czwartek, 22 listopada 2012

Dwie godziny słońca

Na sam koniec wczorajszego dnia, około 14.00 - rozstąpiły się ołowiane chmury które od tygodnia zasnuwają niebo nad Boską Wolą (najczęściej do kompletu z mlecznobiałą mgłą, której jednak w takich okolicznościach nie da się fotografować - za mało światła). Pobiegłem oczywiście natychmiast sfotografować nasze futrzaki.

Sesja się nie powiodła: akurat były niezmiernie wprost zajęte zażartym pożeraniem trawy - i ustawiły się w najmniej chyba fotogenicznej części Wielkiego Padoku, gdzie za tło robią o zachodzie słońca jakieś smutne krzaki za płotem - a tu już nie było czasu na pozowanie, bo słońce i tak szło spać. Zresztą, wieczorne światło nigdy nie było u nas rewelacyjne - przedkładam nad nie stanowczo poranki - cóż, kiedy w tych okolicznościach, nie było wyboru.

Pokazuję tedy te zdjęcia głównie po to, aby udowodnić, że stado żyje i ma się dobrze, bo urody końskiej uchwycić mi się nie udało. Że jednak nie widzę szans na poprawki w najbliższej przyszłości (prognoza pogody pokazuje na dziś i następne dni stabilnie 100% zachmurzenia i 100% zamglenia - to ostatnie: nocami) - nie ma wielkiego wyboru:

Knedlik z daleka i w dodatku z przednimi w rowie - ale właśnie, bohatersko, nie zważając na ryzyko ugryzienia, wyżerał trawę spod pastucha - i oderwał się od tej czynności tylko na tę krótką chwilę, gdy pojawiłem mu się za plecami...

Małe (i Grube) Złe nie oderwało się trawy ani na chwilę.

Bubcia Grubcia. I nie - to JESZCZE nie jest tzw. "brzuszek ciążowy". To tylko upodobanie do trawy i siana...

Jedyny koń, który jeszcze jakoś wygląda, czyli Piękny, Dzielny (i Czasami Mądry) Koń Lepszej Połowy - ale to tylko dlatego, że ona ZAWSZE była bardziej przy kości od pozostałych, więc mniej się ostatnio zmieniła.

Wyhodowała sobie w zeszłym tygodniu wielkiego bąbla na tyłku. Zwrócił mi na niego uwagę dopiero nasz Miły Gość, dokładnie tydzień temu. Lepsza Połowa twierdzi, że był ten bąbel na tyłku co najmniej od jej powrotu z Wilna - ale nic mi nie mówiła, bo sądziła, że skoro ja nic o tym nie mówię, to widać tak ma być. Tymczasem - ja zwyczajnie nic nie zauważyłem (bardziej mnie martwiły kopyta, które znowu trzeba przycinać - i po prostu po tyłkach nie patrzyłem...). Posmarowałem bąbel - wyglądający tak, jakby coś nam konia użarło w tyłek (któraś z tych rozkopanych os..?) maścią na krowie wymiona (rewelacja, weterynarze dużo tego i po ludziach rozprowadzają, bo wszystkie opuchlizny ściąga!). Następnego dnia bąbel pękł i wyciekła z niego krew i ropa. Od tej pory smaruję maścią tranową - ale wygląda to wciąż tak sobie...

Generalnie, to całe towarzystwo na ogół wyglądało mniej - więcej tak:

Tymczasem dość chłodna, momentami wietrzna, ale sucha aura pozwala na rozliczne prace w gospodarstwie. Wymieniłem (nareszcie!) eurofalę na dachu wiaty na drewno na zwykłe deski z papą. Technologia niewątpliwie o wiele mniej kunsztowna - ale za to: deski się nie dziurawią od byle czego, a że 1/3 tej wiaty zajmuje też magazyn na owies i warsztat (skądinąd - niewątpliwie za duży jak na moje w tej materii ambicje - no, ale to Ojciec jeszcze go zbudował... Może w przyszłości spróbuję go zminiaturyzować stosownie do realnych potrzeb..?) - przestanie nam się lać na (zabezpieczone z tego powodu dodatkową plandeką, to fakt) worki i narzędzia.

Ociepliłem też kran pod wiatą. Nowy kabelek grzewczy został owinięty wokół rury do głębokości 20 cm poniżej poziomu gruntu, a całość otuliłem wełną mineralną - no i, naprawiłem "skrzynkę"  w ścianie wiaty, mieszczącą kran, choć to akurat nie ma większego znaczenia, bo sama obudowa bynajmniej przemarzaniu nie przeszkadza. Czy tak głęboko wpuszczony kabelek będzie działał lepiej niż poprzednio - nie wiem. Na wszelki wypadek zachowałem stary, który zawsze można założyć wedle poprzedniego zwyczaju. Moje 3-letnie obserwacje dowodzą, że do temperatury -5 stopni i tak zamarza tylko sam kran, na końcu rury - i wystarczy grzać w tym miejscu. Zaś poniżej -20 zamarza głęboko w gruncie i żadne ogrzewanie do tej pory nie pomagało. A jak będzie - zobaczymy!

Zebrałem też resztę lnu. Problem jego młócenia, który tak mnie poprzednio zaprzątał, rozwiązał się sam z siebie: konie bowiem, bardzo chętnie zjadają go w całości, razem z torebkami nasiennymi! Lepsza Połowa wyraża obawy, czy są w stanie to strawić. Ale przecież - te torebki nie są z plastiku, tylko z włókna i z celulozy - a cóż to za problem dla okrzemków w końskim jelicie ślepym..? Na wszelki wypadek dałem do tej pory tylko raz (i chyba właśnie raz w tygodniu będę dawał - do wiosny nam tym sposobem lnu dla koni starczy!), po małej garsteczce jako dodatku do owsa.

W zasadzie, gdybym jeszcze znalazł sposób na hurtowe przetransportowanie siana spod Jedlińska do Zaprzyjaźnionej Stodoły - to jesteśmy gotowi na zimę. Owszem - przydałoby się jeszcze nowego dostawcę owsa znaleźć, ale owsa zużywamy niewiele, więc nie jest to kwestia spędzająca mi sen z powiek. Zrobi się to przy okazji.

Co innego Wendi: wprawdzie kontrola poziomu oleju nie wykazała ubytków, ale zachowanie pompy olejowej bardzo mi się nie podoba. Ciśnienie spada czasami znacznie poniżej 2 kg/cm2 - a to nader niezdrowy objaw! Minionej niedzieli, specjalnie żeby zachowanie samochodu sprawdzić, pojechaliśmy nawet na krótką wycieczkę. Albowiem jadąc w piątek pociągiem do stolycy, wypatrzyłem w pewnym Tajnym Miejscu (którego lokalizacji na razie nie zdradzę - być może uda się nam tam jeszcze wrócić wkrótce, tym razem z aparatem, to wtedy o tym szczegółowo opowiem...) gęste zarośla dzikiej róży i tarniny. Łubianka dzikiej róży trafiła już do nastawu z jabłek, a z tarki Lepsza Połowa zrobiła orgiastyczną wręcz konfiturę...

Samochód w czasie wycieczki zachowywał się poprawnie - ale nie mam do niego zaufania. Na razie, w każdym razie i tak nic z tym zrobić nie mogę - zaprzęgam zatem przyczepę i jadę, skoro pogoda pozwala, a łańcuch piły świeżo skrócony - narżnąć jeszcze trochę młodych brzózek.

7 komentarzy:

  1. My się wybieramy po 10 bali sianokiszonki i ileś worów owsa, bo w niedalekiej okolicy zaczęła się wyprzedaż na farmie, i wszystko idzie za jedną trzecią normalnej ceny detalicznej.
    Tym razem sianokiszonki na padok nie dostaną, bo zadepczą i zasrają. Wydzielane będzie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiszonka dobra rzecz. Teoretycznie. Bo tutaj tak marną robią - że nie odważyłbym się koniom dać. Szczególnie, że nie ma najmniejszych szans, aby w rozsądnym czasie taką wielką belę, jakie wyłącznie tu robią - we czworo zjadły.

      A coraz trudniej o "suche" siano - sianokiszonkę, jeśli tylko sprzęt jest, zrobić o wiele łatwiej - i pogoda nie ma znaczenia...

      Usuń
  2. Jak lepsza połowa usuwa pestki z tarniny?Przeciera przez sito?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie usuwa. Trzeba wypluć, spożywając...

      Usuń
    2. To musi być żart.Za dużo tych pestek żeby pluć.

      Usuń
    3. Dobra. Dziś już nie dam rady. Ale jutro - dam sobie zrobić zdjęcie jak pluję...

      Usuń
    4. To ja czekam. Wypluwki też można sfotografować - każdy gatunek produkuje inne.:-)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...