środa, 21 listopada 2012

Sen straszny i niepoprawny

Często śni mi się w kolorze, stereo i z dynamiczną akcją. Tyle, że rzadko potem pamiętam szczegóły. Tym razem jest inaczej głównie dlatego, że opowiedziałem sen (z grubsza) Lepszej Połowie zaraz po przebudzeniu. A sen był zaiste straszny! Jeśli nawet w efekcie opowieść o nim okaże się zabawna i w dodatku niepoprawna politycznie – to już mówi się trudno: we śnie, w każdym razie, bałem się straszliwie…

Był sobie rok 1939. Byłem galicyjskim chłopem (!), w Galicji zasadniczo Zachodniej, ale tuż przy granicy z tą wschodnią – ruską. W naszej wsi mieszkali pół na pół Polacy i Żydzi. Żydów, oczywiście, strasznie nie lubiliśmy i jak przyszło co do czego, tośmy nawet ich trochę poturbowali, pierze z pierzyn poleciało itp.

Koniec końców jednak, gdy Niemcy zaczęli się do tych Żydów dobierać, doszliśmy wspólnie do wniosku, że jednak ich jakoś przechowamy. Pamiętam jak jeden z wyśnionych współobywateli z niejakim wahaniem stał nad walizką swojego żydowskiego sąsiada wypchaną walutami, złotem i biżuterią, a ja mu tłumaczyłem: Jontek, weź ich schowaj, wojna będzie długa, sami ci to oddadzą i jeszcze będą ci dłużni! (Zauważmy tu na marginesie oczywistą nielogiczność tego przesłania, możliwą tylko we śnie - skoro Jontek już MIAŁ tę walizkę, to po co mu było do kompletu jeszcze ryzyko i trud przechowywania jakichś Żydów..? No, ale sen to sen...)

Potem były znane z filmów sceny zapędzania do gett, palenia synagog i wysadzania cmentarzy. „Nasi“ Żydzi, ogoleni i przebrani, przeczekali to udając Polaków. Niczym się zresztą od nas nie różnili – we śnie pamiętałem, że ostatni za pańszczyzny dziedzic nie miał rasowych uprzedzeń, a Żydówki dorabiały jako praczki we dworze…

Żeby nie było tak pięknie, władze okupacyjne postanowiły przerobić nas na Ukraińców. W tym celu miano nam przysłać instruktora. Oczekiwaliśmy jego przybycia z drżeniem i przestrachem. Jakoż zajechał czarny Opel w asyście motocyklistów. Drzwiczki się otworzyły i wysiadła… dziewoja nieco już może przytłoczona wiekiem i doświadczeniem, ale wciąż w miarę sprawna, o udach grubych jak dorodne arbuzy, tym lepiej widocznych, że nosiła ludową spódniczkę tak krótką, że za przepaskę biodrową mogłaby co najwyżej uchodzić.

Zasiedliśmy w szkolnych ławach, każdy z jakąś „ukraińską“ robótką – a to z wyszywanką, a to z pierogami czy z barszczem. My w ostatniej ławce z rabinem (zresztą niebieskookim, tyle że z krogulczym nosem – wspominałem: dziedzic… Skądinąd, musiał być ów wyśniony dziedzic nie tylko pozbawionym rasowych przesądów je..ką, ale i - kazirodcą, boż to recesywne geny i tylko w wypadku, gdy dziedzic ów hobby odziedziczył po ojcu lub dziadku tak samo jak majątek - mógł był taki efekt nastąpić. Ale to już refleksja po - senna, we śnie wcale mnie to nie zdziwiło!), staruszkiem zasuszonym, niewielkim, ale żwawym i jak się okazało – jurnym.

Wpadł bowiem w oko owej dziewoi – instruktorce i inspektorce zarazem – i to, niestety, z wzajemnością. Szturchaliśmy go i kopaliśmy pod ławką po kostkach pomni, że jak mu się baba do portek dobierze, wszyscy zginiemy – a ten zamiast się sromać, tylko się poślinił i perskie oko do babsztyla puszcza. Ta do niego michę jarzy i coraz jest bliżej, sprawdzając (nieuważnie, co i dobrze wyszło – bo ani te wyszywanki, ani potrawy przesadnie udane nie były…) po kolei, ławka po ławce, prezentowane „prace domowe“.

Już do nas doszła, już się nad nami pochyla, ogromnym biustem zwisając nam nad głowami jak gradowa chmura, a tymczasem sąsiad z prawej strony siedzącego w środku rabina demonstruje jak pierożki lepi – na desce kunsztownie inkrustowanej motywem menory, szlag by go trafił! Rzucam mimochodem uwagę: zdobyczne! Baba jarzy się jeszcze bardziej i nuże do rebego. W akcie desperacji zaczynam coś opowiadać o rosyjskim szrapnelu w czasie poprzedniej wojny – czując zarazem ze strachu parcie w kiszce stolcowej, coraz to natarczywsze… i w tym momencie się budzę: pora na mnie, konie z pastwiska zbierać i śniadanie dawać.

Ufff. Nie powiem: wszystko to pewnie przez ogromnego blina, którego Lepszego Połowa nam na obiadokolację wczoraj przygotowała, a którego lwią część sam, z czerwoną kapustą na ostro pożarłem (czerwona kapusta = barszcz = Ukraina, skojarzenie niedokładne, powinny być przecież buraczki, ale zrozumiałe – buraczki też czerwone! takoż ogólnie kulinarny kontekst finałowej sceny: od blina do pierogów nie tak daleko…). Na jawie bym jednak czegoś takiego nie wymyślił – mimo oczywistych odniesień do pewnej komedii o uciekających Żydach, którą dawno dawno temu oglądałem…

2 komentarze:

  1. Ojejciu! Uchichrałam się z Cezarym jak norka! A trzeba mi było dzisiaj właśnie takiego szczerego rechotu, bom markociła i markociła bez umiaru!
    Ta biuściasta dziewoja ukraińska w mini spódniczce pochylajaca sie nad rabinem będzie mi się chyba teraz śniła po nocach, jako zwiastun dobrego dnia!
    Uch! Chłopie! Jadaj Ty nadal jakieś tłustawe dania przed snem i opowiadaj nam potem takie historie smakowite!:-))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie odpowiadam za moje sny. Co zresztą już wiele wieków temu jeden z soborów powszechnych uchwalił był!

      Ale, tak patrząc po statystykach - to obiektywnie: temat nie wzbudził zainteresowania P.T. Publiczności...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...