środa, 10 października 2012

Za dawno wojny nie było

zwykł był mawiać mój Dziadek za każdym razem, gdy natykał się na żywe dowody zepsucia i rozbestwienia, których zaiste – nie brak na tym świecie!

Dzień wczorajszy takich dowodów dostarczył mi kolejną porcję. Grzybów wprawdzie było już o wiele mniej – ale i tak pozostał problem, co z dwiema nadmiarowymi łubiankami zrobić?

No to stanąłem sobie pod warecką „Pierdonką“, obok jabłuszek, malin i warzyw. Owszem: ludzie przechodzili, uśmiechali się, podziwiali – jak to w Warce (to bodaj lokalna specyfika jest…), jedna babcia musiała oczywiście pomacać każdego grzyba z osobna i każdego odwrócić, żeby sprawdzić czy bez robali. Poznałem różne ciekawe typy. Jeden pan w wieku średnio średnim, na oko wysportowany i zaradny – wziął nawet numer telefonu, co by się ewentualnie umówić na grzybobranie (biorę 100 złotych od łebka, przypominam – wedle dawnej już dość oferty – w zamian wpuszczam na Wielki Padok, wyłączwszy prąd, jak kto sobie życzy oprowadzam i pokazuję gdzie co jest, mogę też narzędzia pracy dostarczyć, jeśli kto nie ma własnych…).

Niemal wzruszyła mnie historia staruszka, który opowiadał, jak to w 1942 ze swoim ojcem, 100-kilowe kosze na kartofle dźwigając (bo dziś, panie, takich już nie produkują…), zapuścili się, a po przymrozkach już było, bo to w końcu października, w grąd (wie pan, co to jest grąd? No, grabowe lasy…) – i najpierw do pełna maślaków nazbierali, aż w kolejnym zagajniku tak było pełno prawdziwków, że trzeba było te wszystkie maślaki wyrzucić… Skądinąd: w 1942 staruszek był co najwyżej kilkuletnim berbeciem, więc chętnie wierzę, że KAŻDY kosz na kartofle wydawał mu się co najmniej 100-kilowy, ile by tam tych maślaków czy prawdziwków nie włożyć – no, ale mniejsza z tym. Trzyma się w każdym razie dziadunio naprawdę prosto – i nie na cmentarz się wybiera, tylko na Roztocze, grzyby zbierać. Znakiem tego: dobry rocznik!

Ze sprzedawcami jabłuszek, malin i warzyw prawie się zaprzyjaźniłem – i takie to były przygody. Bo oczywiście, kupić nikt nic nie kupił, krzywili się tylko i przewracali oczami jak się dowiadywali o cenie – a umiarkowaną podałem, tylko 40 złotych za łubiankę, naprawdę sporo poniżej tego, co zawodowi handlarze grzybów sobie wołają – i nie przyjmuję do wiadomości, że to może być dla kogoś dużo: w „Pierdonce“, sądząc po obładowanych do granic możliwości siatach, z którymi wychodzili, zostawiali o wiele więcej – i jakoś im to nie przeszkadzało.

Postałem dwie godziny i, wypróbowanym już sposobem, ruszyłem w objazd po wareckich knajpach (wszystkich dwóch… znaczy się: jest jeszcze podobno trzecia – ale nie wiem jak do niej trafić…). Tym razem życząc sobie tylko 50 złotych za wszystko co miałem. Akurat by mi na rachunek za internet starczyło – i dwa piwa. Może.

W pierwszej z knajp najpierw kucharz zażyczył sobie, żeby personel (profanowi nielza było świętych przestąpić progów…) doniósł mu grzyby do kuchni w celu okazania – a potem odrzucił je ze wstrętem i obrzydzeniem. Rozumiem, że zamiast „dzikich“, „barbarzyńskich“, „pospolitych“ i „staroświeckich“ borowików, podgrzybków, koźlaków i zajączków – spodziewał się „cywilizowanych“ i „oświeconych“ grzybów mun albo shiitake..? No bo jak mam to sobie tłumaczyć: całej Warce moje grzyby imponują – a temu jednemu śmierdzielowi nie..?

W drugiej nawet i tyle nie osiągnąłem, bo już niższy personel pomocniczy od progu wołał, że szefowa sama dnia poprzedniego nazbierała, na grzybową (dumnie widniejącą na samej górze wypisanego na tablicy menu) wystarczy – nim w ogóle zdążyłem pokazać co mam.

Tym sposobem wylądowałem u pana Stanisława. Gdzie, krótko bo krótko, ale porozmawialiśmy jak Polak z Polakiem. Pan Stanisław, od 15 lat prowadząc popularną i bardzo lubianą hurtownię spożywczą zauważa istotne zmiany w zwyczajach żywieniowych ludności. Na początku swojej działalności, rozprowadzał był po lokalnych sklepach spożywczych nawet i po kilka ton śledzi rocznie. Teraz? Jak rocznie paleta zejdzie (4-litrowych wiaderek), może dwie – to dobrze! A jak sam ulubionego śledzia do pracy przyniesie, młodzi pracownicy krzywią się i wybrzydzają.

Mój tytoń, którego próbkę zostawiłem mu przy poprzedniej wizycie dla owych pracowników właśnie, jeden w drugiego kopcących jak smoki – nikogo nie zainteresował. Już nawet nie chodzi o to, że trzeba się przy tym napracować – ale nie smakuje! Bo inne, niż fabryczne… Znakiem tego – chyba pan Stanisław za dobrze swoim ludziom płaci? Albo tak premieru Tusku kochają, że żyć nie mogą, jak mu 10 złotych za paczkę nie zaniosą..?

Młodzież już nie to że smalcu – ale nawet kiełbasy jeść nie chce. Jak w szynce żyłeczka się pokaże – zaraz wyrzuca ze wstrętem.

Co zatem schodzi z hurtowni? „Tiger“ i inne, temu podobne syntetyki – w ilościach praktycznie nieograniczonych…

No i czy mój Dziadek nie miał racji? Za dawno wojny nie było! Rozbestwieni są ludzie, wydelikaceni, zepsuci, w dupach im się poprzewracało i pożądne lanie, głód, strach i prawdziwa niepewność jutra – należy im się jak psu buda, umarłemu pogrzeb, a pacierzowi amen!

Łubianka grzybów za 40 złotych (to tylko 4 paczki papierosów ze sklepu – przypominam…) to dla nich za dużo, nie zapłacą tyle za tak „staroświeckie“, „niedzisiejsze“ jedzenie..? Ale za porcję sushi – to by tyle zapłacili bez szemrania, czyż nie..?

Kupiliby może te grzyby nawet (choć staroświeckie, brudne i wstrętne…) – gdybym na maluteńkich tacuszkach, porcja po 5 złotych sprzedawał? A czyż to nie jest kolejny dowód ich rozbestwienia? Oni WIERZĄ, że będą mogli takie grzyby kupić codziennie, ile tylko im się zamarzy – bez względu na sezon. I po części mają rację. W „Pierdonce“ bywają prawdziwki – i suszone i mrożone, jakie kto chce. Fakt – droższe od tego, co ja proponowałem, ale rzeczywiście – w mniejszych porcjach, nie trzeba myśleć o tym, co zrobić z nadmiarem, jak go zakonserwować na później. A różnicy między świeżym, a „fabrycznym“ albo nie czują – albo „fabryczne“ smakuje im lepiej! „Fabryczne“ jest „cool“, czyste, wysterylizowane, podane na tacy, przerzute już niemal – a świeżyzna to jakieś dziwne farfocle z lasu, jakieś zeschłe trawy, źdźbła jakieś, no brud – co tu dużo gadać: wstrętnym jest takie rzeczy w ogóle dotykać…

Dla odreagowania, obejrzałem sobie wieczorem do końca (bo początek to już z raz czy dwa widziałem - ale zasypiałem, jak to wieśniak...) "Shanghai" z 2010 roku - i stanowczo stwierdzam, że to Li Gong jest najlepszym towarem eksportowym Chin, a nie sklepowa tandeta!
 


Bo też i prawdą jest, że moimi grzybami zachwycali się głównie starsi – ludzie w „wieku produkcyjnym“ przechodzili na ogół z obojętną pogardą, a dla młodzieży szkolnej – była to wzbudzająca sensację egzotyka!

Tak to już daleko zaszło. Odczłowieczenie. Cyborgizacja. Jak chcecie, tak to nazywajcie – ale tym ludziom jest po prostu: za dobrze… Że mam się nie obrażać na rzeczywistość, tylko samemu się do niej dostosować..? Kaman, dajcie spokój – przecież to rozbestwienie to jawne szaleństwo, jakże się do niego „dostosowywać“..? A jeśli nawet tej, jakże potrzebnej wojny nie będzie – drzewa umierają stojąc! Nie honor mi „dostosowywać się“ do tak miałkiej i płaskiej „rzeczywistości“…

A dzisiaj grzybów już, na szczęście, nie ma - jest zimno i sucho. Biorę się zaraz za rżnięcie młodych brzózek i sosenek, kartofle trzeba wykopać - jest co robić. No i "NCz!" (ale o tym już wczoraj wiedziałem) - docenił w tym tygodniu reportaż o sprawie sądowej pana Stanisława...

12 komentarzy:

  1. Oooo... ja mam jeszcze nadzieję na piątek. Znaczy się na grzybobranie. Wcześniej nie dam rady wyrwać się z Wawy. A ze ludziskom odbija? Widać na każdym kroku.

    OdpowiedzUsuń
  2. Towar za jakość kupuje się od wypróbowanych sprzedawców, a nie od łysawego draba spod biedronki. Lepiej by było na przyszły rok nawiązać współpracę z jakimś dobrym warzywniakiem i wstawiać grzyby, ale nie w łubiance, a właśnie na tackach po 250 gram za 15 złotych na przykład.

    Klienci na takie z łubianki wolą sobie sami pójść do lasu i pozbierać.

    A na wsi to już ludzie o tej porze roku dostają pierdolca na punkcie grzybów. Potrafią straszne świństwa robić, byle sąsiadowi grzyby "sprzątnąć". Wszelkie zasady moralności plemiennej idą w zapomnienie, gdy pojawiają się GRZYBY.

    OdpowiedzUsuń
  3. I dla mnie jest to nie zrozumiałe!!! Najlepsze jest to co świeże z lasu z ogrodu z sadu nie to dziadostwo sklepowe. te wszystkie śmieci co kupują ludzie to oni napędzają taki a nie inny rynek, są leniwi nie chce im się umoczyć rąk w brudnym wziąć się do pracy i zrobić coś samemu. Wcale się nie dziwię z twojego zdenerwowania to tak jak moje mleko czy sery w okolicy nikt kupować nie chce bo przecież to tak z wymion zdojone świeże a nie z kartonika. Na przykład powiem o tutejszej rodzinie dziecko ma alergie na białko krowie dwa razy kupiła ode mnie i tak przypadkiem na nią wpadłam w sklepie i pytam "czy dziecku minęło że nie przychodzi pani kupować ?" odpowiedziała że kupują w kartonie mleko kozie w REalu. No co za paranoja co to za świat że lepiej chemie niż świeże i zdrowe ??? Moja babcia wciąż powtarza ludziom brak wojny nie doceniają tego co mają. Najgorsze że ci ludzie uczą tak żyć swoje dzieci. Z dzieciństwa pamiętam jak chodziłam z rodzicami na grzyby, ojciec uczył nas co można zbierać co nie jakie owoce leśne są jadalne jakie trujące jeździliśmy na ryby uczuł nas jak patroszyć dziś dzięki nim umiem wszystko i jestem im wdzięczna a te dzieci teraz rozpieszczone na kartonowym mleku?? jakie ich życie czeka gdyby nie daj Boże była wojna ?? wątpię czy przeżyją.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jednemu z czytelników ostatnio tłumaczyłem, skąd się bierze taki mechanizm.

      Kupując mleko, ser czy jajka w kartonie w markecie, masz wrażenie, że kupujesz produkt bardziej bezpieczny pod kątem higieny produkcji. Że tam Sanepid pilnuje każdego etapu wytwarzania, począwszy od dojenia, skończywszy na lodówce w markecie. To oczywiście jest nieprawda, ale ludziom tak się wydaje.

      Zaproś tę panią z dziećmi do Twojego gospodarstwa, niech zobaczą, jak to mleko powstaje, najlepiej niech same pomogą Ci przy dojeniu. Pokaż im cały etap produkcji mleka od początku do końca, włączając w to mycie bańki na mleko. Po drodze przemyć informacje o tym, że w hodowli przemysłowej może być gorzej z czystością.

      A potem zapowiedz, że jeśli się zdecydują kupować mleko, mogą wpadać o dowolnej porze dnia by sprawdzić, że rzeczywiście pracujesz wedle tego pokazanego schematu. Ot, taka kontrola jakości.

      Usuń
  4. Rzeczywiście, jest to frustrujące, choć w zasadzie dla mnie to jest sytuacja normalna, bo spotykam się z tym na co dzień. W środowisku moich miejskich koleżanek i kolegów uchodzę za osobę zmanierowaną i nieźle szurniętą, bo pokazuję im w sklepach niby ekologiczne warzywa i owoce za koszmarne pieniądze, które wyglądają, jakby były z plastiku. Dla zachowania równowagi psychicznej przestałam już się tym przejmować. Wojny nikomu nie życzę i uważam, że każdy powinien mieć wolność wyboru tego, co mu wygodniej pozyskać. Póki takie możliwości mamy-wybrzydzania, przebierania, jesteśmy bogatym społeczeństwem.
    Ale jeśli rzeczywiście dojdzie do jakiejś klęski, wojny, załamania systemu, przeżyjemy własnie my- z naszymi umiejętnościami radzenia sobie w ekstremalnych sytuacjach, jakie funduje nam życie na łonie natury.

    OdpowiedzUsuń
  5. fakt ludzie są rozbestwieni i zmanierowani ale przecież nie wszyscy tak,że aż mnie dziwi brak chętnych na świeżutkie grzyby u mnie sprzedający z grzybami stoją iznajdują chętnych...pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Jak ktoś chce świeżych grzybów, to ich może nazbierać. Lasów ci u nas dostatek, chyba w każdym województwie. Bez sensu (i zdecydowanie niemęskie i żenujące) jest to Twoje wyrzekanie, że ludzie nie chcą kupować Twojego towaru i pomstowanie na ich "wydelikacenie". Nie musisz się całkowicie dostosowywać do świata, ale albo dostosujesz się do rynku, albo zachęcisz ludzi do tego, co chcesz im wcisnąć.

    Notabene świeże grzyby trzeba umyć i oskrobać. Paskudna robota.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niemęskie powiadasz? No może i tak. Ale ja i tak jestem delikatny i stonowany. To wprawdzie zdecydowanie nie jest moja bajka, ale w tym kontekście, polecam uważną lekturę tekstu pewnej bardzo znanej i, skądinąd, uchodzącej za wybitnie "męską" piosenki: http://pl.wikisource.org/wiki/My,_Pierwsza_Brygada

      Niestety, nagrania z wykonaniem w wersji oryginalnej (zwrotki czwartej...) - nie udało mi się znaleźć w sieci!

      Usuń
  7. Kiedyś myślałam, że to ludzkie lenistwo, teraz wydaje mi się, że to niemoc ludźmi kieruje. Nie potrafią docenić, nie potrafią przerobić, ususzyć, zakonserwować. Nie potrafią sobie nawet wyobrazić, że można kupić dużo i przechować na później. Przecież w wielu mieszkaniach nie ma nawet możliwości robienia zapasów. Kupuje się 20dkg wędliny "na dziś" [przecież i tak paskudztwo ze sklepu tylko 1 dzień jest jadalne], podobnie z innymi produktami. Kto dziś potrafi przechowywać żywność bez lodówki? Zapaść cywilizacji spowoduje powrót do jaskiń. Pozostaje jedynie uczyć własne dzieci.

    OdpowiedzUsuń
  8. A brał pan pod uwagę, że Ci ludzie może sami zbierają grzyby? Nie wspominając o tym, że grzyby nie mają żadnych wartości odżywczych...
    Tomasz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To hitlerowski mit jest, że grzyby "nie mają żadnych wartości odżywczych"! Owszem, mają. Wojtek Majda parę lat temu trochę o tym pisał u siebie.

      A co do tego, czy ludzie zbierają grzyby, czy ich nie zbierają, to nie muszę niczego zgadywać. Ci, którzy zbierają sami mi o tym mówili. I zgodnie twierdzili - że w porównaniu do tego, co oferuję, to właściwie nic nie znaleźli, a na pewno - nic o porównywalnej jakości.

      Bo w tym roku, generalnie, grzybów mało jest - i są kiepskie. Nasze pastwisko to jedyny w okolicy wyjątek...

      Usuń
  9. Dziaduś na Roztocze jedzie za grzybami? Byłam wczoraj, garstka podgrzybków i jeden prawdziwek, może wyzbierali przede mną a może w las nie trafiłam, ale tam jak jest wysyp, to w ogródku rosną ... Darz grzyb Dziadusiowi; pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...