poniedziałek, 29 października 2012

Wieści gminne i inne

Struty się czuję: większość dnia pomagałem sąsiadowi ładować gnój na rozrzutnik, poczęstował wódką, nie wypadało nie wypić, wiele tego nie było - ale okazuje się, że to jednak nie to samo co wino z czarnego bzu... no - poszkodowało mnie na zdrowiu i już!

Generalnie, większość dnia spędziłem w towarzystwie nawozu takiego lub innego - bo i u siebie wypadało przecież posprzątać pod wiatą i w okolicach tym bardziej, że śnieg powoli topnieje i coraz to nowe skarby, przez ostatnie trzy doby nagromadzone, ukazują się naszym oczom. Bardzo jest to szlachetne i pozytywne towarzystwo, taki nawóz i pewnie zakończyłbym dzień w dobrym humorze, gdyby nie to zatrucie, zatruwające mi gastryczny pokój.

Oraz gdyby nie Wendi, której nowe paski klinowe wzięły i pękły. Założyłem narazie stare (dobrze, że ich nie wyrzuciłem) - ale nie ma to tamto, wygląda na to, że wizyta w jakimś warsztacie nas nie minie!

Rano chciałem dla Państwa uwiecznić zimowy krajobraz (który, mam nadzieję, wkrótce stanie się przeszłością...) - ale zdążyłem zrobić tylko sześć zdjęć, zanim rozładowała się bateria w aparacie. Z czego jedno jest akceptowalne:
Ogólnie rzecz biorąc światło było i tak marne - a sądząc po prognozie pogody, w dającej się przewidywać przyszłości lepszego i tak nie będzie. Ma za to być stopniowo coraz cieplej. Być może już w środę rozmarznie na tyle, że uda się nam wygonić konie na pastwisko - przynajmniej na dzień..?

Wracając zaś do tematu postu. Jak to zwykle przy wizycie u sąsiadów rozmawialiśmy głównie o tym, na czym tu by ewentualnie zarobić i jak związać koniec z końcem. No i okazuje się, że sąsiadka jest z zawodu cukiernikiem (co z miejsca, skądinąd, pozwoliło Lepszej Połowie na natychmiastowe odreagowanie kompleksów na tle faktu, że sąsiadka piecze ciasta, a Lepsza Połowa nie - nic to, że nie ma w czym, bo przecież - my w ogóle nie mamy piekarnika! Ale kompleksy i tak miała. No to właśnie się ich pozbyła...). Pomysłem nasuwającym się tu w pierwszej kolejności jest znalezienie jakichś "zewnętrznych odbiorców" na jej produkty (które spokojnie mogłaby wytwarzać u siebie w domu, jak i tak robi - zajmując się przy okazji czwórką swoich dzieci...).

Oczywiście - problem jest dokładnie taki sam, jak z moimi grzybami: potencjalnych odbiorców choćby w Warce nie brak (nie dalej jak w sobotę sami widzieliśmy jak pewna Warczanka wydała niemal 100 złotych na dwa niewielkie kawałki ciasta w sklepie...) - tylko skąd mają się dowiedzieć o tym, że moja sąsiadka piecze znamienite ciasta - a jeśli nawet się dowiedzą, to dlaczego mieliby wierzyć w to, że istotnie są znamienite i chcieć za nie zapłacić..? Rodzaj błędnego koła... No ale - jak się nie będzie próbować, to się na pewno nie uda - czyż nie..?

Poza tym, w przyszłym roku i tak powinieniem (dawno temu powinienem - tylko konsekwentnie mi się nie chce...) ogrodzić resztę naszej działki. A to da nam dodatkowe 2, może 2,5 ha pastwiska - nie najlepszej jakości - ale może dla jakichś kóz albo owiec by starczyło? Sami ani nie mamy środków na zakup zwierząt, ani pomieszczeń dla nich, gdy sezon pastwiskowy się skończy - ale może na spółkę coś byśmy uchowali..?

A! Półtusza wieprzowa (tłusta!) dla Zulusa może się znaleźć! Na Boże Narodzenie...

I to by było w zasadzie tyle jak chodzi o wieści gminne. Bo poza tym, to już same tylko plotki i anegdotki były (najlepsza: pewien pan, o którym nic bliższego nie wiem, a który w kręgach osób których nie znam, znany jest z tego że - czego nie potwierdzam ani nie zaprzeczam - pędzi bimber, na skutek choroby o której nic mi nie wiadomo, nie jest już zdolny do konsumowania własnej produkcji. Używa jej jednak do nacierania zbolałego ciała. A raczej - chciałby używać. Tyle, że podobno małżonka wszystko mu wypija - a smaruje go wodą...). Dobrej nocy Państwu życzę!

9 komentarzy:

  1. Trzeba się dogadać z jakimś osiedlowym sklepem. Ludzie wierzą w instytucje. Jak coś jest napisane w gazecie - znaczy, że prawda. Jak coś jest w sklepie, to znaczy, że się nie zatruję, że dobre, bo "ludzie kupują".

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten koń wygląda, jakby zaraz potem miał zająć się produkcją nawozów naturalnych. Kac już przeszedł?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko wypuszczała gazy. Nie przeszedł. Na dokładkę zaczęło mnie boleć ramię...

      Usuń
  3. Ej, starzejemy sie Jacku, ja kiedys litra czystej moglam wypic bez uszczerbku na zdrowiu a dzis to nawet jednego kielicha nie podjelabym sie... zdziadzialam zdecydowanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie to ja przecież lubię... Ale jakoś tak - tym razem zaszkodziło było!

      Usuń
  4. Mało pieniędzy? Może reklamę na blogu spróbować sprzedać, albo jakieś linki?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda prądu na takie drobne...

      Usuń
    2. oj, jak to dobrze, że ja mam energooszczędnego i racjonalnie oszczędnego netbooka :)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...