piątek, 2 listopada 2012

Marsz oniryczny

Jak wszystkie nasze przygody, tak i ta zaczęła się całkiem niewinnie i zwczajnie. Trzeba było odwieźć Lepszą Połowę na autobus, który zabierze ją do pogrążonej w bólu rodziny. Z Dworca Zachodniego. W sumie, cała trudność wydawała się sprowadzać do odszukania rozkładu jazdy - co wcale nie jest w tym przypadku takie łatwe i oczywiste!

Paski klinowe, za bardzo umiarkowaną opłatą, założył mi majster w Warce fachowo. Czego miałem się bać? Że wspomagania nie ma? Tak już bywało: jest to niezłe ćwiczenie na biceps, no i parkować w Centrum nie mam ambicji w tej chwili - ale jeździć się da!

To i pojechaliśmy. Maszyna sprawowała się bardzo dobrze. Wszystkie parametry pracy, pokazywane na tablicy rozdzielczej (głównie zwracałem uwagę na prąd ładowania i temperaturę silnika) - w normie. Pusto, jak to w świąteczny wieczór - miło się jechało!

O 22.00 rozpocząłem podróż powrotną. W chwili gdy ruszałem z Zachodniego NA PEWNO wszystko dalej było OK - co prawda, nie pamiętam wskazań wskaźnika temperatury, ale pamiętam, że włączyłem sobie ogrzewanie, bo samochód się wyziębił stojąc na parkingu - i było milutko.

Ponieważ było tak milutko, to mnie Dyabeł podkusił dolać trochę ropy: a nuż przyjdzie gdzieś pojechać, bo ja wiem? Po owies, siano, może deski..? Że na Lukoilu, zaraz za Warszawą od strony Janek była całkiem przyzwoita cena to stanąłem i wlałem za 5 dych.

Potem musiałem się skupić na drodze, bo przed Tarczynem nastawiali jakichś szykan na środku pasa, a w samym Tarczynie i tuż za nim - wiadomo: slalom między fotoradarami, gwałtownie hamujący przyjezdni, nie zwyczajni tego szczególnego miejsca - trzeba uważać!

Kiedy ponownie spojrzałem na wskaźnik temperatury, kawałeczek dosłownie za ostatnim fotoradarem - był poza skalą!!!

Nasza dzielna Wendi podczas holowania naszej chatki

Stanąłem oczywiście natychmiast na awaryjnych, otoczyły mnie kłęby pary, z sykiem wydobywające się spod maski. Masakra! Masakra normalnie! Spaliłem silnik, pół wartości samochodu idzie się... kochać!

Ale nic: odczekałem - spróbowałem załączyć. Wszystko działa, tylko dalej ten wskaźnik temperatury tuż pod górną kreską. Dotoczyłem się - głównie grawitacyjnie, bo akurat z górki tam jest - do stacji LPG tuż przed Grójcem - a miły pan z obsługi nalał mi bańkę (po płynie do spryskiwaczy, akurat taką miałem) wody. Spróbowałem dolać do chłodnicy.

Efekt? Żaden! Wskaźnik temperatury jak stał pod górną kreską, tak stoi... Zimne mnie oblały poty - ki Licho..? I w tym właśnie momencie zdałem sobie sprawę, że z nawiewu, mimo tak gorącego silnika - wieje chłodnym, nocnym powietrzem! Nawet, jak ustawić nawiew na maksa...

To odkrycie dziwnie mnie uspokoiło. Znaczy się - układ chłodzenia nie działa wcale. Ni ciut ciut. Zupełnie inne zjawisko, niż pęknięcie głowicy 6 lat temu. Albo wiskoza źle przykręcona i wiatraczek nie działa, albo chłodnica się rozszczelniła, albo co innego - ale INNEGO niż pęknięcie głowicy silnika. Skoro objawy zupełnie inne..?

Robiąc dłuższe przerwy na studzenie silnika i wykorzystując do maksa grawitację - dotoczyłem się do Grójca, na ulicę Piotra Skargi gdzie kiedyś korzystałem z usługi przytomnego mechnika.

W sumie - mogłem tak toczyć się i do samego domu. Tyle, że czegoś takiego, to by już silnik miał prawo nie przeżyć - no i, tak sobie pomyślałem: dotoczę się do Boskiej Woli i co mi to da? Przecież i tak trzeba pojechać do jakiegoś majstra - a że akurat już znanego, z którego usług korzystałem i w sumie jestem zadowolony - mam tuż obok - to po co kombinować?

Nie było jeszcze północy, gdy zaparkowałem sobie na wyludnionej grójeckiej uliczce - i ruszyłem do domu per pedes. Z tą myślą, że dojdę do drogi na Warkę - i będę łapał okazję.

Doszedłem do Skurowa, gdzie owa droga się zaczyna kilka minut po północy. Może kilkanaście. Doszedłem - i idę dziarsko przed siebie. Dobry jestem do takiej właśnie roboty: tępej, monotonnej, nie wymagającej myślenia. Och - jakże by to było rozkosznie stanąć sobie przy taśmie i zawijać niczym świstak, o niczym nie myśląc i o nic się nie troszcząc..!

Jak sądzicie: wiele samochodów jeździ w godzinie duchów i później akurat w same Dziady boczną, trzeciorzędną szosą relacji Grójec - Warka? Proszę bardzo, oto odpowiedź: 19 jechało z przeciwka (i tych nie próbowałem zatrzymywać) - a 8 w kierunku mojego marszu. I te próbowałem zatrzymywać...

Pytanie numer dwa: ilu kierowców jadących w godzinie duchów i później akurat w same Dziady boczną, trzeciorzędną szosą relacji Grójec - Warka gotowych jest zatrzymać się i podwieźć postawnego, łysego faceta w czarnej kurtce z (podłej) sztucznej skóry..? Odpowiedź: ani jeden z tych ośmiu, którzy jechali we właściwym kierunku...

No i tak oto - doszedłem sobie o wpół do czwartej do Warki. Pokonując jakieś 25 km. Wcale niezły wynik, choć już od Ryszek - tempo zaczęło mi spadać, pojawiały się  zawroty głowy, dziwne mroczki przed oczami, itp. Ale nic to - szedłem!

Myślicie może, że powinienem był zadzwonić po kogoś, obudzić w godzinie duchów..? Może. Kłopot w tym, że ja naprawdę WIERZYŁEM, że ktoś się zatrzyma! To i tłumaczę - w sam raz nadaję się z takim nastawieniem do tępej, monotonnej, nie wymagającej myślenia i wyobraźni pracy.

Przejście przez Warkę zajęło mi sporo czasu, ale za to - tuż przed mostem - złapałem autobus, który mnie podwiózł do Grabowa. I stamtąd już tylko 5 km do naszej farmy...

Zacząłem sobie wyobrażać, co też mogło się stać pod moją, tak długą, nieobecność. I oczywiście - moje wyobrażenia natychmiast niemal znalazły potwierdzenie: na naszej piaszczystej dróżce, jeszcze na dłuuugo nim pokazał się w oddali kontur naszej chatki, wyraźnie odcisnęły się świeże ślady kopyt.

Doszedłem do chatki, przebrałem się, wziąłem uwiąz - i zacząłem tropić. Wytropiłem je już po półtorej godziny, oczywiście - gdzieżby inaczej - jak nie nad kanałkiem?

Wytropiłem, łatwo złapałem alfę, czyli Pięknego, Dzielnego i Mądrego (Choć Nie Zawsze) Konia Lepszej Połowy - mimo, że poruszałem się już w tym momencie niewiele szybciej niż staruszek o kulach, utykając na obie nogi tak samo, a kolejne 5 km "nabiło się" na liczniku. Wytropiłem, złapałem - i wykonałem manewr za który dają honorowe członkostwo w Ochotniczym Pułku Huzarów Śmierci: ponieważ naprawdę nie bardzo już mogłem chodzić, to znalazłem sobie wygodny głaz - i wskoczyłem na grzbiet Melesugun, używając przyczepionego do kantara uwiązu zamiast wodzy.

Melesugun 4 lata temu


Nie to, żebym nigdy nie jeździł na oklep ani bez ogłowia! Tyle, że to było zawsze na ogrodzonej ujeżdżalni, a nie w terenie pełnym, jak się okazało, dzikiej zwierzyny - i nie po 35  - 40 km marszu. Na tekinkach, prawdę powiedziawszy, jeszcze nigdy na oklep nie siedziałem - całkiem to, swoją drogą, przyjemne - choć pewnie fakt, że byłem w zwykłych dżinsach, a nie w stroju jeździeckim, dałby mi się we znaki, gdybym pojeździł tak trochę dłużej...

Z początku było naprawdę fajnie. Knedlik się od razu podniecił jak zobaczył, że Melesugun ktoś dosiada i to nie on (chłopak jara się za każdym razem, gdy widzi ograniczenie swobody ruchów u klaczy - czyżby to oznaka ukrytego upodobania do BDSM..?) - ale dostał ze dwa razy po pysku wolnym końcem uwiązu, to dał sobie spokój.

Szliśmy stępem. Jak po marszu byłem cały zbity (i to dosłownie, bo czułem się tak, jakby ktoś wziął solidną pałkę i raz przy razie mnie obił, od pięt, po środek pleców...), tak siedząc na koniu rozluźniłem się i rozmasowałem. Super terapia!

Zaraz jednak przestało być tak sielankowo. Wleźliśmy bowiem na chmarę saren (co najmniej dwie takie chmary stale kręcą się teraz w okolicy). Głupie parzystokopytne zamiast oddalić się od nas - zaczęły skokami zmierzać kursem zbieżnym tak, jakby się z nami ścigały. Tekinkom takich rzeczy nie wolno pokazywać! Z miejsca wzięło je na ambicję i przeszły najpierw do kłusa, a potem w galop, usiłują wyprzedzić zwierzynę płową. Co się nam zresztą bardzo szybko udało - wbrew moim, nic nie mającym wspólnego ze sztuką jeździecką, ale za to bardzo desperackim wysiłkom, aby jakoś powstrzymać to szaleństwo. Tyle mi się udało, że cudem jakimś utrzymywałem się na grzbiecie konia i sterowałem w ogólnym kierunku na dom (sarny zostały z tyłu i zgubiły się gdzieś po drodze).

W efekcie cała, około 2-kilometrowa droga znad kanałku pod dom - zajęła nam trochę ponad dwie minuty - mimo, że naprawdę robiłem co mogłem, aby ten galop chociaż nie był dodany...

Przez te trochę ponad dwie minuty zdążyło mi przyjść do głowy - a jakimże to sposobem ja w końcu całe to towarzystwo zatrzymam? Żadnego sposobu jednak nie zdążyłem wypróbować: wyrosła przed nami ściana brzózek na działce naszego sąsiada. Nie udało mi się wsterować w lukę między drzewami. Pierwsze gałęzie jeszcze wysiedziałem, mam tylko pod prawym okiem krwawe limo jakbym, nie przymierzając, brał udział w debacie przedwyborczej z samym Kliczką - ale drugie były już za grube, nie złamały się, wyleciałem z końskiego grzbietu jak walnięty pięścią, w powietrzu obróciło mnie wokół osi wzdłużnej, przerolowałem jeszcze po ziemi i walnąłem w pień brzozy prawym ramieniem.

Nic sobie nie złamałem, choć czuję teraz takie kości w prawym obojczyku, których istnienia nigdy wcześniej nie podjerzewałem. No i - poruszam się już nie jak staruszek o kulach, a jak mocno przeładowany wózek inwalidzki. Jaskółki stojąc na prawej nodze na pewno nie zrobię - chcąc ściągnąć gumowce, muszę siadać na progu, bo podniesienie nogi po prostu nie wchodzi w grę.

Wszystko co dzisiaj zrobiłem, to naprawiłem ogrodzenia Pierwszego Padoku i wejście, którego rozerwanie pozwoliło koniostanowi na wycieczkę, tudzież nakarmiłem (już dwa razy, bo wszyscy bardzo głodni byli) wszystkie zwierzaki. 

Próbuję teraz odnaleźć numer telefonu do tego warsztatu w Grójcu - i niezbyt mi to idzie. Nie zapisałem go w telefonie, a wizytówki nie potrafię znaleźć. W żadnym z warsztatów odnalezionych przez Zumi nikt nie odbiera telefonu, a PKT pokazuje jakieś totalne bzdury. Nie chce mi się wierzyć, żeby właściciele prywatnych warsztatów samochodowych urządzali sobie "długi łykend" - więc to pewnie raczej zmęczenie i ogólne pomieszanie zmysłów.

Tym niemniej, cieszę się, że nie zrealizowałem innego pomysłu, który też mi chodził po głowie: zostać w Wendi do rana i wrócić dopiero albo po naprawieniu samochodu (jeśli okaże się to możliwe), albo po ustaleniu przynajmniej, co mu jest i kiedy naprawa będzie możliwa. Takie rozwiązanie byłoby ze wszechmiar logiczne - tylko gdzie zdążyłyby zawędrować nasze konie, gdybym się tu zjawił nie o siódmej rano, a np. - o siódmej wieczorem..?

Teraz tylko modlę się, żeby przypadkiem dzisiaj nic się na koncie nie zaksięgowało. Nie wyobrażam sobie, jak miałbym dotrzeć do Warki!

A jutro spróbuję pożyczyć gdzieś rower...

P.S.

Dodzwoniłem się w końcu do pomocy drogowej i do polecanego przez nią warsztatu. To oczywiście zwykłe naciąganie - bo niby dlaczego mam się dać holować, skoro stoję przed warsztatem..? Pozytywna informacja jest taka, że wymiana pompy wodnej - o ile to pompa wodna - to 150 do 300 złotych. To jest kwota jeszcze jakoś tam wyobrażalna...

Trzeba po prostu na poniedziałek znaleźć zastęstwo do koni i pojechać do Grójca - a sprawę się w taki czy w inny sposób załatwi.

30 komentarzy:

  1. Przypomnialo mi to moj przymusowy postoj we Francji pare lat temu, ze wzgledu na koniecznosc wymiany glowicy, bo woda sie lala prawie ciurkiem...

    OdpowiedzUsuń
  2. Podziwiam wytrzymalosc ale Anihwili Tegonieradze. A swoja droga trzeba bardziej sie troszczyc o techniczna sprawnosc pojazdu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Miałeś szczęście Jacku jak cholera. Z tą mieszanką pt. brzezinka+achałtekinka..+oklep..+stado...
    Naprawdę miałeś szczęście.

    Gdybyś wylądował tam nieprzytomny, to kto by Cię znalazł i kiedy? Aż strach myśleć.

    Grunt że przeżyłeś. Drugi raz takiego czegoś nie popełnisz, to pewne. A resztę (ogrodzenia, kości, pompy) - to się wszystko da jakoś naprawić.

    Trzymaj się!

    I przy okazji zapytam: czy Wy jesteście przeciwnikami pastucha elektrycznego z Zasady, czy z uwagi na Budżet?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ my mamy pastuch! Wokół Wielkiego Padoku. Co było - jak na nasze możliwości - przedsięwzięciem ogromnym i ogromnie kosztownym.

      Natomiast wokół Pierwszego Padoku ogrodzenie to lita stal: słupki + stalowa poprzeczka u góry + stalowy drut w plastikowej okładzinie poniżej.

      Problem polega na tym, że to ogrodzenie nie wszędzie jest jednolite. Na pewnym odcinku nie ma górnej poprzeczki, tylko dwa druty. I Małe Złe dawno temu już nauczyło się, że jak się uprze - to rozegnie i przejdzie.

      Plus - drewniane, przymocowane sznurkiem są wszystkie wejścia.

      Może to nie to samo co pastuch - ale za to: jest odporne na pogodę - a to nam tu chodziło, bo na tym padoku konie stoją zimą i gdy jest ulewny deszcz...

      Było zapewne tak, że Małe Złe wylazło swoim zwyczajem, a stado kłębiło się przy głównym wejściu czekając na śniadanie. Gdy śniadanie się spóźniło - któryś naparł na belki - i sznurek puścił...

      Usuń
  4. A to bardzo przepraszam, myślałam że w ogóle nie macie go nigdzie.
    Tak, konie zawsze wypatrzą słabszy punkt ogrodzenia, tego się przed nimi nie ukryje. Tylko te Wasze to doprawdy na brak przestrzeni nie powinny narzekać..
    Chyba bym nie wytrzymała i wygrodziła im mniejsze ale szczelne i mocno kopiące prądem padoczki. Podziwiam za cierpliwość.

    I kuruj się po "przechadzce". Nie ma co się łudzić - jutro rano będzie najgorzej. Trzymam kciuki za jak najszybszy powrót do formy. I za skuteczne uszczelnianie ogrodzeń.
    (Gy pomyślę że mnie to wszystko już nie dotyczy - tzn. syzyfowe użeranie się z uciekającymi końmi i stres z tym związany - to nie da się ukryć, że 90% moich uczuć stanowi ulga)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Możliwość "rozprostowania nóg" na znacznej przestrzeni jest w hodowli koni wyścigowych atutem samym w sobie..

      Usuń
    2. Będziesz jeżdzić na oklep na swoich? Doświadczenie, do pewnego momentu przynajmniej, było chyba pozytywne?...

      Usuń
    3. Myślę że będę. Jak już dam radę wyjść za próg - albo wgramolić się do wanny...

      Usuń
    4. I z tej wanny potem wyleźć, mam nadzieję.

      Usuń
  5. Witaj, to tylko Cezary Jawor pisze. Wiesz, zazdroszczę tak aktywnego czasu. W czasie „spaceru” miałeś zapewne wiele czasu na „pozytywne” myślenie, trochę o ziemskiej obecności i wiem, że próbowałeś przekopać podwaliny sprawiedliwości i niesprawiedliwości w tym samym czasie do samego dna. Z własnych doświadczeń wiem, że jeżeli coś idzie pięknie na początku i już człowiek wita się z gąską to... , a jak coś nie idzie jak po maśle na początku, to potem jest wspaniale. Ta prosta przewrotność dotyka nas wszystkich i mamy po równo przynajmniej. Mówisz, że aż 40 km i to nocy. Muszę sprawdzić w księdze Guinness’a czy przypadkiem nie pobiłeś rekordu.
    A samochód rzecz nabyta, nie warto zbytnio przejmować się. Mówię tak jeśli mnie nie dotyczy, a dobre rady są darmowe. Ha...
    Od dwóch lat mieszkamy na podkarpackiej wsi. Położenie ponad 400m npm. Samochód jest koniecznością, bo do najbliższego sklepu mamy z pięć kilometrów, a do miastecka też z pięć, a do trochę większego z dziesięć kilosów. Kupując samochodzik nie miałem pojęcia, co jak i gdzie. Polna droga? To chyba nie w Tuskoladii! A autko osobowe z napędem na tył. W dół ślizganie się, do góry też, ale za traktorem lub innym normalnym pojazdem. Tragedia. Wróćmy jednak do Twojego Nissana. Ładnie wygląda, a terenówki są moją słabą stroną.
    Wszyscy mamy chyba podobny problem z naprawą samochodów na zapadłych terenach. Taki mechanik popatrzy, postęka i otwarcie powie „panie, ja się na tym nie znam”, a wcześniej po wymagającym opisie kazał doholować. Szarość do bólu. Miałem problem z zapalaniem samochodu, więc pojechałem do odległego o 20 km miasteczka. Szybka diagnoza – „walnięty” rozrusznik. Ok, od godziny ósmej do 15tej musiałem czekać na części. OK. Chłopcy „naprawili” w godzinę i pierwsza próba... Dokładnie ten sam problem. Majstrowali cmokają przy tym rubasznie bez rezultatu. „No to ma rozrusznik, jak nowy i proszę zapłacić rachunek. Szczęka porysowała moje nowe buciki. Wstawiłem ją na miejsce i po długich i bezowocnych targach zapłaciłem. Po iluś próbach przed warsztatem zapalił. Nie szedłem, jak Ty, ale jadąc po kolei wałkowałem płaty mózgowe. Po przyjeździe rozebrałem kluczyki i okazało się, że immobiliser po prostu przesunął się. Poprawiłem i do dzisiaj pracuje. Mam też prawie nowy rozrusznik, ha... Od tego czasu staram się robić naprawy samemu i uwierz nie jest to trudne.
    Na koniach się nie znam, co automatycznie nie znaczy, że nie chciałbym się poznać. Przyznaję, że nie doczytałem Twojego bloga do końca. Dasz trochę czasu? Moja obecna żona nie zgadza się nawet na kozy. Posiadanie czy hodowla koni jest poza zasięgiem naszych możliwości. Jest stajnia, w której kiedyś były trzy konie, a teraz tam mieszkają kury. A może by tak pomieszać stada. Tylko wariackie pomysły dają satysfakcję!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Głównie zastanawiałem się, ile w tym wszystkim mojej winy - i kiedy wreszcie (jeśli w ogóle) skończą się "lata chude"...

      Usuń
    2. Przyjmij inną postawę – nie ma w niczym Twojej winy. Są przypadki, zbiegi okoliczności, itp. Poza tym nie można wszystkiego dopatrzeć mając pełne ręce innych zajęć. I jak mówił mój dziadek po siedmiu chudych latach siedem tłustych nadchodzi... to chyba z Biblii.

      Usuń
    3. Kury i konie w jednej stajni to zły pomysł.
      Wystarczy że koń połknie pióro i po koniu.
      Powszechne są choroby drobiowe, które przenoszą się na konie. Odradzam trzymania koni i kur w jednym pomieszczeniu.

      Usuń
    4. Z tym piórem to ludowy przesąd. Ale faktycznie: kury, a zwłaszcza ich odchody - to silny alergen i trzymanie kur razem z końmi w jednym pomieszczeniu łatwo może się skończyć COPD czy innym glutem...

      Usuń
  6. ahahahahaha! :))) Witam w klubie! Super przygoda, super post :))) Dawno się tak nie ubawiłam czytając czyjś post... Tak jakbym czytała swoje własne przeżycia :)
    dzielny Waćpan był! dobrze, że nic się nie stało gorszego w tym lasanku :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Uff

    Co za przygoda! Aż dech zapiera, jak się o niej czyta. A co dopiero, gdy się ją przeżyje!.

    Kuruj się. Wysyłam dużo dobrej energii.

    Pozdrawiam
    EM

    OdpowiedzUsuń
  8. Za prawdę epicka przygoda! Gratuluję wytrzymałości i kondycji.

    OdpowiedzUsuń
  9. Szczerze życzę szybkiego powrotu do zdrowia oraz co ważne aby naprawa auta nie okazała się kosztowna.
    Trzymam kciuki.
    Sam miałem kilka równie wyczerpujących przygód w życiu i wiem jak coś takiego smakuje. Na pocieszenie powiem, że co nie zabija to wzmacnia, trzeba się utwardzać.
    Pozdrawiam, Tomek.

    OdpowiedzUsuń
  10. Gratuluję kondycji i wytrzymałości w marszu.
    Na bolesne stłuczenia pomagają przyłożone na noc, zmiażdżone liście z białej kapusty - ból znika - sprawdzone empirycznie na własnych i mężowskich kościach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Okład z puchatego koćkodana pomaga wcale nie mniej. Czuję się już o wiele lepiej!

      Usuń
  11. Był czas że sam przez pewien okres drałowałem na autobus 5 km w jedną stronę, a mijający mnie kierowcy (nawet z mojej miejscowości) udawali że mnie nie ma na drodze. :))
    Wiwat uczynność!!!
    Cieszę się że ta "indiańska" jazda skończyła się dla Ciebie "tylko" stłuczeniami i życzę szybkiego powrotu do zdrowia.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  12. Wszystko się zaczęło w momencie zakupu tego japońkiego padła. A można było nabyć porządny francuski albo włoski sprzęt.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak każdy właściciel samochodu jestem oczywiście fanatycznie przywiązany do marki - i nie dam się przekonać, że może być lepszy wóz w tej kategorii niż Patrol.

      Jeszcze zrozumiałbym, gdyby ktoś zachwalał Toyotę (my, Patrolowcy, nie lubimy się z posiadaczami Landcruiserów...), Jeepa albo w ostateczności Mercedesa. Ale żeby Żabojady czy Makaroniarze w ogóle robili terenowe samochody..? Nie słyszałem...

      To może od razu rumuńskie Aaro..? Albo Ładę Niwę..?

      Usuń
    2. To był tylko głupi żart, nie trzeba wszystkiego na poważnie brać, NAWET jeśli dotyczy to samochodu.

      Usuń
    3. Anonimowy z poczuciem humoru? A to przepraszam - pierwszy raz takie zjawisko spotykam!

      Usuń
    4. A ja odniosłem wrażenie, że to Pan ma jekieś zaburzenie w ramach zaspołu Aspergera (bez urazy oczywiście, cechuje to zwykle inteligentne jednostki).

      Usuń
    5. Nie miałbym problemu z rozpoznaniem dowcipu, gdyby nie ta maska anonimowości. Wszyscy anonimowi wyglądają tak samo - nie dość, że przez internet nie widać przecież wyrazu twarzy, to w tym przypadku - nie ma w ogóle żadnego punktu odniesienia, bo skąd mam wiedzieć, czy Pan/Pani kiedykolwiek wcześniej już się tu wypowiadał/wypowiadała czy nie..? A nuż trafił się jakiś zapalony fan serii filmów "Taxi"..? To o wiele bardziej prawdopodobne zdarzenie, niż próba wywołania żartu sytuacyjnego...

      Usuń
    6. Potwierdzam pogląd Jacka - zwykle trafnym podejściem jest sprowadzić wypowiedzi Anonimowych do "najmniejszego wspólnego mianownika". Czasami oczywiście zdarzy się taki przypadek jak Ty, że zna takie trudne dwuczłonowe wyrażenie jak zespół Aspergera.

      A tak w ogóle, to whisky z Jackiem piłem, wiec mogę zaświadczyć, że zespołu Aspergera gospodarz nasz nie ma!


      Usuń
    7. Skądinąd: zawsze mi się wydawało, że raczej przesadzam z dowcipkowaniem na blogu, niż popadam w ponuractwo..?

      Usuń
  13. Cześć,
    Twój cytat: "utrzymywałem się na grzbiecie konia i sterowałem w ogólnym kierunku na dom" - skądś znam źrodłosłów tego powiedzenie.
    Trzymaj się - Siła.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...