sobota, 3 listopada 2012

Życie kawalerskie, cz. 1

Postanowiłem być pozytywny i aktywny. Tym łatwiej mi to przyszło, że w porównaniu z dniem wczorajszym, czuję się wprost kwitnąco - tylko nie rozwijam jeszcze zbyt imponujących prędkości w gonitwie płaskiej, a tym bardziej w przeszkodowej (jak zawsze przełaziłem na Wielki Padok nie wyłączając elektryzatora, tak dzisiaj mnie prąd kopnął w... no mniejsza o to w co - wrażenie było jedyne w swoim rodzaju! A wszystko dlatego, że nie byłem w stanie wyżej podnieść kończyny...).

Obudziłem się o 5.00 nowego czasu, czyli o 6.00 starego: nakarmiłem konie i zaraz wyrzuciłem je na Wielki Padok, dałem też śniadanie koćkodanom. Rozpaliłem w piecu, bo ranek był dość chłodny. Posprzątałem chatkę. Na pewno moje sprzątanie daleki jest od standardu Lepszej Połowy - ale chyba lepsze to, niż nic, prawda..? Nastawiłem pranie (po wczorajszej przygodzie liście i piasek miałem nawet w... no mniejsza o to, w czym!). Ukoiłem poranne lęki egzystencjalne koćkodana, które normalnie znikają dopiero po wtuleniu się zimnym i mokrym nosem pod pachę Lepszej Połowy.

Kiedy pranie się skończyło, wziąłem się i posprzątałem pod wiatą. Wszystkiego trzy taczki wyszły, choć wczoraj sprzątać nie dałem rady. Znakiem tego - konie głównie na pastwisku były. Dzisiaj zatem - zostaną na noc na Wielkim Padoku!

Jak już posprzątałem - wybrałem się do sklepu. To tylko około kilometra w jedną stronę jak iść polami, a nie po drodze. Dystans w sam raz na rozchodzenie zakwasów. Kupiłem chleb, mleko i piwo - wszystko co samotnemu mężczyźnie i jego kotom potrzebne jest do życia.

Kiedy wróciłem w okolice chatki najpierw moją uwagę przykuło donośne miauczenie. To była Sylwestra, która wlazła na daszek nad przydomową wiatą na drewno:
Już wcześniej Lepsza Połowa opowiadała, że zastała kota w tej lokalizacji. Najpewniej kociamber wspina się tam po drewnie. Problem polega jednak na tym, że aby przejść ze zgromadzonego pod wiatą drewna na daszek - trzeba w każdym wyobrażalnym miejscu pokonać nielichą przewieszkę! Jak ona zatem to robi..? Ciekawym bardzo - będę obserwował...

Po drugiej stronie chatki natomiast, czekała na mnie jeszcze większa niespodzianka:
Skąd się to tutaj wzięło..? W pierwszej chwili pomyślałem o moim sąsiedzie zza torów. Ale, indagowana przez telefon jego małżonka stwierdziła, że orze w tej chwili ziemię (w pocie oblicza swego, jako rzecze Pismo...) - i nie w głowie mu takie figle.

Skoro to nie sąsiad, to kto..? Zulus! Jak nic musiał to być Zulus, który przyjechał po siano dla swoich koni. Co rzeczywiście okazało się prawdą. Zaprosiłem zatem Zulusa na grzybobranie - bo zostały mi jeszcze te grzyby, które zebraliśmy w czwartek, a które miałem byłem wczoraj pokroić do ususzenia, a nie dałem rady - i widziałem przy okazji sprzątania, że co nieco nowego wyrosło.

Nim Zulus się pojawił, zdążyłem akurat naciągnąć porządnie rozciągnięty przez Małe Złe drut  w ogrodzeniu Pierwszego Padoku - i schować skrzynkę w miejsce chronione przed deszczem.

Zulus dał mi się wykorzystać - i podwiózł mnie na najbliższą stację benzynową, gdzie pobrałem gaz. Gaz złośliwie skończył się akurat w czwartek - no a wczoraj, siłą rzeczy, nie miałem już czym po nowy pojechać i wychodziło mi, że jeśli nie zdecyduję się na wycieczkę pieszą do owej stacji (to tylko 5 km w jedną stronę, jak iść polami, a nie drogą...) - to wcześniej jak po naprawieniu Wendi, gazu mieć nie będę. Co prawda - nie planuję niczego gotować (w ogóle jeść mi się prawie nie chce, wczoraj wmusiłem w siebie tabliczkę czekolady i pozostałe od czwartku żeberka - ale gdyby nie to, że miałem też piwo, to chyba nie dałbym rady tych Darów Bożych spożyć...) - ale stanowczo lepiej mieć taką możliwość, niż jej nie mieć.

Myślałem nad skopaniem kawałka ogródka. O pieleniu na razie nie może być mowy - ale kopanie..?

Niestety - przez chwilę padało (czego prognoza pogody w ogóle nie przewidywała) - a taka przymusowa przerwa w działaniu jakoś wybiła mnie z rytmu i chyba już się na powrót do twórczej pracy nie pozbieram. Teraz tylko wyglądam, kiedy Knedlik przyprowadzi stado na lunczyk - bo on dokładny jest jak o to chodzi, oj dokładny..!

1 komentarz:

  1. Fajnie się czyta siedząc przed kompem ale w realu to już mało zabawne. Podziwiam.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...