niedziela, 11 listopada 2012

Naga małpa

Jesienna aura dostarcza żywych dowodów na pochodzenie człowieka z Afryki: wprawdzie bowiem zrobiło się wreszcie słonecznie i nawet w miarę ciepło (nie na długo – jeśli wierzyć prognozie…), z czego korzystam robiąc właśnie drugie dzisiaj pranie (bo rozwinięta intelektualnie męczyzna ze mnie: pamiętałem, żeby białego z kolorowym nie mieszać…), to jednak temperatura w naszej chatce dąży do wyrównania się z temperaturą otoczenia – co zależy, jak zaobserwowałem, w większym stopniu od siły wiatru, niż od samej tylko różnicy temperatur, przez co dzisiaj wyziębia się szybciej niż dwa czy trzy dni temu, choć wtedy na dworze było ładnych parę stopni chłodniej. W konsekwencji będę pewnie musiał wieczorem przepalić w Herculesie, bo nawet te 10 stopni na plusie – to jednak daleko od komfortu cieplnego dla nagiej małpy.

Co innego stworzenia ofutrzone, którym w tej chwili jest wręcz za ciepło (nie dotyczy wcale nie mniej ofutrzonych kotów – bo te najchętniej to by do pieca wlazły…): koniowie nasi zrobili się od wczoraj, o ile to w ogóle możliwe, jeszcze bardziej leniwi, ospali i powolni w ruchach… No, ale koty też podobno z Afryki, za to konie – są u siebie w domu, nawet nasze, rzekomo egzotyczne (bardzo mnie bawią spotykane od czasu do czasu opinie, że przecież konie „z ciepłych krajów“ nie mają prawa przystosować się do naszego klimatu – i jak nie teraz, to za chwilę na pewno „płuca wyplują“! Ciekawe co na to nasi przyjaciele, takie same konie hodujący z powodzeniem od dawna w Estonii..?).

Pochodzenie koni to sprawa poniekąd polityczna. Koń przez wieki był nie tylko środkiem transportu, motorem roboczym czy dostawcą mięsa, mleka i skóry. Był też oznaką prestiżu. W związku z czym – również i jego pochodzenie obrosło stosownymi mitami.

Jak by to wytłumaczyć laikom..? Ktoś, kto kupuje Rolls-Royce’a nie płaci takich chorych pieniędzy za stal, chrom, drewno i ręczną robotę przy ich obróbce (bo nawet biorąc pod uwagę ową ręczną, mozolną i wymagającą długiego treningu robotę – to dalej są chore pieniądze, nic nie mające wspólnego z materialną wartością przedmiotu…) – tylko za to, że gdy zajedzie takim samochodem przed liceum, wszystkie panienki oknami powyskakują, żeby się choć na to cudo pogapić.

Dawnymi czasy tak to właśnie działało z końmi: panny, wdowy i mężatki gubiły pantalony gdy tylko rycerz dzielnego dosiadający rumaka gwizdnął znacząco. Albo, gdy im się chociaż wydawało, że gwiżdże…

Tak samo więc, jak ów rycerz nie mógł przyznać, że jeszcze jego pradziad trudnił się na ten przykład handlem walutą albo wydobyciem soli (swoją drogą, kilka polskich rodzin magnackich do tej pory się do takich przodków nie przyznaje – choć dawno już udowodniono, skąd się zaczątki ich fortun wzięły…), tylko szukał sobie możliwie szacownej genealogii po mitach i historiach starożytnych – tak też ani on, ani (tym bardziej!) hodowca owego dzielnego rumaka nie mógł za nic w świecie przyznać, że ów dzielny rumak i zabiedzona szkapina ciągnąca w tym samym czasie żydowski wóz z gałganami – mają na ten przykład wspólnego dziadka. Co jest jak najbardziej możliwe, a nawet całkiem prawdopodobne!

Tak samo więc jak i ludziom, tak też koniom dorabiano w przeszłości różne mniej lub bardziej wydumane genealogie – najchętniej sięgające a to Pegaza, a to Bucefała, a to jakichś innych, znanych z kart Tacyta czy Herodota dzielnych koni.

Przesada w tej materii odeszła wraz z barokiem, ale przecież koń i dzisiaj służy za ozdóbkę, pieścidełko, oznakę prestiżu. Wprawdzie panienki już nie gubią stringów na widok dzielnego konia (nie mówiąc już o wdowach i mężatkach…) – a przynajmniej: nie wszystkie i podjechanie na najpiękniejszym nawet koniu pod liceum niczego na ten wieczór nie gwarantuje – ale, jednak trochę tego dawnego uroku zostało. W dużo węższym gronie, spokojniej, bardziej kameralnie – dalej jest czym i przed kim pawi ogon roztoczyć. I stąd te miliony euro za najpiękniej podnoszące nogi i ogony araby w Janowie – co przecież, realnie rzecz biorąc, ma mniej – więcej taki sam związek z ich użytkową wartością, jak cena Rolls-Roysa z kosztami materiałów i robocizny, które się nań złożyły!

Jasnym jest więc, że owe „prestiżowe“ konie – nie mogą, no po prostu nie mogą i basta – mieć wspólnych przodków z jakimiś tam roboczymi czy mięsnymi „pućkami“.

To by była niemalże obraza majestatu…

Dawno, dawno temu zakwestionowałem tzw. „teorię ostatniej kropli“ wedle której moje własne konie są bezpośrednimi potomkami w prostej linii koni używanych pod siodło przez króla Dariusza. Nie mam na to dowodów, ale całkiem możliwe, że co poniektórzy hodowcy i czytelnicy – właśnie dlatego się na mnie poobrażali. Pies ich trącał! Tylko prawda jest ciekawa.

Nie będę się tutaj powtarzał, już choćby dlatego, że rozszerzona i uzupełniona „historia sekretna koni“ wkrótce, mam nadzieję, zawiśnie na stronie Polskiego Instytutu Kultury Jeździeckiej i tam będzie sobie można detalicznie poczytać, co o tym sądzę.

Historia konia rozgrywa się na przestrzeni zaledwie około 6 tysięcy lat. A mimo to – mamy poważne trudności z jej rekonstrukcją i zrozumieniem. Więcej tu hipotez i przypuszczeń, niż twardych dowodów. Kilka rzeczy jednak można stwierdzić z całą pewnością.

Przede wszystkim – zarówno badania genetyczne (dalekie, skądinąd, od zakończenia!), jak też świadectwa archeologiczne i źródła pisane jednoznacznie wskazują na zachodnią część Wielkiego Stepu Eurazjatyckiego (obszar pomiędzy dolnym Dnieprem a zachodnimi stokami Ałtaju…) jako miejsce, gdzie po raz pierwszy udomowiono konia. Potem wynalazek ten rozprzestrzeniał się przez naśladownictwo – i rozprzestrzeniał się bardzo szybko!

Co więcej: rozprzestrzenianiu się sztuki jeździeckiej, towarzyszyło też rozprzestrzenianie się genów owej pierwotnej, niewielkiej grupy udomowionych po raz pierwszy koni. Badanie dziedziczonego w linii męskiej chromosomu Y dowodzi, że wszystkie żyjące obecnie konie (za wyjątkiem dzikich i nigdy nie udomowionych koni Przewalskiego – żyjącego jednak na wschód od Ałtaju!) pochodzą od bardzo nielicznej grupy męskich przodków – być może nawet: od jednego tylko ogiera.

Owa nieliczna początkowo grupa udomowionych koni, mogła być po drodze uzupełniana o odłowione dzikie klacze, gdyż z kolei badanie mitochondrialnego DNA, dziedziczonego wyłącznie w liniach żeńskich wykazuje, że żyjące obecnie konie pochodzą od 77 różnych klaczy, zgrupowanych w 17 linii. Owe linie są przy tym terytorialnie ograniczone, co może wskazywać na istnienie pewnych lokalnych centrów, w których, w izolacji od reszty świata, kształtowały się znane nam rasy koni.

Co ciekawe – nie stwierdzono istnienia takiego centrum na Półwyspie Arabskim. Za to Półwysep Iberyjski i Afryka Północna posiadają własną, charakterystyczną „rodzinę“ żeńską – nie da się wykluczyć zatem, że znany nam obecnie koń berberyjski jest historycznie starszy od konia arabskiego (podczas gdy z przyczyn polityczno – prestiżowych do tej pory dogmatycznie przejmowano, że było odwrotnie: i zresztą, gdy tylko doszło do opublikowania tej rewelacji – szejkowe wycofali środki na badania…).

Współcześnie żyjące konie dzielą się, najogólniej rzecz biorąc, na trzy typy, różniące się znacznie nie tylko budową i rozmiarami ciała, ale też wydajnością przemiany materii, proporcją tkanek, stopniem unerwienia i szybkością reakcji na bodźce: „konie gorącokrwiste“, „konie zimnokrwiste“ oraz „konie prymitywne“ (w tym kuce). Analogicznie też, przyjmowano, że musiały być co najmniej trzy odmiany pierwotnie udomowionych koni: „ciężki“, limfatyczny koń Europy Zachodniej, leśny i stepowy tarpan północnej części Eurazji oraz wielce hipotetyczny „koń typu III“, od którego wywodzić się mają wszystkie konie gorącokrwiste. Na hipotezę istnienia oddzielnego przodka dla współczesnych zachodnioeuropejskich koni półkrwi, spuśćmy może zasłonę milczenia, bo to już wszystkie granice śmieszności przekracza – przecież doskonale wiadomo, jak powstały takie rasy jak „koń holsztyński“, czy „koń hanowerski“, stało się to ledwo 150 lat temu, są na to dokumenty, zdjęcia nawet: są to po prostu i zwyczajnie konie zimnokrwiste, do których dolano pełnej krwi angielskiej – i dorabianie sobie w tym momencie starożytnych przodków to kpina z ludzkiej naiwności!

Ani archeologia, ani badania genetyczne – nie potwierdzają dosłownej słuszności hipotezy „trzech typów dzikich koni“. Cała zmienność genetyczna współczesnych koni (nie wyłączając nawet koni, o których przecież dobrze wiemy, że przenoszą znaczną ilość genów dzikiego tarpana – jak nasze rodzime koniki polskie…) to 1 ogier i 77 klaczy. Owe klacze na pewno różniły się między sobą znacznie – nie można wykluczyć, iż rzeczywiście należały do trzech, a może nawet do czterech różnych typów – a może i do większej ich liczby, a tylko zapoczątkowane w ten sposób lokalne odmiany konia nie przetrwały do czasów historycznych, a ich szczątków jeszcze nie odnaleziono?

Ras koni wytworzyli ludzie w ciągu tych 6 tysięcy lat ponad 300. Z czego około 100 przetrwało do naszych czasów, o pozostałych wiemy głównie dzięki zachowanym przekazom. W jaki sposób można stworzyć nową rasę koni – udowodnił czynem Aleksy hrabia Orłow, o którym już wspominałem. W roku 1777 hrabia kupił w Turcji siwego konia orientalnego (prawdopodobnie arabskiego) Śmietankę, którym pokrył pięć klaczy, w tym duńską klacz Izabelinę z królewskiej stadniny we Frederiskburgu. Z tego związku urodził się ogier Pałkan (1778 – 1793), którego hrabia skrzyżował z klaczą kłusaczką holenderską (Holendrzy z dawien dawna hodowli rasę kłusaczą, dość blisko spokrewnioną z końmi fryzyjskimi – a używaną do rozwożenia poczty i wyścigów na zamarzniętych kanałach) i w 1784 roku przyszedł na świat ogier Bars I – pierwszy koń nowej rasy, czyli kłusaka orłowskiego. Potem tylko wystarczyło zastosować chów wsobny, tj. krzyżować potomstwo Barsa I pomiędzy sobą, aż się jego genotyp utrwalił w szerszej populacji: rasa istnieje po dziś dzień i ma się dobrze.

Hrabia miał przy tym, prawdę pisząc, mnóstwo szczęścia (a może to po prostu była genialna intuicja?). Celem, który sobie stawiał, był wyhodowanie rasy rosłych, szybkich kłusaków. O ile  wzrost (a raczej: gabaryty ciała) kodują się monogenetycznie, więc dość łatwo dojść do pożądanych na potrzeby takiej krzyżówki osobników homozygotycznych, posługując się regułami mendlowskimi (fakt, że nie były one wtedy jeszcze sformułowane na piśmie nie znaczy, że genialni hodowcy nie przeczuwali ich istnienia!) – o tyle z szybkością, i to koniecznie jeszcze w biegu kłusem – nie jest taka prosta sprawa! Szybkość zależy od całej masy innych cech, takich jak wydajność układu krwionośnego i oddechowego, struktura mięśni i szkieletu, itd., itp. Ogólnie rzecz biorąc, jest to cecha wybitnie poligenetyczna, w dodatku obdarzona stosunkowo niskim wskaźnikiem odziedziczalności – rzędu kilku do kilkunastu procent. Innymi słowy: nawet selekcjonując pary do rozpłodu tylko i wyłącznie ze względu na szybkość (w tym przypadku w biegu kłusem) – mamy co najwyżej kilkunastoprocentową szansę na to, że selekcja będzie udana i osobniki potomne odziedziczą po swoich wybitnych rodzicach, co najmniej taką samą, jak nie lepszą szybkość!

Konie pełnej krwi angielskiej selekcjonowano tylko i wyłącznie ze względu na szybkość w galopie – nie zwracając najmniejszej uwagi na ich wzrost, maść czy inne cechy – a uzyskanie efektu na tyle zadowalającego, że można mówić o wyodrębnieniu się rasy – zajęło około 200 lat.

Hrabiemu udało się w czasie 40-krotnie krótszym. Fakt, że jego osiągnięcie nie okazało się trwałe – już w wieku XIX kłusaki amerykańskie prześcignęły kłusaka orłowskiego, który też dzisiaj nie jest już używany do „poważnych“ gonitw kłusaczych, jako wyraźnie wolniejszy od swoich konkurentów – kłusaki orłowskie ścigają się od czasów sowieckich tylko we własnym gronie, a hoduje się je ze względu na urodę i piękny ruch, jako reprezentacyjne konie zaprzęgowe. Ci, spośród hodowców kłusaków z Rosji, którzy pragnęli triumfów na torach, w drugiej połowie XIX wieku skrzyżowali kłusaka orłowskiego z kłusakiem francuskim i amerykańskim – tworząc nową rasę, „kłusaka rosyjskiego“, w zasadzie – dotrzymującego tempa swoim amerykańskim kolegom (od których niczym się już prawie nie różni, bo de facto – zastosowano krycie wypierające, więc w „kłusakach rosyjskich“, ich orłowskiego przodka jest już góra kilka procent…).



Przechodzimy teraz, po tym długim i specjalistycznym wstępie, do sakramentalnego pytania: a po co ja to wszystko Państwu opowiadam..? Przecież, skoro zacząłem od „nagiej małpy“, to nie po to, aby intuicję hrabiego Aleksego sławić, nieprawdaż..?

Oczywiście, macie Państwo rację. Od samego początku idzie mi tylko i wyłącznie o polemikę z Profesorem Bobolą w kwestii znaczenia „składowej biologicznej“ dla życia politycznego.

Na początek chciałbym wyraźnie zaznaczyć, że zgadzam się z Profesorem jak chodzi o niszczący wpływ „poprawności politycznej“ na stan badań naukowych nad pochodzeniem człowieka i ewentualnymi podziałami wewnątrz ludzkiego gatunku.

Jak widać z przytoczonych wyżej przykładów, względy prestiżowe i polityka powodują, że nawet jak chodzi o badanie pochodzenia koni – nauka potyka się o brak zrozumienia ze strony sponsorów, a szeroka publiczność karmiona jest pozbawionym podstaw mitami, niekiedy nader bezczelnymi.

Nie wiem – bo nigdy się tym nie interesowałem: a jak jest z kwestią pochodzenia i udomowienia psów? Też są „lepsi“, którzy za skarby świata nie mogą mieć wspólnych przodków z tymi „gorszymi“ – czy jednak wszyscy przyjmują pokornie tego szarego wilka jako wspólnego przodka, z którego tylko ludzki geniusz wydobył wszystkie te, tak różne rasy, od pekińczyka po bernardyna..?

Zasadniczo jednak – dlaczego niby obraz, jaki powoli i nie bez trudności wyłania się z tych badań, które są prowadzone – miałby być fałszywy? Sądzi się obecnie na ogół, że człowiek współczesny opuścił Afrykę pomiędzy 50 a 100 tysięcy lat temu, częściowo wypierając, a częściowo absorbując wcześniej istniejące na terenie Eurazji gatunki hominidów (do 6% puli genetycznej człowieka współczesnego to spuścizna po Neandertalczyku i Denisowianinie, przy czym – populacja afrykańska tych przymieszek nie posiada). Lokalne odmiany naszego gatunku miały w każdym razie o wiele więcej czasu na okrzepnięcie, niż rasy zwierząt hodowlanych – ale też, jak już wiemy, ludzi nikt nie selekcjonował, więc też i owe odmiany krzepły tylko na tyle, na ile w sposób naturalny były od siebie odizolowane – o żadnej „hodowli w czystości krwi“ mowy nigdy nie było.

Pomijając owe neandertalskie i denisowiańskie przymieszki – wszyscy żyjący obecnie ludzie pochodzą od niewielkiej grupy wspólnych przodków, która pierwotnie żyła w Afryce Wschodniej jakieś 400 do 250 tysięcy lat temu. Tylko część owej pierwotnej populacji opuściła Afrykę – i stąd ludność afrykańską cechuje większa zmienność tak genotypowa, jak fenotypowa, od reszty ludności świata (zwłaszcza w Afryce Zachodniej spotyka się takie odmiany ludzkiego genotypu, których nigdzie indziej na świecie nie ma).

Raz zasiedliwszy „Stary Świat“, był nasz gatunek już stosunkowo mało mobilny. Zmieniały się wprawdzie języki i kultury – ale „biologiczny substrat“ na ogół trwał o tyle, o ile w ogóle daje się go zidentyfikować. Wiele lat temu odwiedziliśmy z Lepszą Połową muzeum w Zamościu. Prezentowana była tam rekonstrukcja twarzy Sarmatki, której czaszkę wykopano na pobliskim stanowisku. Kiedy wracaliśmy potem pociągiem do Lublina – do naszego przedziału wsiadła dziewczyna, która była… bliźniaczą kopią owej zmarłej 2000 lat temu Sarmatki! Niewątpliwie – jej odległa pra-pra-pra… wnuczka. A przecież – po starożytnych Sarmatach nic nie pozostało, przeminęli bez śladu.

Języki i kultury rozprzestrzeniają się, trwają i zanikają niezależnie od cech biologicznych ludzi, którzy nimi się posługują. W moich stronach rodzinnych, na Pomorzu, ogromna większość urodzonych w ostatnim kwartale 1945 roku to „Ruscy“ – potomkowie Armii Czerwonej, która w zwycięskim marszu na Zachód gwałciła wszystko, co nie zdołało się schować. Czy z tego wynika, że ludzie ci powinni przejawiać jakiś „genetyczny filorusycyzm“, albo „filosowietyzm“..? Nie spotkałem się z takim zjawiskiem, jako żywo…

Gwałcenie kobiet na zdobytym terytorium to zjawisko absolutnie typowe i normalne. Dzięki temu, geny zwycięzców rozpowszechniają się w podbitej populacji. Jeśli proceder ten potrwa dostatecznie długo – może się okazać, że owa „populacja podbita“ pod względem genetycznym bardziej przypomina swoich opresorów, niż legalni i oficjalni potomkowie zwycięzców. Ostatecznie: gdy mężowie poświęcają się rozprzestrzenianiu swoich genów po szerokim świecie, ktoś musi zadbać o ich żony – a któż zrobi to lepiej, niż młody, sympatyczny niewolnik z dopiero co podbitej krainy..? Nawet podczas II wojny światowej Niemcy mieli problem z Niemkami figlującymi – z braku mężczyzn „własnej rasy“ – z przystojnymi robotnikami przymusowymi…

Akurat przykładu wybitnego Polaka o czarnej skórze nie znam. Ale mamy taki przecież tuż za miedzą! Czy Profesor Bobola twierdzi, że Aleksander Puszkin, najwytbitniejszy poeta rosyjski – nie był prawdziwym Rosjaninem, bo jego dziadek pochodził z Etiopii..?

Henryk Sienkiewicz był z pochodzenia Tatarem. Czy z tego powodu Profesor proponuje wyrzucić „Trylogię“ z listy lektur szkolnych? Ups! Już ją, zdaje się – wyrzucono..? Za „niepoprawność polityczną“, jak mi się zdaje..?

W takim kraju jak Polska, w owej „karczmie przydrożnej“, gdzie przez wieki przewalały się fale Celtów, Gotów, Germanów, Hunów, Słowian, Awarów, Morawian, Niemców, Czechów, Prusów, Rusinów, Węgrów, Tatarów, Litwinów, znowu Niemców, po raz kolejny Czechów, Mołdawian, Szwedów (i przy okazji Niemców), Rosjan, Turków, znów Szwedów, po raz kolejny Rosjan, i jeszcze raz Rosjan i Niemców (i tak zostało na dłużej…), a potem jeszcze dwa razy Rosjan i Niemców (to już jakaś mania..?) – gdzie królowie robili bękarty przystojnym Żydówkom, a szlachcianki przechodziły potajemnie na judaizm z miłości do nadobnych uczniów jeszybotów, gdzie przez wieki osiedlano Ormian, Szkotów, Holendrów – a już nie chce mi się wymieniać pomiejszych i rzadziej występujących nacji – pisanie o jakimkolwiek „genotypie narodowym“ – to jakieś kompletne szaleństwo!

Owszem – ta zmienność dotyczy bardzo wyraźnie elity (bo mobilność, by tak rzec, pionowa, w sensie – parcia na awans społeczny – nader często bywa skorelowana z mobilnością przestrzenną: stąd nie ma właściwie szlacheckiej rodziny bez jakichś zagranicznych koligacji…), a mniej wyraźnie – społecznych „dołów“, gdzie okazji do mieszania się krwi dostarczały głównie wojenne gwałty, przecież nie codzienne. Jeśli jednak jedynym rezerwuarem „nieskażonej obcą krwią, genetycznej polskości“ ma być wiejska populacja tzw. „centralnej Polski“ – to, z całym szacunkiem, ale ładnie byśmy wyglądali, całą resztę odrzucając..!

Bywają i na moim ulubionym forum historycznym adepci tzw. „genetyki ludowej“, goniący za „haplogrupą R1a“, czy innym fantazmatem. Jeśli w czymkolwiek widać ów negatywny wpływ „poprawności politycznej“ na kwestię „rasowości“ – to właśnie w tym, że skoro, jak widać, „nauka oficjalna“, nie wzbudza tu zaufania publiczności – żerują na tym szarlatani, oferujący prostackie do bólu sofizmaty.

To, że narody zachowują się pod pewnymi względami PODOBNIE jak gatunki biologiczne – a, to już inna sprawa! Zauważmy jednak, że zarówno kod DNA, jak i język naturalny – to są właśnie: języki. Kody. Więc i owo podobieństwo pomiędzy „ekspansją kultury“, a „ekspansją genotypu“ – niczym nie jest dziwnym, bo byty podobne, zwykły zachowywać się podobnie.

Tyle tylko, że są to języki od siebie wzajem niezależne. Do różnych należące rzeczywistości. Całkowicie możliwym jest energiczna ekspansja kultury przy zamieraniu jej pierwotnego „biologicznego substratu“. A jak, za przeproszeniem, inaczej rozwija się „subkultura gejów“..? Wiem, wiem – podobno jest po temu genetyczna skłonność. Ale przecież, żeby ta skłonność mogła się przenosić na kolejne pokolenia – to muszą być obarczeni nią osobnicy którzy mimo to – przymuszają się także i do stosunków z kobietami, a to w celu spłodzenia tak samo obarczonego potomstwa, czyż nie?

O ile dawniej, gdy zachowania homoseksualne były społecznie potępiane w naszej kulturze, zapewne spora część homoseksualistów miała, wbrew swoim naturalnym skłonnościom, żony i dzieci. Teraz już nic ich do tego nie zmusza. Grozi to wymarciem tej populacji. Oczywiście nie od razu, a w ciągu kilku pokoleń – ale pierwsze tego oznaki powinny być już powoli widoczne. Czyż ekspansja „kultury gejowskiej“ – nie jest aby próbą obejścia tego problemu w inny sposób – właśnie: za pomocą nie biologicznych, a czysto kulturowych narzędzi..? Dodajmy, że jeśli rzeczywiście cały problem sprowadza się wyłącznie do „genetycznej skłonności“ – to jest to próba oczywiście daremna, a jedyną dla homoseksualistów nadzieją na przetrwanie jest powrót do stygmatyzacji ich skłonności, co ponownie skłoni część z nich do płodzenia dzieci (no, chyba że będą sobie fundować „dzieci z probówki“)… Co, swoją drogą, jak najbardziej mamy równolegle w świecie islamskim, gdzie i płodność jest większa i rozpowszechnienie teoretycznie potępianego homoseksualizmu – wybitne!

34 komentarze:

  1. Jak juz powiedzialem kwestie ras, ich wychodowania oraz pochodzenia omowie na bobolowisku bo w komentarzu niesposob zamiescic wszystkiego a zwlaszcza materialu fotograficznego.
    Tu wspomne tylko, ze nie ma zadnych przekonywujacych dowodow na afrykanskie pochodzenie czlowieka wspolczesnego. Afryka jako kontynent w znacznej czesci pustynny dostarczyla paleobiologom wiecej kosci niz inne kontynenty. Ale to wszystko. O gatunkach (czy rasach) mozemy mowic tylko wtedy gdy pewna populacja ma ustalony typ genetyczny. Osobiscie watpie we wspolne pochodzenie oragnizmow zywych (w tym roslin) od pra-komorki. Jest to watpliwa hipoteza neodarwinistow. Ale czlowiek typu homo sapiens sapiens jest tworem stosunkowo nowym ( jakies 150 000 lat temu). Czy byl przed nim jakis wspolny przodek tego nie wiemy. Sa znaczace dowody, ze poteznej budowy osobnik istnial w epoce jurajskiej( 50 milionow lat temu). Ale jak latwo sobie wyobrazic im dalej w przeszlosc tym ubozszy material faktograficzny i coraz mniej pewne wnioskowanie na temat powiazan pomiedzy znaleziskami. Co wiecej wszystkie "stare kosci" sa pozbawione materialu genetycznego wiec nowe zdobycze nauki niczego nam nie mowia jesli chodzi o nasz zwiazek z paleo-czlekoksztaltnymi. Fatalnie przedstawia sie tez kwestia datowania znalezisk.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda. Istnieje mnóstwo wątpliwości. Tylko - jeśli nie pochodzimy z Afryki, to dlaczego jest mi zimno, mimo że siedzę w swetrze i z puchatym kotem na kolanach..? Dlaczego nie porosłem obfitym, zimowym futrem, jak moje konie?

      Przystosowanie człowieka do klimatu umiarkowanego (o surowszych nie wspominając) jest kulturowe wyłącznie. Albo więc nasz gatunek powstał tam, gdzie było cieplej - albo w czasie, gdy było cieplej niż dzisiaj.

      Usuń
  2. "zakwestionowałem tzw. „teorię ostatniej kropli“ wedle której moje własne konie są bezpośrednimi potomkami w prostej linii koni używanych pod siodło przez króla Dariusza. Nie mam na to dowodów, ale całkiem możliwe, że co poniektórzy hodowcy i czytelnicy – właśnie dlatego się na mnie poobrażali. Pies ich trącał! Tylko prawda jest ciekawa"


    co jak co, ale marketingowcem to autor nie jest zupełnie :)

    prawda jest ciekawa, ale czy napełni sakiewkę?

    Admin R-O

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a kłamstwo ma krótkie nogi...

      Usuń
    2. tu nie chodzi o kłamstwo, ale o pozwolenie niektórym żyć swoimi marzeniami, jeśli ktoś chcę śnić, że jego koń jest potomkiem perskich wierzchowców...

      ...po co mu odbierać ten mit?

      to i tak nie ma znaczenia po tysiącach lat

      Usuń
    3. Może i tak. Ale o ile miałbym mniej zabawy..?

      Usuń
  3. Ja sobie kłusaki cygańskie zaprzęgnę, kolorowa trojka bedzie.

    Co do homoseksualistów, Elton John i jego hm... mąż?...żona płci męskiej?... oczekują na drugiego potomka, z matki zastępczej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. http://boskawola.blogspot.com/2012/06/nowy-wspaniay-swiat-czyli-badzmy-profi.html

      A jak już jesteśmy w temacie: kto zastrzeli Palikota..? Wiem, że to tylko taki wiejski głupek - ale jeszcze nie tak dawno, za mniejsze rzeczy panowie oficerowie w mordę lali, a jak było trzeba - to i walili z Vis-a...

      Usuń
  4. Niby wszystko brzmi sensownie(nie mowie ze nie)ale jak w takim razie wytlumaczyc fakt ze chodzac po ulicach w UK dosc latwo odroznic po RYSACH TWARZY Polaka od Angola czy Rosjanina(tych tu sporo ostatnio)-czasem nawet czlowiek sie pomyli bo granica jest nieostra ale powiedzilabym ze trafnosc rozpoznania wynosi jakies 90% albo i wiecej.Zreszta w ogolnej budowie ciala tez widac PEWNE roznice ale w rysach twarzy roznica jest naprawde mocno WYRAZNA.Watpie zeby raptem kilka dekad NIECO innego sposobu odzywiania moglo az tak wplynac na roznice w wygladzie zewnetrznym.Wiec cos z ta Panska teoria nie tak-i nie ja to mowie tylko praktyka.

    Piotr34

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest Pan absolutnie pewien, że chodzi o rysy twarzy, a nie o ubiór, zachowanie i... zapach?

      Faktem jest, że ja też na ogół nie mam trudności z rozpoznaniem Polaka. Z tym, że np. w Czechach - to jest łatwe w Pradze. Bo już na czeskiej wsi - nie ma żadnej różnicy. Osobliwie jak wszyscy są w gumiakach i roboczym stroju...

      No cóż: miałem też kiedyś teorię o "geografii urody", którą też tu bodaj prezentowałem, tylko nie pamiętam kiedy. Ostatecznie, oprócz mieszania genów, zachodzi także proces segmentacji: wszystko co sprytniejsze i ładniejsze - ucieka do stolic, wielkich miast, a w przypadku Polski - trafia na Syberię, albo do USA...

      Usuń
    2. Polaka za granicą rozpoznawałam zazwyczaj bezbłędnie, Rosjanina też. Po rysach twarzy, nie ubraniu ani zapachu. Było to w czasach , kiedy za granicą mieszkałam, więc może nostalgia ostrzyła moje receptory polskości. Ale, patrząc subiektywnie, rysy twarzy podstawowego typu Rosjanina, a i Polaka w mniejszym stopniu,mają coś z kartofla.

      Usuń
    3. Co prawda, to prawda.

      Skądinąd - dziewczyny jednak mamy ładniejsze!

      Kumpel ze Lwówka Śląskiego twierdził, że w Niemczech przystojne baby są tylko do Łaby - pokąd Armia Czerwona doszła.

      Ale może to kwestia przyzwyczajenia..?

      Usuń
    4. Natomiast Polacy i inni innostrańcy żartowali sobie w Holandii tak: Pytanie: czy wiesz, gdzie się zaczyna Holandia? Odpowiedź: Tam gdzie krowy są piękniejsze niż kobiety.

      Usuń
    5. To bardzo niesprawiedliwe, ja miałem wrażenie odwrotne po powrocie z Holandii. W Holandii jest bardzo dużo super lasek - wysokich blondynek, wysportowanych, pięknych. U nas ludzie są mniejsi, brzydsi i jakby gorzej odżywieni.

      Usuń
    6. Ja przytaczam dowcip, a rzeczywistość to już co innego. Laski w NL są faktycznie zazwyczaj blond, duże, dość często wysportowane, mają nieskazitelne zęby... Ale twarze nie zawsze mi odpowiadają. I bardzo często takie szerokie biodra. No ale wszystkiego można się czepiać, a nie o to chodzi. Pono o gustach się nie dyskutuje...

      Usuń
    7. Uwierz, że takie krągłe biodra przy dużym wzroście mężczyzn bardzo kręcą - to taki atawizm, łatwo takiej urodzić, a dzieciak będzie rosły i silny.

      Gdybym nie miał już takiej baby, to najpewniej bym się wokół jakiejś Holenderki zakręcił. Twarze też miały przeciętnie ładniejsze niż u nas. Oczywiście zdarzają się ludzie bardzo nieurodziwi, jak wszędzie, ale generalnie, to aż mnie szyja bolała od ciągłego odwracania głowy.

      Usuń
    8. To jednak nie jest niekontrowersyjna opinia. Co prawda w Holandii byłem wszystkiego może dwa dni - ale trauma po widoku amsterdamskiej Murzynki zostanie mi do końca życia! Tak, po prawdzie, to ja się Murzynek boję - czy to jest rasizm..?

      A i "rdzenne Holenderki" - jakoś mnie nie zachwyciły. Nie każdy lubi nazbyt dosłownie wyrażone cechy płciowe...

      Usuń
  5. P.S.Nawet mnie te "konskie tematy" wciagaja w panskim wykonaniu-jakby juz owa "sekretna historia koni" byla gotowa to prosze dac znac-chetnie poczytam.

    piotr34

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To też ma iść w odcinkach. Raczej wielu, skoro Redakcja upiera się, żeby nie więcej niż 5000 znaków tygodniowo, bo dłuższych tekstów i tak nikt nie czyta - ze 2 - 3 lata zejdzie, nim w tym tempie dojdę do czasów współczesnych..?

      Usuń
    2. W ciągu 2, 3 lat to może nawet sponsora na książkę znajdziesz?...5000 znaków - jak to się przekłada na stronę A 4 z tekstem?

      Usuń
    3. To niecałe 3 tzw. "strony standardowe". W druku to już różnie wychodzi - zależy od formatu i czcionki.

      Tylko, skoro już nikt nie czyta tekstów dłuższych niż 5000 znaków - to po co książka..?

      Usuń
    4. No, to mnie się również nasunęło. Ale skoro istnieją czytelnicy książek, to może ich normy czytania czasopism nie dotyczą. Ja jakoś potrafię przeczytać książkę, natomiast film, albo program telewizyjny do końca obejrzeć - nie umiem. Może i dobrze, mam więcej czasu na czytanie.

      Usuń
  6. @BoskaWola

    Jestem absolutnie pewien ze nie chodzi o zachowanie,sposob ubierania sie czy zapach.Te rozniece nawet i istnieja(Angole chodza na wpol goli-zimny chow sie klania)ale to sa niuanse.Glowna roznica to rysy twarzy(nie potrafie tego zdefiniowac-po prostu inne)oraz pewne roznice w budowie ciala(ale tu juz roznica jest mniejsza-szczegolnie jesli chodzi o mezczyzn).Nie wiem jak tam Francuzi czy Wlosi ale po paru latach "wprawy" tylko patrzac na zdjecie Polaka,Angola czy Rosjanina rozpoznam na 90%(przy zdjeciu TYLKO twarzy)lub niemal 100% przy zdjeciach calego ciala lub kontakcie osobistym(chocby przelotnym).Ale znowu odroznienie Polaka od Slowaka albo Rosjanina od Ukrainca graniczy z niemozliwoscia-czyli jakies "zbiory" genetyczne sie tu rysuja.

    Piotr34

    OdpowiedzUsuń
  7. Mowa o genotypie norodowym jak najbardziej ma sens, choc niemal dokladnie odwrotny do tego o ktorym ludzie mysla uzywajac tych slow. wlasnie z powodow m/in tych o ktorych piszesz (osadnictwo, przemarsze wojsk itd powoduja lokalne anomalie genetyczne ktore nastepnie przez wieki stopniowo sie rozplywaja po okolicy) statystyczne wystepowanie genow traktowanych osobno rozni sie znaczaco miedzy regionami europy. jesli natomiast genom potraktowac jako calosc mozna ze sporym prawdopodobienstwem przypisac probke nie tylko do narodu ale nieraz do obszaru wojewodztwa. istnieja powazne badania, ktorych zastowania w wymiarze popularno-komercyjnym 23andme, w popularno-naukowym genographic i kilka innych ktore to jasno wykazuja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No dobrze, ale co z tego wynika w praktyce? Bo moi interlokutorzy, jak im się da stwierdzić, że istnieje "genotyp narodowy", to zaraz będą chcieli ów genotyp ekspandować, względnie - tępić konkurencyjne. Co mam za nieporozumienie - delikatnie rzecz ujmując...

      Usuń
    2. w praktyce adoptowani Amerykanie moga sie dzieki temu dowiedziec mniej wiecej z ktorego sztetla pochodzili ich przodkowie:) natomiast jak napisalem zgadzam sie ze nie ma to absolutnie sensu takiego jaki probuja temu badz co badz faktowi naukowemu nadac amatorzy eugeniki "patriotycznej". Batory byl Wegrem a Denikin, Dzierzynski i Wasilewska Polakami, i co z tego.

      Usuń
  8. a co do gejow, to niby bylo na marginesie ale litosci, stosujac wspomniane wyzej prawa mendlowskie latwo wykazac ze gen recesywny moze przetwac nawet jesli zabija homozygoty, a co dopiero uwzgledniajac krypto-homo-ludzi przekazujacych je wbrew wlasnej naturze;) http://genome.wellcome.ac.uk/doc_WTD020850.html
    oczywiscie sprawa homoseksualizmu nie jest tak prosta jak fenyloketonurii ale nie da sie czynnika genetycznego tak latwo wysmiac wsrod wyedukowanych ludzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pełna zgoda, rzeczywiście - zagalopowałem się. Pytanie - bo nie wiem - a czy owo genetyczne podłoże homoseksualizmu zostało było już jakoś wyjaśnione (i np. wiemy, że to jest gen recesywny? I to jeszcze - pojedynczy?) - czy dalej jest tylko nader wygodną hipotezą..?

      Usuń
    2. az tak bardzo sie tym aspektem genetyki nie zajmuje wiec prosze mnie nie cytowac ale wydaje mi sie ze nie tylko nic nie wyjasniono ale i nie zostanie wyjasnione bo to temat zbyt powazny zeby do niego stosowac metody naukowe;)

      Usuń
  9. oprocz wymadrzania sie mam takze pytanie, chyba bardziej filozoficzne niz naukowe. dlaczego wlasciwie taki nacisk sie kladzie na czystosc rasy (ludzi, koni, psow)? przeciez od dawna wiadomo ze krzyzowki miedzyrasowe w pierwszym pokoleniu zwykle sa lepsze od obydwu ras macierzystych a i w kolejnych pokolenia wieksza roznorodnosc daje wieksze pole manewru, za to zmniejsza sie ryzyko zwiazane z chowem wsobnym ktory tak czesto prowadzi do degeracji mniej licznych ras. oczywiscie rozumiem ze na defiladzie lepiej sie prezentuje oddzial gdy wszystkie konie maja ten sam wzrost a wszyscy jezdzcy ten sam kolor wlosow ale przy dostatecznej puli nie stanowi problemu wybor reprezentacyjnej roty.
    do najlepszych ras pszczol (o ktorych wiem troche wiecej) nalezy niewatpliwie buckfast ktory (chyba podobnie jak angielskie konie) powstal przez "dolewanie krwi" zbieranej przez upartego mnicha z kilku kontynentow przez kilkadziesiat lat. ale to zdecydowany wyjatek. wiekszosc ras jest hodowana w calkowitej izolacji i nawet pszelarze hobbysci ktorzy pozwalaja swoim pszczolom na swobode seksualna sa wytykani palcami za psucie rasy, ze nie wspomne o psach czy koniach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic nie wiem o "czystości rasy" jak chodzi o ludzi (choć Murzynek się boję...). Ale jak chodzi o konie, sprawa jest trywialnie prosta!

      Najbardziej cenioną cechą reproduktora jest pewność przekazywania przezeń określonych cech. Czyli tzw. "stemplowanie". A kto pewniej przekazuje pożądane cechy, niż osobnik homozygotyczny (najlepiej z parą genów dominujących)? Oczywiście, w przypadku zdecydowanej większości cech istotnych użytkowo, nie jest to takie proste - ale też, nie ograniczamy się przecież do selekcjonowania samych tylko osobników homozygotyczny, ale tworzymy całe "linie krwi", gdzie pewne cechy występują statystycznie często w wielu pokoleniach.

      Jak najbardziej - pożądane jest tworzenie hybryd. Ale żeby stworzyć hybrydę, trzeba mieć "rasy czyste", możliwie mało ze sobą spokrewnione.

      Dlatego hodowlę koni prowadzi się właściwie niezależnie w dwóch kierunkach. Albo stosuje się "krycie hodowlane", gdzie celem pożądanym jest uzyskanie możliwie skonsolidowanego genotypu (im więcej alleli zajmowanych przez identyczne geny, tym lepiej! - oczywiście, przy eliminacji osobników nie spełniających kryteriów i zastosowaniu ogólnie rozumianej selekcji ze względu na cechy pożądane...), albo "krycie handlowe" - gdzie celem jest uzyskanie osobnika jak najlepszego użytkowo, bez zwracania uwagi na jego przydatność do dalszej hodowli.

      Klasyczny przykład "krycia handlowego", to oczywiście konie angloarabskie (nawet odróżnia się, specjalnie w tym celu, "konie angloarabskie w pierwszym pokoleniu" - oznaczane w rodowodach skrótem xxoo, od "koni angloarabskich w drugim i następnych pokoleniach" - xo).

      Ale również współczesne tzw. "rasy" (jak chodzi o zdecydowaną większość współczesnych "ras" końskich, termin ten nie ma już żadnego sensu biologicznego - ponieważ NIE MA ŻADNYCH różnic natury genetycznej między końmi np. selle francais, a KWPN - to tylko "marki towarowe"...) sportowe, to przecież klasyczny przykład hybrydyzacji - krycia zimnokrwistych klaczy ogierami pełnej krwi angielskiej (to było w praktyce nieco bardziej skomplikowane, ale da się to tak, koniec końców, podsumować...).

      Konie "pełnej krwi angielskiej" jako rasa, powstały dzięki połączeniu hybrydyzacji i skrajnie surowej selekcji - po czym, w roku 1793, hybrydyzacji (tj. - dalszego "dolewania" obcej krwi) zaprzestano, gdy dostrzeżono, że nie daje to już poprawy osiąganych cech użytkowych - dalsze doskonalenie tej rasy odbywa się już wyłącznie metodą selekcji.

      Również w przypadku koni czystej krwi achałtekińskiej, Sowieci próbowali hybrydyzacji, poprzez dolew, w latach 20-tych XX wieku, pełnej krwi angielskiej. Próba ta nie powiodła się, nie uzyskano poprawy tych cech użytkowych, które ceni się u koni achałtekińskich (a są to inne cechy, niż u koni pełnej krwi!).

      Prawdopodobnie próbowano w przeszłości także krzyżówek achałtekińsko - arabskich. Jest to temat "politycznie drażliwy" - ale spodziewałbym się naprawdę niezłych "handlowo" koni z takiego związku...

      Usuń
    2. mniej wiecej to rozumiem, ale bardziej mnie taka hipotetyczna sytuacja interesuje. zalozmy ze zidentyfikowano gdzies w Turkmenistanie pasterza z malym stadkiem posiadajacym wszystkie cechy pozadane u tekincow ale bez papierow. czy w takiej sytuacji ktos by probowal te konie adoptowac do rasy czy jako niepewny element zostana zignorowane. pewnie by tego nie robil zaden klub sportowy ani szczesliwy posiadacz trzech klaczy ale jakis instytut konia tekinskiego czy cos w tym stylu moglby je kontrolnie skrzyzowac z zarejestrowanymi tekincami i po dwoch pokoleniach oficjalnie wpisac do ksiegi stadnej. czy cos takiego sie praktykuje? czy gdyby cos takiego zrobiono jak zostaloby to przyjete przez spolecznosc hodowcow (nie wiem ile was jest, sto, tysiac czy 10 tysiecy), czy narzekaliby na psucie rasy.

      rozumiem ze wiekszosc dzisiejszych koni nalezy do ras w takim samym (bez)sensie jak "rasa polska czlowieka" ktora od "rasy litewskiej" rozni sie glownie paszportem, ale czy wiele jest takich ras z prawdziwego zdarzenia jak achal-teke i araby?

      Usuń
    3. jeszcze wyjasnie ze nie chodzi mi o samo krzyzowanie do jak piszesz celow "handlowych" tylko o mozliwosc "naturalizacji" konia innej rasy lub wrecz nierasowego, lub krzyzowki, cos w stylu "laczenia rodzin", jesli spelnia pozostale kryteria.
      a co do arabian+akhalteke to na jutubie znalazlem kilka brykajacych przykladow ale nie wiem na ile to wiarygodne.

      Usuń
    4. No to po kolei:

      1) Księgi stadne prowadzone dla różnych ras koni są dwóch typów. Albo są to księgi "zamknięte" - gdzie wpisać można tylko potomstwo koni wcześniej do owej księgi wpisanej (o ile spełnia kryteria zdrowotno - użytkowe) - albo "otwarte", gdzie wpisać można różne inne konie, jeśli spełniają kryteria wpisu. Większość ksiąg jest "otwartych" - co zresztą doprowadziło właśnie do sytuacji, że jak chodzi o konie sportowej, to w całej Europie niczym się one od siebie nie różnią, bo do wszystkich ksiąg "importowano" potomstwo raptem bodaj trzech czy czterech ogierów (angloarabskiego Ramzesa - zresztą urodzonego w Polsce - i kilku ogierów pełnej krwi angielskiej). Księgi "zamknięte" są zamknięte dla dwóch powodów. Albo dlatego, że uważa się, iż jest to rasa tak doskonała, że nie ma możliwości jej doskonalenia przy pomocy krzyżówek (pełna krew angielska, czysta krew arabska, czysta krew achałtekińska). Albo też - dlatego, że rasa jest "żywą skamieliną", pamiątką historii i z sentymentu nie pragnie się jej w żaden sposób zmieniać (i takich jest pewnie na całym świecie kilkadziesiąt: konie fryzyjskie na ten przykład, lusitano, PRE, andaluzy, koniki żmudzkie, konik polski - co ciekawe, warunki uzyskania dotacji do "ras rodzimych" w Polsce sprawiają, że "dotacyjne" konie małopolskie, wielkopolskie, śląskie i zimnokrwiste mają charakter "prawie-że-zamknięty", bo dolew obcej krwi ograniczono tam do góra 25% - PZHK zdawał się chcieć zrobić z tych ras skansen, podczas gdy "praca hodowlana" nad doszlusowaniem poziomu koni sportowych do światowego poziomu, miała się toczyć w księdze "sp" i "psp": efekt jest niekoniecznie zgodny z oczekiwaniami, ale tak to już na tym świecie bywa...).

      2) Księga stadna koni achałtekińskich jest zamknięta zarówno z powodu naszego głębokiego przekonania o ich absolutnej doskonałości - jak i dlatego, że istotnie, stanowią swoistą "żywą skamielinę": koni jest na całym świecie ok. 5 - 6 tysięcy (hodowców - chyba poniżej 1000). Tym niemniej - rzeczywiście występuje zagadnienie otwarcia tej księgi. Mianowicie - na potomstwo koni turkmeńskich, na których około 1/5 wszystkich Turkmenów uciekło przed bolszewikami do Iranu i do Afganistanu. Pisałem o tym: http://boskawola.blogspot.com/2011/01/koni-achatekinskich-historia-sekretna_13.html Władze księgi stadnej (rosyjskie) mają o tych koniach bardzo niskie mniemanie (trudno, żeby było inaczej...). Badania nad nimi, dopiero się jednak zaczęły: Lepsza Połowa na konferencji w Aszchabadzie spotkała delegację Turkmenów z Iranu, którym właśnie nadano coś w rodzaju "autonomii kulturalno - językowej" i, jak to Turkmeni, pierwsze co zrobili, to wdrożyli program badań genetycznych swoich koni (to kwestia tożsamości, coś jak Matka Boska Częstochowska albo Marii Konopnickiej "Rota" u nas...). Nasza znajoma z Kanady, Kerri-Jo, jeszcze w kwietniu twierdziła, że chce swoją Darginkę pokryć ogierem turkmeńskim z Iranu. Co z tego wynikło, albo wyniknie - trudno powiedzieć. W każdym razie: wojna wisi w powietrzu - i to jest tylko jedno z jej pól bitewnych... Niestety: nie ma najmniejszych wątpliwości, że będzie to wojna na argumenty polityczne - a nie genetyczne!

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...