież sposobem właśnie ów „prosty lud“ upewniał się codziennie, że może pracować, cierpieć i umierać w spokoju, bo losy świata są w dobrych rękach – dyskomfort, to mógł odczuwać właśnie ów dżentelmen. Jeśli bowiem zapuścił się na robotnicze przedmieście, mógł być pewien, że każdy jego krok będzie śledzony i nie uda mu się wtopić w tłum. Nawet, gdyby na surdut zarzucił robotniczą kapotę, a cylinder zastąpił filcowym kaszkietem – zdradzi go krok, wyprostowana postawa, maniery i mowa – musiałby być naprawdę dobrym aktorem, aby przemknąć się niezauważonym. Jakiekolwiek zatem żądze czy interesy przywodziły go do dzielnic nędzy i występku – musiał się hamować, jeśli nie ze wstydu, to chociażby dlatego, że zbyt by ułatwiał pracę najtępszym nawet policjantom, „ogon“ ciekawskich spojrzeń za sobą ciągnąc!

 Kubie Rozpruwaczowi jednak się udało...

Współcześnie tylko twarz (czy… inna część ciała?), znana z telewizji, może zdradzić na ulicy polityka czy innego „celebrytę“ – bo ani ubiorem, ani zachowaniem, ani mową, nic a nic nie różni się on od pospolitej tłuszczy. Czy ma zatem motywację, aby różnić się od niej na plus moralnością? Widzimy przecież dowodnie, jak świat polityczno – finansowej elity swobodnie przeplata się z elitą przestępczego półświatka – tak, że często nie sposób odróżnić jednych od drugich: to jest skutek właśnie owego egalitarnego szaleństwa.

Innym skutkiem tej samej mody jest podatność współczesnych ludzi na manipulacje demagogów, masowe histerie, szał na tle idoli popkultury. Nie chodzi nawet o to, że w dawnym, uładzonym i hierarchicznym społeczeństwie, tacy parweniusze jak Mussolini czy Hitler nigdy nie zrobiliby kariery (to nie jest takie oczywiste – rzadko w dziejach trafiała się elita tak hermetyczna, by nie dokoptować prawdziwego charyzmatyka!). Trudno jednak sobie wyobrazić, aby byli w stanie wyzwolić tak szaleńczy fanatyzm, gdyby „energia psychiczna“ tłumów podzielona była między szacunek i uwielbienie dla całego szeregu „ciał pośrednich“, od majstra w warsztacie czy ekonoma w folwarku zaczynając, a na cesarzu kończąc. Żeby mogły zaistnieć takie fenomeny jak Mussolini czy Hitler – musiał najpierw upaść autorytet owych „ciał pośrednich“, tłumy musiały utracić szacunek dla swoich majstrów, ekonomów, sierżantów i policmajstrów (to, że ani Mussolini, ani Hitler, nie usunęli dotychczasowych majstrów, ekonomów, sierżantów, itd., tylko dali im nową legitymizację i nową władzę – to inna sprawa: jednak ta nowa legitymizacja wynikała już nie z nabożnego lęku i drżenia przed urzędem i dzierżącą je, oświeconą osobą – tylko z woli Wodza. Mógł też Wódz dowolnie każdego ze swoich sług uśmiercić, pozbawić władzy lub awansować – tym się właśnie różni nowoczesna Tyrania Doskonała od starej, znanej w Europie co najmniej od czasów Oświecenia biurokracji…).

Brak „autorytetu naturalnego“ sprawia, że ludzie, którym taki autorytet jest dla psychicznego komfortu niezbędny – szukają go sobie pokątnie. Co bywa groźne i dla nich samych i dla społecznego pokoju. Usunięcie niemiłościwie nam panującego gosudarstwa – nic pod tym względem nie zmieni. Libertarianizm jest zatem utopią w powiciu daremną – szczęścia, które obiecuje, nie sposób ziścić, bo nie szczęściem, a nieszczęściem właśnie będzie dla ogromnej większości!

Oczywiście, jak zawsze – doskonale wiem, że nikogo nie przekonam. Zakuci libertarianie, co im się osobiście chwali, odczuwają głęboką potrzebę wolności – i nie są w stanie uwierzyć, że inni ludzie jej nie czują, a nawet, że ta ich wyśniona wolność, innym wydaje się na ogół straszna. Argument, który zwykle w takich sytuacjach podnoszą, jest jednak próżny, bo obosieczny. Skąd ja wiem, że ludzie boją się wolności? Z dziejów powszechnych. Czy nie jest to tylko moje złudzenie, wynikłe z faktu, że od prawieków gosudarstwa na całym świecie sprytną manipulacją wmawiają ludziom owo mentalne niewolnictwo? Być może, ale tak monstrualny spisek jest jednak mało prawdopodobny – bardziej prawdopodobnym jest jednak, że się nie mylę – a jeśli nawet: to skąd Wy wiecie, że ludzie CHCĄ wolności? Po sobie sądzicie, nieprawdaż..? A jakiż to argument..?

Że wolność przynosi na ogół błogosławione skutki? Z tym się w zupełności zgadzam. Problem w tym, że najpierw trzeba ludzi do niej przymusić, bo dobrowolnie wolni być nie chcą.

Wolność, czyli kapitalizm, dały nam niespotykany w dziejach dobrobyt. To oczywista oczywistość. Pisałem niedawno, jak kapitalizm na wsi polepszył byt chłopów i chłopskich zwierząt. Zauważcie jednak, że nim tak się stało, chłopi wcale żadnej wolności nie pragnęli! Chłopi buntowali się, gdy panowie zabierali im ziemię pod hodowlę owiec lub pod nowe, folwarczne pola – gdy inni panowie zwiększali im ciężar pańszczyzny czy czynszów – ale konia z rzędem temu, kto znajdzie przykład buntu chłopskiego wymierzonego w samą zasadę dawnego ustroju, w to, że są panowie i chłopi i że chłopi oddają panom część swojej pracy lub plonów, w zamian za co panowie mówią im co jest dobre, a co złe, a w razie potrzeby – ratują od głodu? No, może rabacja – ale to wymagało trzech pokoleń austriackiej propagandy „dobrego cesarza“ i ręcznego sterowania stosunkami na wsi tak, aby maksymalizować konflikty między „polską szlachtą“ a „ojstriackimi chłopami“.

Nikt się nie pytał chłopów, czy chcą gospodarować na własny rachunek, ponosząc pełne ryzyko głodowej śmierci w razie niepowodzenia – bo gdyby zadano im tak sformułowane pytanie, niewielu pewnie by na to poszło. Uwłaszczenie przeprowadzono, bo opłacało się władzy – bo można było dzięki zmianie sposobu gospodarowania uzyskać więcej podatków i więcej rekruta. Uwłaszczenie przeprowadzono dopiero wtedy, gdy wypróbowano i udowodniono, że działają nowe techniki uprawy roli, pozwalające znacznie zwiększyć pewność uzyskiwania plonów – że zatem, jest możliwe samowystarczalne gospodarstwo chłopskie, a folwarki już nie potrzebują aż tyle aż tak mało wydajnej siły roboczej, a mają z czego opłacić lepszą.

Uwolnieni chłopi, ledwo stanęli na własnych nogach i poczuli całą radość i cały ból samodzielnego gospodarowania, a już zorganizowali się i utworzyli PSL. Mam kontynuować..?

To tyle w przedmiocie tzw. „wolności gospodarczej“ (choć nie lubię tego określenia – stwarza to złudne zupełnie wyobrażenie, że można rozdzielić „gospodarkę“ od „obyczajów“ – a to przecież najoczywiściej nieprawda!). Czy jednak „wolność obyczajowa“ ma się pod jakimkolwiek względem lepiej?

Przemiany, o których tak zajmująco pisze nasz przyjaciel Wojtek, odkąd się przebranżowił – są oczywiście korzystne dla ludzkich „samoców alfa“: bo mogą mieć teraz nieograniczoną liczbę samic. Niby zawsze mogli – ale dawna kultura narzucała im tu liczne ograniczenia. Nie tylko dlatego, że poznając coraz to nowe panie, zwykle pozostawiali im tego poznania pamiątki (a panująca kultura stygmatyzowała „panny z dzieckiem“, więc chcąc nie chcąc, nie mogąc poślubić wszystkich, musieli im wynajdować jakichś „samców beta“ na mężów…). Pojęcia „hańby“ i „cnoty“, konwenanse towarzyskie, bariery obyczajowe między klasami – wszystko to sprawiało, że sumarycznie, znacznie więcej mężczyzn mogło współżyć i siłą rzeczy, czasem nawet zapładniać kobiety, niż jest to możliwe współcześnie, tj. odkąd kobiety mają pełną kontrolę nad tym, kogo wpuszczają do swojej łożnicy. Nawet, jeśli w efekcie przeciętny „samiec beta“ wychowywał też jedno lub kilka nie swoich dzieci – przecież, nie ginęły i jego geny.

Jeśli dobrze rozumiem to, o czym pisze Wojtek, konsumpcyjne społeczeństwa Zachodu zmierzają do sytuacji, w której trwałe związki z kobietami budować będą tylko nieliczni „samcy alfa“ – cała reszta zaś, będzie się zadowalać albo profesjonalistkami, albo przygodnymi tylko kontaktami. Skoro bowiem pomoc społeczna uwalnia kobiety od troski o zapewnienie materialnego komfortu sobie samej i ewentualnemu potomstwu – dlaczego miałyby się wiązać z „gorszymi“ mężczyznami, którzy nie potrafią dać im seksualnej satysfakcji?

Jest to dość nowa sytuacja dla naszego gatunku: tak bodaj nigdy nie było, nawet w paleolitycznej hordzie – bo nigdy, najbardziej nawet dominujący szef hordy, nie był w stanie sam wykarmić wszystkich kobiet i ich potomstwa. Musiał się zatem nimi dzielić, żeby pozostali mężczyźni też mieli motywację do tropienia i ubijania mamutów, budowy szałasów, zbierania gałęzi na opał czy łupania krzemienia.

Rozumiem, że jest to nowa wolność – dla kobiet (które już nie muszą się troszczyć o samopoczucie jakiegoś nieudanicznika, potrzebnego tylko po to, aby tę marną pensję do domu przyniósł…) i dla dominujących samców. Co w sumie, rzeczywiście, daje dużą większość. Byłżeby to zatem wyjątek od reguły – a przykład na to, że „postęp społeczny“ rzeczywiście daje wyzwolenie i szczęście powszechne? Pożyjemy – zobaczymy. Jest to jednak przykład na nierozdzielność „wolności obyczajowej“ od „gospodarczej“. W tym przypadku: ta pierwsza możliwa jest na taką skalę tylko dzięki temu, że nie ma tej drugiej. Bo przecież, cóż by się stało, gdyby tak nagle – pomocy społecznej zabrakło..? A zauważmy, że jeśli kobieta samotnie wychowuje córkę – to przecież nie uczy jej ani subtelnej sztuki manipulowania nieudacznikiem przynoszącym pensję, ani, nie mniej subtelnej sztuki dopasowywania się do jego gustów i poglądów. Jej córka zatem, już tego umieć nie będzie – i jeśli pomocy społecznej zabraknie, a nie znajdzie się żaden „alfa“, który by ją sobie chciał wziąć – to co wtedy..? Są zatem takie kobiety zakładniczkami niemiłościwie nam panującego gosudarstwa. Z pewnością nie poprą libertariańskiego przewrotu!


Rozumiem, że tak samo jak hańbiącym wydaje się sporej części z Państwa czapkowanie i schodzenie z drogi jaśnie panu w surducie – tak też okrutną niewolą było dzielenie łoża i stołu z nieudacznikiem przynoszącym marną pensję? Jedno i drugie zastąpiła bezosobowa tyrania gosudarstwa. Na dobre, czy na złe – nie wiem. Wiem jedno: wolność absolutna, a więc stan w którym nie ma ani asymetrycznych, bo opartych na dominacji i podporządkowaniu więzów osobistych (jakie dominowały przez większość dziejów powszechnych – i jakie wydają się, sądząc po naszych małpich krewnych chociażby, najbardziej naturalne dla ludzkiego gatunku), ani owej bezosobowej tyranii gosudarstwa – jest niemożliwy. Ziszczona wolność libertariańska, zakładając na chwilę, że dałoby się ludzi przemocą lub podstępem przywieść do takiego wyboru – to by przecież był natychmiastowy niemal powrót i do widomych różnic między zaradnym a niezaradnym – i do garów, których napełnienie tylko od marnej pensyjki nieudacznika zależy…

15 komentarzy:

  1. Ponownie masz rację Jacku. Kobiety wybierają państwo opiekuńcze..."Young Latinas and African Americans were President Obama’s biggest supporters among voters between 18 and 29 years old, according to an analysis released Wednesday of national exit poll data.

    Black women gave Obama the most support, with 98 percent saying they voted for him. The next group that was most supportive of Obama among young voters were Latinas, with 82 percent voting for the president, according to the Center for Information and Research on Civic Learning and Engagement (CIRCLE), a youth research organization at Tufts University.

    Nearly 60 percent felt positive and hopeful about Obama, nearly twice as much as young voters in general.

    “In general, young women of color felt that President Obama had only inherited economic problems from the previous administration (2 percent blamed Obama for the economic problems) and has been steadily improving the situation,” said a report on the analysis.

    Male minority voters were considerably less enthusiastic, with about 32 percent describing themselves as such. Still, nearly 90 percent of them favored Obama over GOP challenger Mitt Romney, compared with 57 percent of all voters and 35 percent of non-Hispanic white males who cast their ballots."

    http://latino.foxnews.com/latino/politics/2012/11/14/latina-and-black-women-were-most-supportive-obama-among-young-voters-report/#ixzz2ExGI7Zfa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I jeszcze:

      "According to exit polling, Obama took 68 percent to 30 percent of the single female vote, while Romney took 53 percent of the married female vote to Obama's 46 percent among that demographic. It's unclear how high turnout was for those two groups this year.

      In 2008, Obama also led with unmarried women, bringing in 70 percent of their vote to Sen. John McCain's (R-Ariz.) 29 percent, according to an analysis by Women's Voices Women Vote, a progressive organization created to boost turnout among single women. "

      http://thehill.com/blogs/ballot-box/presidential-races/272589-cutter-explains-gap-in-support-among-married-single-women

      Oczywiście nie ma zbyt dużej różnicy w programie jednych i drugich, jest natomiast w percepcji (Obama - socjalemokrata, Romney, "wolnościowiec" i "konserwatysta")

      Usuń
    2. Znajoma z "dawnego życia", pani Anna Janda zawsze powtarzała, że "socjalizm wychował silne kobiety i zniewieściałych mężczyzn". Widać jest to prawidło uniwersalne...

      Usuń
  2. "[...] których napełnienie tylko od marnej pensyjki nieudacznika zależy..."

    Niekoniecznie. Nawet gdyby kobiety zostały pozbawione pomocy społecznej, to myślę, że w i ę k s z o ś ć nie chciałaby wrócić do modelu "on - praca, ona - dom". A już na pewno olałyby rodzenie dzieci, gdyby nie miały na nie pieniędzy. Własnych pieniędzy. Tak mi się przynajmniej wydaje. Zauważ, że nigdy jeszcze w dziejach ludzkości nie uciekano tak bardzo, na tak masową skalę, od posiadania potomstwa. To rzecz bez precedensu. Tym samym kobiety nie są (i nie będą) już tak uzależnione od mężczyzn.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet jeśli istnieje związek między statusem materialnym a dzietnością, to wydaje się on być odwrotny: im wyższy status materialny - tym dzieci mniej. Nie z biedy chyba..?

      Zaś z całą pewnością zbiór kobiet korzystających z pomocy społecznej i zbiór kobiet ograniczających swoją płodność z uwagi na karierę zawodową - to są zbiory rozłączne i nie jest możliwym, aby między nimi następowały jakieś przejścia!

      Usuń
    2. Tych pierwszych jest garstka (jak na całe społeczeństwo). A i nasza pomoc socjalna zbyt dobrą nie jest. Właściwie to można czasem stracić dzieci, niźli zyskać zasiłek.

      Usuń
    3. Nie jesteśmy centrum naszej cywilizacji. Ale to akurat, w kontekście możliwych zagrożeń, tylko dobrze: ewentualny kryzys mniej nam zaszkodzi.

      Usuń
    4. W UK jesli kobieta urodzi dziecko co (jakos) 5 lat, to ma zapewniona w miare egzystencje. Na poziomie robotnika niewykwalifikowanego pracujacego okolo 40h tygodniowo...

      Usuń
  3. Witam,

    Dzietnosc jest obecnie najwieksza w skrajnych fragmentach dzwonu krzywej Gaussa.
    Najwiecej dzieci jest u najuboższych i najbogatszych.
    System nie stwarza ani zachęt ani specjalnych możliwości dla całej średniej warstwy na posiadanie dzieci, czy aby zachować ciągłość reprodukcykna wiecej niż jednego dziecka. Polska zajmuje 209 miejsce na 220 krajów w dzietnosci. Zaburza to zarówno naturalny jak i kulturowy imperatyw do przekazanie genów/memow.

    Pozdrawiam
    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tyle, że biorąc pod uwagę mikrą liczebność "najbogatszych", ich zachowania reprodukcyjne po prostu nie mają znaczenia dla populacji.

      System NIE MOŻE zachęcać do prokreacji. Trzeba by w tym celu zdjąć z "klasy średniej" ciężar utrzymania gosudarstwa i niepracującego proletariatu - a to przecież niemożliwe.

      Usuń
    2. Jacku,

      Oczywiście, że może. Najprościej za pomocą ekonomicznych, podatkowych czy logistycznych bodźców. Dziś ludzie rozwodzą się tak jak z PRL-u. Wtedy by mieć dwa mieszkania, dziś by rozliczać się jako oboje rodzice samotnie wychowujący dzieci + ułatwienia żłobkowo-przedszkolne.

      W długofalowej perspektywie jest to jak najbardziej dla systemu opłacalne.

      Koszty społeczne sprowadzania za 20-30 lat imigrantów będą dużo wyższe.

      Pozdrawiam
      Mark0wy

      Usuń
    3. Dlaczego ktokolwiek miałby przejmować się perspektywą 20 czy 30 lat, skoro z całą pewnością żaden z aktualnie rządzących polityków w takiej perspektywie czasowej już rządzić nie będzie?

      Dlaczego ktokolwiek miałby się bać sprowadzania imigrantów, skoro w tej chwili problemem jest nadmiar chętnych do pracy, a nie ich brak?

      Jak wreszcie - z czysto księgowego punktu widzenia - miałyby się zbilansować owe bodźce "ekonomiczne, podatkowe i logistyczne", skoro tak czy inaczej, musi za to płacić najliczniejsza grupa podatników, bo tylko w taki sposób, da się uzbierać dość środków?

      Jeszcze rozumiałbym, gdyby tej grupie podatników ulżyć ciężar utrzymania gosudarstwa i pasożytniczego proletariatu - wtedy, siłą rzeczy, miałaby więcej środków i część z nich mogłaby przeznaczyć na zwiększenie swojej płodności. Ale tego nie da się pogodzić z jednoczesnym utrzymaniem obecnego socjalu i obecnego rozmiaru budżetu - a co dopiero, z perspektywą jego zwiększenia o dodatkowe "bodźce"..?

      Owszem, podobno Francuzom się to udało. Czy jednak wiemy aby na pewno, jak się ten ich przyrost naturalny rozkłada na "tuziemców" i "nowych Francuzów"? Bo zdaje się, takich badań robić NIE WYPADA, a może nawet - nie wolno?

      Przyznam, że cały "problem demograficzny" uważam za wydumany. No i co z tego, że Polaków ubywa? Teraz ubywa, to za 20 lat będzie przybywać. Normalnie. Jak to w życiu. Dziś zwalniają - jutro będą przyjmować...

      Są tacy ludzie, którzy będą się rozmnażać ze względu na wartości, a nie ze względu na finanse. Najwyraźniej pozostali muszą wymrzeć, aby homeostat wrócił do równowagi.

      Usuń
    4. Takie badania się oczywiście robi, przyrost naturalny jest wyższy wśród imigrantów, ale nawet jeśli się ich wyłączy, to wśród rdzennych Francuzów dzietność zapewnia zastępowalność pokoleń - jedyny taki kraj rozwinięty na świecie. Zawdzięczają to świetnemu systemowi dostępnych żłóbków i przedszkoli, które umożliwiają utrzymywanie aktywności zawodowej matkom.

      Usuń
  4. Witam,

    Na wszystkie pytania odpowiedź brzmi: bo powinni dbać o swoich następców. Zakładając, że dzieci utrzymają pozycję rodziców. Elita musi mieć kim rządzić by być elitą. Demografia zawsze przekłada się na "power".

    Na Węgrzech takoż się udało.

    Pozdrawiam
    Mark0wy

    P.S. Zgadzam się, że w obecnej polityce nawet 5 lat to nieskończoność - niestety.

    M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Musieliby jeszcze mieć nadzieję, że ich dzieci odziedziczą po nich pozycję - widać jej nie mają..?

      Przy tym: naprawdę - a cóż jest złego w tym, że Polaków będzie mniej? I że dzieci nie mają tacy, którzy przedkładają plazmy, mieszkania i samochody nad radość z potomstwa? Od tego jakość narodu może się tylko poprawić! A opowieści o tym, że wymrzemy - to strachy na Lachy. Najbliższy sąsiad ma czwórkę. Normę za siebie i za mnie już wyrobił - a młody jeszcze, ostatniego słowa na pewno nie powiedział!

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...