piątek, 19 października 2012

Znaczenie selekcji

Czy można spojrzeć w piękne, mądre oczy konia – i zadać mu śmierć? Konie przed śmiercią płaczą – sam to widziałem gdy umierały (ze starości) nasze staruszki w zeszłym roku. Do tego te ciepłe, aksamitne chrapki, no a przede wszystkim fakt, że koń to zwierzę czujne i czuwające: konie WIEDZĄ co się z nimi i wokół nich dzieje. Wiedzą, że nadchodzi śmierć. Nie tylko własna zresztą – gdy nasz 30-kilkuletni weteran Gluś miał umrzeć, a napił się wody z wanny – reszta stada nie tknęła tej wody, póki jej nie wylałem, nie umyłem wanny starannie i nie napełniłem jej ponownie czystą.

Zadać śmierć takiemu zwierzęciu, w takich okolicznościach – naprawdę nie jest łatwo. Bardzo się cieszę, że raczej (nigdy nie należy mówić „nigdy“…) nie będę musiał tego robić.

Tym niemniej – jest to bezwzględnie konieczne! Przekwalifikowanie koni na „zwierzęta towarzyszące“ i zakaz ich uboju, byłby katastrofą – dla koni właśnie. Naprawdę: mniejsza o tych biednych rolników ze Świętokrzyskiego czy z Podlasia, mniejsza o eksporterów czy handlarzy. Z głodu nie umrą, hodowla koni prawie nigdy nie jest jedynym, a rzadko bywa głównym elementem ich produkcji.

Ale koniom ten zakaz zaszkodziłby bardzo. Też: wcale nie dlatego, że tak, jak to się obenie dzieje w Stanach Zjednoczonych, byłyby na skutek tego zakazu wywożone gdzieś poza granice. W Polsce i tak prawie że nie ubija się koni i większość naszych koni rzeźnych podróżuje do Włoch żywa (nie tylko dlatego zresztą, że brak w Polsce chętnych do zadawania im śmierci: trudno z mrożonki robić tatara – nieprawdaż..?). Nic by to zatem nie zmieniło.

Podstawowy powód, dla którego koniom zakaz uboju szkodzi to fakt, że ich hodowla straciłaby cel. Ja wiem, że to nic a nic nie obchodzi „obrońców praw zwierząt“. Są to bowiem ludzie – niedorośli.

Dorosłość od tysiącleci oznacza – pogodzenie się ze światem. Uświadomienie sobie, że na ten świat składają się nie tylko rzeczy piękne i przyjemne, ale też: ból, cierpienie, śmierć – ból, cierpienie i śmierć które zarówno dotykają człowieka, jak i takie – które sam musi z konieczności zadawać.

Współczesna cywilizacja dobrobytu skutecznie maskuje, perfumuje i wypiera tego rodzaju doznania. Gruba warstwa technologicznych osłon izoluje ludzi od rzeczywistości – człowiek, w przeciwieństwie do konia, nie tylko może, ale najczęściej właśnie: nie jest istotą czujną i czuwającą. Człowiek nie musi wiedzieć, co się wokół niego dzieje, ani co dzieje się z nim samym: od tego ma uczonych, polityków, policjantów, sędziów, lekarzy – żeby to oni dbali o jego potrzeby, bezpieczeństwo, zdrowie i życie. Człowiek współczesny nie musi dorastać i nie musi sobie uświadamiać na jakim świecie ani po co żyje.

Może zatem – i bardzo często to właśnie robi – podchodzić do rzeczywistości (która jest mu obca, której nie odczuwa, nie postrzega i nawet nie wie – że mógłby to zrobić, a postawiony w obliczu rzeczywistości namacalnej takiej, od której nie dzieli go szyba telewizora lub komputerowego ekranu – wpada w panikę…) beztrosko. Nie przejmując się konsekwencjami swoich odruchów (bo trudno tu o myśleniu mówić…). W konsekwencji – nie spodziewam się, że kogokolwiek przekonam. Żeby dać się przekonać moim argumentom, czytelnicy musieliby odłożyć gazetę, wyłączyć komputer – i żyć jak koń: całym sobą chłonąc otaczający świat i samego siebie… A komu niby i dlaczego – miałoby się chcieć tak zrobić, skoro na pewno wiąże się to z doznaniem całej masy przykrości..?

Zakaz uboju koni, przekwalifikowanie koni na „zwierzęta towarzyszące“ byłby zatem dla koni nieszczęściem i katastrofą – byłby odjęciem celu ich hodowli. Dlaczego tak uważam?

To bardzo proste – jeśli tylko postrzegać rzeczy takimi, jakie naprawdę są, a nie takimi, jakie chcielibyśmy, aby były. Celem istnienia antylopy jest nasycenie apetytu lwa. Celem istnienia konia – po tych 4 czy 5 tysiącleciach świadomej hodowli i selekcji – jest zaspokojenie takich czy innych potrzeb człowieka.

Jeśli antylopom brakuje lwów – wyradzają się i degenerują. Jeśli człowiek porzuca cele, którym służyła hodowla koni – konie również wyradzają się i degenerują.

To nie jest żadna teoria, slogan, hasło czy sofizmat. To wniosek z praktyki. Jaka jest najliczniejsza i NAJLEPSZA grupa hodowanych obecnie w Polsce koni? Odpowiedź jest bardzo prosta: to konie rzeźne!

Moją obserwację potwierdziła onegdaj rozmowa z jedną z właścicielek koni „szlachetnych“, której wiozłem źrebię z matką na czempionat. Oboje mieliśmy okazję obserwować przegląd rocznych ogierków zimnokrwistych, który co roku odbywa się w Kozienicach – a wizyta na (nieudanym, nieudanym stanowczo…) czempionacie źrebiąt dała nam okazję do porównania.

Ów kozienicki przegląd – to impreza tłumna, gwarna, rojna, liczna – skupiająca dziesiątki, jeśli nie setki rozemocjonowanych hodowców, dla których możliwość zaprezentowania swoich ogierków i uzyskania licencji – jest jednym z najważniejszych wydarzeń roku. Widać w tych ludziach prawdziwą pasję…

Ogierki zimnokrwiste, prezentowane w Kozienicach co najmniej od dwóch lat (ja tam byłem w roku 2011, moja pasażerka w 2012, a wrażenia mieliśmy identyczne…) – są jeden w drugiego dobre, bardzo dobre lub wybitne, a przy tym – wyrównane, jak spod sztancy, mimo wcale bogatej różnorodności rodowodów: jeden w drugiego pysznie się ruszają, nic na ogół nie można zarzucić budowie ich kończyn i kopyt, no i, rzecz jasna – bujnością swych obfitych i dorodnych kształtów mogą każdego amatora naprawdę zdrowej i smacznej kiełbasy przyprawić o żywsze bicie serca!



Źrebięta prezentowane na czempionacie – złe nie były, zresztą trudno cokolwiek wyrokować po tak słabej liczebnie stawce – ale co się rzucało w oczy, to ich niejednolitość: oprócz tego, że co drugi miał jakieś mniejsze lub ciut większe problemy z nogami (to w tej chwili, zdaje się być prawdziwa plaga wśród koni „szlachetnych“ polskiej hodowli – te konie rzadko kiedy mają na czym chodzić! Bo albo krzywe, albo na słabych kopytach: co się dzieje..?), zaszokowało mnie kilka przypadków, w których źrebak prezentowany przy boku matki – był od niej ewidentnie: gorszy! Jak to w ogóle możliwe? To czym – i po co właściwie – pokryto tę kobyłę, że uzyskano pogorszenie zamiast postępu hodowlanego..?

No cóż: odpowiedź wydaje się dość prosta. Bezdenne w swojej przekraczającej wszelkie granice głupocie „programy ochrony ras rodzimych“ uzależniają przyznanie dotacji od regularnego uzyskiwania od klaczy potomstwa. Że dotacja jest przy tym badziewna, to ci hodowcy, których ona właśnie skusiła (czy potraficie sobie Państwo wyobrazić , że komuś może OPŁACAĆ się utrzymanie i zaźrebienie klaczy, jeśli ma z niej – w ciągu roku – 1400 złotych dotacji i może 500 złotych za odsadka – bo więcej te odpady nie są warte zresztą..? Nawet u mnie, w chowie bezstajennym – nie utrzymam konia za 1900 złotych ROCZNIE, nie ma takiej możliwości – chyba, żebym w ogóle nie dawał owsa ani siana i nie nawoził ani nie kosił łąk, zimą zdając się na to, co konie same spod śniegu wygrzebią… A jednak – są podobno ludzie, którym się taki system opłaca…), chcąc się na nią załapać, kryją najtańszym i najbliżej stanowiącym ogierem – to i efekt widać (a zakładam, optymistycznie, że „dotacyjnych“ koni było na czempionacie niewielka mniejszość: bo niby jak miałaby się komuś jeszcze na dokładkę do tego zwrócić konieczność wyjazdu i wniesienia wpisowego..?).

Dopłaty do ras zimnokrwistych to też sabotaż – ale nie aż tak niszczący, ponieważ, skoro z założenia odsadki nie nadające się do dalszej hodowli, sprzedaje się po 9 złotych kilogram – to, jak łatwo policzyć, dotacja nie jest tu czynnikiem decydującym o opłacalności hodowli.

Co się stanie, jeśli nie będzie można sprzedać konia po 9 złotych za kilogram? Tak samo, jak zdegenerowały się „dotacyjne“ konie małopolskie czy wielkopolskie – zdegenerują się też konie zimnokrwiste (abstrahując od kwestii nieuchronnego spadku ich liczebności – bo,właściwie – po jaką cholerę w ogóle trzymać takie konie, skoro nie wolno ich sprzedać na mięso..?).

Nie ma rzeczy gorszej, nie ma rzeczy bardziej zbrodniczej niż praktyki różnych fundacji „wykupujących“ rzeźne konie od handlarzy! Są to konie najczęściej kalekie, pozbawione wartości użytkowej i hodowlanej. Przedłużanie im życia pogarsza stan istniejącego pogłowia – czasem, co jest już zbrodnią do kwadratu – pogarsza się też stan przyszłego pogłowia bo bywa, że takie konie są nawet rozmnażane!

Po to, aby konie mogły przynajmniej zachować te właściwości, za które właśnie je cenimy i kochamy – po to, aby dalej były tak czujne i czuwające, tak mądre i pojętne, tak szybkie, skoczne, wytrzymałe – konieczna jest selekcja. Ponieważ wszystkie te właściwości koni współczesnych są dziełem człowieka, a nie natury (po tych 4 czy 5 tysiącleciach hodowli…) – nikt z człowieka nie zdejmie odpowiedzialności za utrzymanie i poprawę jakości koni. Nie ma życia bez zabijania – i nie ma hodowli bez selekcji.

Oczywiście, jest mnóstwo takich ludzi, którzy – jeśli nawet będą mieli cierpliwość, aby w ogóle przeczytać to, co powyżej napisałem – wzruszą co najwyżej ramionami, oburzą się i zaplują ze złości: co ten zbrodniarz wypisuje..?

Tym ludziom jest wszystko jedno, czy są na tym świecie jakieś konie, czy ich w ogóle nie ma, a jeśli są – to jakie. Byle tylko – „nie było cierpienia“. Czyli – byle tylko, nie było życia – bo nie ma życia bez zabijania, nie ma życia bez cierpienia…

Wiem doskonale, że dyskutować z niedorosłymi nie sposób, bo ich kontakt z rzeczywistością jest zbyt wątły, aby cokolwiek z zewnątrz było w stanie zmienić raz utrwalone sposoby interpretacji świata – i nie wiem, co właściwie mogłoby ten stan zmienić?

To, że w Polsce akurat nie ma tradycji jedzenia koniny, a do zabijania koni podchodzi się z taką obawą – jest wynikiem przypadku. Przez bardzo wiele stuleci Polska była zasiedlana przez niemieckich kolonistów, a Kościół w Polsce – pozostawał pod wpływem Kościoła w Niemczech (na soborach powszechnych w średniowieczu – polskich biskupów zaliczano do „nacji niemieckiej“). W efekcie bardzo wiele zwyczajów, które nam wydają się rdzennie polskie: jak kolędy bożonarodzeniowe, drzewko wigilijne, szopki, jasełka, procesja Bożego Ciała – to są kościelne zwyczaje niemieckie. Takim właśnie kościelnym zwyczajem niemieckim (i tylko i wyłącznie niemieckim!) jest tabu dotyczące jedzenia koniny.

Papieże zakazali jedzenia koniny w Niemczech na wniosek Karola Wielkiego, który toczył w VIII wieku ciężkie, długotrwałe wojny z pogańskimi Sasami, dla których koń był świętym zwierzęciem totemicznym, a jego mięso spożywano wyłącznie podczas najważniejszych uroczystości religijnych. Zwyczaj ten przyjął się też na Wyspach Brytyjskich, skolonizowanych wcześniej przez Sasów – i w Stanach Zjednoczonych, dokąd w XVIII i XIX wieku wyemigrowało wiele milionów Niemców (większość współczesnych białych Amerykanów ma niemieckich przodków…). Przyjął się też, tak samo jak kolędy, choinki, szopki, jasełka i procesje – w Polsce. Żadnej głębszej podstawy tradycja ta nie ma – niczego szczególnego w niej też nie widzę i uważam, że dobrzy by ją było zarzucić. Im więcej Polacy jedzą koniny (która jest zdrowym i bardzo smacznym mięsem!) – tym lepiej dla koni w Polsce: bardziej będą potrzebne, więc będzie ich więcej, surowiej selekcjonowane, więc będą jakościowo lepsze – no i: krótszą będą miały ostatnią drogę, więc mniej się nacierpią…

Tekst powyższy napisałem kilkanaście dni temu, z myślą o publikacji w "KT". "KT" jednak - o co nie mam pretensji, bo po prawdzie wiele już razy na ten temat pisałem - tekst ów odrzucił. Posłałem go oczywiście natychmiast do pozostałych dwóch pism końskich, że jednak długo już o nim milczą, to wnioskuję z tego brak zainteresowania również z ich strony. Całkiem przypadkowo nada się teraz na podsumowanie całej tej hałaburdy z węgierskimi huzarami

Uważam bowiem - choć, zgadza się, sam moim koniom bym tego nie zrobił, zbyt wielkim jestem mięczakiem - że jeśliby nawet zajeździli swoje koniki na śmierć (co, jak widzimy dowodnie - nie ma bynajmniej miejsca - choć, swoją drogą, chętnie bym się dowiedział, gdzie się podział sfotografowany przez Szwedów gniadosz?) - to z tego niewątpliwego zła - wynikałoby tylko i wyłącznie dobro, jak chodzi o węgierską hodowlę koni, jakość węgierskich koni i sławę węgierskiego jeździectwa. Takie właśnie jest życie. 

Bynajmniej nie tylko w tej branży zresztą: jak już pisałem wcześniej, CAŁY nasz współczesny dobrobyt ufundowany jest na strachu i cierpieniu przeszłych wieków! Jeśli ktoś z Państwa na tej podstawie potępia dobrobyt - proszę bardzo: droga wolna. Tylko co w takim razie, u diaska, robi taki "potępiający" przed komputerem..? Komputerów też by nie było - gdyby nie II wojna światowa, a potem Zimna Wojna..!

A swoją drogą, życie potrafi też wysilić się na sardoniczne zgoła grymasy... Jak raz wczoraj zajechał do nas właściciel nieodległej ubojni - którego znam głównie stąd, że kiedyś, gdy sprzedawałem prąd, był moim klientem - a zajechał, skuszony opowieściami żony Radka, druha mego serdecznego, która onegdaj w środę zebrała u nas na Wielkim Padoku 80 prawdziwków. Od słowa do słowa - i być może, przyjdzie mi stanąć przy linii i byczki ubijać..? Czy dam radę? Z pewnością nie oszczędzę Państwu relacji - ze wszystkimi, najbardziej drastycznymi szczegółami..!

Tak więc: bądźcie Państwo z nami. Sensacja - kontrowersja - refleksja! Ciąg dalszy nastąpi...

28 komentarzy:

  1. Nie jestem fanatyczną obrończynią życia wszelkiego rodzaju i pod wszelką postacią. Sama bym nie zabiła, ani świadomie z premedytacją nie skrzywdziła niczego, co żyje i się na mnie patrzy, ale wiem też, że zwierzęta hoduje się w jakimś celu - nie zawsze tylko do głaskania.
    Konie lubię, uwielbiam na nich jeździć, patrzeć, kiedy biegają po pastwisku. Lubię też je głaskać. Ale jeśli już miałabym konia, używałabym go do pracy: jazdy wierzchem, w zaprzęgu itd. Oczywiście bez zarzynania się w robocie, bez zmuszania konia batem do posłuszeństwa - nic na siłę. Ale jakoś nie pociąga mnie wizja konia, który tylko będzie łaził po pastwisku, wyżerał trawę, produkował nawóz i będzie można się tylko na niego popatrzeć. Popatrzeć, to ja mogę na swoje stado papug :P
    Sama nie jem mięsa, bo nie mogę. Mój układ trawienny zbuntował się i nie chce przyswajać mięsa z ferm, naszprycowanego antybiotykami, lekami, anabolikami, hormonami itp. świństwem. Wiem jednak, że mięso jest elementem diety, który towarzyszy człekokształtnym od zawsze, jeszcze przed nauczeniem się prowadzenia upraw. Toteż zgadzam się na istnienie rzeźni, bo inaczej nie ma szans na to, by uzyskać mięso. Trzeba zabić zwierzę, by potem przerobić go na np. karkówkę i cieszyć się grillem.
    Nie zgadzam się tylko na przedłużanie cierpień. Każdemu. Nie tylko zwierzęciu, ale w stosunku do każdej istoty. Jeśli zabić, to jednym, celnym strzałem. A jeśli potrzeba najpierw spuścić krew, to tak ogłuszyć zwierzę, by do ostatniej kropli nie dało rady się obudzić i poczuć, że umiera.
    Dziękuję za ten artykuł, bo nie mogę się do końca zgodzić z głosami ekologów i miłośników zwierząt, którzy krzyczą o ratowanie bezwzględnie wszystkich zwierzaków. A potem schroniska są pełne niechcianych psów, kotów, koni, królików, jaszczurek itp. istnień, które tylko się męczą, czekając na zmiłowanie człowieka. Mam całą wolierkę takich "odrzutków".

    Jestem za ubojem, ale bez okrucieństwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tak samo. I nawet mogłabym sama zabić, gdybym wiedziała, jak to zrobić szybko.

      Usuń
  2. To wszystko prawda. Ludzie w Polsce związani z końmi nie zdają sobie często sprawy, jak wiele koni z zachodnich sportowych hodowli ląduje w rzeźni. Tam nikt się nie cacka - jeśli dany osobnik nie spełnia bardzo ostrych kryteriów, głównie dotyczących zdrowia i charakteru - ląduje na haku. A u nas taki hodowca odsyłający nieudane źrebięta do "Włocha" byłby skazany na ostracyzm. Dlatego oni mają hodowlę na takim poziomie, świetną markę i biorą dobre ceny - nie wypuszczają na rynek badziewia. Selekcja i hodowla wymaga niestety kanalizowania odpadów, które zdarzają się zawsze. Planowe dawanie końskiego życia wymaga też jego planowego odbierania.

    A u nas każdy hodowca ewentualne niedoskonałości zdrowotne stara się ukryć "dla dobra konia" przy sprzedaży. Klienci się nacinają na taką kalekę, a później szukają zdrowych koni już tylko w Niemczech, przepłacając dwukrotnie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zacytuję z R.Prawocheńskiego "Hodowli koni":"Zwyczaj spożywania mięsa końskiego bardzo długo utrzymywał się w Polsce.Żadna uczta hetmańska nie obeszła się bez specjalnie usmażonego źrebięcia."

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja koninę jadałam, jako dziecko wprawdzie, a więc nieświadomie, jeszcze w latach 80-tych.

    Jacku, jest jakiś powód, dlaczego odrzucono lub trwa milczenie w odniesieniu do Twojego artykułu. Wydaje mi się, że wiem, dlaczego, ale podobnie, jak redaktorzy, którzy czują do Ciebie sympatię- nie powiem wprost, bo nie mam ochoty na żadne do niczego nie prowadzące awantury i "wyrazy".

    Moim zdaniem wychodzisz z błędnego założenia, że konie wyginą, jeśli nie będą hodowane na rzeź. Z pozycji hodowcy jest to dla mnie nielogiczne. Psy nie są hodowane na rzeź, mają status zwierząt towarzyszących, rasy czują się świetnie, rozwijają się, pogłowie rośnie. Za hodowlę zabierają się pasjonaci, którzy wspaniale wykorzystują cechy tych zwierząt dla siebie, nie krzywdząc swoich podopiecznych.
    Jest wiele zastrzeżeń co do środowiska hodowców psów, ale mimo wszystko hodowcy i ich właściciele prezentują całkiem zadowalający poziom intelektualny i moralny (mówię o zarejestrowanych hodowlach i nie o wyjątkach, ale o ogóle). Czego niestety nie można powiedzieć o 90% koniarzy, na których składają się w głównej mierze, jak rzekłeś przykładowo: chłopki ze świętokrzyskiego (bez urazy).
    W okolicy mam wielu koniarzy i tylko ci, którzy prowadzą swoje hodowle z pasją (nikły procent), zaangażowaniem i dbałością o zwierzęta są dla mnie autorytetami. Ci nie oddają koni na rzeź i nie popierają tego procederu, który nie mieści się w głowie osobom posiadającym uczucia wyższe, niż miłość do czubka własnego nosa.
    Mnie nie przekonałeś, powiem więcej, jeszcze bardziej utwierdziłeś co do kiepskiego mniemania na temat ogółu środowiska koniarzy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie rozumiesz co autor miał na myśli. Koń to jest drogie w utrzymaniu zwierze. Jeśli hodujesz konie w jakimś celu, to ZAWSZE masz odpady, czyli sztuki nie tylko nie spełniające tego celu, ale nie spełniające żadnego celu (wariaty, OCD, źrebaki po ciężkich chorobach i kontuzjach, etc.) Co zrobisz z tymi odpadami, jeśli nie będzie można ich powiesić na haku? Będziesz płacić przez dwadzieścia lat 500 zł co miesiąc żeby konik sobie chodził po trawce?

      Przyznasz, że to duże ryzyko. Dlatego wtedy nikt dobrych koni hodował nie będzie, nie będzie selekcji, bo nie będzie co zrobić z tymi wyselekcjonowanymi negatywnie (no zawsze będzie można odpady puszczać luzem w las, jak w Irlandii.) Pan Józek se puści ogiera dla dotacji, a dobre konie będziemy przywozić z zachodu za ciężkie euro.

      Usuń
    2. 1. Ja nie "wychodzę z założenia", że konie bez celu hodowlanego wyginą. Ja tu niczego zakładać nie muszę! Bo przecież to doskonale widać: konie, których hodowla żadnego celu (poza badziewną dotacją...) nie ma - JUŻ się zdegenerowały i raczej nic z nich w przyszłości nie będzie. To nie jest opinia. To fakt.

      2. Nie uważam za szokującą hodowli psów na rzeź. Chiny to wielki rynek zbytu - a czymś przecież trzeba za ich tandetę płacić..?

      3. Pozwolisz, że kolejnej porcji plwocin wylanych na "rolników" - nie skomentuję...

      Usuń
  5. Zarzucasz mi ignorancję, a sam wymądrzasz się na temat spraw, które ogarnąłeś zaledwie w części. Pięknie.


    "Nie ma rzeczy gorszej, nie ma rzeczy bardziej zbrodniczej niż praktyki różnych fundacji „wykupujących“ rzeźne konie od handlarzy! Są to konie najczęściej kalekie, pozbawione wartości użytkowej i hodowlanej. Przedłużanie im życia pogarsza stan istniejącego pogłowia – czasem, co jest już zbrodnią do kwadratu – pogarsza się też stan przyszłego pogłowia bo bywa, że takie konie są nawet rozmnażane!"

    Trzeba by być ślepym, by nie zauważyć, że nie tylko rozmnażanie LUDZI KALEKICH, ale nawet ratowanie kalekich niemowląt prowadzi do degeneracji gatunku. Mamy więc zaprzestać ratowania życia chorym dzieciom? Zakazać rozmnażania takim dorosłym?


    "Tym ludziom jest wszystko jedno, czy są na tym świecie jakieś konie, czy ich w ogóle nie ma, a jeśli są – to jakie. Byle tylko – „nie było cierpienia“. Czyli – byle tylko, nie było życia – bo nie ma życia bez zabijania, nie ma życia bez cierpienia…

    Wiem doskonale, że dyskutować z niedorosłymi nie sposób, bo ich kontakt z rzeczywistością jest zbyt wątły, aby cokolwiek z zewnątrz było w stanie zmienić raz utrwalone sposoby interpretacji świata – i nie wiem, co właściwie mogłoby ten stan zmienić?"

    Życie bez ŻADNEGO cierpienia może i nie rozwijałoby się prawidłowo, ale cierpienie można podzielić na potrzebne i niepotrzebne. Jeśli ktoś nie widzi różnicy, to sam stracił kontakt z rzeczywistością. Nie każdy musi sobie obrać te same cele, co Ty, czyli patrzeć na żywe stworzenia jak na przedmioty, które mają służyć innym.

    Antylopa NIE istnieje po to, by zaspokoić głód lwa. W przyrodzie wszystko współgra, ale nie ma "powodów", dla których coś istnieje lub nie. Filozofować można, ale to, co piszesz, trąci katechezą dla dzieci.


    Spora część Twojego tekstu jest po prostu nielogiczna, ale już Ci to wytknięto wyżej.


    Od siebie dodam jeszcze coś takiego:


    Po tym świecie pałętają się dwa rodzaje "wariatów": zaciekli obrońcy dzieci nienarodzonych oraz zaciekli obrońcy zwierząt. Co ciekawe, jedni są zwykle zaprzysięgłymi wrogami drugich - co wydaje mi się dość zabawne.

    Zarówno "ekoterroryści", jak i "prolajfiści" mają swoich zaprzysięgłych wrogów. Nie mam tu na myśli osób o zaledwie odmiennych poglądach, bo nie każdy przecież musi popierać działania mające na celu ochronę zwierząt lub dzieci nienarodzonych. Niektórych te sprawy obchodzą tyle, co zeszłoroczny śnieg. Chodzi mi o ludzi tak zaślepionych ideą jakiejś durnowatej odmiany wolności, że do szału doprowadza ich sam fakt, że ktoś może im czegoś zabraniać. Tego typu indywidua wyją wniebogłosy albo "Wara od mojego brzucha!", albo "Wara od moich zwierząt!" Innymi słowy: my home/belly is my castle w wersji ultra.

    Oczywiście takie wrzaski niczego nie zmienią. Człowiek jest normalnym zwierzęciem, a normalne zwierzę oddziałuje na środowisko wokół siebie. Słabe i pokorne zwierzę – w mniejszym stopniu, silne i zuchwałe – w większym. A ci, którzy obrali sobie za cel czynienie świata lepszym, wykazują się zuchwałością zdecydowanie przekraczającą średnią. (Dian Fossey chociażby - nie cackała się ze zwierzętami z własnego gatunku, kiedy chciały skrzywdzić "jej" goryle.)


    Nazywanie ludzi niedojrzałymi, bo kierują się czymś więcej niż chęcią napełnienia sobie brzucha, bo ich cele nie zgadzają się z Twoimi, jest właśnie uciekaniem - ba, czarowaniem! - rzeczywistości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet ci, którzy kierują się czymś więcej niż chęcią napełnienia brzucha - jedzą. Udokumentowano zaledwie kilka przypadków ludzi na całym świecie, żywiących się praną. Od tkwiącego w nas człowieczeństwa zależy to jak będziemy traktować nasze przyszłe jedzenie i ile bólu zadamy. Moje obserwacje prowadzą mnie do prostego wniosku - wszelkie instytucje zajmujące się ludźmi i zwierzętami SĄ pomyłką. Nawet najlepszy dom dziecka nie zastąpi dziecku DOMU. Nawet najlepiej przygotowana ubojnia nie da gwarancji braku cierpienia zabijanego zwierzęcia. Jedynie człowiek, który o zwierzę się troszczył, karmił, leczył, głaskał będzie się starał je uśmiercić tylko wtedy, gdy jest to konieczne (jem, albo głoduję, muszę ulżyć cierpieniu, nie dam rady wyżywić) w sposób przynoszący jak najmniej bólu. Jest to utopia w naszych czasach, gdy miliony są karmione przez hodowców ogromnych stad. Obecny sposób pozyskiwania jedzenia prowadzi do braku związku szynki na talerzu z żyjącą świnią. Dlatego tak łatwo ludziom osądzać tych, którzy zabijać zwierzęta muszą. Którzy starając się o nasze brzuchy lub przyjemności i dbają o jakość hodowli - w tym wypadku dbają o jakość hodowanych koni. Myślę, że tylko oni potrafią ocenić, czy śmierć jakiegoś zwierzęcia jest konieczna - no chyba, że są bandą psychopatów.
      I jeszcze jedno - antylopy SĄ pokarmem dla lwów, (co niby miały by jeść lwy, skoro zaistniały na naszej planecie jako mięsożercy?) Tak działa łańcuch pokarmowy. Dodatkowo kotki te stają się selekcjonerami "hodowli" antylop. Co stałoby się z antylopami bez zwierząt polujących na nie dowiedzieliśmy się na przykładzie Australii i królików pozbawionych naturalnych wrogów.
      PS
      Mnie też trudno zrozumieć zabijanie koni. Myślę, że oprócz niemieckich źródeł oporów związanych z zabijaniem tych pięknych zwierząt, historia naszego kraju też ma udział w ich zasadnym gloryfikowaniu. Trudno mi zrozumieć - ale nie jest to niemożliwie.

      Usuń
    2. Ale ja nie występuję przeciwko zabijaniu w ogóle. Jednak uważam, że zabijać należy szybko i bezboleśnie. Dlaczego prawo nie miałoby tego gwarantować? Co takiego się stanie?

      Niestety, zdanie "wszelkie instytucje zajmujące się ludźmi i zwierzętami SĄ pomyłką" świadczy o Twoim oderwaniu od rzeczywistości. Katowanie dziecka lub zwierzęcia JEST złe. I lepiej, żeby dziecko/zwierzę odebrać katom niż trzymać się durnego dogmatu, że każdy ma prawo robić z potomstwem/inwentarzem WSZYSTKO, co mu/jej się zamarzy.

      Antylopy SĄ pokarmem dla lwów, ale nie istnieją po to, by nim być. W naturze nie ma przyczyn istnienia jakiegoś gatunku - po prostu albo może gdzieś żyć, albo nie.

      Usuń
    3. 1. Pisałem kiedyś obszernie o tym, dlaczego eugenika w przypadku ludzi nie działa - a w przypadku zwierząt jest koniecznością. Najkrócej rzecz ujmując, w przypadku ludzi nie sposób sformułować kryterium selekcyjnego, ponieważ właśnie - istnienie ludzkości żadnego celu nie ma. Natomiast istnienie poszczególnych gatunków zwierząt i odmian tych gatunków - MA cele. Oczywiście: z punktu widzenia człowieka. Co pozwala kryteria selekcyjne formułować. A ponieważ od tysiącleci NIE MA INNYCH zwierząt, niż te hodowane dla określonych celów - to zaprzestanie takiej hodowli oznacza zaprzestanie hodowli w ogóle.

      2. Jak już napisałem - intuicje moralne Kiry mało mnie obchodzą. A właściwie: kompletnie nic. Tak samo nic mnie nie obchodzi dokonana przez Kirę klasyfikacja poglądów, które jej się nie podobają, ponieważ klasyfikacja ta istnieje tylko w głowie Kiry i nigdzie indziej...

      Usuń
    4. Zgadzam się w każdym calu, że nie powinny cierpieć ani dzieci, ani zwierzęta ani nikt inny. Jednak w nawiązaniu do dzieci chciałam zwrócić uwagę, że krzywda dzieciom w rodzinach, lub rodzinach zastępczych (myślę, że o to chodzi) dzieje się czasem, a w instytucji dzieje się zawsze - nawet jeżeli nie jest to cierpienie fizyczne. Nie jestem oderwana od rzeczywistości - dlatego właśnie dwoje z moich dzieci jest z domu dziecka. Dlatego wychowuję kociaka, chociaż nie miałam go w planie. Stworzenie nowego prawa dotyczącego zwierząt niewiele zmieni, jeżeli nie zmieni się ludzka świadomość. To Twoja i moja rola przypominać ludziom co jest złe. To nasza rola wychowywać dzieci w swoim otoczeniu na troskliwych gospodarzy i dobrych ludzi.
      Teraz się zgadzam z opinią o antylopach, chociaż jakby tak zagłębić się w filozofię... ;-)

      Usuń
    5. "Tak samo nic mnie nie obchodzi dokonana przez Kirę klasyfikacja poglądów, które jej się nie podobają, ponieważ klasyfikacja ta istnieje tylko w głowie Kiry i nigdzie indziej..."

      Widzisz, tylko że tak samo jest z Tobą. Nie opisujesz rzeczywistości, tylko swojej jej wyobrażenie. Sugestia, że punkt widzenia ludzkości (użyteczność zwierząt) musi być istotna dla każdej jednostki z osobna jest po prostu okłamywaniem siebie.

      Tak więc zostajemy przy swoich subiektywnych poglądach.



      ARCHANIOŁY i LUDZIE, ta "krzywda" w instytucjach jest często mniejsza niż krzywda w rodzinie.

      Usuń
    6. Wcale nie zostajemy przy żadnych "subiektywnych poglądach".

      Ja po prostu mam obiektywną rację, wynikłą z prawdziwego oglądu rzeczywistości.

      A Ty coś tam sobie roisz. W gruncie rzeczy - nie warto nawet wiedzie co, bo po co mi wiedza o Twoich urojeniach..?

      Usuń
    7. Oceniając coś NIGDY nie jesteś obiektywny, gdyż nie ma jednego słusznego celu. Można jedynie się kłócić odnośnie metod, JEŚLI obrało się wspólny cel. A my takowego nie mamy.

      Jak oceniasz moje cele, też nie jest dla mnie istotne. Twoja ocena jest i pozostanie - subiektywna.

      Napisz, że nie życzysz sobie żadnej krytyki, będzie uczciwiej.

      Usuń
    8. PS. A tak odnośnie FAKTÓW: nie jest wcale dzisiejszym wymysłem dzielenie nawet ludzi na istoty pożyteczne i zbędne - lecz obecnie ta tendencja wyraźnie się rozwinęła. Mnóstwo publicystów/polityków/moralistów ocenia naszą (poszczególnych jednostek) przydatność dla dobra ogółu, np. wyliczając, ile "tracimy" przez bezdzietnych, bezrobotnych, etc. Tak więc tę Twoją świętą "użyteczność" też można sprowadzić do absurdu. Niebezpiecznego, bo niedługo zaczniemy selekcję ludzi.

      Usuń
    9. To do Boskiej Woli."Ja po prostu mam obiektywną rację, wynikłą z prawdziwego oglądu rzeczywistości." Nie przyjmujesz, że czasem możesz się mylić? Nie chodzi mi teraz o tą dyskusję, bo tu się raczej zgadzam ( chociaż to, że się zgadzam, świadczy tylko o tym, że mam podobne do Twoich poglądy, a nie , że mam rację, mógłby powiedzieć jakiś zwolennik logicznego myślenia), tylko tak ogólnie.

      Usuń
    10. Tak ogólnie to zgadzam się, że dotarcie do obiektywnej prawdy jest bardzo trudne. Najczęściej się nie udaje i musimy kontentować się opiniami - mniej, lub bardziej prawdopodobnymi i wiarygodnymi.

      Jednak przyjęcie, że do obiektywnej prawdy W OGÓLE NIE DA SIĘ DOTRZEĆ - i w związku z tym, wszystko jest tylko mniemaniem - a o tym, które mniemanie wygrywa decyduje jakaś tajemnicza "wola mocy" - moim zdaniem prowadzi do absurdalnych konsekwencji. A skoro tak, takie twierdzenie - po prostu nie może być prawdziwe!

      Prawda nie leży pośrodku ani nie zależy od tego, czyje (chwilowo) na wierzchu. Prawda leży tam gdzie leży. I tyle...

      Usuń
    11. Czy się da dotrzeć, nie wiem, ale że próbować trzeba, to pewne. Pozdrawiam.

      Usuń
    12. Kira: napisałam wyraźnie, że w instytucji dzieciom zawsze dzieje się krzywda, nawet jeżeli w ten sposób chroni się je przed przemocą fizyczną. Wiem co mówię. Możesz zostać "rodziną zaprzyjaźnioną" jakiegoś dziecka i wtedy zdziwisz się jak okalecza psychicznie dom dziecka - dokładając starań, by miały dach nad głową, ubranie i pełną michę.
      Selekcja jest naturalnym mechanizmem w przyrodzie - skoro więc ludzie zaburzają porządek przyrody przez hodowle - ich obowiązkiem staje się niedoprowadzane do skarlenia, zwyrodnień, mnożenia cech niepożądanych.
      A selekcja ludzi - już jest prowadzona, pomijając okrucieństwa z czasów wojny - dziś nasza służba zdrowia nie leczy różnych schorzeń powyżej określonego wieku - bo nie rokuje (czytaj - nie opłaca się), propaguje się rodziny z jednym dzieckiem lub bezdzietne (patrz film, telewizja, reklamy, prasa) bo rodzina z dziećmi jest nieopłacalna dla państwa. Generuje koszty w postaci żłobków, szkół, przychodni, miejsc pracy. Jak widać w codziennej rzeczywistości szkoły się zamyka, przychodnie likwiduje (są nieopłacalne, nawet Centrum Zdrowia Dziecka trzeba zlikwidować, żeby ktoś odpowiedni mógł je przejąć i zarobić), a miejsc pracy mamy z dnia na dzień coraz mniej. Ja wszystkich pytam: - ile znasz osób, które pracują w zakładzie pracy, który coś produkuje? [nie przerabia w ramach usług, ale wytwarza coś takiego, że nie trzeba tego importować]
      Jednostki zaradne opuszczają nasz kraj, by przetrwać i zapewnić byt rodzinie. Ci, co chcą walczyć na miejscu są ogryzani do kości przez system.
      Niech mi ktoś powie, że to nie jest selekcja.

      Usuń
    13. BOSKA WOLA, prawda to fakty, nie ich oceny.



      ANONIMOWY:

      "skoro więc ludzie zaburzają porządek przyrody przez hodowle - ich obowiązkiem staje się niedoprowadzane do skarlenia, zwyrodnień, mnożenia cech niepożądanych."

      Primo - jestem przeciwko zadawaniu NIEPOTRZEBNEGO cierpienia, nie przeciwko selekcji. Myślę, że można znaleźć humanitarne rozwiązanie.

      Secundo - właściwie to teraz dajesz do zrozumienia, że same hodowle są złe.


      "[...] ile znasz osób, które pracują w zakładzie pracy, który coś produkuje?"

      Ano właśnie. Teraz to tylko sprzedawać, wciskać gówienka w pazłotkach, reklamować...


      "Niech mi ktoś powie, że to nie jest selekcja."

      Jest!

      Usuń
    14. PS. Alternatywą dla domów dziecka są rodziny zastępcze. No bo co innego???

      Usuń
  6. Niedawno zostałam przez pewnych wegetarian na blogu zaatakowana za to, że zamiast akcji "stop rzeźniom" wolę hasło "stop niehumanitarnemu ubojowi". Wolę, by Włosi jednak jedli tego tatara z mrożonki, a jak nie smakuje, to niech przyjadą do naszych restauracji ;) I nie podoba mi się wielki szum wokół koni, bo piękne, karpi przed Wigilią, czy kur na Wielkanoc, a na co dzień dużo mądrzejsze świnie się zjada ze smakiem lub skarmia nimi pieski...
    Szumne hasła o holokauście zwierzęcym, przy jednoczesnym uznawaniu niektórych ras/gatunków za WYBRANE do towarzystwa człowieka i LEPSZE od innych - takie połączenie wyzwolicieli "oświęcimia" z postawą nazistowską jest łagodnie mówiąc niespójne.
    Szanować należy wszystkie byty (i dbać o jak najlepsze warunki ich życia, jak i śmierci), zarówno zależnego od nas konia, psa, krowę, jak i górnika, który na soi zapewne dużo nie wykopie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że kiedyś trzeba będzie się przerzucić na świnki morskie. Szybciej się rozmnażają niż świnie, poza tym po zabiciu można całe mięso od razu skonsumować.

      Usuń
    2. No przecież się je jada. "Świnka morska pochodzi z Ameryki Południowej, początkowo występowała na terenach Peru, Brazylii i Paragwaju. Została udomowiona przez Inków i rozprzestrzeniona na znaczną część Ameryki Południowej. Do Europy przybyła wraz z pierwszymi odkrywcami i stała się często hodowanym zwierzęciem domowym. W Ameryce Południowej mięso świnki morskiej stanowi przysmak, pieczone świnki podawane są w restauracjach".
      Skoro jemy króliki, kiedyś bobry, a także nutrie (bardzo mi smakowała) oraz kapibary, to nie jedzenie świnek morskich u nas jest tylko kwestią zwyczajową. Może należałoby to zmienić?

      Usuń
  7. Poza utrzymywaniem do końca życia jest uśpienie - zapomnieliście o tym??? Dlaczego nikt nie bierze tego pod uwagę jako formę "utylizacji odpadów"? Nie trzeba utrzymywać do końca życia, a koszt jest tylko jednorazowy. Uśpić na miejscu bez stresującego transportu ( transport też kosztuje!). Dlaczego wszyscy się tak przed tym bronią????

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to a propos czego? Poza tym, tu NIE chodzi o konie które są tak kalekie lub chore, że nie mogą już dłużej żyć.

      Chodzi o takie, które są bezwartościowe z hodowlanego punktu widzenia. Byłoby marnotrawstwem je po prostu zabijać bez żadnego pożytku. Wypuścić z rąk - też niebezpiecznie, bo ktoś chlapnie jęzorem i już cała renoma hodowli w gruzach leży.

      Dlatego najrozsądniej jest właśnie - zabić i zjeść. Mniam, mniam..!

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...