poniedziałek, 15 października 2012

Zulus, Kropka i pech Mamy Królicy

Koleżanka Agniecha radzi mi, żebym zamiast sprzedawać grzyby (nota bene: na razie mamy bezgrzybie, ale… w prognozie pogody zwiastują nam na jutro prawdziwy potop: kto wie zatem, co się będzie działo w drugiej połowie tygodnia..?), pisał książki. Nie jest to takie łatwe!

Po pierwsze – nie sądzę, aby sprzedanie książki było dużo łatwiejsze od sprzedania grzybów. Żeby sprzedać książkę, wydawca który ją kupuje powinien uwierzyć, że ludzie będą gotowi zapłacić za możliwość jej posiadania. A czy to jest aby takie pewne? Nawet w czasach przedinternetowych (których, jak już dawno ustaliliśmy – nikt z Państwa nie pamięta…), mało który wydawca ryzykował inwestowanie w nieznanego autora. Ba! Taki Henryk Sienkiewicz niemal do końca życia drukował swoje dzieła w odcinkach, na łamach gazet: bo jakoś nikt mu nie chciał uwierzyć, że całe, grube tomiszcze takiego „Potopu“ na ten przykład, ktoś kupi – a gazetę jednak kupowano, choćby po to, aby przeczytać ogłoszenia i zawinąć potem w nią śledzie…

Korzystając z okazji, serdecznie pozdrawiam Szanownego Potomka Wielkiego Przodka - a mojego kolegę z wrocławskich studiów...


Po drugie – wcale nie jest łatwo napisać książkę! Nie wystarczy mieć dobry pomysł. Potrzebna jest jeszcze wytrwałość, aby ten pomysł zrealizować. Nie mam szczególnego problemu z wstawaniem o szóstej rano, karmieniem i pojeniem koni trzy razy dziennie, potrafię się zmusić do (w miarę) regularnego rżnięcia drewna czy nawet – do ganiania koni na lonżowniku (nadludzkim wysiłkiem woli niemalże – zmusiłem się do tego wczoraj, czyli… cały drugi raz, bo w sobotę poganialiśmy się po raz pierwszy: jak na razie, to ja jestem w lepszej formie niż nasze kobyły – wszystkie trzy dostały zadyszki po ledwo kilku kółkach kłusa – no, roztyły się i rozleniwiły wprost nie do wyobrażenia…). Ale to są czynności proste. Jak już się zacznie – samo idzie!

A pisanie? Raz, że trzeba się do takiej wytrwałości zmusić – a dwa, nie ma wcale pewności, że zasiąście przed ekranem zaowocuje zaraz jakimkolwiek urobkiem. No niby – męczyć Państwa potrafię niemal codzienne, a czasem nawet rano i wieczorem. Ale sami powiedzcie: co właściwie zawiera ten blog? Groch z kapustą! Przy czym, jedyną nicią przewodnią łączącą wszystkie te, nijak ze sobą nie związane posty – jest życie samo, boż piszę na bieżąco o tym, co się wydarzyło, albo co mnie w jakiś sposób zainspirowało. Nie ma co ukrywać, z natury jestem i leniwy – i podatny na skrajne wahania nastrojów. Łatwo wpadam w entuzjazm i równie łatwo się zniechęcam. To bardzo utrudnia systematyczną i spójną pracę twórczą. Chyba musiałby mnie ktoś za biurkiem posadzić i wyznaczyć godziny, w których mam pisać – poddany takiemu, zewnętrznemu rygorowi, może bym coś wymęczył – tylko kto i po co miałby coś takiego robić?

Tymczasem niedziela upłynęła nam pod znakiem egzotyki. Najpierw odwiedził nas Zulus. Mamy nadzieję, że nie po raz ostatni! I że następnym razem jednak zdołamy usiąść przy herbatce (albo i przy czym lepszym – pozdrawiamy tu uniżenie kolegę winiarza…), a nie odbywać całej wizyty w biegu (skądinąd: bieg jest typową czynnością Zulusa… Można by wręcz rzec, żeśmy tym sposobem poznali Zulusa w jego naturalnym środowisku… ☺).

Potem odbyliśmy z naszymi sąsiadami stypę nad szczątkami Mamy Królicy. Planowanej Mamy – bo sąsiedzi tak naprawdę nie zdążyli jej zakocić (czy jak to się tam u królików nazywa?) – kiedy to, dnia poprzedniego przy karmieniu, wydarzył się wypadek… Czy to (planowana) Mama Królica sama chciała zakosztować niepewnej wolności poza klatką – czy może przypadkiem wypadła z jej bezpiecznych ścian – a może nawet, dopomogła jej w tym mniejsza i przez to przytłoczona nieco jej czarnej maści osobowością koleżanka z klatki, której jakoś podejrzanie z oczu patrzyło następnego dnia..? Tej zagadki już nie uda się rozwiązać: koleżanka z klatki, lubo podejrzanie jej z oczu patrzyła – odmówiła stanowczo składania zeznań!

W każdym razie (planowana) Mama Królica, ok. 3 kilogramów wagi już po obraniu z futra, wypadła z klatki – wprost w paszczę suki wilczura… Trochę mam w tej kwestii nieczyste sumienie: to ja ową sukę wilczura, znalezioną kilka tygodni temu przez panią Joannę, tuż przed jej wyprowadzą z „Sielanki“, w której moją przyczepą służyłem – sąsiadom, od dawna pożądającym pieska, zawiozłem. Suka się nawet dobrze zaaklimatyzowała, do ludzi, włącznie z małymi dziećmi jest przemiła – no, tylko że małe świnki podgryza, a i (planowanej) Mamie Królicy – nie dała żadnych szans.

Mama Królica (in spe) przynajmniej – choć sąsiadka narzekała że strasznie długo się gotuje i twarda – okazała się bardzo, ale to bardzo smaczna…

A wieczorem, kiedy już wybiegałem konie, nakarmiłem je i wyrzuciłem na noc na pastwisko – przyszedł mail z dalekiej Kolumbii… Nie, nie zamierzam przerzucić się na handel kokainą – choć, w sumie, czemu nie? Może choć taki „towar“ udałoby mi się wreszcie sprzedać..?

Ale nie – mail był równie zaskakujący co sympatyczny. Wiem już wszystko o Kropce. Która żyje, ma się dobrze, cieszy się potomstwem. Wiem też, dlaczego Tadeusz Kotwicki musiał zostawić Kropkę w Kolumbii. A wszystko co wiem – opowiem Państwu już wkrótce, zapewne na obu blogach. Wkrótce – czyli, kiedy dotrą do mnie z Kolumbii obiecane zdjęcia… Zostańcie Państwo z nami! Ciąg dalszy nastąpi…
Kropka i Tadeusz Kotwicki na obu półkulach, północnej i południowej - jednocześnie!

8 komentarzy:

  1. Ja ciągle uważam, że książki to Twoje powołanie. No, a że w internet śledzi nie da się zawinąć, jakoś przebolejemy, zwłaszcza że, czytając Twojego bloga, dowiedziałam się, że konsumpcja śledzi drastycznie spadła. Trochę dużo że mi się nazbierało, ale ja nie jestem pisarzem więc mogę.Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń


  2. .... a może coś takiego?

    http://natemat.pl/35019,ksiazki-skrojone-z-blogow-czyli-wedrowka-slow-z-sieci-na-papier

    EM

    OdpowiedzUsuń
  3. Cóż, jak wynika z innej rozmowy, na "ulubionym forum", a może nawet dwóch, bo w innym miejscu również pojawiła się literacka wzmianka, bardzo prosto jest stworzyć chwytliwy pomysł. Łatwo jest się zmusić żeby go zaszkicować. Ale rozwinięcie go na kilkaset stron jest już ogromnym wysiłkiem. A blog jest raczej takim szkicownikiem pełnym pomysłów. I wydaje mi się że żeby się utrzymać w Polsce z pisania książek, trzeba chyba pisać kryminały, albo powieści dla 30, 40 letnich kobiet.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. albo podręczniki szkolne, sugerowane przez ministerstwo

      Usuń
  4. Ja akurat taka 40-letnia jestem. Więc jaką to literaturę powinnam czytać wg. Jeremaka?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gusta osobiste, a gusta masowe to często różne sprawy, ale spójrzmy na "top 10" Empiku: http://www.empik.com/top50/ksiazki Sama pierwsza trójka jest już ciekawa: Musierowicz, "50 twarzy Greya" i Grochola. Nikt teoretycznie nie każe czytać akurat tych książek, ale ok. połowa z tych książek jest wg. mnie wyraźnie skierowana do kobiet.

      Usuń
    2. No, kobiety stanowią tak około połowę ludzkości... Chyba dobrze, że ktoś pisze dla nich ksiązki. Ciekawe, że rzadko mówi się o książkach dla mężczyzn.

      Usuń
    3. Cóż. Kobieta to pojęcie względne....
      Nie cierpię Musierowicz, Grocholi czytałam tylko jedną książkę, w WC. Inne, równie skierowane do kobiet...-letnich, niejednokrotnie wołają o pomstę. Szkoda papieru, tuszu, energii na wydanie, a autorki lepiej by się wzięły do kopania rowów.
      Niestety- jak piszesz, gusta masowe...Często kreowane sztucznie i pod konkretne ...wydawnictwa.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...