środa, 24 października 2012

Dzień ciapciaka

Już kiedy rano otworzyłem jedno oko i na zegarze dekodera tuż po przeciwnej stronie łóżka była 6.26 - wiedziałem, że nie jest dobrze. Tak poważne zaspanie zdarza mi się góra dwa - trzy razy w ciągu roku! A kiedy, sprowadziwszy konie pod wiatę, zapaliłem zewnętrzne światło zamiast wewnętrznego - nabrałem przekonania, że najrozsądniej byłoby co prędzej wrócić do łóżka, zakryć głowę kołdrą i przeczekać dzień, który po prostu MUSI być - feralny.

Ale cóż? Przyjęło się w naszej kulturze, że uleganie przesądom, nawet tak dobrze udokumentowanym jak ten ze światłem (ZAWSZE kiedy rano pomylą mi się wyłączniki - dzieje się coś strasznego...) - nie należy do dobrego tonu. Milczałem więc i brnąłem dalej. Do nieuchronnego końca...

Poobijałem się trochę o meble przy różnorodnych czynnościach porannych, co Lepszej Połowie - nic nie wiedzącej o pomylonym wyłączniku - nasunęło podejrzenie, że będzie to "Dzień Ciapciaka"... Czy jednak cokolwiek - przesąd, przewidywanie, albo obserwacja - mogło nas przygotować do tego, co się faktycznie stało..? Obawiam się, że nie...

Środa dzisiaj. Dzień targowy. Żarcie się skończyło, a i parę sprawunków na targu nas czeka... To wsiadamy do Wendi i ruszamy... i coś z tym ruszaniem nie idzie: jakiś potworny dźwięk spod maski dobiega i kierownica ciężko chodzi - no, jakby nie było wspomagania po prostu!

Gaszę silnik, otwieram maskę - i dolewam płynu hydraulicznego. Układ wspomagania w Wendi cieknie, odkąd ją mamy, tj. od sześciu lat - i jak do tej pory, żadne zabiegi: wymiana (czy regeneracja? Już nie pamiętam...) pompy, zakuwanie węża na nowo - nic nie dały. Jak ciekło - tak cieknie! Co jakiś czas zatem - płynu dolać trzeba...

No to dolałem płynu - ruszamy: piszczy dalej, kierownica wciąż jak w Wartburgu chodzi... Ledwośmy wyjechali na naszą piaszczystą drogę - a spod maski poleciał dymek i rozniósł się odór palonej gumy...

Skonsultowany telefonicznie Mistrz Dębski z Górczewskiej w Warszawie, u którego się stale serwisujemy, orzekł bez namysłu: paski klinowe wymienić trza. Mistrz dał mi paski przy ostatniej w jego zakładzie wizycie - sam ich nie wymienił... powiedzmy, że - z braku czasu!

 Taka podstawka pod plecy (obok kompletu kluczy z przedłużkami) bardzo by mi się przydała...

Po kilku kolejnych telefonach zdjąłem te dwa dłuższe paski - od alternatora i chłodnicy. Ale żeby zdjąć mały - od wspomagania - trzeba poluzować nie dwie, jak w przypadku tamtych, tylko aż trzy śruby. No i ta trzecia - a jakże: doskonale widoczna, ręką sięgnąć można, nie ma problemu - ale - na samym środku samego środka. Żaden z moich kluczy (wszystkich dwóch...) ani z góry, ani z dołu - nie sięga! To znaczy - klucz to nawet da się włożyć - ale nie wystaje go już na tyle, żebym miał za co ręką złapać.

Znakiem tego: konieczna przedłużka! Radek, druh mój serdeczny, który ma fenomenalny komplet kluczy nasadkowych z najrozmaitszymi przedłużkami - nie odbierał. Odebrał Pan Sołtys - klucz 14-tkę ma, jakaś przedłużka się znajdzie.

Jak do tej pory, od momentu katastrofy upłynęła godzina. Umorusane smarem miał obie ręce po łokcie - i sporo piasku w rzadkiej czuprynie, tudzież sfatygowane spodnie i podkoluszek. Obmyłem się z grubsza, przyodziewek częściowo zmieniłem na mniej świąteczny (ha, ha, ha...) i ruszyłem per pedes do wsi, pożyczyć klucz.

Z pożyczonym kluczem wróciłem, śrubę poluzowałem, pasek zszedł z kółka przy pompie wspomagania - ale jak go teraz wyciągnąć? Prześwit między kółkami wału masowego a kółkami - jak to Mistrz nazywa - "wiskozy", czyli chłodnicy - nijak nie wystarczy! Co najmniej o 1/3 miejsca za mało - a przecież: jeśli starego nie mogę wyciągnąć, to jak w to miejsce włożę nowy, który jest - naturalnie - jeszcze wyższy, bo nie starty..?

Męczyłem się całe dwie godziny, nim w końcu, od poważnie już zniecierpliwionego Mistrza (którego w tym czasie woda zalewała, jak twierdził...) wydobyłem stwierdzenie, że w takim razie - to mogę sobie tę "wiskozę" odkręcić (tylko cztery śrubki "dziesiątki", jak raz - taki klucz mam...).

Błyskawicznie poszło! Godzinka - i wszystkie paski wymienione, nowiutkie, cacane po prostu...

Odpalam silnik - i co się dzieje? Samochodem trzęsie jak w febrze, a spod (otwartej) maski bucha dym i roznosi się smród palonej gumy..!

Mały pasek klinowy (ten od wspomagania) - nie kręci się...

Poluzowałem: ręką, choć z pewnym trudem - da się obrócić. A po włączeniu silnika - tak i nie kręci się, uparciuch jeden! Mistrz (którego opinię natychmiast zweryfikowałem u Niezależnego Eksperta) orzekł, że w takim razie - szlag trafił pompę wspomagania, a nie paski klinowe.

Zaczynało się już powoli robić ciemno. Pomysł szukania teraz nowej pompy wspomagania do Patrola i wymiany jej na środku naszej piaszczystej drogi - odrzuciłem bez dłuższego namyślania się. Wedle Niezależnego Eksperta (Mistrz to już nie bardzo chciał ze mną gadać) - można po prostu ten pasek zdjąć - mówi się trudno: kierownica będzie chodziła jak w Wartburgu, ale co się miało złego stać, to już się stało.

Ale zdejmować? Jak nic - kolejne dwie godziny, bo przecież - żeby zdjąć ten mały, najpierw trzeba, tak starannie i z takim nakładem sił elegancko napięte duże paski zsunąć! A tu w chałupie nie ma co żryć - oczywiście, targ skończył się już wiele godzin wcześniej, ale może chociaż - Pierdonki jeszcze nie zamknęli..?

Poluzowałem tymczasem ten mały pasek maksymalnie jak się dało - powtórnie dokonałem, gruntowanych tym razem ablucji (jakkolwiek ostatnie grudki oleju z rzadkiej czupryny, to mi Lepsza Połowa wygrzebała dopiero co...) - no i pojechaliśmy do Warki.

Po drodze, chociaż starałems się "latać nisko i powoli" - zapiszczało, zaśmierdziało i pasek pękł.

 Tak to mniej - więcej wyglądało

Wniosek? Wniosek jest taki, że zamiast męczyć się tyle godzin - mogłem przynieść z domu nóż, przeciąć ten nadpalony stary pasek - i spokojnie byśmy na targ zdążyli i to bez żadnego brudzenia się, chodzenia po klucze do wsi - a stan samochodu byłby dokładnie taki sam, jaki mamy w tej chwili..!

No i czy to nie jest wzorcowy, medalowy wprost - "Dzień Ciapciaka"..???

3 komentarze:

  1. Jeszcze parę lat, niech tylko się ropa skończy, nie będzie takich problemów. Na konia wsiędziesz, do Biedronki pojedziesz. Oby jak najszybciej przyszły dobre czasy.:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Konie też chorują. No i - jak nie będzie ropy, to czy Pierdonka to przetrwa? W sensie: dostawy towarów barkami rzecznymi (akurat do Warki się da...) lub w parę perszeronów..?

      Inna sprawa, że nawet leżąc pod chorym koniem - trudniej dostać wilka, a to mnie chyba właśnie spotkało wczoraj (obok kłopotów ze skręceniem szyi i podniesieniem rąk...).

      Usuń
  2. No to na targ produktów lokalnych. Jak Biedronka nie przetrwa. Życzę zdrowia.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...