piątek, 12 października 2012

Państwo i prawo

Dobrze utrwaloną, na tradycji opartą, co najmniej pokolenie już trwającą władzę obalić mogą tylko trzy rzeczy: jej własna głupota, obca interwencja lub katastrofa ekologiczna. Z tym, że ten pierwszy przypadek zachodzi w dziejach wielokrotnie częściej, niż dwa pozostałe razem wzięte!

Ludzie, na ogół, CHCĄ aby istniała jakaś władza mówiąca im, co mają robić a czego nie – i bardzo chętnie sami z siebie przestrzegają prawa. Wcale nie tylko wtedy, gdy jest im to z jakichś względów wygodne. To jest, po prostu – stan naturalny. Właściwy człowiekowi tak samo, jak każdemu innemu zwierzęciu stadnemu. Stanem nienaturalnym, a przez to, choć możliwym, to przecie o wiele mniej prawdopodobnym – jest bunt, kontestacja, sprzeciw. W „granicach natury“ mieszczą się takie działania li i jedynie do tego stopnia, do jakiego służą wymianie elity władzy (w stadzie koni też na ogół jest jakiś „outsider“ – osobnik, który zawsze pierwszy lezie w jakieś chaszcze i zwykle jest w związku z tym zjadany przez wilki – ale czasem udaje mu się w ten sposób odkryć zupełnie nowe, dziewicze pastwisko – od czego rośnie jego pozycja w stadzie: „etatowo“ po różnych dziwnych chaszczach omijanych szerokim łukiem przez stateczne matki stadne pęta się końska młodzież męska nim dorośnie do podjęcia walki z ogierem czołowym; w stadach stworzonych przez człowieka, zachowanie takie czasem utrwala się u niektórych wałachów – mieliśmy takiego, zabłądzić na nim w terenie – pewna śmierć, bo puszczony luzem wszędzie szedł, tylko nie w stronę domu!).

Innowacja „w naturze“ zatem, prowadzi do przesunięcia pozycji poszczególnych osobników na drabinkach hierarchii społecznej – i stworzenia nowej rutyny, której znowu nikt nie będzie kwestionował, póki nie pojawi się kolejny „młody, żądny władzy i głodny sukcesów“ pretendent do awansu. Nie ma sensu jednak taka innowacja, która niszczy samą drabinę, albo radykalnie zmienia system gratyfikacji związany z jej poszczególnymi szczeblami – i do innowacji tego rodzaju, „bezsensownych“ z punktu widzenia koherencji stada, a więc i jego szans w walce o byt – zdolni są tylko ludzie. Wygląda więc na to, że podstawowa różnica między człowiekiem a zwierzęciem sprowadza się do tylko człowiekowi właściwej – zdolności czynienia bezinteresownego zła, szerzenia zniszczenia i pożogi bez widoku na korzyść własną i snucia utopijnych wizji „Nowego Jeruzalem“ przy tym…

Chciałbym zaznaczyć wyraźnie, że aż do tego momentu w naszych rozważaniach kwestia tego, czy władza o której mówimy, jest władzą państwową, czy władzą rodzicielską, plemienną, czy jakąkolwiek inną – nie ma znaczenia. Istnienie władzy i istnienie prawa, a także posłuszeństwo wobec władzy i przestrzeganie prawa – to zjawiska naturalne, „zwierzęce“, właściwe hominidom na długo przed pojawieniem się gatunku homo sapiens.

Owa pierwotna, „naturalna“ władza wynika z kombinacji dwóch czynników: statusu związanego z urodzeniem – i osobistej charyzmy. Ów „status wynikły z urodzenia“ to też osobliwie ludzka właściwość – wynikła z niezwykle długiego dzieciństwa, w czasie którego młody osobnik jest całkowicie zależny od swoich rodziców. Ta zależność z czasem się rozluźnia i w końcu, tak samo w paleolicie, jak w XXI wieku, nastolatek przechodzi okres „buntu i naporu“ (co prawda, są antropolodzy, którzy twierdzą, że to specyficznie niemiecka cecha, a mieszkańcy wysp Palau jej nie przejawiają – może jednak, tam to się po prostu dyskretniej robi..?). Zanim to się jednak stanie, przez kilkanaście lat chłonie przekazywane mu wartości i patrzy na świat oczami swoich rodziców. Co oznacza, że syn wodza, naśladując swojego ojca – zachowuje się jak na wodza przystało. A syn niewolnika, naśladując swojego ojca – zachowuje się, jak przystało na niewolnika…

„Status wynikły z urodzenia“ może zostać zakwestionowany – jeśli wychuchany i wypieszczony synalek lokalnego szefa okaże się totalną pierdołą, a genetyczny przypadek (albo i przelotne amory gdzieś na sianie…) obdarzy syna niewolnika niespotykaną charyzmą. Obie te skrajności zdarzają się jednak statystycznie rzadko – i stąd powszechna we wszystkich kulturach skłonność do petryfikacji statusu społecznego w kolejnych pokoleniach. Normalnie bowiem, przeciętny syn wybitnego wodza także zostanie wodzem – i będzie swoją funkcję wypełniał wcale nie gorzej od ojca tak długo, póki rządzona przez niego społeczność nie napotka wyzwania, z którym nie będzie umiała sobie poradzić w obrębie ustalonej przez ojca – założyciela rutyny (to jest właśnie przypadek albo „obcej interwencji“, albo „katastrofy ekologicznej“ – gdy przestaje być możliwe funkcjonowanie w obrębie ustalonych zwyczajów i koniecznie potrzebna jest innowacja…). Tak samo może być z wnukiem, prawnukiem, i tak dalej – póki nie trafi się niekonsekwentny pierdoła – albo niestandardowe, nie spotykane wcześniej wyzwanie.

Najtrwalsza i najpowszechniejsza w dziejach forma państwa – monarchia – oparta jest na tej właśnie, „naturalnej“, odziedziczonej z czasów przedpaństwowych, zasadzie. Jeszcze do niedawna, zasada ta była zrozumiała intuicyjnie sama przez się – bo, tak po prawdzie, jeśli pominąć Stany Zjednoczone, które są pod tym względem ewenementem w historii ludzkości, to i pół wieku temu, nawet w najwyżej rozwiniętych krajach Europy Zachodniej – tzw. „mobilność społeczna“ nie była zbyt wielka. Syn rolnika najczęściej dalej był rolnikiem (a co najwyżej – jeśli było kilku braci, to jeden zostawał na ojcowskiej roli, a pozostali migrowali do miasta), syn robotnika – robotnikiem i tak dalej.

Dopiero ostatnie półwiecze stworzyło na skalę niemalże światową wrażenie, że „każdy żołnierz nosi w plecaku marszałkowską buławę“ – że każdy, byle tylko zdał jakieś tam egzaminy, ma niczym nieograniczone możliwości awansu. Półwiecze to upłynęło zresztą Europie Zachodniej (u nas trend ten zaczął się dopiero po upadku słusznie minionego systemu, a i to – nie tak od razu) na wyszukiwaniu i niszczeniu różnych „szklanych sufitów“, to jest nieformalnych, nie opartych na prawie państwowym barier ograniczających możliwości awansu tym lub owym kategoriom ludzi (kobietom, zdeklarowanym homoseksualistom, innym dziwakom…). Kamieniem obrazy dla „człowieka współczesnego“ jest istnienie instytucji, które tego „anty-dyskryminacyjnego“ poglądu na świat nie podzielają i jednak NIE WSZYSTKICH dopuszczają do swojego członkostwa i swojej hierarchii władzy – zaczynając od klubów tylko dla dżentelmenów (ostały się jeszcze takie? Bo pamiętam, że czytałem iż pewna para żyjąca ze sobą bez ślubu zruinowała w sądzie właściciela PRYWATNEGO hotelu, który nie chciał im wynająć wspólnego pokoju, skoro nie nosili tego samego nazwiska…), a kończąc na Kościele Świętym, Matce Naszej.

Patrząc na to zjawisko z ewolucyjnego punktu widzenia – jest to kompletne szaleństwo! Istotą gratyfikacji wynikającej z awansu na szczeblach hierarchii społecznej, jest jej ekskluzywność. Nie o to chodzi, że „wyżej stojący w hierarchii“ ma lepiej (aczkolwiek, rzecz jasna, ma lepiej!) – ale o to przede wszystkim – że nikt, kto mu stopniem w hierarchii nie dorównuje, nie ma tak samo. Niemal od zawsze stwarzało to zresztą napięcie pomiędzy „elitą władzy“, a „elitą pieniądza“ – ale to temat na osobne rozważania.

Jeśliby pozycja w hierarchii społecznej przestała się rzeczywiście wiązać z ekskluzywnymi, tylko dla tego szczebla zarezerwowanymi przywilejami – to komu chciałoby się o awans zabiegać? A, skoro zabieganie o awans traci sens – to skąd właściwie mają się brać innowacje..? Totalne zrównanie wszystkich ze wszystkimi to rodzaj „śmierci cieplnej“ społeczeństwa – ustaje motywacja do jakiegokolwiek działania. Dlatego zresztą, komunizm jest tak TOTALNIE GŁUPIĄ utopią!

Oczywiście, zwolennicy i apologeci liberalnej demokracji twierdzą, że żadnego problemu w ogóle nie ma. Bo owe „ekskluzywne przywileje“ należą się „w godzinach pracy“ – a cała zmiana polega tylko i wyłącznie na tym, że nie są dziedziczne i że nie obejmują „życia prywatnego“ (czyli tego, co polityk robi „po godzinach“) – co ma, w konsekwencji, jeszcze bardziej pobudzać do innowacji i do aktywności, jako że brak pewności odziedziczenia statusu „odsiewa“ owych przeciętnych synów wybitnych wodzów – zaś usuwanie „szklanych sufitów“, pozwala społeczeństwu korzystać z owoców wynalazczości grup poprzednio z definicji wyrzuconych poza nawias społeczeństwa.

Bardzo to pięknie brzmi i nawet przekonująco – ale, pozwolicie Państwo: ja to między bajki włożę! Bo czy aby na pewno to, co się mówi tak pięknie – zgadza się z tym, co się naprawdę robi..?

Czy mamy teraz samych tylko „wybitnych wodzów“, niespotykaną obdarzonych charyzmą? Czy innowacyjność i „postęp“ rzeczywiście gnają na złamanie karku – i to właśnie: dzięki czarnym, homoseksualnym kobietom wyznania mojżeszowego (co by już wszystkie, najczęściej „anty-dyskryminowane“ mniejszości w jednym zebrać)..?

Ponowię pytanie, które już zadawałem kiedyś: czy kojarzycie Państwo w ciągu ostatnich 20 lat taki wynalazek, którego wdrożenie wywróciło Państwa życie do góry nogami? I od razu dopowiadam: NIE – internet NIE ZOSTAŁ WYNALEZIONY w ciągu ostatnich 20 lat. To zimnowojenny wynalazek, praktycznie zastosowany co najmniej 10 lat wcześniej – a tylko, wraz z końcem Zimnej Wojny, został udostępniony dla celów cywilnych.

Oczywiście można twierdzić, że iPad, czy iPhone – to są takie „stawiające świat na głowie wynalazki“ – a tylko ja, siedząc na głuszy i będąc z natury opornym wobec świata i postępu, nie wiem jeszcze, że nie potrafię bez nich żyć. Czytałem ostatnio wywiad z pewnym profesorem, który w tych gadżetach widzi jakąś „rewolucję w dostępie do kultury“ -  i postuluje przeniesienie uniwersytetów do Fejsbuka. Nawet ciekawa koncepcja: być może słuszna..?

Albowiem nie ma chyba większego sporu o to, że nie jest z nami (w sensie: z cywilizacją, z państwem, z ludźmi…) w tej chwili najlepiej? Tylko idiota mógłby twierdzić, że wszystko zmierza ku coraz lepszemu na tym najlepszym z możliwych światów. Różnimy się nie tyle diagnozą – co receptą na wyjście z tego grajdoła.

Ja w nepotyzmie, nieudolnie maskowanym frazeologią „niszczenia szklanych sufitów“ – widzę jawną oznakę triumfu natury nad utopią. Państwo się oburzacie i zamiast porzucić utopijną ideologię „wyrównywania szans“ – chcecie ściślejszej kontroli nad politykami (co prędzej się skończy jakimś nowym faszyzmem – niż nie mniej utopijną „labilną demokracją“…).

Państwo chcecie pójść naprzód, czyniąc ludzi „jeszcze równiejszymi“, „jeszcze wolniejszymi“ i „jeszcze bardziej braterskimi“ – a ja Wam udowadniam, że hasło „równość, wolność, braterstwo (albo śmierć)“ jest daleko bardziej zbrodnicze i szalone niż wszystkie grzechy i występki dawnego reżimu. Tak – zgadza się: uważam, że należy się cofnąć. Należy wrócić do natury – albowiem dalsze brnięcie w kierunku obranym w roku 1789, TEŻ PROWADZI DO NATURY – czyli DO BARBARZYŃSTWA – ale, przez daleko krwawsze i potencjalnie zgubne dla całej planety cierpienia, niż odwrót planowy i kontrolowany.

Stan obecny da się określić jednym słowem. W słowie tym zarazem zawiera się zasadnicza różnica pomiędzy „porządkiem państwowym“, a „porządkiem przedpaństwowym“. Władza i prawo poprzedzające powstanie państwa, nie tylko oparte było na dziedzicznym statusie urodzenia i osobistej charyzmie, nie tylko realizowało się poprzez stosunki osobiste, pomiędzy konkretnymi ludźmi (którzy mogli się lubić albo nie lubić – na ten przykład…) – ale też, cechowała je pewna szczególna forma prostoty.

Zwyczaj rodowy czy plemienny albo jest, albo go nie ma. Nie ma potrzeby spisywać takiego prawa, ponieważ jest to „prawo w działaniu“ – biegnące od kazusu do kazusu, od precedensu do precedensu. Podlega ewolucji naturalnej, wynikłej z powolnych, najczęściej (dawniej…) niedostrzegalnych z punktu widzenia pojedynczego człowieka zmian w warunkach życia. Tym samym, również i przypadki łamania takiego prawa były z zasady proste – i nie do wyobrażenia jest, aby ród czy plemię żyło naprawdę wedle innych zasad, niż formalnie głosi.

Całkiem inaczej dzieje się z prawem, odkąd ustanowione zostało państwo. Najważniejszą bowiem cechą państwa jest to, że opiera się ono na bezosobowych (z założenia) formalizmach – i tworzy „prawo w książkach“, które najpierw istnieje jako abstrakcyjna idea, a dopiero potem – wcielane jest w życie.

Owo „wcielenie w życie“ prawa państwowego albo się udaje, albo nie. Wtedy, gdy jest ono zgodne z dawnym prawem przedpaństwowym – na ogół się udaje. Ludzie nie mordują się na ulicach – wcale nie dlatego, że im tego policja broni, tylko dlatego, że JEDNAK zdecydowana większość rodziców uczy swoje dzieci przez te kilkanaście lat, kiedy mogą to robić, że mordowanie bliźnich jest złe. Oczywiście, zawsze trafią się jednostki, którym wobec tego wewnętrznego imperatywu uda się zbuntować – ale tak było, jest i będzie i to samo w sobie nie jest żadnym szczególnym problemem. Gdyby nie było policji, morderców i gwałcicieli zabijaliby, zyskując tymi czynami powszechny aplauz i prestiż, lokalni kacykowie, którzy pojawiliby się na ulicach następnego dnia po rozwiązaniu policji.

Jednak zakazu wycinki własnych drzew, rosnących na własnej ziemi – ustanowionego przez państwo – żaden chyba rodzic nie potwierdza w toku inkulturacji swoich dzieci. W konsekwencji, łamanie tego zakazu, przychodzi ludziom o wiele łatwiej – tym łatwiej, że jest to prawo oczywiście głupie.

Tylko państwo jest w stanie tworzyć prawa oczywiście głupie – i takie, których zwyczajnie nie da się zastosować w praktyce. Jeśli takich praw jest niewiele i dotyczą one spraw marginalnych – jakoś to umyka uwadze. Im więcej jednak takich praw ustanowi państwo – im większej liczby ludzi one dotyczą – tym bardziej szerzy się anomia. Brak szacunku dla prawa: przekonanie, że NALEŻY postępować wbrew prawom.



Dawnymi czasy władca, który dopuścił swoją niekonsekwencją i pierdołowatością do szerzenia się anomii – tracił koronę i głowę. Jako stan sprzeczny z naturą, anomia zwykle bywała zjawiskiem krótkotrwałym – i wybuch zbiorowej agresji wywołanej w pierwszym rzędzie tym, że ludzie tracili orientację co do tego, kogo właściwie słuchać i jak postępować – rozładowywał wywołaną nią frustrację.

Jeśli anomia, dotycząca pewnych tylko dziedzin życia, trwała przez czas dłuższy – tworzyły się „równoległe rzeczywistości“: „czarny rynek“ funkcjonujący zawsze, gdy pojawiają się zakazy i ograniczenia w obrocie handlowym – albo takie zjawiska jak kolonat w późnym Cesarstwie Rzymskim, gdzie, obok wielu dotkliwych i absurdalnych praw, ustanowiono także nierealistycznie wysokie stawki podatku pogłównego – co spowodowało, że ludzie dawniej wolni, woleli oddać część swojej wolności latyfundystom dysponującym koneksjami, pozwalającymi pominąć ich „poddanych“ przy naliczaniu tego podatku (i w konsekwencji, w czasach Konstantyna, cała Galia liczyła bodaj dwadzieścia kilka „głów podatkowych“, opłacających ów podatek pogłówny…).

W Rzeczypospolitej szlacheckiej, gdzie „Rzędzian Żydowinów podatkami dusił“ ustanowiono teoretycznie bardzo wysokie pogłówne od Żydów – którego, skoro było nie do zapłacenia, Żydzi zwyczajnie – nie płacili. Bardzo poważnie utrudnia to obecnie oszacowanie liczebności ich populacji, bo zamiast – jak być, wedle prawa powinno, liczenia wszystkich Żydów powyżej 1 roku życia, podskarbi kontentowali się skasowaniem na potrzeby państwa nader symbolicznego ryczałtu (a co tam dodatkowo brali pod stołem dla siebie – to już ich słodka tajemnica…). I tak przez lat bez mała 200…

Stan obecny – w skali całej niemal „cywilizacji białego człowieka“ – to właśnie stan długotrwałej, wielopłaszczyznowej, ciężkiej anomii. Żyć ściśle wedle praw dyktowanych przez państwa po prostu się nie da. I nie jest to wina „występnych“ ludzi – tylko tych idiotów, którzy tak głupie prawa wprowadzili! A że musi się to skończyć rozładowaniem narastającej frustracji..?

6 komentarzy:

  1. Bardzo dobry tekst, zdecydowanie najlepszy, z tych, które czytałem na tej stronie.

    A propos życia w zgodzie z prawem, to ja bym jeszcze rozróżnił jeden etap, do którego właśnie doszliśmy. Otóż nie tylko obywatele państwa nie są w stanie żyć w zgodzie z prawem - większość państwowych urzędów również na co dzień łamie i obchodzi prawo, byle w miarę normalnie funkcjonować. Gąszcz durnych przepisów jest tak wszechogarniający, że ludzie stojący na jego straży w praktyce uprawiają totalną samowolę, mając prawo na gębach jedynie wymalowane.

    OdpowiedzUsuń
  2. W gąszczu gubimy drogę - dotyczy to także prawa. Dziś prawo przypomina worek z ziarnem, w którym zrobionych jest kilka dziurek i przetarć - dla znajomych. Kiedy krąg znajomych się zbyt rozrasta (poczta pantoflowa) i beneficjentów jest zbyt wiele, zaszywa się istniejące dziurki i wypruwa nowe - znów dla wtajemniczonych... Jesteśmy krajem, w którym "synów wodzów" zabrakło, bo zostali planowo i systematycznie zniszczeni. Władzę w ostatnim czasie sprawują potomkowie tych, którym się równość marzyła, a mentalnością przypominają bohatera "Rozdziobią nas kruki i wrony" - i nie Szymona mam tu na myśli. Nepotyzm w dzisiejszym wydaniu jest szkodliwy. Bo nawet jeżeli kiedyś, wśród synów wodzów trafił się jakiś mało zdolny, to i tak jego bracia mieli większe szanse być dobrymi wodzami niż przecięty człowiek spoza klanu. Zwróćmy też uwagę, że równość ogranicza wolność. Chętym polecam film "Harrison Bergeron" - do znalezienia w sieci. Powala postrzeganiem świata, do którego zmierzamy. A frustracje społeczeństwa myślącego znajdą ujście, i jak zwykle ucierpią nie tylko winni.

    OdpowiedzUsuń
  3. O tym, co nas czeka, piszesz już od dawna. I ja się po części z tym zgadzam: państwo runie. Ale prędzej może runąć samo społeczeństwo (jego "spójność"), ciągle jeszcze dające przyzwolenie państwu na durne prawo. http://istota-rzeczy-wg-kiry.blog.onet.pl/Refleksja-o-slusznym-olewaniu-,2,ID501966607,n

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Runąć może "wielkie społeczeństwo" w rozumieniu narodu (o "społeczeństwie" nagrodzonego Noblem Jewrosojuza - to już i nawet pisać nie ma co, bo nic takiego nie istnieje...). Ale ludzie przecież żyć będą dalej. W małych hordach: klanach rodzinnych, grupach sąsiedzkich, gangach - jak zwał tak zwał: to są zachowania instynktowne, żadna propaganda, ani żadna scholaryzacja ich z ludzi nie wypleni, bo tkwią w naszym genomie, nie w głowach! Więc, jeśli społeczeństwo się zatomizuje, a potem państwa runą - to skutkiem będzie powrót do czasów plemiennych - i tyle...

      Usuń
    2. Oczywiście. Dodałabym jednak, że nie muszą to być klany rodzinne.

      Usuń
    3. Nie muszą. Ale jeśli nawet wyjściowo takimi nie będą - pewnie szybko się nimi staną...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...