wtorek, 9 października 2012

Pierwsze koty za płoty, czyli „my business“

I tak musiałem wczoraj pojechać do Kozienic. A skoro musiałem, zaś zimny, wietrzny i deszczowy (z rana) dzień nie nastrajał do prac ogrodowych lub leśnych – to czemu przy okazji nie pozbyć się kłopotu i nie spróbować zarobić..?

Przeszliśmy z Lepszą Połową Wielki Padok i nazbieraliśmy dwa wiadra i dwie łubianki grzybów – w ¾ prawdziwków, w tym kilkanaście naprawdę słusznych rozmiarów, reszta to zajączki, koźlaki obojga rodzajów i kilka pieczarek. Jak byśmy zbierali maślaki, potrzebne byłyby jeszcze dwa wiadra – ale już się nam nie chciało…

Wagi po dawnemu nie mamy, ale sądząc po oświadczeniu naszych przyjaciół z Warszawy, którzy w sobotę uzbierali tylko jedno wiadro i dwie łubianki – a mieli 8,6 kg grzybów – tym razem grzybów musiało być dobrze ponad 10 kg, z czego 6 – 7 kg samych tylko prawdziwków…

Żywy dowód na to, że tam gdzie muchomorek, tam też i... żwirek! Bo przecież "żwirek kręci z muchomorkiem"..!

Kilogram prawdziwków podobno w tym roku ponad 40 złotych kosztuje. A grzybów nie ma – nawet w takich miejscach, gdzie zawsze rzekomo bywają. Co nie do końca okazało się prawdą, bo po drodze do Kozienic jednak babcie z grzybkami stały. Ale z jakimi grzybkami! Jakieś wątłe koźlaczki, z kapelutkiem jak berecik – 12 złotych za tacuszkę jak ¼ naszej łubianki… Dobra nasza – pomyślałem – nie stracę, nasze grzyby o wiele dorodniejsze!

Zrobiwszy co miałem byłem zrobić, stanąłem sobie pod Tesco – skromnie, w miarę na uboczu, ochroniarz dopiero po dwóch godzinach mnie przegonił (nie zauważyłem, że mają podobno „zakaz handlu na parkingu“). Ale ludzi, nie powiem – przechodziło sporo. Uśmiechali się, podziwiali, fotografowali te moje grzyby – nawet chętnych do złośliwego macania i poszukiwania robaków (których nie było, rzecz jasna!) nie było zbyt wielu (który to zwyczaj nielicho mnie wnerwił, gdy onegdaj próbowałem jakieś grzybki sprzedać na wareckim targu…). Grzybiarze ujawniali się od razu i przyznawali, że takich prawdziwków jeszcze w tym roku nie widzieli, a z własnych do lasu wypraw po pięć marnych podgrzybków przynoszą.

Ale też i – nie kupowali. Przez te dwie godziny pod Tesco, siedząc w samochodzie i czytając „Nową Fantastykę“ (w pobliskim kiosku nie mieli „Świata Koni“, gdzie ukazał się artykuł naszego przyjaciela Zbyszka Bieszczada: serdecznie zachęcam do lektury – i proszę o dzielenie się wrażeniami, i dla Zbyszka i dla mnie, jest to bardzo ważne!), sprzedałem tylko tę łubiankę z mniejszą trochę ilością prawdziwków – za 50 złotych. Pozostała mi druga łubianka, z samymi praktycznie prawdziwkami, za którą chciałem złotych 70 (na pewno było w niej więcej niż 2 kg prawdziwków – więc cena i tak sporo poniżej rynkowej…), no i dwa wiadra, które wyceniłem, krakowskim targiem, jedno na 80 zeta (były tam pół na pół zajączki z koźlakami i dwa – za to bardzo wielkie – prawdziwki), drugie na 200 (ale z góry zaznaczałem, że jestem gotów do negocjacji, gdyby ktoś chciał większą ilość…).

Jak już mnie ten ochroniarz znalazł, uświadomił co do zakazu i przegonił – ustawiłem się na parkingu po drugiej stronie ulicy i dalej czytałem „Nową Fantastykę“ – ale już nikt z przechodzących, których nadal nie brakowało (właśnie skończyły się „godziny pracy“ i tak, jak pod Tesco byli głównie emeryci, tak teraz na ulicę wyległy kozienickie japiszony -  a same dobre samochody stały obok mnie na tym parkingu…) nawet o cenę nie zapytał.

Doczytałem do końca opowiadania z „Nowej Fantastyki“ (swoją drogą: marne – niby jubileuszowy numer, a taka poruta..?), zapakowałem się – i wyjechałem kawałek za miasto. Może – pomyślałem – jacyś wracający samochodami do domów za miastem będą bardziej grzybów spragnieni?

Skończyłem czytać felietony idące za opowiadaniami (też marne w tym numerze, niczego nowego ani ciekawego się nie dowiedziałem…) – żaden z przejeżdżających samochodów nawet nie zwolnił, choć w dobrym miejscu stałem, bezpiecznym, było gdzie parkować obok mnie, żadnej podwójnej ciągłej ani utrudniania widoczności, tylko stawać i kupować. Widziałem tylko, że się oglądają.

Ponieważ robiło się już powoli ciemno – zapakowałem się i ruszyłem do domu. Próbowałem ustalić, dzwoniąc po znajomych, czy aby nie ma gdzieś skupu grzybów w okolicy – ale nie, takiej instytucji, choć kiedyś była – już nie ma. W ostatniej chwili – wiadomo: najlepsze pomysły przychodzą do głowy, jak już człowiek nie ma innego wyjścia – skręciłem na parking przydrożnego zajazdu. Akurat właściciel jadł kolację – i owszem, chętnie ode mnie całe to brzemię kupił. Za stówkę. Czyli: zrobił chłop naprawdę złoty interes!

No ale: byłem już naprawdę zmęczony, zziębnięty (mimo siedzenia w samochodzie, nie na powietrzu) i głodny – a tak, przynajmniej bez dłuższych targów, zwróciło mi się za paliwo i za drobne zakupy, które uprzednio zrobiłem w „Tesco“.

Nie powiem: zniechęciła mnie ta przygoda co nieco do targowania grzybami. Jakaś ta publika wybredna i zmanierowana – a poza tym: „pilnuj szewcze kopyta“. Podejrzewam, że gdybym sprzedawał ciepłe bułeczki, szło by mi tak samo marnie – ja po prostu nie jestem typem, od którego kupuje się używany samochód. Fakt, że przez ostatnie dwa lata tyle różnych form akwizycji i handlu „przerobiłem“, jest tylko miarą mojej desperacji (i talentu oratorskiego, który jednak z lepszym pożytkiem mógłbym w jakiejś innej dziedzinie, do której nie mam tak silnych przeciwwskazań osobowościowych wykorzystać…).

Pewnie, gdybym podzielił te grzyby na takie mikroskopijne tacuszki jak babcie stojące z marnymi koźlaczkami pod lasem – i gdybym był budzącą litość babuleńką, a nie tęgim, łysym facetem w terenowym samochodzie – to bym coś sprzedał. Lepsza Połowa zauważa też, że poniedziałek to nie dzień, w którym rodziny robią zakupy – więc i ta publika nie była najlepsza (ale co ja poradzę, że grzyby kalendarza nie znają i rosną, kiedy chcą?).

Tego samego dnia rano napisałem wcale rzewny, wcale przejmujący i wcale dobry (jak sądzę) artykuł o hodowli koni rzeźnych (oczywiście – serdecznie zalecający i pochwalający taką właśnie hodowlę – żeby nie było!). Zajęło mi to w zasadzie tyle samo czasu, co owo zbieranie grzybów na Wielkim Padoku – niecałe dwie godziny. W niuansach naliczania wierszówki też się za dobrze nie orientuję, ale – o ile uda mi się go sprzedać – ze trzy stówy powinny z tego wpaść. Sprzedać artykuł nie jest wiele łatwiej niż sprzedać łubiankę grzybów – też trzeba się trochę napocić, a i na efekt pieniężny czeka się minimum miesiąc (odkąd skończyło się w „KT“ płacenie z góry…) – tym niemniej, wysyłanie maili to jednak lżejsza praca, „nie kurzy się“, jak jeden z naszych warszawskich przyjaciół zwykł w takich sytuacjach mawiać. No i jednak: na ogół udaje mi się sprzedawać artykuły – kiedy tak nie jest, Państwo dowiadujecie się jako pierwsi, bo wówczas zamieszczam niesprzedany tekst na blogu.

Co nie zmienia faktu, że nadmiaru grzybów z Wielkiego Padoku dalej trzeba się jakoś pozbywać. Jużeśmy wszystkich znajomych z okolicy obdarowali – trochę się boję robić to po raz drugi (ich małżonki mogłyby się pogniewać za tyle roboty…). Nasze własne „moce przerobowe“ nie są wystarczające – do suszarki wchodzi równo łubianka prawdziwków (dalej nie wiemy, czy już nasuszyliśmy kilogram, czy jeszcze nie – ale przy jakiejś okazji sprawdzę to u któregoś z sąsiadów, który ma wagę…), a co z resztą? Lepszej Połowie nie został już ani jeden wolny słoiczek – żeby cokolwiek zapakowała, musimy najpierw coś zjeść!

Do Warszawy nie będę z grzybami jeździł – a co, jeśli sprzedaż pójdzie mi tak samo marnie i nie zarobię nawet na paliwo..? Piechotą będę wracał? Na Allegro grzybów też nie będę sprzedawał: raz, że suszonych przybywa znacznie wolniej niż świeżych, a trudno świeże kurierem wysyłać – a dwa, że aby handlować na Allegro, trzeba mieć działające normalnie konto bankowe – ja takiego nie mam, w związku z czym o ŻADNYM handlu internetowym mowy być nie może.

W zasadzie, jedyne wyjście z tej sytuacji – to owe zajazdy przydrożne i inne restauracje. Choć może spróbuję jeszcze w Warce stanąć z grzybami? Może w dzień targowy, czyli na przykład – jutro? I w dupie mam, że na Kociewiu fakt sprzedawania grzybów, tak wielkie wywołuje zgorszenie: no nie jestem i nie będę nigdy ministrem – i co mi, prowincjonalne ciemniaki zrobicie..? To, że się tak oburzacie, tylko o Was źle świadczy – nie o mnie!

Wysyp grzybów powinien się już naprawdę kończyć. Pewnie jeszcze dzisiaj coś tam się zbierze, może jutro – ale, na Boga – ile to może trwać, zwłaszcza przy tak niskich temperaturach jak ostatnio? Tak więc, problem owego kłopotliwego nadmiaru, przez który cierpią nasze ogrodzenia – zapewne wkrótce rozwiąże się sam z siebie.

Cała ta sytuacja nasuwa mi jednak pewną refleksję natury ogólnej. Wiele razy już tu czytałem Wasze rady, jakim to powinienem zająć się biznesem. Że jakimś handlem obwoźnym albo internetowym, że jakąś własną firmę założyć, czy temu podobne. To są, Drodzy Czytelnicy – dyrdymały Drzymały! Łatwo radzić – wcale niełatwo wykonać.

Miałem dobry towar? Najlepszy! I co? I gówno… I tak jest ze wszystkim, do czego człowiek nie ma serca ani danego od Boga talentu: pilnuj szewcze kopyta – powtórzę raz jeszcze.

16 komentarzy:

  1. Grzyby można rozsypać na stryszku po wstępnym oczyszczeniu, Wyschną ładnie. Ja suszę na balkonie. Dosuszam w mieszkaniu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Na strychu nie ma ani centymetra wolnej powierzchni do suszenia. Wszystko zajęte...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale jest jeszcze szklarenka :) Wystarczy zadaszenie. Obeschną ładnie. Potem tylko wystarczy dosuszyć. Nizanie grzybów na niteczki zabawne jest :DDDD

      Usuń
    2. O szklarence w tym kontekście też lepiej zapomnieć - o ile to w ogóle możliwe, zawalona jest suszem gorzej niż strych!

      Usuń
    3. :DDD
      E to nie mam już pomysłu. Bo koniom nad głowy nie bardzo, a składzik na drewno zajęty. Jakieś tymczasowe zadaszenie? Szkoda grzybów. Przed świętami będzie popyt.

      Usuń
  3. Zbierajcie i suszcie te grzybki, szczęściarze, u nas prawie wcale nie ma.
    Może przed świętami na allegro sprzedasz suszone ? sama kupowałam kilka razy w taki sposób jak brakło na wigilię.
    Albo wśród blogowiczów. Popakuj suszone grzybki po 100 gram albo ile uważasz. Ja mogę zamieścić ofertę na swoim blogu i pewnie jeszcze ktoś się zgłosi. Suszcie - od przybytku głowa nie boli :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Suszymy, suszymy - na miarę możliwości...

      A "rozdawajkę" dawno Państwu obiecałem!

      Usuń
  4. Ludzie nie kupuja, bo kasy nie maja. Tutaj podobnie, juz dawno skonczylam niedzielne handlowanie a i na drob niewielu chetnych :/
    Grzyby susz, ja zawsze jezdzilam do (bylych) tesciow na grzyby, i zawsze tyle sobie nasuszyam ze mi na caly rok starczalo :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na grzyby kasy nie mają, a na siatę mięcha z Tesco tak? Oj nie wiem, nie wiem... Mamy zresztą z panem Stanisławem inną na ten temat teorię - o czym szerzej jutro...

      Usuń
  5. Rozumiem Cię w stu procentach, bo sama jestem beznadziejna we wszelkiej sprzedaży. To rzeczywiście jest pewien rodzaj talentu. U mnie tony jabłek marnieją (nawet za darmo proponuję znajomym, ale jakoś nikogo to nie interesuje) i najbardziej wkurzają mnie porady typu: idź i sprzedaj na targu, etc. Ile ja sprzedam na targu? Kilka kilo za złotówkę? To już wolę dokarmić spadami dzikie zwierzęta.
    Skręcam się z zazdrości, jak czytam o Twoich grzybach. U nas nic nie ma, a jak jest, to inni są pierwsi. Nawet nie mam grzybów na świąteczne pierogi. Ale też nie kupuję grzybów, liczą się tylko te zebrane własnymi rękami :-)
    Nie jest tak źle z Twoim talentem do sprzedaży, skoro znalazłeś restauratorów-odbiorców na swoje grzyby.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, wczorajszy patent dzisiaj nie zadziałał. O czym, w szczegółach - jutro oczywiście...

      Usuń
  6. Widzę że bloger od rana w nie najlepszym humorze.
    Na szczęście rad co do biznesów wcześniej nie dawałam to nie czuję się urażona ;)

    Szczerze powiedziawszy jak w naszym ukochanym kraju nie jest się biznesmenem, złodziejem ani bandytą a chciałby się dobrze żyć z pracy swych rąk to nie ma za bardzo szans. Nie ma się co oszukiwać. Na dobrą "ciepłą posadkę" ciężko się załapać choć bywają wyjątki.
    Tak więc róbmy to co lubimy będziemy chociaż zdrowsi i szczęśliwsi ... ?

    OdpowiedzUsuń
  7. ale życie niesprawiedliwe jedni grzyby zbierają na wiadra a drudzy jak ja nie znajdują nic a nic...a co do sprzedaży to ja też mam z tym problem...pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  8. W handlu bywa różnie, czasami nic się nie sprzedaje przez długi okres aż tu nagle niespodziewanie można w jednej chwili się odbić z nawiązką.
    Jeżeli mogę coś doradzić to polecałbym próbę sprzedaży grzybów w małych porcjach. Ponieważ nie każdy potrzebuje od razu kupić dużą ilość lub zwyczajnie na większy wydatek może nie mieć kasy. Sprzedaż w małych opakowaniach powinna zająć więcej czasu ale ostatecznie może być bardziej opłacalna.
    Pozdrawiam, Tomek

    OdpowiedzUsuń
  9. Zamiast grzyby sprzedawć, książki pisz. Tu nie będzie wtopy.

    OdpowiedzUsuń
  10. Grzyby sprzedawać? A kto kupuje grzyby, oprócz zmanierowanych mieszczuchów? Grzyby się zbiera!!! Kupić grzyby po to, żeby się narobić przy ich obróbce, pozbawiając sie przy tym przyjemności zbierania? Toż to nienormalne.
    Jabłek też nikt nie zechce za darmo, podobnie z pozostałymi plonami. U mnie sprawdza się, przerabianie plonów na trwalsze formy. Grzyby można ususzyć lub dać w słoiki. Tak przerobione również niełatwo sprzedać, choć już mniej, bo została włożona w to najbardziej niewdzięczna część pracy. Ale za to są świetną formą handlu barterowego. I w dodatku bez podatku! Spróbuj komuś podarować koszyk świeżych grzybów, albo słoiczek prawdziwków w occie - sam przekonasz się jak odmienne będą reakcje na te dary.
    A co do jabłek - urodzaj można zawsze przerobić w beczkach i później skoncentrować w butelkach - to dopiero jest waluta!!!

    awake

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...