poniedziałek, 24 grudnia 2012

Błąd poznawczy

Historia nie jest tylko nudnym powtarzaniem oklepanych formułek o jakichś dawno umarłych i słusznie zapomnianych królach czy filozofach. Jest to, dla człowieka myślącego, najpotrzebniejsza z nauk - bo tylko poprzez odniesienie się do tego, jak ludzie myśleli i działali kiedyś, zrozumieć można samego siebie tu i teraz.

Wielce pod tym względem instruktywne są błędy historyków! Jak to zwykle w Wigilię (i w Wielką Sobotę), zrobiłem porządek na regale z książkami - zdjąłem wszystko po kolei, wycierając kurze i mysie bobki, a potem ułożyłem z powrotem. Przy tej okazji wyjąłem sobie lekturę - dwa pierwsze tomy “Historii życia prywatnego” mnogich autorów. I nawet zacząłem czytać początek tomu I “Od Cesarstwa Rzymskiego do roku tysięcznego”, czyli esej Paula Veyne “Cesarstwo Rzymskie”. Jest to lektura ponowna, ale przyznam, że fakt, iż czytałem to już jakieś 2 czy 3 lata temu, przypominam sobie dopiero w trakcie - znakiem tego, dobrze zrobiłem, bo widać mi się nie utrwaliło...



Monsieur Veyne jest historykiem pracowitym i uczciwym. Temat, którego się podjął - problem mentalności Rzymian - przebadał wszechstronnie. Skutkiem czego, nieustannie się dziwi. A to odkryciu, że miłość małżeńska jako zjawisko kulturowe odzwierciedlane przez literaturę, moralistykę i sztuki plastyczne, pojawiła się między początkiem I w p.ne., a końcem I w n.e. (z czego oczywiście wcale nie wynika, że wcześniej nie było ani miłości, ani małżeństw - ani, że od tej pory były już tylko małżeństwa z miłości!). A to faktowi (niezaprzeczalnemu!), że rzymska edukacja “klas oświeconych” unikała jak ognia uczenia ich czegokolwiek, co by choć przypominało jakąś umiejętność praktyczną i użyteczną. A to temu, że istniało wówczas wiele różnych relacji międzyludzkich o charakterze rodzinnym lub quasi - rodzinnym - jednym z nich był stosunek pana do niewolników i niewolników do pana.



Dziwi się, że niewolnicy na ogół kochali swoich panów (chyba, że - jak to w miłości bywa - poczuli się rozczarowani, bo wówczas zaczynali ich nienawidzieć...) - i że nikt tak naprawdę, w całej starożytności, nie wpadł w ogóle na pomysł, że złe może być “niewolnictwo jako takie”, a nie - zły pan, czy nieużyteczny niewolnik... Dziwi się też, jak to możliwe, że całe to Imperium było tak naprawdę jedną wielką gangsterką, w ramach której każdy, kto trzymał się władzy, od prostego posterunkowego czy szeregowego legionisty zaczynając, a na samym princypesie kończąc - łupił tak poddanych, jak i własnych podwładnych jak mógł i umiał, a o karierze decydowała wyłącznie protekcja i “układy”.



Pozostawiając może kwestię małżeństw i miłości, a takoż i edukacji na inną okazję, do sprawy niewolnictwa i do sprawy - nazwijmy to umownie - “uczciwości władzy” mam takie oto podstawowe zastrzeżenie: monsieur Veyne jako punkt wyjścia dla swojego zdziwienia wybiera przekonania, jakie przeciętny francuski mieszczuch, któremu ma nadzieję sprzedać swoją książkę, POWINIEN żywić na temat otaczającej nas obecnie rzeczywistości. Przeciętny francuski (niemiecki, polski...) mieszczuch POWINIEN być bowiem święcie przekonany że instytucja niewolnictwa stanowi obelgę jego człowieczeństwa i że, w związku z tym, nie może być tolerowana pod żadnym pozorem.

Przeciętny francuski (niemiecki, polski...) mieszczuch POWINIEN też być święcie przekonany, że ideałem administracji jest kompetentna bezstronność, sprawiedliwie i zgodnie z prawem ustanawiająca na Ziemi jedyny obiektywnie racjonalny i słuszny, bo gwarantujący największą ilość dobra dla największej liczby jego konsumentów porządek rzeczy.

Cóż: nie bardzo rozumiem, DLACZEGO instytucja niewolnictwa koniecznie musi budzić taki wstręt i obrzydzenie - skoro jest przecież oczywistą oczywistością, iż większość ludzi tak naprawdę o wiele większy wstręt odczuwa wobec zaprzeczenia niewoli - wobec wolności? Czyżby dlatego, że tylko znosząc niewolnictwo jako stosunek osobisty, oparty na emocjach, tradycji i prawie - można dać współczesnym panom niewolników, czyli “nowej klasie”, placet na całkowitą i niczym nie uregulowaną samowolę względem poddanych?

W możliwość wprowadzenia jedynego obiektywnie racjonalnego i słusznego porządku rzeczy, jak i w to w ogóle, aby dało się ludzkimi sprawami rządzić racjonalnie i sprawiedliwie - wybaczcie Państwo - nie wierzę. I całe szczęście zresztą, bo gdyby rzeczywiście komuś udało się zrealizować ów utopijny postulat i dostarczyć największej ilości dobra największej liczbie jego konsumentów - byłoby to takie Piekło, że wszystkie groteskowe wizje Hieronima Boscha to przy tym pastela!



Co więcej, jak uczy nas historia nawet, jeśli postawi się administracji dużo skromniejszy cel niż wprowadzanie Niebios na Ziemi - ot, chociażby: zapewnienie, że będzie owa administracja absolutnie lojalna i posłuszna wobec władcy. Nawet, jeśli dla realizacji o tyle skromniejszego celu, władca nie cofnie się przed najdrastyczniejszymi środkami, rodem wprost z utopii Platona - jak zrobili Osmani, rekrutując swoją biurokrację i najzaufańsze wojsko z prywatnych niewolników, na których życie erotyczne i możliwości reprodukcyjne nałożyli (początkowo) drastyczne ograniczenia, a to po to, aby wyeliminować, gdzie tylko to możliwe, ryzyko kumoterstwa. Nawet i w takim wypadku - sukces bywa nader krótkotrwały, bo bardzo szybko siły natury biorą górę i wszystko wraca do normalnego porządku, niczym się nie różniącego od absolutnie dominującego w dziejach “gangsterskiego” modelu sprawowania władzy.



Czy aby przypadkiem nie należy się w związku z tym spodziewać, że taki sam koniec spotka (a może już spotkał?) również i obecny projekt “rządów bezstronnej kompetencji”..?

3 komentarze:

  1. Mam wrażenie, że obecne, tuskowe (lub po prostu współczesne) rządy różnią się tak naprawdę tylko możliwościami technicznymi od swoich antycznych poprzedników- jest co i jak łupić. Nie rozumiem więc, skąd np. u Ciebie taka niechęć do rządzącej nami kliki, czy też komunistów- robią tylko to samo, co wszyscy inni ludzie od zarania dziejów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poprzednicy nie pretendowali przy tym złodziejstwie do "uczciwości" i "bezstronnej kompetencji" i nie kłamali, że zbawiają ludzkość. Co najwyżej od czasu do czasu zdarzyło im się przynudzić coś moralizatorsko dekretem (którego, na szczęście, i tak większość populacji przeczytać nie mogła, bo była niepiśmienna...).

      Nie mam problemu z tym, że Tusk to zakochana w sobie gnida, wczepiona w stołek zębami i pazurami. Problem mam tylko z hipokryzją. Której w tej współczesnej wersji - kompletnie brak wdzięku...

      Usuń
  2. Cóż, nie można mieć wszystkiego. Tusek "wizjoner" ale nie cudotwórca.
    Żaden z miłościwie nam panujących w ostatnich latach nie wykazał się cnotami świętych. I nie rozumiem Twojego nerwa na Tuska. Toż to oczywista oczywistość. Żaden rząd święty nie jest, ani żaden premier. Nie obraca się w świecie ideałów, współpracuje z juntami,
    za plecami elektoratu wykonuje takie hołubce, ze dobrze jest ze o tym nie wiemy. Bo połowa PL padła by na zawał. Bo o tym, żeby ktoś ruszył dupsko by wysadzić go z siodła to można pomarzyć. Wszyscy są tak jak on zbyt mocno przyspawani do stołka. A rolnicy i rzesza wolnych ptaków mają go mocno w ... bo i tak dadzą sobie radę

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...