środa, 28 listopada 2012

Konserwatywna rewolucja

Od razu na wstępie zastrzegam, że szczyt moich ambicji – to przeżyć najbliższy tydzień. No, w chwilach uniesienia – czasem mi się roi dożyć do tych trzech planowanych na kwiecień wyźrebień – lubo nie mam na razie najbledszego zgoła pojęcia, jak to zrobić? Żadnych planów wybiegających dalej w przyszłość nie żywię, bo też, w mojej sytuacji, byłyby to jeno mrzonki bez pokrycia.

Jeśli zatem zabieram głos w sprawach bardziej ogólnych – to z czysto teoretycznego punktu widzenia. Zresztą – jak doskonale Państwo wiecie, jestem pesymistą zarówno jak chodzi o sytuację ogólną, jak i w każdym możliwym szczególe – więc też i nie widzę powodu, aby się na jakiekolwiek działanie „dla dobra ludzkości“ napinać, bo i cóż to da..?

Tym niemniej – dałem się sprowokować do wypowiedzi na moim ulubionym forum – i kwestia w tej wypowiedzi poruszona mnie od tego czasu, czysto teoretycznie ma się rozumieć – dręczy. Co to znaczy: być konserwatystą – w świecie współczesnym?

Konserwatysta w ogóle nigdy nie miał lekkiego życia. W takiej Anglii w wieku XIX stał przed trudnym dylematem: czy bardziej „tradycyjną“ wartością jest prawem zwyczajowym zawarowana wolność czynienia na swoim co się komu żywnie podoba („my home is my castle“) – czy też, tradycyjny krajobraz „dobrej, wesołej Anglii“, coraz to szpetniejszy w cieniu kominów i robotniczych slumsów? Wyglądało bowiem na to, że pogodzenie tych dwóch wartości, tj. wolności czynienia co się komu żywnie podoba na swoim – i tradycyjnego, sielskiego krajobrazu – jest trudne, albowiem dorobkiewicze z gminu, gdy tylko dorwą na własność jakiś kawałek owego sielskiego krajobrazu, zaraz go obstawiają szpetnie dymiącymi kominami, albo cuchnącymi, robotniczymi slumsami…

Ponieważ konserwatyzm, najogólniej rzecz biorąc, nie jest efektem jakichś subtelnych medytacji, tylko sentymentu i „czucia“ – rozstrzygającej odpowiedzi na to pytanie żadna „doktryna“ konserwatywna (niżej wyjaśnię, dlaczego uważam pojęcie „doktryny konserwatywnej“ za wewnętrznie sprzeczne) nie dawała. W konsekwencji – część ówczesnych konserwatystów wybrała jednak wolność – a część: jednak krajobraz. I tak, jako odłam najczarniejszej pierwotnie, najbardziej skrajnej konserwy – powstały pierwociny ruchu „ekologicznego“ – dziś przecież, w swej większości, jakże postępowego i lewackiego, nieprawdaż? A jednak!

Nie tylko ruch „obrońców przyrody“ z takich konserwatywnych dylematów się wywodzi. Również socjalizm był pierwotnie efektem filantropijnych odruchów części tradycjonalistów – przynajmniej, nim go Marks „unaukowił“ i z filantropii zmienił w oręż wojującego resentymentu.

„Stary porządek“, sprzed rewolucji przemysłowej bowiem, porządek w którym nigdy nie było zbyt wiele siły roboczej – bo też i jej wydajność była mikra – dawał co prawda nader skąpe środki utrzymania, ale też – dawał je wszystkim, lub niemal wszystkim. Zaś podstawową rolą społeczną „klas oświeconych“, które same dysponowały lwią częścią owego wspólnego niedostatku (trudno bowiem tak marne, w porównaniu z tym, co się potem stało, fortuny – bogactwem nazywać!), było właśnie dbanie o to, aby owego niedostatku nikomu nie zabrakło. Niektórym – jak Saint Simon na ten przykład – tak to weszło w krew, że nie dostrzegli, przez pozory cuchnącej nędzy (wynikłe z gwałtownie zniesionych barier w mobilności biedoty, jej nagłego stłoczenia w podmiejskich slumsach – i demograficznej eksplozji…), zaczątków przyszłej zamożności – i próbowali praktykę swoich pradziadów jakoś do nowej rzeczywistości dostosować.

Dlaczego konserwatyści dawnych wieków nie mieli gotowej odpowiedzi na tego rodzaju dylematy? Ponieważ, jako rzekłem – konserwatyzm nie jest „doktryną“, nie jest „systemem“ niesprzecznych tez wynikłych z jakichś pierwotnych aksjomatów. Konserwatyzm był pierwotnie moralnym odruchem instynktownego sprzeciwu wobec spekulatywnej orgii Oświecenia – odruchem opartym na sentymentach, przeczuciach – a nie na jasnej myśli tworzącego swój wyśniony świat idei filozofa.

Przez kolejnych 250 lat owe sentymenty i przeczucia – obrosły w doświadczenie: ilekroć bowiem konserwatyści spodziewali się niejasno, że taki lub inny pomysł ich ideowych przeciwników przyniesie grozę i zniszczenie – za każdym razem okazywało się, że mieli rację!

Konserwatyści sprzeciwiali się obaleniu dawnych monarchii twierdząc, że postulowane ludowładztwo to utopia, a efektem rewolucji będzie jeszcze gorsza tyrania. No i proszę: doczekaliśmy się po drodze różnych Gułagów i Kanzłagrów, co by tylko najczarniejsze zbrodnie nowej, demokratycznej rzeczywistości wymienić – a teraz mamy co prawdę tyranię w białych rękawiczkach, ale chyba nikt rozsądny nie wierzy, że jakikolwiek demos jest w stanie „podskoczyć“ trzymającej go za gardło biurokracji..?

Konserwatyści sprzeciwiali się rozdziałowi Kościoła i państwa twierdząc, że w rezultacie zapanuje nihilizm. A cóż my innego w efekcie mamy w dzisiejszych czasach, jak chodzi o „szerokie masy“ goniących za tym, co telewizor albo internet pokaże konsumentów?

To są już jednak zaprzeszłe dzieje i dawno przegrane boje. Nawet tam, gdzie zachowała się sama instytucja – nie ma już powrotu do monarchii w typie ancient regime. I nie ma też powrotu do „sojuszu ołtarza z tronem“ – Benedykt XVI to nie Grzegorz XVI, dzisiejszy Kościół nawet, gdyby mu ktoś proponował powrót do takiego układu, oferty tego rodzaju nie przyjmie – bo i nie ma jak jej „skonsumować“.

Ogólnie rzecz biorąc – konserwatyzm przegrał i przegrywa w dalszym ciągu. Tym mocniej, rzecz jasna, zyskując naszą sympatię – czyż bowiem sentyment do spraw przegranych i beznadziejnych, nie jest silniejszy od uwielbienia dla zwycięzców..?

Owa przegrana może się niektórym wydawać zjawiskiem naturalnym, a nawet koniecznym. Ja jednak wcale tak nie sądzę! Nie był bowiem, przynajmniej w swoim głównym nurcie, nigdy konserwatyzm ślepym sprzeciwem wobec każdej zmiany (aczkolwiek, co trzeba uczciwie zaznaczyć, zdarzały się i takie incydenty, jak zdemontowanie oświetlenia gazowego w Turynie po restauracji Dynastii Sabaudzkiej, czy różne, nierozważne – z perspektywy dziejów – opóźnienia w implementacji tych lub owych nowinek technicznych…). Ponieważ konserwatyzm zdecydownie mniej polega na subtelnych, filozoficznych rozważaniach, a bardziej na rąbaniu szablą i waleniu nahajką – wiele razy trudno było tak od razu określić, jaka zmiana jest dopuszczalna i może nawet potrzebna – a jaka to dyaboliczny spisek Sił Ciemności.

Nie wydaje mi się jednak, aby to postęp techniczny i naukowy „obalał“ kolejne drogie dawnym konserwatystom instytucje. Czyniła to raczej rządząca od 1789 roku wszystkimi państwami kontynentu biurokracja (w krajach anglosaskich rządy „nowej klasy“ zaczęły się dopiero w okolicach I wojny światowej – co wyjaśnia całą masę różnic między kontynentalną Europą a Wielką Brytanią i USA) – i to jej potrzeby uczyniły klęskę tradycjonalizmu tak dotkliwą i głęboką.

Czym jest zatem konserwatyzm dzisiaj? W przywołanej już dyskusji dobrze to scharakteryzował użytkownik balum (skądinąd, bynajmniej nie konserwatysta – o czym wiem stąd, żeśmy się parę razy w innych wątkach ideowo starli):

1. Nigdy nie było i nie będzie takich ulepszeń i usprawnień życia ludzkiego, które nie musiałyby być opłacane pogorszeniem pod innymi względami, i że z tej racji przy wszystkich projektach reform obowiązani jesteśmy zadawać sobie pytanie o ich cenę. Można to wyrazić inaczej: istnieją niezliczone zła, które się dają pogodzić, które więc w pełnych rozmiarach możemy jednocześnie cierpieć, a istnieją liczne dobra, które się wzajem wykluczają lub ograniczają, z których zatem nigdy nie możemy jednocześnie w pełni korzystać; społeczeństwo, gdzie nie ma żadnej wolności i żadnej równości, jest najzupełniej możliwe, nie jest natomiast możliwe społeczeństwo, gdzie jest pełna wolność i pełna równość zarazem. To samo odnosi się do zgodności między planowaniem i zasadą autonomii, między bezpieczeństwem i postępem technicznym. Mówiąc jeszcze inaczej: nie istnieje happy ending historii ludzkiej.
2. Nie wiemy, w jakich rozmiarach rozmaite, z tradycji odziedziczone formy życia - rodzina, naród, społeczności religijne, rytuały - są ważne i są nieodzowne dla trwania i dla jakości trwania społeczeństw. Nie ma żadnych racji do mniemania, że niszcząc te formy lub piętnując je jako irracjonalne, mnożymy szanse zadowolenia z życia, pokoju, bezpieczeństwa i wolności; są natomiast liczne racje, by oczekiwać czegoś przeciwnego. Nie wiemy, co by się stało na przykład, gdyby zniesiona została rodzina monogamiczna lub gdyby tradycyjny obrzęd grzebania zmarłych zastąpiony został racjonalną eksploatacją trupów dla celów przemysłowych. W rzeczy samej, możemy racjonalnie spodziewać się jak najgorszych skutków.
3. Oświeceniowy przesąd, wedle którego zawiść, żądza wyróżnienia, chciwość, agresywność, są tylko wynikiem wadliwych instytucji społecznych i zostaną razem ze zmianą tych instytucji zniesione, jest nie tylko w najwyższym stopniu niewiarygodny i sprzeczny z doświadczeniem (i jakże to, u diabła, powstały te wszystkie instytucje, skoro się tak sprzeciwiają autentycznej naturze ludzkiej?), ale zgubny w myśleniu społecznym. Spodziewać się, że można zinstytucjonalizować braterstwo, miłość i bezinteresowność, to tyle, co mieć już niezawodną receptę na despotyzm.


Oczywiście, jest to cytat z klasyka – ale też: nic tu się nie zmieniało jak chodzi o aktualność owych czarnych przestróg i mrocznych przepowiedni.

„Nowa klasa“, na którą składa się pasożytująca na niebywałym bogactwie jakie nam dała rewolucja przemysłowa biurokracja oraz liczne zastępy „kandydatów na biurokratów“ (zjawisko formowania się „nowej klasy“ tak naprawdę po raz pierwszy wystąpiło w Chinach dynastii Ming – napiszę o tym kiedyś osobno), siłą rzeczy zdominowana jest przez „konstruktywistów“, traktujących rzeczywistość jako pole nieustannego eksperymentu – i wszelkie dane wskazują na to, że owi „konstruktywiści“, nieprzerwanie sprawujący władzę od 250 lat – prowadzą nas wprost ku zagładzie.

Na czym zatem mogłaby polegać „konserwatywna rewolucja“ – gdyby była w ogóle możliwa? Pisałem o tym w ten sposób:

Oczywistym jest, że w tych okolicznościach przyrody, występuje pewna taktyczna zbieżność interesów pomiędzy nędznymi resztkami pokonanych, rozbitych i zaszczutych konserwatystów, a tymi spośród konstruktywistów, którzy najradykalniej odrzucają "konstruktywizm kolektywistyczny". Skoro bowiem niczego, co by można było "ładem naturalnym" nazwać już nie ma - to jedynym sposobem na jego przywrócenie jest obalenie tych instytucji, dzięki którym konstruktywiści planowali wychować sobie "nowego człowieka": opieki społecznej, związków zawodowych, państwowej szkoły, itp. - w nadziei, że po ich zburzeniu, spontaniczna twórczość ludzka odbuduje jakiś nowy "ład naturalny".

Jest to jednak sojusz li i jedynie taktyczny. Konserwatysta bowiem, po ewentualnym odebraniu władzy konstruktywistom - kolektywistom i ich bękartom z "nowej lewicy" (co, swoją drogą, wydaje się skrajnie nieprawdopodobne w dzisiejszym świecie) zamierza poprzestać na działaniach czysto negatywnych - wymazując z rzeczywistości te i tylko te instytucje, które spontanicznej odbudowie "ładu naturalnego" przeszkadzają. Nie ma jednak żadnego, z góry powziętego planu co do tego, jak ów "ład" ma wyglądać! To by była sprzeczność sama w sobie: jak można planować "ład naturalny"..?


Innymi słowy – „konserwatywna rewolucja“, jeśli ma być istotnie konserwatywną, a nie liberalną (czy raczej: libertariańską) – musi być rewolucją samoograniczającą się i czysto negatywną.

Celem rewolucji konserwatywnej nie jest ani zniesienie zła na świecie, ani uszczęśliwienie ludzkości. Celem rewolucji konserwatywnej winno być jedynie przerwanie aktualnie prowadzonych eksperymentów tego rodzaju.



Skutkiem tego działania będzie cała masa indywidualnej krzywdy i zła. Ludzie przywykli do życia z opieki społecznej – z dnia na dzień zostaną bez jakiejkolwiek pomocy i środków do życia. Rodziny nieprzywkłe do tego, że same muszą zadbać o wychowanie swoich dzieci – zostaną nagle bez kuratoriów i szkół, które mówiły im, czego i w jaki sposób ich dzieci mają się uczyć. Kobiety, które lekkomyślnie wyszły za mąż licząc na to, że „w razie czego“, łatwo dostaną nie tylko rozwód, ale i opiekę ze strony państwa dla siebie i dla ewentualneg potomstwa – nagle znajdą się na łasce i niełasce swoich głupio wybranych mężów.

Możemy tylko mieć nadzieję, że powstała w ten sposób luka zostanie szybko zapełniona przez różnego rodzaju „ciała pośredniczące“: Kościoły, dobrowolne stowarzyszenia ludzkie, być może jakichś „neo-feudałów“. Nie możemy jednak z góry zakładać, że stanie się tak, a nie inaczej. W niektórych wypadkach możliwe będzie zastosowanie jakichś doraźnych działań ułatwiających „miękkie lądowanie“ zdezorientowanej populacji (takich jak np. „bon edukacyjny“, czy jakaś forma „renty socjalnej“) – w większości przypadków jednak: nie ma takiej możliwości.

Co jest celem tego przewrotu? Nic. Nie ma takiego celu. Cokolwiek bowiem wyniknie – będzie równie dobre. Jeśli wyniknie dziedziczna dyktatura, z czasem, po kilku pokoleniach, przekształcająca się w monarchię z książętami i baronami – fajnie. Jeśli wyniknie „labilna demokracja“, w której niewielkie, rządzące się bezpośrednio gminy kooperują w ramach jakiejś „internetowej demokracji“ – równie fajnie! Jeśli wyniknie coś innego, czego na razie nie potrafimy sobie nawet w żaden sposób wyobrazić – tak samo fajnie.

No i to jest właśnie część problemu: przez te 250 lat ludzie przyzwyczaili się, że dostają do realizacji gotową receptę – a nie jakieś zagadki, enigmy, „białe karty“.

Na szczęście – jest to tylko jedna i mniej istotna część problemu. O wiele ważniejsze jest to, że ogromna, przytłaczająca większość konsumentów telewizyjno – internetowej papki wcale żadnej „konserwatywnej rewolucji“ nie chce i nawet nie bardzo wiadomo, jakim sposobem miałaby zachcieć. Ludziom jest dobrze, niektórym nawet za dobrze – dlaczego zatem mieliby się buntować..?

15 komentarzy:

  1. a kto miałby tą rewolucję robić?

    moim zdaniem ona nie ma sensu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. aha i jaka jest teraz rola konserwatysty?

      Usuń
    2. Rola konserwatysty polega na krytykowaniu, sabotowaniu, opóźnianiu, wkładaniu paluchów w szprychy i sypaniu piasku w piasty - Postępu.

      W nadziei, że może, dzięki temu, uda się ocalić jakiś niewielki fragment cywilizacji - nim to wszystko w końcu pierdolnie...

      Usuń
    3. całkiem sensownie brzmi

      choć jeszcze niedawno (w skali geologicznej) Miszczu w Muszce mówił coś o zrywie i przejęciu władzy :)

      Usuń
    4. JKM dalej twierdzi, że najdalej na wiosnę przejmie władzę.

      Skądinąd: co ma innego chłop opowiadać..? Takie zawód!

      I proszę mnie nie utożsamiać z JKM. JKM określa się jako "konserwatywny liberał". Ja jestem konserwatystą radykalnym - i jeśli zgadzam się na liberalizm, to tylko z powodu tej smutnej okoliczności - że nie ma już niczego, co by warto było konserwować...

      Usuń
    5. eee tam, konserwatysta radykalny na swoim blogu nie puszcza nagich pań

      to zbyt postępowe

      Usuń
    6. Zaiste..? Przypominam, że pierwotnie Adam i Ewa biegali na golasa - i jest to zdecydowanie najbardziej tradycyjny strój - wszystko co do tego dodano, to już nowomoda!

      Usuń
    7. zabiłeś mi intelektualnego klina, hahaha

      :)

      offtopowo zapraszam na candy robione przez Riannon:
      http://korzystne-zakupy.blogspot.com/2012/11/rozdajemy-przedswiateczne-prezenty.html

      Usuń
    8. konserwatysta każdy jest o tyle wewnętrznie sprzeczny, że przywiązany do pewnej chwili w przeszłości, która w nieco dalszej przyszłości postępem była

      konserwatysta to taki postępowiec, tyle, że mu pociąg odjechał i robi dobrą minę do złej gry

      oczywiście mi też ten pociąg odjechał, dlatego zaglądam co jakiś czas na tego bloga i pozdrawiam autora przy okazji

      Usuń
    9. także, mimo iż można czasem odnieść inne wrażenie, lubię Autora i codziennie tu zaglądam od blisko dwóch lat :P

      Usuń
  2. raczej trzeba się nastawić na zachowanie resztek cywilizacji PO tym jak to wszystko pierdolnie, a nie NIM.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. PO to już będzie za późno!

      Poza tym, nie jest bez znaczenia, kto dotrwa do "dnia W" w czołówce "peletonu Postępu" - a kto w jego ogonie.

      Czołówkę, między nami pisząc - Dyabli wezmą i nic się na to nie da poradzić. Ogon ma jeszcze jakieś szanse...

      Usuń
    2. Dyjabeł nie pomoże;p
      Świat razem ze swoja różnorodnością nie pognębią gupki na dwóch nóżkach. Zaiste tak będzie. Rodzaj ludzki przeminie a cała reszta trwać będzie i to dobrze trwać. Nie chcemy wkomponować się w całość to wcale nas może nie być. Rzec można, że Ziemia może się kiedyś nadmiernie wzruszyć, a i mózgi ludzkie też. Szczególnie tych w ogonie. Liczne są :D

      Usuń
  3. "50. Konserwatyści są głupcami: skarżą się na niszczenie tradycyjnych wartości jednocześnie entuzjastycznie popierając rozwój technologiczny i wzrost ekonomiczny. Najwyraźniej nie potrafią przyjąć do wiadomości, że nie można wywoływać szybkich i drastycznych zmian w technologii i ekonomii społeczeństwa bez powodowania szybkich zmian również we wszystkich innych aspektach społeczeństwa oraz tego, że szybkie zmiany nieuchronnie burzą tradycyjne wartości."
    (Ted Kaczynski, Społeczeństwo przemysłowe i jego przyszłość)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tyleż błyskotliwe co płytkie. Nie wystarczy stwierdzić, że "nie można wywoływać szybkich i drastycznych zmian w technologii i ekonomii społeczeństwa bez powodowania szybkich zmian również we wszystkich innych aspektach".

      Trzeba to jeszcze umieć udowodnić. Jaki jest związek między zamożnością a morale społeczeństwa? Od wieków sądzi się, że negatywny - im społeczeństwo zamożniejsze, tym bardziej zdemoralizowane. Czy aby na pewno tak jest zawsze i bez wyjątków?

      Jaki jest związek - o ile jest jakiś - między "postępem technicznym", a tzw. "postępem społecznym", o ile takie zjawisko w ogóle istnieje..?

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...