poniedziałek, 26 listopada 2012

Moralność, niemoralność…

Jak Państwo doskonale wiecie, nie aspiruję do roli moralnego herosa. Wręcz przeciwnie! Ludzką rzeczą jest być słabym, ulegać pokusom, błądzić i upadać – a rygoryści, którzy twierdzą, że takie sytuacje są im obce, w większym stopniu mnie przerażają, niż napełniają podziwem.

Oczywiście: święci też są potrzebni na tym świecie. Wcale nie twierdzę, że nie. Obok jednak prawdziwych herosów moralnych, czyli świętych, trafiają się też filuci: wielce bowiem zabawną sztuczką jest bycie rygorystą – relatywistą. Postać taka twierdzi, że ZAWSZE postępuje moralnie. Jak to możliwe? Ano dlatego, że zawsze przecież, postępuje zgodnie ze swoją wolą. Ponieważ zaś nie ma żadnych innych kryteriów prawomocności takiej czy innej moralności, jak tylko swobodna decyzja jednostki – to wystarczy przyjąć za własną „zasadę moralną“ taką, która akurat owej jednostce z tych czy innych względów odpowiada – a będzie się miało pełną satysfakcję z życia i miłe poczucie bycia doskonale moralnym – w jednym.

Czyż to nie piękne..? Owszem – i takowy „rygorysta – relatywista“ może zbłądzić moralnie, jeśli postąpi niekonsekwentnie. Skądinąd jednak – jeśli owe „niekonsekwencje“ będą mu się przydarzały częściej – to przecież, w każdej chwili może orzec, że stara „zasada moralna“ już mu dłużej nie odpowiada, a w to miejsce, wolnym aktem woli – przyjmuje sobie nową „zasadę“, z którą jego praktyczne postępowanie jest już w pełni zgodne. Zawsze zatem, można mieć dwa w jednym – i przyjemności i mile łechcące poczucie czynienia słusznie naraz.

Szczerze pisząc, mam wrażenie, że rygorysta – relatywista wiele w ten sposób traci. Co traci? Ano – traci owo wspaniałe, oczyszczające, zmuszające do refleksji i do wysiłku – poczucie winy. Czy relatywista może w ogóle czuć się winny..? Niekonsekwencji – co najwyżej. Ale tylko do czasu, gdy owa niekonsekwencja zostanie powtórzona dostateczną liczbę razy, by stać się godną miana – nowej „zasady“…

Jest to, w każdym razie, moim zdaniem – tak samo nieludzkie i odrobinę przerażające, jak każdy inny rygoryzm moralny. Człowiek normalny wie, że istnieją pewne zasady moralne. Nie stworzył ich i ani mu w głowie twierdzić, że istnieją one tylko dzięki jego własnym aktom woli – przecież nic jego własna wola nie miała wspólnego z tym, że urodził się w roku, dajmy na to 1974, a nie 1774 czy zgoła 774 i w Polsce, a nie w Chinach czy na Półwyspie Yukatan. Urodził się w czasie i w miejscu, którego najoczywiściej nie wybierał. Społeczeństwo, w którym się urodził – wyznaje takie a nie inne wartości. Może je przyjąć za swoje – i to jest naturalne, na tym polega wychowanie dziecka, socjalizacja. Może się oczywiście przeciw nim zbuntować, proponując jakieś własne wartości – jeśli ma dość odwagi, aby ponieść konsekwencje takiego wyboru.

Na ogół – i to jest właśnie typowe, normalne, ludzkie – nawet buntując się i tak będzie się w rzeczywistości owych w dziecięcym wieku zinternalizowanych wartości trzymał. Dlatego nieszczerze, sztucznie, egzotycznie brzmi owo zaklinanie „wolnej woli“ i osobistej suwerenności, pozwalającej dowolnie kształtować własne wartości – ani to ludzkie, ani sympatyczne, a mnie, prawdę pisząc – wkurza. Bo wygląda na wynoszenie się ponad „tłumy ciemniaków“ – a kto lubi takich, co się wywyższają i pogardzają innymi..?

Grzech pierworodny

Więc – ludzkie, typowe i normalne jest przyjmowanie wartości społeczenie akceptowanych w danym miejscu i czasie. A jeśli nawet pojawia się jakiś bunt – to, by tak rzec, w miarę i z pewną (zdrową) dozą nieśmiałości.

Co się dzieje z człowiekiem normalnym, gdy jego słabostki, zachcenia, a też i okoliczności po temu sposobne – prowadzą go, jak to często bywa, do złamania owych zinternalizowanych norm moralnych? Człowiek normalny stwierdziwszy że zgrzeszył – nie próbuje wymyślać sobie nowej „zasady moralnej“, która by jego grzech uczyniła cnotą – tylko popada w poczucie winy. Od którego ma, w każdym cywilizowanym społeczeństwie, jakąś metodę uwolnienia się – czy to przez pokutę i postanowienie poprawy, czy to przez rytualne oczyszczenie, czy w jakiś inny sposób.

Grunt – że tak naprawdę nie ma jakiegoś trwalszego i poważniejszego „systemu moralnego“,  który by możliwości złamania norm, które się nań składają nie przewidywał – i nie wskazywał zarazem błądzącej jednostce drogi powrotu na ścieżkę cnoty.

 Krzysztof Bukalski, Innocent sin

Nie da się ukryć – że najbardziej mi się podoba tradycyjna metoda katolicka, przewidująca możliwość nawrócenia i żalu za grzechy nawet na łożu śmierci! Byle się tylko nie pomylić i nie nawrócić za wcześnie – kiedy wciąż jeszcze będą siły i sposobność do grzechu…

Jest to metoda, dzięki której surowa moralność łączy się z niczym nieograniczoną radością życia w sposób harmonijny, łagodny, naturalny, a zarazem – pełen pokory i umiarkowania, bez tromtadrackich deklaracji, publicznego demonstrowania drażniącej pychy i psucia samopoczucia bliźnich kłuciem ich w oczy jakąś nieludzką doskonałością. Że można tę metodę nazwać także brzydkim słowem „hipokryzja“..? Nic nie jest doskonałe na tym łez padole..!

30 komentarzy:

  1. Boska Wola, odnosząc się do mojego tekstu jak zwykle popełniłeś typowy dla siebie błąd - jesteś przeświadczony, że coś więcej wiesz o mnie niż to, co napisałam. Ot, pycha, panocku... ;) Wierz mi, odczuwam wyrzuty sumienia. Bo chociaż moralności obiektywnej nie ma, to jednak każde z nas (także Ty) musi pewne zasady przyjąć za pewnik. Nie da się kształtować dowolnie swojej moralności i zmieniać ją, jak nam nie pasuje. Ona sama z siebie, bez udziału naszej woli, może się kształtować. My nic zrobić nie możemy.


    Ale o ile się mylę, Ty jesteś przeciwko moralności? W końcu napisałeś kiedyś, że szerzenie dobra i powstrzymywanie zła jest... złe. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. PS. Bunt przeciwko zastanym wartościom owocuje wytworzeniem własnych. Ale i to nie do końca zgodnie z naszą wolą. ;)

      Usuń
    2. No proszę, mamy jednak pewien postęp: czyli jednak zasad moralnych nie tworzy się wolnym i swobodnym aktem woli, a są nam dane?

      Bardziej mi jednak chodziło o to nieszczęsne porównanie z Hitlerem i Stalinem. Nie jest prawdą, że Hitler i Stalin mieli własne, inne wartości - i dlatego odwoływanie się do argumentów natury moralnej nic w ich przypadku zdziałać nie mogło. Przynajmniej: nie do końca.

      Znakomita bowiem większość złoczyńców ani myśli "tworzyć" sobie jakichś wartości, wedle których zło, które czynią, jest dobrem - tylko grzeszy doskonale wiedząc, że postępują źle. Zazwyczaj - w imię jakiegoś innego "dobra", ale i to - wcale nie zawsze i niekoniecznie. Łatwiej bowiem popaść w grzechy ze słabości, niż z wyrachowania...

      Usuń
    3. Nie wierzę, by akurat ci ludzie wierzyli, że czynią źle.

      Piszę "wierzyli", bo moralność nie została nam dana przez Nadistotę, tylko została przez nas stworzona. Ale nie przez żaden akt woli. Po prostu nasz mózg wyewoluował do tego stopnia, że moralność przekroczyła ramy zachowań społecznych.

      Usuń
    4. PS. To, co teraz piszesz o "złoczyńcach", przeczy Twoim dawnym teoriom. Wg Ciebie za zło na tym świecie są odpowiedzialni przede wszystkim tacy moraliści jak ja. Co mnie zresztą mało obchodzi, bo jest to bzdura; to ludzie obojętni są winni złu. Ale czyżbyś zmienił poglądy?

      Usuń
    5. Nikt z nas nie siedział w głowie ani Hitlera, ani Stalina. Skądinąd jednak, Hitler wielokrotnie wypowiadał się na temat moralności - można domniemywać, iż uważał się (a przynajmniej tak to publicznie przedstawiał) za narządzie w rękach Opatrzności, którego zadaniem jest ziścić przewidziane w Boskim Planie przeznaczenie narodu niemieckiego. Nic nie wskazuje na to, aby mordowanie bezbronnych kobiet i dzieci i brutalną eksploatację krajów podbitych uważał za dobro - usprawiedliwiał to oczywiste zło albo koniecznością samoobrony, albo wielkością misji, którą wypełniają Niemcy. Gdzie tu jest jakaś nowa moralność? Już Bismarck mawiał, że po ludzku współczuje Polakom, ale jako niemiecki mąż stanu - nie widzi innego wyjścia, jak ich tępić, choć takie tępienie jest "złem koniecznym".

      Frazę o "przekraczaniu ramy zachowań społecznych" pominę, bo jej nie rozumiem.

      A co do mojego zdania o tym, co jest przyczyną zła, to w pełni je podtrzymuję: nikt nie uczynił tyle zła w dziejach, co ludzie którzy twierdzili, że pragną ludzkość od wszelkiego zła uwolnić! Co się, jak najbardziej, Hitlera i Stalina też dotyczy...

      Zresztą pomyślmy: gdyby taki Stalin pozostał zwykłym, gruzińskim seminarzystą - a potem może niezbyt przykładnym popem - i nie uległ fascynacji ideą obiecującą zbawienie ludzkości na tym, a nie na tamtym świecie..? Ileż to milionów ludzi żyłoby sobie spokojnie przez tę jedną zmianę..?

      Usuń
    6. Czyli jednak - chciał dobrze. ;)

      A że wyszło źle? Cóż, nie wiadomo, czy na łożu śmierci dręczyły go wyrzuty sumienia. ;)

      Usuń
    7. Czyli wystarczy "chcieć dobrze" - i wszystko w porządku? No - tak łatwo, to nawet w katolickiej eschatologii nie ma! Niezależnie od faktu, że Lepsza Połowa zawsze się ze mnie śmieje, jak coś zepsuję, że właśnie "chciałem dobrze - ale to nie Kościół, chcenie nie wystarczy"...

      Niektórzy twierdzą, że Stalin pod koniec życia miał wyrzuty sumienia - dręczyły go koszmary, a i umierał mało komfortowo i niekrótko...

      Mimo wszystko - moim zdaniem istnieje obiektywna miara prawdziwości sądów moralnych. Taką miarą jest przetrwanie gatunku (i, w ogólności - życia). Jeśli ludzkość przestanie istnieć, przestanie też istnieć jakakolwiek ludzka moralność - a więc żadna moralność nie może dopuszczać zagłady gatunku, gdyż tym sposobem, podważałaby samą siebie. A to jest oczywista sprzeczność.

      Usuń
    8. I to jest właśnie bardzo płytkie myślenie. Od dawien dawna bowiem życie (jednostki, ale i milionów) mniej było ważne od np. wartości, honoru, zbawienia. Dlatego prawdziwa moralność wykracza poza korzyść (choćby i przez przeżycie definiowaną) całego gatunku.

      Z tego też powodu człowiek m ó g ł b y popełnić samobójstwo, dręczony wyrzutami sumienia. Samego siebie unicestwić - właśnie ze względu na SWOJE zasady moralne.

      Usuń
    9. Tak to sobie było można dywagować, gdy całe nieszczęście, jakie jeden człowiek mógł zrobić drugiemu, sprowadzało się do skręcenia mu karku albo dziabnięcia jakimś ostrym narzędziem.

      Kłopot w tym, że teraz już MOŻEMY popełnić jako gatunek zbiorowe samobójstwo - jest to dość nawet proste do zrobienia, z czysto technicznego punktu widzenia.

      Biorąc pod uwagę powyższe, zwolenników tezy "Fiat iustitia, pereat mundi" - mam w najlepszym razie za waryatów..! W najlepszym - bo, szczerze pisząc, na ogół mam o nich dużo gorsze zdanie...

      Usuń
    10. Tylko że Twoje zdanie jest dla nich dokładnie tyle samo warte, co ich dla Ciebie...

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam,

    Jacku, zadajesz pytanie:
    Ileż to milionów ludzi żyłoby sobie spokojnie przez tę jedną zmianę..?

    Z grubsza dokładnie tyle samo osób poszłoby do piachu, co poszło. Tyle że ojcem narodu byłby Bucharin, Kamieniew, Zinowjew, czy może Trocki.

    Przytaczając słowa poety:
    "Gdyby się inaczej zgięła historii sprężyna rehabilitowali dzisiaj by Stalina.

    W tych dyskusjach o Stalinie i Hitlerze popełniacie jak większość osób podstawowy błąd atrybucji.
    Oczywiście aby stać się przywódcą trzeba mieć pewne cechy osobowości, np. charyzmę. Ale potem w środowisku walki o władzę, trzeba albo moralność schować do kieszeni, albo robić za nawóz dla następnych pokoleń.
    Innymi słowy, ważne są zjawiska, a nie nazwiska.

    Pozdrawiam
    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, ale dzisiaj nie zajmuję się historią alternatywną, tylko moralnością. A przecież prawdą jest też i to, że zanim wszyscy ci panowie stali się "grupą trzymającą władzę" i nieubłagana logika dziejów wzięła u nich górę nad ludzkimi odruchami - nawet, na długo przedtem i oni i Lenin i Plechanow i cała reszta rewolucjonistów, jakiejkolwiek bądź obediencji - dokonała pewnego wyboru.

      I był to wybór moralny. Wszyscy ci panowie (i panie...) stwierdzili bowiem, tak samo jaka nasza urocza rygorystka - relatywistka, że "nieważne ile milionów zgonie - ważne, że moja racja jest mojejesza!"

      Gdzie tu niby jakieś zjawisko, jakaś prawidłowość obiektywna i niezależna..?

      Owszem - i niezadowoleni i rewolucjoniści, zawsze byli i pewnie zawsze będą. Musi to zatem być jakiś błąd w ludzkim genotypie (z systemem politycznym nic to nie ma wspólnego, wszak akty terroru znamy już z głębokiej starożytności!). Coś jak u osobników z podwójnym "y" - których sama natura skazuje na życie gwałtowników i morderców.

      O ile jednak z mordercami ludzkość w miarę sobie radzi, pozbywając się ich w taki czy w inny sposób - to wciąż jesteśmy bezbronni wobec syreniego śpiewu moralistów.

      Mój wniosek zatem: mordercy i moraliści - na szafot!

      Usuń
    2. Właśnie samego siebie na szafot wysłałeś, potępiając pewne jednostki, pewne wybory, pewną postawę. Tyle że - w przeciwieństwie do mnie - nie masz odwagi nazwać się uczciwie moralistą. ;)

      Kiedy walę po pysku (dosłownie lub w przenośni) człowieka znęcającego się nad drugim człowiekiem czy choćby psem, to też można by mnie zapytać: jakim prawem? Ale od kiedy to osoby nie chcące uchodzić za moralistów mają prawo zadawać takie pytania? Toż to nielogiczne! :)

      A inni moraliści... Cóż, mam ich w głębokim poważaniu.

      Usuń
    3. No i zatoczyliśmy koło... błędne oczywiście... A było już blisko! Już Koleżanka przyznała, że moralność "tworzy się sama", a nie aktem wolnej woli, niczym nie skrępowanym. I bach! I znowu jakaś "ja, Kira" "wali w pysk" - i prawa moralne sobie sama ustanawia...

      No cóż: to było do przewidzenia - nieprawdaż..?

      Usuń
    4. Moralności się sobie nie wybiera, ona się poniekąd sama tworzy. Po prostu sami ustanawiamy konkretne zasady (sformułowane na zasadzie nakazów i zakazów) na bazie już istniejącej W NAS moralności.

      A niby na jakiej bazie Ty tworzysz swoje zasady? O ile jakieś masz...

      Usuń
    5. PS. Polecam doczytać do końca:

      http://film.wp.pl/idGallery,10922,idPhoto,332645,galeria.html?ticaid=1f9a1&_ticrsn=3

      i kto ma osądzać tych ludzi? Kira-moralistka, czy Boska Wola, który od moralizowania PODOBNO trzyma się daleko? ;) Co jest bardziej logiczne? ;)

      Usuń
    6. Kwestia rzekomej hekatomby na planie "Hobbita" była dyskutowana na moim ulubionym końskim forum. Większość dyskutantów była zdania, że ta informacja to fake - bo okoliczności rzekomych zdarzeń są niewiarygodne, a z pewnością - nic nie mają wspólnego z samym filmem. Ktoś po prostu próbuje sobie zrobić publicity/wycisnąć kasę.

      Generalnie - mnie to nic a nic nie obchodzi. Bo niby dlaczego miałoby? A czy ja znałem któregoś z tych rzekomo zabitych kurczaków..? Nawet nie wiem, czy były smaczne!

      Usuń
    7. Nie bardzo widzę, co tutaj miałoby być niewiarygodnego. Ale podałam tę info jako przykład. Każdego boli co innego...

      Usuń
    8. Ty w ogóle mało widzisz - bo zwykłaś najpierw osądzać, a potem dopiero pytać, o co chodzi. Tak przynajmniej z tej Twojej irytującej raptusowości wnioskuję...

      Ale, proszę bardzo (wśród wypowiadających się, były też dwie panie weterynarz): http://www.re-volta.pl/forum/index.php/topic,89915.0.html

      Usuń
    9. Boska Wola, jeśli ktoś kpi, że film kręcono kilkaset lat, skoro tyle koni zginęło, to już wiem, że jest to idiota. Sorry, ale prosiłabym o jakieś poważne info.

      Usuń
    10. No widzisz: Ty nie tylko nic nie wiesz - ale nie chcesz wiedzieć! "Kpi" - jak raczyłaś się wyrazić - i, co gorsza: słusznie kpi, bo ma rację - znana weterynarz, która z pewnością wie co mówi. Dla mnie to jest całkowicie rozstrzygające. Zresztą, w świetle mojej własnej praktyki - pomysł, że się ileś tam koni może pozabijać przez dziury w ziemi - brzmi jak... bredzenie ciężko potłuczonego..?

      Usuń
    11. Boska Wola, sorry, ale jeśli czyjeś gdybanie uważasz za pewnik, to szkoda mojego czasu... Świat nie jest tak logiczny jak w bajkach o Sherlocku Holmesie. Wiesz tyle, co ja na ten temat, więc...

      Usuń
  4. Droga Kiro,

    Podstawowym problemem jest to, że w obecnej sytuacji, zdarza się, iż porządek prawny stwarza lepsze warunki do życia zwierzętom, niż ludziom (też zwierzętom).
    Utrata życia przez te zwierzęta na planie filmu, to czystej wody hipokryzja, bo Ci sami ludzie, którzy protestują zjadają ze smakiem mięso powstałe w de facto obozach koncentracyjnych dla zwierząt.

    Obecnie na świecie powstaje wiele projektów w których ludzkie życie nie znaczy więcej niż życie kurczaka i nikt z tego powodu włosów nie wyrywa.

    Ludzie którzy zamiast krytykować system, który to stworzył, pełnią leninowską rolę pożytecznych idiotów, z donkiszoterią zwalczając wycinek cienia, który ten system rzuca.

    Pozdrawiam serdecznie
    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba jednak jestem mniej niebezpieczną - wg miary Gospodarza - moralistką niż Ty, MarkOwy. ;) Bo widzisz, ja nie chcę walczyć z żadnym "systemem". Nie chcę rozmontowywać wszystkiego. Krytykuję KONKRETY.

      Tak, jemy mięso. Ja osobiście jestem za humanitarnym ubojem zwierząt. To najmniejsze zło. A co do tych wypadków na planie - cóż, dziwna sprawa, ale jeśli to prawda... Kiedyś zdarzały się gorsze rzeczy podczas kręcenia filmów (zachęcam do przejrzenia wszystkich podstron z podanego linku). Gdyby nie "zwariowani" obrońcy zwierząt, nic by się nie zmieniło.

      Usuń
    2. Nie zwalczasz, Kiro, żadnych konkretów, tylko jak na konkretnym przykładzie powyżej dowodnie widać - jak każdy inny leming biegniesz ślepo za tym, co Ci media suflują - i tyle.

      Zaś "system" - jakkolwiek by go nie definiować - ma to do siebie, że jego dalsze istnienie zagraża przetrwaniu ludzkości. Oczywiście: można filozoficznie stwierdzić (i jak znam MarkOwego, z tych komentarzy - pewnie tak zrobi...), że pewnie zawsze tak było, a przynajmniej - ludzie zawsze mieli takie wrażenie. Tym niemniej - zglajszlachtowanie ludzkości w bezpostaciową miazgę na taką skalę - to jednak jest pewna nowość w dziejach...

      Usuń
    3. Drogi Boska Wola, z nas dwojga to Ty hołdujesz bierności. A że biernością pewnie nazwiesz sprzeciw wobec cudzej aktywności, jak w następnym wpisie, gdy sugerujesz, że rewolucja konserwatywna ma za zadanie jedynie zahamować "eksperymenty" postępu? Cóż, widocznie inaczej rozumiemy pewne terminy.

      Udowodniłeś nie raz, że piszesz o czymś, o czym nie masz pojęcia. Np. o mnie. Mam uwierzyć, że wiesz lepiej, co się stało na planie "Hobbita"? Nie wiemy tego oboje. Ja czekam na dalsze info. A Ty? Nie czekasz na nic. Nie obchodzi Cię to. I w porządku...

      Usuń
  5. Droga Kiro,

    Twój post jest - niestety - typową projekcją.
    Ja w swoim wpisie ani słowem nie napomknąłem o walce z systemem.

    Zresztą co do zasady walka jednostki z systemem czyli procesem wobec niej pierwotnym, jest jak budowanie zamków na plaży, fala zmywa kolejne projekty, wobec tego mury rosną coraz wyższe.

    Co do miazgi, o której piszę Jacek. W skali całej ludzkości myślę, że żadnego przełomu nie ma.
    Co do naszej swojskiej geografii, to cóż małe urządzenie nadawczo-odbiorcze, które 95 % przedstawicieli naszego społeczeństwa nosi w kieszeni sprawia, że za pomocą prostej aplikacji i wykorzystaniu paru programów i stron www, oraz prawa telekomunikacyjnego, można w ciągu paru minut stworzyć bardzo dokładny portret psychologiczny każdej mróweczki wraz z jego zainteresowaniami, pragnieniami, aspiracjami i potrzebami.
    Kiedyś to się różne służby musiały namęczyć: nachodzić, podsłuchy zakładać, znajomych przepytywać itp. Jeżow i Beria byliby zachwyceni, że ludzie tak z własnej woli dostarczają tylu informacji o sobie. Bez jednego wystrzału, bez jednego przesłuchania ;)

    Nie chodzi tu zresztą o władzę, bo cóż takie mróweczki ją obchodzić mogą. Ale pracodawcy, spece od marketingu, złodzieje i inni mają doprawdy używanie. Sami sobie taki los zgotowaliśmy.

    Pozdrawiam serdecznie
    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, wiem. Ale primo - nie jest jeszcze najgorzej. Choć może być... Secundo - nie pisaliśmy teraz o systemie. Każdego boli co innego.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...