piątek, 9 listopada 2012

Kto rządzi światem..?

Najstarsza znana nam władza publiczna opierała się na prawdziwym lub (o wiele częściej) domniemanym pokrewieństwie. Pokrewieństwie pomiędzy ludźmi (pochodzenie od jakiegoś wspólnego przodka – eponima) oraz między ludźmi a bogami (wspólne bóstwo opiekuńcze) .

Owo faktyczne lub mniemane pokrewieństwo starczało za legitymizację tej władzy – na każdym zresztą „poziomie funkcjonalnym“. Albowiem tak samo jak władza męża nad żoną i dziećmi opierała się na „prawie do opieki“ (mund), tak samo też niewolników i wyzwoleńców uważano za „niesamodzielnych członków rodziny“, zaś pretensje poszczególnych mężów do przywództwa na wiecu lub w boju opierały się co najmniej w równej mierze na osobistej charyzmie i nabytym dzięki doświadczeniu autorytecie – jak i na pochodzeniu od długiego szeregu równie szanowanych przodków.(1)

Oczywiście, był to porządek właściwy ludom z dawna już okrzepłym, obrosłym tradycjami – gdzie podział na „lepszych“, uprawnionych do zabierania głosu na wiecu – i „poddanych opiece“, których rolą było skromnie milczeć spuściwszy oczy, a w razie konieczności: wstępować za zmarłym lub poległym mężem na pogrzebowy stos (zwyczaj palenia wdów dobrze udokumentowano zarówno u Germanów, jak i u Słowian…) – miał za sobą tradycję przynajmniej kilku pokoleń. Ewentualny „świat postapokaliptyczny“, po rozpadzie współczesnych gosudarstw, może być równie dobrze nieco bardziej demokratyczny (głównie zapewne – siłą przyzwyczajenia…) – jak i (co chyba bardziej prawdopodobne): jeszcze mniej oględny dla słabszych, którym nie „opieka“ (jakkolwiek rozumiana…), ale baty i ciosy będą rozdzielane…

Dla naszych dzisiejszych rozważań istotnym jest, że taki rodzaj legitymizacji władzy nie potrzebuje żadnej skomplikowanej ideologii. Każdy (no – dziś: niemal każdy – wtedy domów dziecka nie było…) wychował się w rodzinie. Każdy miał w okresie swej dziecięcej i młodzieńczej bezradności opiekuna, na którym mógł polegać (lub nie…) – relacja ojciec – syn jest zrozumiała sama przez się i nie wymaga uzasadnienia. Mity konstytutywne dla dawnych wspólnot plemiennych rozszerzały tylko tę intuicyjnie zrozumiałą relację na większą grupę ludzi.



Jak wiemy – świat plemion zasadniczo przeminął. Nie do końca, nie bez zaskakujących czasem pozostałości – ale generalnie, w Europie już go nie ma. Konsekwentnie: brak już tak prostej i tak intuicyjnie zrozumiałej legitymizacji władzy. Jakkolwiek – tu istotna uwaga – ruchy nacjonalistyczne zrodzone w połowie wieku XIX można rozumieć jako próbę nawiązania do tej dawnej „rodzinno – biologicznej“, „samo-przez-się-zrozumiałej“ idei władzy. Jak to zwykle z parafrazami i nawiązaniami bywa, tak i ta dość często wypada, na tle naszej – coraz to większej – wiedzy o świecie barbarzyńskim – dość ubogo.

W szczególności jakimś kompletnym pomieszaniem zmysłów jest szukanie analogii pomiędzy „narodem“ a „gatunkiem biologicznym“ w rozumieniu wulgarnego, sprymityzowanego darwinizmu. Już samo pojęcie „narodu“ tak odległe jest od jakiegolwiek rzeczywistego znaczenia biologicznego, (2) że nic poza nonsensem z takiej analogii wyniknąć nie może. Żyjący obecnie Polacy wcale nie muszą mieć dzieci, aby przetrwał i rozwijał się pomyślnie „naród polski“ – gdyż „naród“ nie ma żadnego związku z biologicznym substratem składających się nań ludzi, a jest tworem wyłącznie kulturowym. I tak – żył przecież na przełomie XIX i XX wieku na Śląsku pewien niemiecki ziemianin, którego tak zafascynowała twórczość Henryka Sienkiewicza, że specjalnie dla jej czytania nauczył się polskiego i „poczuł się Polakiem“ – do tego stopnia, że usiłował własne dzieci wydziedziczyć, przekazując majątek pisarzowi (tyle że ten darowizny nie przyjął – wielce niepatriotycznie skądinąd, wszak miał szansę „wzmocnić polski stan posiadania na Kresach Zachodnich“..!).

Tym niemniej, pojawienie się tak prymitywnych, prostackich wręcz pomysłów jak „biologiczny nacjonalizm“ – jest naturalną skądinąd reakcją na to, co działo się w dojrzałym i późnym Średniowieczu, a potem w epoce nowożytnej. Otóż zrazu miejsce władzy plemiennej zajęła władza królewska. Królowie – wszędzie, w całej Europie (wyjątkiem była Białoruś, tj. ruska część Wielkiego Księstwa Litewskiego, gdzie instytucja ta, jakkolwiek ograniczona tylko do rozstrzygania sporów między chłopami – przetrwała aż do rozbiorów…) zakazali odbywania wieców, przejęli funkcje sądowe jakie wykonywał wiec, zakazali msty rodowej i sami zajęli się ściganiem złoczyńców „łamiących pokój“, a z czasem – poczęli rozdzielać ziemię i współplemieńców między swoich zaufanych i członków drużyny, tworząc tym samym feudalizm.

Wszędzie w całej Europie w tym demontażu dawnego ustroju i budowie nowego sekundował królom Kościół. Na dwa sposoby. Z jednej strony służył radą i wiedzą, w szczególności – transmitując w nowe czasy dawne prawo rzymskie, skodyfikowane w czasach późnego Cesarstwa i stąd, nader dla królów poręcznie, zawierające „na gotowo“ nader despotyczny zestaw „instytucji społecznych“. Z drugiej zaś – usiłował, z miernym dość powodzeniem (co z perspektywy czasu powinniśmy chyba jednak przyznać…) zaszczepić wśród poddanych nowy rodzaj legitymizacji władzy. Ta nowa idea była przy tym dość subtelna i tak naprawdę, zdecydowanie przekraczała zdolności pojmowania tymczasem wyrosłego z grona dawnych „zbrojnych i wolnych“ prostego kmiotka. Nic też dziwnego, że do czasów naprawdę bardzo niedawnych (do połowy XIX wieku właśnie…) jak chodzi o „lud prosty“, wszystko czego zdołał się nauczyć – to była lojalność względem najbliższego, najniższego szczebla nowej hierarchii społecznej.

Czy owym „najbliższym, najniższym szczeblem“ był miejscowy dziedzic (różni bywali dziedzice – bywali tacy co poratowali zbożem a nawet i gotowizną gdy trzeba było – a bywali i tacy, co potrafili zaćwiczyć na śmierć knutami: ale czyż wcześniej, nie tak samo różni bywali „ojcowie rodzin“, sprawujący mund nad żonami, dziećmi, wyzwoleńcami i niewolnikami w swoich domach..? Czyż nie tak samo władzę nad swoją rodziną i swoimi parobkami sprawował chłop – gospodarz, jak nad nim z kolei rządził pan dziedzic..?), czy cesarski landrat z najbliższego cyrkułu – to już zależało od konkretnych okoliczności.

Ponieważ nowa legitymizacja władzy, oparta na koncepcji „boskiego porządku świata“ nie była wcale intuicyjna ani zrozumiała sama przez się – siłą rzeczy od samego niemal początku chrześcijańską Europą targały spory wynikłe na tle rozumienia tej idei. Był to przede wszystkim spór cesarstwa z papiestwem. Rychło jednak, doszło do bardziej ogólnego sporu, między władzą świecką (wszystko jedno, jaki tytuł nosił władca – przykład dał przecież nie cesarz, a skromny, saski kürfürst…), a władzą duchowną. Z którego to sporu w całej Europie, tak protestanckiej, jak katolickiej – zwycięsko wyszła władza świecka. W katolickiej części Europy też – wszak i tam, Kościół musiał się podporządkować czy to absolutyzmowi (mniej lub bardziej oświeconemu), czy wręcz balansujących na granicy schizmy eksperymentom w rodzaju józefinizmu.

Królowie, którzy wcześniej okazali się tak skuteczni w walce z demokracją wiecową – nie mniej skutecznie i nie mniej bezwzględnie podporządkowali sobie swojego niedawnego sojusznika: Kościół. Szybko jednak przyszło im za to zapłacić cenę najwyższą: utratę władzy, a często też i życia.

Nie, wcale nie dlatego, że po zmajoryzowaniu Ołtarza przez Tron zepsuły się obyczaje i ustał mores wśród ludu! Powiększywszy bardzo gwałtownie zakres sprawowanej władzy – o wszystkie kwestie, które dawniej albo należały do Kościoła, albo wcale nie były przedmiotem żadnej odgórnej ingerencji, jak to na przykład: szkoły, szpitale, sierocińce, rzemiosło i rolnictwo, żeglugę i kolonie, sztuki piękne i moralność publiczną, a też i kanalizację, zaopatrzenie w wodę, zwalczanie epidemii, propagowanie szczepień (tak jest! To właśnie wiek XVIII…), rabunek zabytków (jak najbardziej – to wtedy wykopano Pompeje..!) i mnóstwo innych rzeczy – potrzebowali królowie licznych, sprawnych, wszędobylskich, dyspozycyjnych, niezmordowanych sług – biurokratów. Jak to zwykle bywa, sługa wkrótce został panem.

Nie ma znaczenia, czy Aleksy hrabie de Tocqueville ma rację w 100, czy tylko w 70% - i czy Francja przed rewolucją już była w pełni ukształtowaną despocją biurokratyczną, czy jednak feudalne przywileje wciąż stawiały tej despocji żywy opór. Grunt, że biurokracja okazała się największym zwycięzcą rewolucyjnych przemian zapoczątkowanych w feralnym roku 1789. I aż do tej pory – to biurokracja rządzi światem!

Zauważmy, że na przestrzeni tysiąca lat, mamy w Europie pewien logiczny ciąg zdarzeń. Demokracja wiecowa, plemienna – to ustrój w którym realna władza spoczywa w rękach „wolnych i zbrojnych“. Kim są owi „wolni i zbrojni“? Są to pełnoprawni członkowie plemienia, wolni dorośli mężczyźni, zdolni do noszenia broni, ojcowie rodzin, prowadzący samodzielne gospodarstwa. Żyją z różnych „biznesów“: uprawiają rolę, wypasają bydło czy owce, hodują pszczoły albo pozyskują smołę czy inne produkty leśne. Okazjonalnie mogą się przedzierżgnąć w policjantów – gdy ktoś w okolicy popełni zbrodnię, na każdym „wolnym i zbrojnym“ spoczywa solidarny obowiązek ścigania złoczyńcy. Jeśli jest taka potrzeba – stają się żołnierzami w wojnie plemiennej. Być może, co jakiś czas, osobliwie gdy zbiory słabe – co bardziej przedsiębiorczym zdarza się chadzać na „viking“, czyli na rabunkowe wyprawy w dalekie strony. Większość potrafi z mniejszym lub większym powodzeniem samodzielnie zadbać o swój ekwipunek tak roboczy jak żołnierski, chaty czy przyodziewek – choć są też i tacy, którzy dzięki zręczności dłoni, celują w tym lub owym rzemiośle, czyniąc je swoim głównym źródłem utrzymania.

Jednym słowem: mamy do czynienia z omnibusami, zajmującymi się wszystkim po trochu.

Czy jest to system wydajny..? Historia dowodzi że nie! Przecież królowie nie rozpędziliby tak łatwo wieców – gdyby nie byli w stanie zaoferować tych samych usług – taniej i w lepszym wykonaniu!

Rycerz już nie jest omnibusem. Jego sprawą są „ćwiczenia rycerskie“ – i służba królowi przy pomocy zbrojnego ramienia i mądrej rady. W tym ma się tylko wprawiać, a nie w orce, podbieraniu miodu pszczołom, czy w produkcji chodaków.

Do czasu – to działa i to działa czasami wręcz – cuda! Demokracja plemienna Prusów w starciu z Zakonem Krzyżackim – pfff…  i Prusów nie ma!

Owszem, bywają też przykłady odwrotne. A właściwie – jeden taki przykład: Szwajcarów. Pytanie brzmi – czy poszłoby im tak dobrze, gdyby nie mieli Alp..? Husyci, mając jednak sporo niższe góry do dyspozycji – koniec końców ulegli…

Wreszcie: rządy biurokracji – to już specjalizacja totalna. Biurokrata kompletnie niczym innym niż tylko rządzeniem – zajmować się nie musi.

Mało tego! Ostatnio pojawia się nowy rodzaj „podziału pracy“. Po licznych perypetiach bowiem, utarło się, że biurokracja legitymizuje swoje rządy tzw. „demokracją“. Na czym to konkretnie polega, trudno w dwóch słowach opisać – „demokracja“ bowiem jest tak samo nieintuicyjna i nieoczywista, jak wcześniej – „boski porządek stworzenia“. O ile każdy (na ogół) ma ojca i matkę i doświadczył w życiu władzy rodzicielskiej – to jak niby doświadczyć takiej abstrakcji wyższego rzędu jak „równość“..? Przecież to jest wbrew codziennemu doświadczeniu! W każdej grupie rówieśniczej, w każdej klasie szkolnej, są tacy co przewodzą i tacy co idą za nimi – co to ma wspólnego z „równością“..? Nie-równość jest oczywista i rzeczywista – równość zaś, to tylko postulat dogmatyczny, równie niesprawdzalny w życiu, jak dogmat o stworzeniu świata i królowaniu Opatrzności nad nim…(3)

Ale – trudno i darmo: taką legitymizację władzy mamy i choć jest kosztowna i sprawia mnóstwo kłopotów – nie sposób jej się z dnia na dzień pozbyć. Zresztą – to nie takie łatwe: jeden tu się ogląda na drugiego, „demokracja“ jest taką samą ortodoksją w skali przynajmniej półkuli północnej, jak wcześniej katolicyzm – i tak, jak dawnymi czasy heretycy ryzykowali masowy napływ niechcianych, a agresywnych turystów zwących się „krzyżowcami“ – tak współcześni heretycy demokracji, jeśli nie mają dobrej „kryszy“ nad sobą, ryzykują pojawienie się nad głową niezidentyfikowanych dronów z bombami i rakietami, tudzież „spontaniczne protesty“, nieźle uzbrojonej „cywilnej ludności“.

Zauważmy, że anachronicznym jest tu przypisywanie wszystkim „strażnikom demokracji“ tylko i wyłącznie cynicznych motywów działania. Jak się ludzi indoktrynuje od przedszkola, to co niektórzy – mają prawo uwierzyć, że istotnie jst to „najlepszy ustrój jaki wymyślono“ (czy tam, że „lepszego nikt nie wymyślił“ – no, sens jest ważny…). I będą go bronić szczerze i z przekonania.

Tak samo anachronicznym jest przypisywanie li i jedynie rabunkowo – gwałcicielskich motywów krzyżowcom zwalczającym albigensów, husytów czy anabaptystów. I władcy i ich rycerze – walczyli z przekonania, czasem nawet – wbrew własnym, materialnym interesom, które lepiej byłyby zaspokojone w inny sposób.

Tak więc, sposób legitymizowania władzy jest ideologią, która sama się napędza. Wygląda na to – że, jeśli pominąć jakiś rodzaj cywilizacyjnej katastrofy (typu Impakt, zima nuklearna, katastrofa przemysłowa na skalę planetarną), nie ma mowy o pokojowym demontażu demokracji.

Wszystko to sprawia, że biurokracja współczesna dla prawidłowego działania, koniecznie potrzebuje specjalistów nowego rodzaju. Potrzebuje „nowego typu polityka“.

Kto to jest „nowy typ polityka“? „Nowy typ polityka“ to taki polityk, którego jedynym zmartwieniem i jedynym zajęciem, jest dobry „look“ w mediach. „Nowy typ polityka“, generalnie – zajmuje się pijarem. Jeśli nawet podejmuje przypadkiem jakieś decyzje – to najpierw konsultuje je ze swoimi pijarowcami, a nie z ekonomistami, prawnikami czy specjalistami z innych dziedzin. Nie ma bowiem dla kariery polityka większego znaczenia, jakie są realne skutki decyzji jakie podejmuje – nic zaś, nie wpływa na przebieg tej kariery bardziej niż to, jaki jest społeczny odbiór jego osoby i działań, które reklamuje.

Przykłady? Ależ proszę bardzo: Aleksander Kwaśniewski. Czy ten pan w ogóle ma jakieś poglądy? A mimo to – Polacy (a zwłaszcza Polki) – kochają go rzewną miłością i wedle ostatnich sondaży, gdyby chciał teraz wystartować w wyborach, wszystko jedno jakich, to by je wygrał w cuglach! Nawet rozliczne „katastrofy pijarowskie“, których wiele mu się przydarzyło – nic a nic tą miłością nie zachwiały. Czyż to nie wspaniałe..?

Czy Donald Tusk zajmuje się w ogóle czymkolwiek innym niż robienie groźnych min w telewizorze i teatralne rozstawianie po kątach swoich ministrów oraz słowne gromienie opozycji..?

A co można innego powiedzieć o Berlusconim, Blairze, Obamie, czy nawet o Putinie (choć to już jest nader specyficzny „look“ – na ruskie gusta..!)..? Wszyscy oni są przede wszystkim – efektowni. To celebryci, aktorzy, kukiełki, których zadaniem jest robienie dobrego wrażenia na gospodyniach domowych i emerytkach.

Czy z tego wynika, że nie sprawują realnej władzy, że ta władza jest umiejscowiona gdzie indziej, a to tylko pusty teatr..?

To by, prawdę powiedziawszy, była ta LEPSZA alternatywa..! Bo o wiele gorszym wydaje się, że choć to tylko celebryci, aktorzy, kukiełki – to jednak, w ramach wewnątrzbiurokratycznego podziału zadań – faktycznie mają walny udział w rządach!

Z czego to wnioskuję? Z katastrofy smoleńskiej. Sprawa ciągnie się już ponad dwa lata i nic nie wskazuje na to, aby miała zostać wyjaśniona. Wychodzą na jaw coraz to nowe dowody oczywistych zaniedbań. A jednocześnie – hipoteza o zamachu nie jest ani o włos bardziej prawdopodobna niż 10 kwietnia 2010 roku. Dlaczego? Dlatego, że ani o włos nie przybliżyliśmy się do identyfikacji jakiegokolwiek bądź wiarygodnego MOTYWU dla tak brutalnego skrócenia (o raptem kilkanaście tygodni…) kadencji Lecha Kaczyńskiego.

Wszystko to przestaje jednak być takie tajemnicze, jeśli przyjmiemy do wiadomości, że i dla Włodzimierza Putina i dla Donalda Tuska – wypadek, do którego doszło zapewne na skutek typowego dla instytucji rządowych olewactwa, tumiwisizmu i rozmamłania – NIGDY nie był „zagadką do rozwiązania“ – tylko od samego początku aż po dziś dzień, jest to TYLKO I WYŁĄCZNIE: „kryzys pijarowy“!

Od samego początku chodziło tylko i wyłącznie o to, aby nie przegrać, a może nawet – wygrać tę sytuację na użytek własny w oczach opinii publicznej. Nie miało znaczenia, czy zidentyfikuje się ciała prawidłowo czy nie. Nikt nawet nie myślał o zabezpieczeniu śladów i wyjaśnieniu przyczyn. Wszystko, co miało w tej sprawie znaczenie – to jak to będą postrzegać telewidzowie.

I to jest właśnie – ostateczny etap procesu zapoczątkowanego demontażem demokracji wiecowej. Już nie tylko ten, kto rządzi nie musi podbierać miodu pszczołom czy wyrabiać chodaków. On już nawet nie musi myśleć – bo i od tego ma oddzielnych specjalistów
---------------------------------------------------------------------------------------------

(1) Warto w tym miejscu przytoczyć, za Karola Modzelewskiego „Barbarzyńską Europą“ mit etnogenetyczny Longobardów, gdyż doskonale on rolę owego ludzko – boskiego pokrewieństwa ilustruje. Oto pierwszy rozdział Origo gentis Langobardorum, spisanego na podstawie tradycji ustnej około roku 670 n.e. mówi: „Jest w północnych krainach wyspa, która nazywa się Skandan, (…) gdzie mieszka wiele ludów. Wśród nich był niewielki lud zwany Winnilami. I była z nimi niewiasta imieniem Gambara i miała dwóch synów, imię jednego Ibor, a imię drugiego Agio; ci z matką swoją Gambarą dzierżyli przywództwo nad Winnilami. Ruszyli się zatem wodzowie Wandalów, to jest Ambri i Assi z wojskiem swoim, i mówili do Winnilów: „Albo płaćcie nam dań, albo przygotujcie się do bitwy i bijcie się z nami“. Wtedy odpowiedzieli Ibor i Agio z matką swoją Gambarą: „Lepiej nam przygotować się do bitwy, niż płacić dań Wandalom“. Wtedy Ambri i Assi, to jest wodzowie Wandalów, poprosili Wotana, aby dał im zwycięstwo nad Winnilami. Odpowiedział Wotan, mówiąc: „Których pierwszych ujrzę o wschodzie słońca, tym dam zwycięstwo“. W tym samym czasie Gambara z dwoma synami swoimi, to jest Iborem i Agio, którzy byli przywódcami Winnilów, poprosili Freję, małżonkę Wotana, żeby była przychylna Winnilom. Wtedy Freja dał im radę, aby o wschodzie słońca przybyli Winnilowie oraz ich żony z włosami rozpuszczonymi wokół twarzy na podobieństwo brody, i tak przybyły ze swoimi mężami. Wtedy, gdy zabłysło wschodzące słońce, obróciła Freja, małżonka Wotana, łóżko, w którym spoczywał jej mąż, i skierowała jego twarz ku wschodowi, i zbudziła go. A on, spoglądając, ujrzał Winnilów i ich żony z włosami rozpuszczonymi wokół twarzy, i rzekł: „Kim są ci długobrodzi?“ (qui sunt isti longibarbae?). I rzekła Freja do Wotana: „Tak jak dałeś im imię, daj im też zwycięstwo“. I dał im zwycięstwo, aby gdziekolwiek postanowią walczyć, zwyciężali. Od tej pory Winnilowie zwani są Longobardami (str. 62 – 63)

(2) Znane są przykłady klanów posiadających NAPRAWDĘ wspólnego biologicznego przodka. I tak, w czasach gdy Portugalczycy zaczynali eksplorować wybrzeża Brazylii, rozbił się tam jeden z ich statków. Ocalały marynarz, posługując się bronią palną zabrał sobie kobiety zamieszkałych w pobliżu Indian, a wszystkich mężczyzn i chłopców pozabijał. Gdy w kilkanaście lat później dotarła w to miejsce nowa ekspedycja – był już wodzem liczącego kilkaset głów klanu, złożonego tylko i wyłącznie z jego własnych dzieci – i właśnie rodziły mu się pierwsze wnuki…

(3) Zauważmy na marginesie, że demokracja wiecowa bynajmniej postulatu równości nie potrzebuje, ani też go nie zna – członkowie wiecu są „wolni i zbrojni“, nikt tu o żadnej „równości“ nie wspomina, bo równi bynajmniej nie są – jeden pochodzi ze znakomitego rodu i sławny jest wieloma zwycięstwami, a drugi – to chłystek który ledwo co odziedziczył lada poletko i nikt go na poważnie słuchać nie zamierza. Że mimo to wiecują razem? A to jest kwestia prostej „równowagi strachu“ – i najtęższy wojownik więcej niż kilku takich chłystków nie pokona…

22 komentarze:

  1. "Żyjący obecnie Polacy wcale nie muszą mieć dzieci, aby przetrwał i rozwijał się pomyślnie „naród polski“ – gdyż „naród“ nie ma żadnego związku z biologicznym substratem składających się nań ludzi, a jest tworem wyłącznie kulturowym..."

    Mam wrazenie, ze nie docenia Pan znaczenia biologicznego dziedzictwa. Czy mialoby, na przyklad, sens podobne zdanie jak to przytoczone wyzej :"Żyjący obecnie Indianie (mysle o Native Americans) wcale nie muszą mieć dzieci, aby przetrwał i rozwijał się pomyślnie „naród indianski“ – gdyż „naród“ nie ma żadnego związku z biologicznym substratem składających się nań ludzi, a jest tworem wyłącznie kulturowym". Mozemy tu oczywiscie termin "Indianie" zawezyc wprowadzajac nazwy plemion (Apacze, Irokezi itp).
    Aspekt rasowy i pochodzeniowy jest kluczowy dla zdefiniowania narodu. Jest on zreszta wyroznikiem pewnej populacji. Prof. N. Davis jest pieknym przykladem czlowieka doskonale zaznajomionego z polska historia i kultura a jednoczesnie absolutnie oderwanego od narodowego rdzenia (jest walijczykiem) oraz rozumienia spraw polskich z polskiego punktu widzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to mało w Stanach cwaniaczków, którzy korzystają z preferencji dla "Native Americans" niezbyt się przejmując genealogią..? Mam wrażenie, że przynajmniej niektóre z plemion - prosperują w tej chwili lepiej niż kiedykolwiek w swojej historii!

      Aspekt biologiczny jest bez znaczenia. O ile są "cultural incentives", żeby się z daną kulturą identyfikować. Dla niektórych wystarczającą zachętą jest możliwość sprzedaży bimbru i skrętów i prowadzenia kasyna - dla innych: szczere przejęcie kulturą...

      Usuń
    2. Cwaniacy sa wszedzie ale to nie znaczy, ze sama wola czy zainteresowania majatkowe odtworza rase czy narod. Owszem, mozna populacje wynarodowic obrzydzajac jej rodzima kulture, religie czy obyczaje. Pozostaje jednak rasa i cechy antropologiczne. Germanie roznia sie od Slowian czy Celtow nie tylko jezykiem i religia ale i budowa ciale , ksztaltem kosca itp.
      Tego sie zmienic nie da.Sama znajomosc kultury czy jezyka nie uczyni z chetnego (np mnie) Japonczyka czy Tybetanczyka.

      Usuń
    3. Nawet w odniesieniu do zwierząt hodowlanych pojęcie "rasy" - o czym obszernie pisałem - wcale nie jest takie oczywiste. W stosunku do ludzi, pojęcie to nie opisuje żadnej już zgoła rzeczywistości!

      Germanie NICZYM nie różnią się od Słowian czy Celtów. No chociażby dlatego, że ogromna, przytłaczająca większość współczesnych Niemców ma jakichś słowiańskich, celtyckich, a nawet mongolskich czy semickich przodków! Podobnie jak przytłaczająca większość współczesnych Polaków z pewnością znajdzie w rodowodzie niejednego Niemca, Ormianina, Tatara czy Szkota...

      To są wszystko przesądy światło ćmiące. Możemy się bawić takimi koncepcyjkami, bo niewątpliwie zabawne jest w nich już samo to, jak bardzo denerwują co niektórych "postępowców".

      Co nie zmienia faktu, że z naukowego, biologicznego punktu widzenia - to tylko zabawa i nic więcej!

      Usuń
    4. Pisze Pan biologiczne nonsensy. Dziwi mnie to u hodowcy bowiem podazajac Pan rozumowaniem perszerony pasace sie na lace, ktora okupuja badz okupowaly powiedzmy konie arabskie bylyby od nich nie do odroznienia po pewnym czasie. Owszem hybrydyzacja ras ludzkich nastepuje ale hybrydy nigdy nie beda czlonkami czystej rasy tak jak kundle nigdy same nie wylonia z siebie powiedzmy foksterierow czy chartow.

      Usuń
    5. Jest Pan, Profesorze, kompletnym ignorantem jak chodzi o nauki biologiczne. I właśnie udało się Panu mimowolnie opowiedzieć dowcip. Otóż - o czym każdy zootechnik dobrze wie - do utworzenia rasy "perszeronów" użyto całkiem sporo... koni czystej krwi arabskiej!

      Niezależnie od faktu, że konie te zewnętrznie dość się różnią.

      "Rasa" w sensie hodowlanym to nie jest "jednostka taksonomiczna", jak Panu się wydaje. Natura nie stworzył ras wśród zwierząt. Stworzył je - a właściwie: stwarza, bo jest to zadanie, pewien dynamiczny proces a nie raz osiągnięty stan - człowiek, stawiając sobie takie lub inne cele hodowlane. Stąd, "rasa" w zootechnice ma znaczenie czysto techniczne - użycie tego terminu opisuje jedną z metod osiągania założonego celu.

      Natomiast jak chodzi o ludzi, to:
      - nie mamy w ogóle bezspornej klasyfikacji "ras ludzkich",
      - nie istnieje możliwość utożsamienia pojedynczego "narodu" z "rasą" i to nawet w przypadkach z pozoru oczywistych (Chińczycy, teoretycznie niby "rasa żółta" - a przecież, są też potomkami Tocharów, którzy byli "biali"...),
      - nie istnieje możliwość przypisania żadnej konkretnej jednostki do określonego narodu tylko i wyłącznie na podstawie jej cech biologicznych,
      - pojęcie "narodu" nabiera sensu dopiero w połowie XIX wieku - i nic, ale to kompletnie nic nie ma wspólnego z jakimikolwiek danymi biologicznymi!

      Jeśli dalej chce Pan czynić partyzanckie wypady na grunt biologii - powinien Pan jednak trochę liznąć podstaw. Sama matematyka nie wystarczy, gdy brak pojęcia o "klockach", których stosunki ma reprezentować...

      Usuń
    6. O ile wiem nie jest Pan biologiem wiec nie ma Pan tez prawa wypowiadac sie autorytatywnie na ten temat. To zas, ze rasy ludzkie istnieja jest znane od dawna. Tylko ostatnio polityczna poprawnosc neguje oczywistosc obserwacji. Moze jeszcze kiedys napisze dokladniej o tym na bobolowisku ale wydaje mi sie oczywiste, ze swiadomosc narodowa jest tylko jednym z wyroznikow populacji. Chinczycy bez wzgledu na pochodzenie maja wystarczajaco duzo innych cech pozwalajacych odroznic ich od przedstawicieli rasy bialej (i jej odmian narodowych) , rasy czarnej, czy czerwonej. Te wszystkie cechy sa odzwierciedlone w genotypie rasowym. Zadna indoktrynacja nie zrobi murzyna-emigranta i polskiego obywatela Polakiem. Tak zreszta jak dlugie mieszkanie w Polsce nie zrobi Polaka z Cygana czy Zyda. Co zreszta mozemy obserwowac na codzien w habitacie.

      Usuń
  2. Światem rządzą pieniądze, a pieniądze od tysiącleci ma ta sama grupa trzymająca... pieniądze. Najpierw kontrolowali kopalnie srebra, teraz kontrolują banki centralne i prywatne, a przez to emisje papierowego i elektronicznego pieniądza.

    Reszta to przypisy.

    Polecam:

    http://www.jrbooksonline.com/PDF_Books/the_babylonian_woe.pdf

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Filip August czynem udowodnił, że to nie pieniądze rządzą światem...

      Usuń
    2. Nie znam człowieka, ale nawet jeśli ten Filip czegoś dokonał bez kasy, to od kiedy wyjątek potwierdza regułę?

      Usuń
    3. Radzę zatem odrobić tę lekcję z historii Francji. Filip August stworzył wzorzec, który już po nim niejeden z powodzeniem powtarzał: pożyczyć ile się da - a potem... nie oddać! A jak się wierzyciel dopomina - no cóż: drewna na stosy nie brakło...

      Teraz to by brzmiało: "OK, yes - macie nasze bony skarbowe - a my ich nie będziemy spłacać - i co nam zrobicie, boys..?"

      Usuń
    4. No to rzeczywiście z takimi ludźmi jest problem, ale oni zostają zwykle wypchnięci na margines i z rządzeniem światem wiele wspólnego nie mają.

      W najgorszym razie sztylet pod żebro, lotnicza katastrofa albo jakaś rewolucja i już nikt nie myśli o niespłacaniu długów.

      Usuń
  3. jednak Polak to w pewnym sensie jakaś "rasa", kilka łatwych do zidentyfikowania typów, które sprawiają, że łatwo za granicą poznać swojego 'po buzi'

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapytaj antropologa: jak się składa do kupy kości i rekonstruuje twarze, to okazuje się, że te same typy występują tu od wczesnego neolitu. Kiedy nie tylko Polaków, ale nawet Indoeuropejczyków jeszcze wcale nie było!

      Usuń
  4. Wniosek z ostatniego akapitu; albo "wolni i zbrojni", albo "nie-wolni i równi".

    OdpowiedzUsuń
  5. "Mam wrażenie, że przynajmniej niektóre z plemion - prosperują w tej chwili lepiej niż kiedykolwiek w swojej historii!"

    -- ktore? Musze przyznac, ze to dla mnie novum, bo native americans zamieszkuja rezerwaty bedace obszarami najwiekszej biedy w USA.

    OdpowiedzUsuń
  6. "The overall economic impact of the IGRA (Indian Gaming Regulatory Act) on American Indian communities remains unclear. According to Census Bureau data, the inflation-adjusted income of Native Americans living on reservations grew by 83 percent from 1970 to 2000. Although much of this growth was stimulated by federal support in the 1970s, such support faded in the 1980s and 90s.

    According to the U.S. Census, 24 percent of American Indian families were living in poverty in 1979. Ten years later, following the passing of the IGRA, American Indian poverty rates were at 27 percent. Similarly, the 2010 Census estimated that 26.6 percent of American Indians were below poverty level, the highest of any ethnicity. In 2011, the Government Accountability Office (GAO) reported that of over 4 million Native American citizens, nearly 30 percent are living in poverty, often lacking basic infrastructure.

    Likewise, Native Americans continue to have the highest unemployment rates of any ethnicity in the U.S. According to the earliest report by the Bureau of Indian Affairs in 1982, the unemployment level of American Indians living on or near a reservation was about 31 percent. In 1987, just prior to the IGRA, unemployment was 38 percent. By 1989, the year following the enactment of the IGRA, it had increased to 40 percent. The most recent BIA report from 2005 found American Indian unemployment at a staggering 49 percent"

    I jeszcze:

    "The other side of the issue—tribal rights—also carries important points of consideration. Native American tribes enjoy a limited status as sovereign nations but are actually "domestic dependent nations" as opined by the Marshall Court in 1829. Native Americans have always had difficulty finding a source of steady income. Traditional Native American ways of life had been taken away, and so a new way to be economically independent was needed. Widespread poverty among Native Americans continues today, nearly two hundred years later. Gaming is one way to alleviate this poverty and provide economic prosperity and development for Native Americans. Naomi Mezey, a professor of law and culture at Georgetown, argues that as Native American gaming regulations currently stand, the IGRA fails to provide Indians with economic independence. The act forces tribes to depend on both federal and state governments. Many Native Americans give up rights in order to receive government financial assistance. “The federal entitlement of Native Americans to game on tribal lands does not implicate economic development policy and wealth distribution alone. By redistributing culture and sovereignty, the IGRA has fueled the tribe’s long battle from cultural survival and political autonomy.”

    Takze niestety, rzeczywistosc okazuje sie znacznie bardziej skomplikowana, a przyznanie monopolu na cos nie przesadza jeszcze o niczym.
    Pozwolenie na budowe kasyna nie sprawia, ze nagle spadaja z nieba pieniadze na jego budowe i ze potem nie trzeba splacac kredytu. Rowniez nie wyklucza to konkurencji. W Nevadzie gambling jest legalny, a najwieksza jego mekka to Las Vegas. Indianie maja monopol na budowanie kasyn na swoich reservations - ale kasyna to biznes jak kazdy inny. Te prosperujace sa zwykle w sasiedztwie duzych aglomeracji albo atrakcyjnych osrodkow turystycznych (jak np. South Lake Tahoe na granicy Kalifornii i Nevady). Dodatkowo lobby non-indian gambling wywiera bardzo silny wplyw na stanowe regulacje rozstrzygajace na sowja korzysc.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No dobra, pięknie, tylko:

      1. Sama przyznajesz, że NIEKTÓRYM się powodzi. A czy ja twierdziłem, że powodzi się WSZYSTKIM? Co te wszystkie statystyki w ogóle mają wspólnego z tematem..?

      2. To Bobola zaczął z Indianami, a ja mu się tylko odgryzłem. Kwestia biedy lub bogactwa współczesnych Indian w Ameryce nie tylko nie ma najmniejszego związku z tematem tego postu - ale też: kompletnie, ale to kompletnie mnie NIC nie obchodzi!!!!!!!!!!!!! Jeszcze wykrzyników..? Byłoby na temat, gdybyś przedstawiła dowody, że z tych możliwości korzystają tylko "prawdziwi Indianie" - jak twierdzi Bobola - albo nie, bo jednak czasem trafiają się cwaniaczki, jak - na podstawie artykułów które gdzieś tam kiedyś tam przejrzałem, nie przywiązując do nich wagi - ja twierdzę.

      3. Napiszę to raz, ale za to szczerze i brutalnie: wkurwia mnie to Twoje epatowanie "biedą w USA". Bieda w USA to i tak jest luksus i bogactwo w porównaniu z Boską Wolą. Pewnie, że Amerykanin może się źle z tym czuje, bo go nie stać na drugi czy trzeci samochód dla rodziny - ale w dupie mam jego samopoczucie, gówno mnie obchodzi ile jest "biednych" w USA, USA w ogóle mnie zresztą mało obchodzą - nigdy się tam nie wybierałem, nie wybieram i nie będę wybierał - i gdyby nie smutny fakt, że jest to supermocarstwo decydujące o losach świata, to dla mnie ten kraj mógłby w ogóle nie istnieć - jasne..?

      Usuń
    2. "Kwestia biedy lub bogactwa współczesnych Indian w Ameryce nie tylko nie ma najmniejszego związku z tematem tego postu - ale też: kompletnie, ale to kompletnie mnie NIC nie obchodzi!!!!!!!!!!!!! Jeszcze wykrzyników..?"

      No ale skoro nic cie nie obchodzi to po co podajesz to jako argument w dyskusji, na dodatek nie bardzo wiedzac, jak wyglada sytuacja w rzeczywistosci?

      Ad 3:
      Nie epatuję bieda w USA, tylko odzywam sie w momentach, w ktorych odlatujesz w kosmos ze swoimi argumentami wzietymi z niewiadomo kąd. USA cie malo obchodzi (ok), nie wybierasz sie tam (ok) nigdy nie byles (ok) a jednak w co drugim wpisie podajesz cos na temat USA jako argument do wlasnej tezy o czyms-tam.
      No to moze troche konsekwencji i uczciwosci wobec samego siebie, a zwlaszcza nie pisanie o rzeczach, o ktorych nie masz pojecia.

      Usuń
    3. Epatujesz. Ilekroć jest mowa o USA, obojętnie w jakim kontekście - zaraz wyjeżdżasz z tym, jak tam jest strasznie i ile to milionów Amerykanów żyje "poniżej granicy ubóstwa". I nie w co drugim poście, a w każdym.

      Może trochę konsekwencji i uczciwości wobec samego siebie..?

      A mojego wpisu w ogóle nie czytałaś. Mało tego - nawet nie czytałaś dyskusji z Bobolą w której, marginalnie tylko, pojawił się wątek Indian. Po prostu jak robot, na słowa "Indianie", "USA" itp. - reagujesz automatycznym przełączeniem w tryb "epatowania biedą w USA".

      Skąd to wiem? Bo w ogóle nie odniosłaś się do meritum sprawy...

      Usuń
    4. "Skąd to wiem? Bo w ogóle nie odniosłaś się do meritum sprawy..."

      No nie odnioslam sie, bo w przeciwienstwie do Ciebie, nie odnosze sie do rzeczy, na ktorych sie nie znam - jak na przyklad hodowla koni :)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...