czwartek, 1 listopada 2012

"Ja brzoza, ja brzoza..."

Dziś jest (na razie - bo wedle prognozy ma to się wkrótce zmienić!) pierwszy od dawna ładny, słoneczny i coraz to cieplejszy dzień. Z pewnych względów jednak, nie mam nastroju na zabawianie Państwa czy to zdjęciami naszych koni (wypuszczenie na Wielki Padok potraktowały tak, jak "normalne" konie wyjście z boksu - i bryki były i skoki w miejscu i galopy...), czy to jakąś historyjką z morałem lub bez, czy kolejną prowokacją.

W zasadzie to w ogóle nie planowałem na dzisiaj żadnego wpisu. Są jednak takie rzeczy, które nie mogą czekać.

Proszę Państwa: prawie (podkreślam - prawie!) dokonałem bohaterskiego czynu. Polegającego na zdjęciu Krystyny z brzozy.

Z tej brzozy:

Krystyna znalazła się na dwóch trzecich jej wysokości:
Jest tam na pewno, proszę bardzo:
Zdjęcia nie najlepsze, mogłem zrobić o wiele wyraźniejsze - ale przecież chodziło tylko o to, żeby kota zdjąć z drzewa, a fotki (przez okno chatki) cyknąłem, gdy uświadomiłem sobie, że nie dam rady zdjąć jej z marszu i muszę zmienić obuwie na wygodniejsze do wspinaczki, tudzież wziąć ze strychu linę - głównie po to, żeby pokazać całą akcję Lepszej Połowie, która jej nie widziała.

Latem, gdy malamuty naszych gości zagoniły na drzewo Sylwestrę - zdjąłem ją wchodząc po gałęziach w klapkach. Tyle, że Sylwestra była uprzejma wybrać na miejsce schronienia znacznie grubszą brzozę, rosnącą w głębi naszego Lasku, a nie pierwszą z brzegu, jak Krystyna - no i wtedy nie było wiatru. A ja może aż lęku wysokości to nie mam - ale jednak wspinaczka po dość cienkiej (i dość cienkie posiadającej gałęzie boczne!) i bardzo wyraźnie kołyszącej się na wietrze brzozie - jakoś mnie nie napawała wielkim entuzjazmem.

Stąd pomysł na asekurację.

Na szczęście - nim zdążyłem wszystko przygotować, nasza dzielna i nie w ciemię bita Krystyna, zdołała się opuścić dobre dwa metry w dół. Tak, że już bez żadnych lin - dałem radę ją złapać za kark stojąc na pierwszych, jeszcze w miarę grubych gałęziach, tuż nad ostatnim szczeblem przystawionej do drzewa drabiny.

Obyło się zatem bez bohaterskich czynów, kot cały, brzozie też nic się nie stało.

Co Krystyna robiła na brzozie..?

Uciekała przed psami oczywiście. Od dawna już kręci się koło nas duży, biały pies. Szczeka i próbuje atakować konie (na szczęście starsze tekinki znają się i z czeczeńskimi wilkami, to byle psina nie robi na nich wrażenia - a Knedlik i Maleństwo biorą przykład z koleżanek, skutecznie się opędzając). Jest to chyba suka, bo coraz to nowe czterołape towarzystwo się przy niej kręci. Zwykle to był jeden albo dwa typowe dla okolicy, małe, krótkołape kundle - ale dzisiaj pojawiła się w towarzystwie dużego, rudego psa z obrożą na szyi. Psy przy tym wcale nie wyglądały na chude czy zaniedbane!

Nie lubię psów. Nie wiem dlaczego - ale nie lubię i już. A po dzisiejszej przygodzie - nie lubię tym bardziej...

Przegoniłem intruzów miotłą (akurat nic innego mi nie wpadło w rękę) - no i wziąłem się za zdejmowanie Krystyny. I to by było na tyle.

5 komentarzy:

  1. brrravo :)))
    Waćpan też umie intruzów przeganiać ;)))

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja tam kocham psy, ale bez kotów nie wyobrażam sobie życia, a to pewnie rzeczywiście suczka z cieczką

    OdpowiedzUsuń
  3. A mnie koty ostatnio mocno wkurzają więc nie czuję empatii z nimi. Nie zagłodzę, nie przegonie, ale nasłuchają się one ostatnio ode mnie. Nieroby jedne, wybrednaste, tylko by swoje futrzaste tyłki grzały i co odpchlę, to znów się zadają z tałatajstwem jakimś i znów nogi mam pogryzione.

    OdpowiedzUsuń
  4. A zwróć tylko uwagę, że szwendający się pies zwierzęta Ci straszy... dopiero się oberwie :)

    Krystyna bardzo się darła na tej brzozie?

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...