wtorek, 6 listopada 2012

Klops. Ale nie beznadziejny...

Dostać się do Warki do bankomatu to w sumie nie kłopot. Ale jak w tej chwili już ok. 16.00 robi się ciemno to jest to... nieprzyjemna perspektywa..? Dlatego też informację, że walnąłem się o jedno zero w numerze rachunku i w związku z tym nie mam dziś co na przelew czekać - przyjąłem z ulgą..!

A tak, może nawet zdążę samochód odebrać, nim przyjdzie..? A może chociaż przyjdzie przed południem - i zrobię sobie przyjemny spacerek..?

Na froncie samochodowym w zasadzie cisza. Sympatyczny pan Rafał się nie odzywa a ja, zgodnie z umową, będę go męczył dopiero jutro. Znajomy szrot Patrolowy chłodnic nie ma. Miał mieć pompy wodne i układy wspomagania (jak szaleć, to szaleć...) - ale tak mu się tylko wydawało, bo jak sprawdził - to jednak nie ma. Ale informacyjnie mam zysk, bo się przynajmniej o cenach dowiedziałem, jakie są - więc będę miał pewien punkt odniesienia przy rozmowie z sympatycznym panem Rafałem z Grójca.

Większość dnia spędziłem bohatersko walcząc z bałaganem na strychu. Tego się już nie da w procentach czy ułamkach wykonanej pracy policzyć, bo mam dziwne wrażenie, że co poukładam jedną kupkę - to zaraz obok wyrastają dwie kolejne, wciąż wymagające interwencji. W każdym razie: po dzisiejszym dniu da się już bez obaw o zdrowie i życie nie tylko wejść na strych, ale też - poruszać się po nim prawie aż do samego komina. Dalej bym nie ryzykował...

Już od południa co godzinę sesje na strychu przerywałem sprawdzaniem konta. Aż mi się pokazał dawno nie widziany komunikat: "przekroczyłeś miesięczny limit przesyłu danych". Co prawda - nie dostrzegam różnicy w działaniu internetu przed przekroczeniem owego limitu, a po jego przekroczeniu - no i nie dlatego go dawno nie widziałem, że nie przekraczałem, a dlatego - że transfer ostatnimi czasy był tak chu...wy, że nawet ów komunikat się nie ładował!

Mam wielką ochotę wybrać się jutro na zbiory dzikiej róży, której zagłębie odkryłem wczoraj wracając z Grójca tuż przy drodze do Grabowa - i wcale niedaleko od nas. Czy się wybiorę - nie omieszkam opowiedzieć. Wszystko zależy od pogody. W prognozie i na dzisiaj i na jutro pojawiły się ledwo widoczne, cieniusieńkie słupeczki deszczu. Łatwo je było wręcz przeoczyć.

A w praktyce? A w praktyce po lunczyku zostawić musiałem konie pod wiatą, bo wyglądało to tak, że w jednej chwili świeci blade jesienne słoneczko - a sekundę później leje jakby kto z wiadra polewał - i w dodatku duje przenikliwy, zimny wiatr.

Teraz się na szczęście uspokoiło, więc wygoniłem towrzystwo na noc na pastwisko. Sam mam wobec tej praktyki irracjonalne wyrzuty sumienia - tłumaczę sobie rozumowo, że niepotrzebnie: śnieg dawno zszedł, a ja wciąż się litowałem nad biednymi konikami, zostawiając im na noc dostęp do wiaty i do Pierwszego Padoku. Kończyło się to w ten sposób, że rano znajdowałem pod wiatą nie ruszone siano - a towarzystwo rozdeptywało, obsrywało i wygniatało trawę, której należy się już co najwyżej wykoszenie niedojadów i odpoczynek. Na Wielkim Padoku jest o wiele więcej do jedzenia i do robienia dla koni. A że Knedliczek jak tylko widzi zapalone światło przy domu rży stamtąd i przybiega pod bramę, że niby mu zimno i chce pod dach..? Trzeba to znieść po męsku: nie wyhodował sobie chłop zimowego futra - trudno, jego problem! Było się bab zapytać, jak to jest, mieszkać 600 km na północ od Wyżyny Czeskiej, gdzie się urodził... Zresztą - odkąd spadł śnieg, porasta intensywnie. Widać się przewartościował...

Tak więc i w ogóle i w szczególe - na razie klops:



Ale nie beznadziejny!

A propos klopsa 1: ma ktoś pojęcie, dlaczego właśnie to sympatyczne danie jest synonimem fiaska? Że niby takie zmielone i spaćkane do kupy..?

A propos klopsa 2: znalazłem na Wielkim Padoku dwa prawdziwki - i, za radą Lepszej Połowy, poddusiłem je sobie na masełku na obiadek. Mniam, mniam...


8 komentarzy:

  1. Klops z płątkami owsianymi??? A może mam omamy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To przypadkowe zdjęcie z netu - akurat pierwsze wyplute przez gugle, które nie przedstawia pieczeni rzymskiej, nie wiedzieć czemu w Kongresówce nazywanej "klopsem" (gdy przecież każdy Kociewiak wie, że "klops" to to, co Królewiacy nazywają "kotletem mielonym"...).

      Usuń
  2. Klopsa u nas się nie je, tylko pieczeń rzymską, nigdy beznadziejną, tylko nadziewaną.
    Zazdroszczę samotności, wydaje mi się , że jakby mi rodzina na chwilę zniknęła, to ho, ho czego bym nie zrobiła. Wiem, wydaje mi się tylko...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja już bardzo tęsknię za Lepszą Połową. I za klopsem (mielonym, a nie pieczenią rzymską...) - też...

      Usuń
  3. Hm, ja z kongresówki jestem (co mi kiedyś uświadomił jeden wkurzony na carskich flejtuchów poznański pyrek), ale u nas zawsze kotlet mielony to kotlet mielony, a klops to klops, dwa różne dania. Klopsem nazywano kulkę z mięsa drobno mielonego z czymś tam gotowaną w dość bezsmakowym i nieostrym sosie pomidorowym, dawało się to do ziemniaków. U mnie w domu nie, ale znam to danie ze stołówki szkolnej.
    Pozdrawiam, Ewa S.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo trzeba jeszcze odróżniać klopsa od klopsika...

      No i wersja "stołówkowo - garmażeryjna" faktycznie entuzjazmem napawać nie musi. Na Kociewiu zamożny dom od dziadowskiego odróżnia się po zawartości tartej bułki w podawanych do obiadu klopsach! Im mniej tartej bułki - tym większy szacunek w narodzie...

      Usuń
  4. Klops to większy klopsik, nie rozumiem niuansu. Na Podlasiu dodaje się gotowanych, mielonych świeżych grzybów do mięsa, tarta bułka tylko na wierzch, do nadzienia bułka lub chleb namoczone w mleku/z braku mleka w wodzie i wyciśnięte. Ale tego i pasztet wymaga. Żadna bieda, tylko potrzebna konsystencja. Pozdrawiam, ES

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kuchnia nie jest moją mocną stroną - ale tradycja już tak: a tradycyjnie, w klopsach co oszczędniejszych/bardziej skąpych/uboższych gospodyń na Kociewiu więcej było tartej bułki niż mięsa...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...