poniedziałek, 22 października 2012

Dlaczego nie hoduje się ludzi?

Wbrew regułom sztuki nie będę Państwa trzymał w napięciu i odpowiem na tytułowe pytanie od razu: bo to się nie opłaca! Bo chyba nie sądzicie – że to z powodu wrażliwego sumienia generałów, biurokratów i polityków, którzy aż palą się do skorzystania z jakże kuszących możliwości wyhodowania sobie lepszych żołnierzy, posłuszniejszych poddanych czy też – genialniejszych niż ma „druga strona“ fizyków atomowych albo lekkoatletów..?

Podstawowym problemem przeszkadzającym w racjonalnej hodowli ludzi jest ich bardzo długie dzieciństwo. Sprawia to, że odstęp czasowy między pokoleniami, a stąd też – i czas konieczny na przeprowadzenie eksperymentu – staje się nieracjonalnie długi. Nawet najbardziej długowieczny eksperymentator – nie miałby szans na prowadzenie swojego eksperymentu przez dłużej niż trzy – cztery pasaże międzypokoleniowe (licząc się z tym, że sam przez znaczną część swojego osobniczego życia będzie zdobywał wiedzę konieczną do prowadzenia tak skomplikowanego przedsięwzięcia). A co to są trzy – cztery pasaże w hodowli? Trzy – cztery pasaże to jest nic!

W ten sposób dałoby się co najwyżej przeselekcjonować populację na jakieś proste, kodowane monogenetycznie cechy, których rozkład jest mendlowski. Jeśli pokryć niebieskooką blondynkę niebieskookim blondynem, to wszystkie ich dzieci też będą niebieskookimi blondynami – bo obie te cechy są recesywne, więc oboje z pary muszą być pod tym względem homozygotyczni, inaczej gen nie ujawniłby się w fenotypie. Przez trzy – cztery pasaże można też odsiać z reszty populacji część heterozygotycznych nosicieli tych samych genów – które będą się w poddanej eksperymentowi populacji ujawniać ze znaną z góry częstotliwością. Na przykład połowa dzieci kobiet, które przenoszą recesywny gen błękitnych oczu, krzyżowanych z niebieskookim samcem – będzie niebieskooka. Jeśli oboje rodzice posiadają ten gen, ale nie podlega on ekspresji przez towarzystwo dominujących genów kodujących – w tej samej alleli – oczy piwne: to jedna czwarta ich potomstwa ma szansę odziedziczyć (po którymś z dziadków – nie może być inaczej…) niebieskie oczy.

Tylko jaki jest z tego pożytek? To tylko zabawa! Bo wszyscy ci niebieskoocy blondyni mogą być przy tym równie dobrze atletycznymi okazami zdrowia z genialną intuicją matematyczną – jak pokrycznymi karłami dotkniętymi mongolizmem i wrodzonym idiotyzmem (jak również: debilnymi atletami lub – genialnymi karłami…). Tak prosty i tak krótko trwający eksperyment ani nie wyeliminuje cech, które z jakiegoś powodu uważamy za „niekorzystne“, ani nawet – nie rozpropaguje w populacji cech „pożądanych“.

Tak się bowiem składa, że znakomita większość jednych i drugich – kodowana jest poligenetycznie. W tym przypadku geometryczna prostota rozkładu mendlowskiego jest na nic – trzeba uruchomić nieco bardziej skomplikowaną matematykę. Wątpliwym jest, aby trzy – cztery pasaże międzypokoleniowe wystarczyły do samego tylko obliczenia tzw. „współczynnika odziedziczalności“: a to dlatego, że pomiar cech „pożądanych“ i „niepożądanych“ jest u ludzi dużo bardziej skomplikowany niż u koni.

Jeśli konie chcemy selekcjonować na szybkość w galopie, to krzyżujemy ze sobą klacze i ogiery które legitymują się najpomyślniejszą karierą wyścigową. Oczywiście – wyścigi mogły być ustawione – i w ten sposób nie będziemy wcale promować w populacji genów zapewniających największą szybkość w galopie, tylko… najcwańszego trenera! Doświadczenie uczy jednak, że w dłuższym okresie czasu – kwestia ewentualnego „ustawiania“ gonitw – może być pominięta. Jeszcze się taki nie urodził, który by mógł wszystkie gonitwy na całym świecie „ustawić“. Wcześniej czy później zatem, oszustwo się wyda, a linia zapoczątkowana w jego wyniku – zaniknie jako nieprzydatna (tak zupełnie na marginesie: TO JEST WŁAŚNIE POWÓD, dla którego za każdym razem tak płaczę, wrzeszczę i przeklinam, gdy Państwo P.T. „obrońcy praw zwierząt“ wzruszają z obojętnością ramionami na nieuchronny, po ich przekwalifikowaniu ze „zwierząt gospodarskich“ na „zwierzęta towarzyszące“ spadek liczby hodowanych koni – zanim jeszcze liczba koni spadnie poniżej poziomu który, zgodnie z wyliczeniami profesora Boboli, skaże ten gatunek, mnie miły, na wymarcie – przebity zostanie próg, poniżej którego o wynikach przeglądów hodowlanych decydować będą już tylko „wejścia“ w PZHK – a nie rzeczywista jakość prezentowanych koni…).

Jak jednak zmierzyć „przydatność hodowlaną“ fizyka? Liczbą publikacji naukowych lub punktacją używaną przy przyznawaniu grantów? No dobrze – ale to będzie premiować fizyków nie tylko genialnych, ale też, przede wszystkim – długowiecznych (trudno publikować gdy się już zejdzie z tego świata…) i obrotnych towarzysko: kumoterstwo w nauce wcale nie jest mniejsze niż w polskich związkach hodowlanych!

Poza tym, czekanie aż kolejne pokolenia poddane eksperymentowi osiągną dojrzałość płciową – a czekanie, aż zdoła się zweryfikować oczekiwane po nich przymioty – to są dwie zupełnie inne sprawy. W pierwszym przypadku „pasażować“ możemy genotypy co kilkanaście lat – w drugim: a któż to wie? Co kilkadziesiąt – w każdym razie…

OK – przyjmijmy jednak, że po pierwsze – uda się zdefiniować (na potrzeby eksperymentu), co to jest „cecha pożądana“ i jak ją obiektywnie mierzyć. Przyjmijmy też, że jakaś instytucja (mowy nie ma, aby wykonał to za swojego życia pojedynczy badacz…) w ciągu minimum kilkunastu pokoleń ustali dla owej cechy „współczynnik odziedziczalności“ – badając narzędziami statystycznymi objawy wybitności kolejnych pokoleń pod wybranym przez eksperymentatora kątem… Stop!

Nie minęło jeszcze od publikacji pracy Mendla o groszku (a wiemy już, że genetyka mendlowska nie jest wystarczająca dla powodzenia takiego eksperymentu: dopiero dzisiejsza wiedza daje jakieś podstawy, aby go w ogóle zacząć…) tyle lat, aby taki eksperyment był możliwy…

No to wiemy już, dlaczego rozmawiamy o rzeczywistości wybitnie hipotetycznej!

Zaraz, zaraz – słyszę już „głos z sali“ – ale przecież konie, świnie, krowy hodowano nie tylko przed osiągnięciem „dzisiejszego stanu wiedzy“, ale i – na długo przed Mendlem – i przecież nie tylko udawało się je szczęśliwie rozmnażać, ale też – dopracowano się w tych „przednaukowych“ czasach bardzo wielu odmian wysoko produktywnych, w których powstaniu widać ogromny postęp hodowlany.

To prawda – odpowiadam – ale taka „bezteoretyczna“, „intuicyjna“ hodowla możliwa była tylko dzięki temu, że zwierzęta selekcjonowano z zasady na bardzo ograniczony zestaw cech. Pokryć jałówkę od najbardziej mlecznej krowy buhajem, którego matka też była najbardziej (z całego stada) mleczna – może i niepiśmienny chłopek. A jeśli tysiące niepiśmiennych chłopków przez setki lat, z większą lub mniejszą konsekwencją powtarza ten sam sposób doboru buhaja do jałówki – to nie ma siły, w końcu dochowają się „holenderki“: jak to się i w rzeczywistości stało…

Akurat w przypadku koni, które są mi zawodowo najbliższe – widać jak na dłoni „opłacalność“ prostoty kryteriów selekcyjnych. Konie, historycznie, poddawano selekcji na dwa sposoby. Sposób najstarszy i (geograficznie i historycznie) najpowszechniejszy, to ocena „na oko“. Nie ma się tu z czego śmiać! Doświadczony hodowca, a właściwie – każdy doświadczony jeździec (w przeszłości zaś, nabycie niejakiego w tej mierze doświadczenia bywało warunkiem przeżycia…) – ma jakąś intuicyjną wizję cnót końskich, które ceni i które chciałby widzieć w kolejnym pokoleniu hodowanych zwierząt. Zestawy owych cnót bywają różne – bo niektórzy lubią konie o bujnych kształtach i falistym włosiu, a inni – suche i smukłe. Generalnie, tego rodzaju „mody“ mają tendencję do instytucjonalizowania się w izolowanych społecznościach: u mieszkańców Fryzji miłość do karych, dobrze zaokrąglonych i wysokich koni staje się częścią tradycji, „właściwego porządku rzeczy“ i oczywistą oczywistością – tak samo jak u mieszkańców Wyżyny Irańskiej i okolic: miłość do suchych, szybkich, wytrzymałych a chętnych do współpracy „przecinków“. Wystarczy tylko kilka tysięcy lat izolacji jednych od drugich – a oba te ludy dochowają się akurat takich koni, jakich dochować się chciały (i jakie najlepiej odpowiadają ich specyficznym potrzebom)…

Drugi, wciąż jeszcze „przednaukowy“ (choć od tego właśnie odkrycia cała rewolucja w naszym pojmowaniu świata jak chodzi o hodowlę, a potem i genetykę – właśnie się rozpoczęła…) sposób doboru par do rozpłodu, określić można dwoma słowami: „maniakalna konsekwencja“! Lubimy hazard, zakłady i wyścigi? No to kojarzymy ze sobą tylko i wyłącznie konie o najlepszych osiągnięciach wyścigowych. Tutaj wystarczyło raptem 200 lat czyli – w porównaniu ze sposobem „na oko“: chwilka zaledwie, momencik, minutka – i bach! Mamy konie pełnej krwi angielskiej.

Oczywiście, są też przykłady szybszego nawet wytworzenia nowej rasy – hrabia Orłow aż dwie stworzył za swojego życia – ale to się robi tak szybko tylko wtedy, gdy jest co krzyżować – gdy już mamy do dyspozycji ileś, potencjalnie homozygotycznych, czyli dobrze przekazujących pożądane cechy typów rasowych – trzeba też mieć od cholery szczęścia!

Aleksy hrabia Orłow - Czesmeński: genialny hodowca koni i największy znany farciarz w tej branży, któremu udało się w ciągu kilkudziesięciu lat stworzyć aż dwie rasy koni - z czego rasa kłusacza istnieje do dziś - a w dodatku do tego, był jeszcze kochankiem Katarzyny II, jednym z morderców jej syna, Pawła, rozgromił turecką flotę w bitwie pod Czesmą i tysiącom innych oddawał się rozrywek. Na starość popadł od tego wszystkiego w mizantropię i posiłki spożywał w towarzystwie swoich wybranych ogierów twierdząc, że wśród ludzi nie znalazł równie godnego towarzystwa...

W przypadku ludzi sukcesu na miarę hrabiego Orłowa nie ma co oczekiwać: jeśli bowiem pominąć nieistotne użytkowo cechy, takie jak kolor skóry, włosów czy oczu – to populacja ludzka jest za mało „skonsolidowana“ (tj.: zawiera zbyt mało osobników homozygotycznych), aby samym tylko krzyżowaniem osiągnąć jakiś dostrzegalny „postęp hodowlany“. Co prawda – populacja ludzka jest też najmniej chyba ze wszystkich zwierząt przebadana pod tym względem – bo też i badanie tego rodzaju łatwo prowadzi albo na manowce (jeśli jest nierzetelne) – albo pod gilotynę politycznej poprawności (gdy np. ktoś próbuje dociec przyczyn nadreprezentacji tej lub owej nacji – dajmy na to: wśród laureatów nagrody Nobla…).

W rzeczy samej, podejmowane były w przeszłości pewne, na intuicji oparte – próby „hodowli ludzi“. Próby te można od metra podzielić na dwie kategorie (one są czasem stosowane równocześnie – a czasem: rozbieżne…). Jedną jest „kultura skały tarpejskiej“ – wedle której usuwa się z grona żyjących osobniki fizycznie lub mentalnie „niesprawne“ (jakkolwiek by się ową „niesprawność“ definiowało – bo to wcale nie jest oczywiste!). Drugą zaś – „kultura samolubnego genu“ – wedle której grupa rządząca monopolizuje wyższe szczeble drabiny społecznej – a krzyżuje się tylko we własnym gronie, efekty „mezaliansów“ wykluczając od udziału w dziedziczonej władzy i pozycji społecznej.

Oba te eksperymenty żadnych widocznych przewag hołdującym im kulturom nie dały: Spartanie, choć ich państwo trwało przez 800 lat, dali się w końcu spacyfikować i nic im w tym ich fizyczna doskonałość nie pomogła – a i po dawnej arystokracji próżno dziś szukać śladów wśród elit władzy (czego nie można powiedzieć o potomkach stangretów, psiarczyków i chłopów pańszczyźnianych…).

W rzeczy samej, współczesna wiedza o genetyce pozwala znacznie te dawne „kultury hodowlane“ udoskonalić. Po pierwsze i najważniejsze – dzięki bardzo prostym i tanim testom można już mieć obecnie 100% (niemal…) pewność co do pochodzenia dziecka. Jest to rewolucja jak chodzi o rozmnażanie ludzi – wedle różnych badań, które kiedyś tam przelotnie czytałem, do tej pory od kilku, aż do nawet kilkudziesięciu procent dzieci miało innego ojca biologicznego, niż wpisany w metryce urodzenia. W przypadku zwierząt gospodarskich, takie skandale – choć kilka odnotowała historia, gdy przypadkiem dały godne zauważenia rezultaty – zdarzają się jednak zdecydowanie rzadziej.

Rozpowszechnienie się tego rodzaju testów (co widzimy obecnie przecież na każdym kroku…) musi wywołać rewolucję obyczajową. Albo kobiety przestaną zdradzać (co wydaje się nieprawdopodobne…) – albo mężczyznom przyjdzie pogodzić się z faktem, że nigdy nie panowali i dalej nie panują nad propagacją swoich genów… Jak można znieść ten smutny fakt, gdy staje się częścią wiedzy, a nie wiary..? No cóż: można na ten przykład – zrezygnować z posiadania potomstwa w ogóle…

Po drugie – można też skutecznie (i coraz taniej!) eliminować płody obciążone wadami genetycznymi. Fakt ten można oceniać moralnie na różne sposoby. Jednak – obawiam się – jest to obszar na którym moralność nieuchronnie przegra z techniką. Dopóki jeszcze takie wady, wykryte w stadium życia płodowego, wymagają aborcji – szale u wagi mogą się przechylać to w jedną, to w drugą stronę – nie na ostatnim miejscu także i dlatego, że sama ciążą, mniejsza już o jej efekty – wywołuje hormonalne zamieszanie w ciele kobiety. Co jednak poradzić, gdy prosty test, wymagający poślinienia szkiełka podstawkowego – może powiedzeć starającej się o potomstwo parze, z jakim ryzykiem takich lub innych obciążeń powinni się liczyć, zanim jeszcze w ogóle pójdą do łóżka..? Co jest moralnie nagannego w poślinieniu szkiełka podstawkowego? Obawiam się, że tak aseptyczna i aseksualna czynność – nie jest zdolna do wywołania moralnej refleksji na taką skalę, by rozpowszechnianie się tej techniki – w jakikolwiek widoczny sposób zahamować.



Kolejnym krokiem będzie manipulacja genami. I to jest właśnie – dopiero ta szansa, na którą rzeczywiście czekają generałowie, biurokraci i politycy! „Tradycyjna“ hodowla ludzi – nie ma sensu. Nikt z żyjących nie doczekałby nawet jej rozpoczęcia, nie mówiąc już o – dostrzegalnych rezultatach. Jeśli jednak generał będzie mógł sobie zaprojektować takiego żołnierza, jaki mu się wymarzył? Jeśli rząd lub powiązana z nim korporacja postanowi zbudować sobie robotników nie wymagających np. światła słonecznego, czystej wody, odpornych na wysoką zawartość szkodliwych gazów w powietrzu, a przy tym – silnych, precyzyjnych, a posłusznych – i przez to idealnych do pracy w kopalni? Kto niby – miałby generałów, biurokratów i polityków przed skorzystaniem z takiej możliwości – powstrzymać? Przecież – nie można odstać w wyścigu! Kto pierwszy możliwość tworzenia „nowych gatunków człowieka“ dopuści – zyska niewątpliwie przewagę militarną, technologiczną i ekonomiczną. A jeśli tak – to krok ten jest nieuchronny i nastąpi na pewno.

No, chyba że wszystko szlag trafi zanim uda się pokonać wciąż jeszcze ogromne trudności techniczne, stojące na drodze do ziszczenia tej możliwości…

30 komentarzy:

  1. Pierwsze - najistotniejsze czyli czas nie ma specjalnego znaczenia.
    Pomijam hodowlę ludzi na karmę, biorę jeno pod uwagę, surowiec na części zamienne. Do przeszczepów. Hodowla nie ma sensu. Tego dobrego jest pełno na całym świecie. A informacje są w zasięgu ręki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale to jest chów, a nie hodowla! Chów jest wtedy, gdy się po prostu utrzymuje i nawet rozmnaża, ale nie dbając o to, co z tego rozmnażania wyjdzie...

      I tak się rzeczywiście z ludźmi robi: jest ich tyle, że jak się uprzeć - każdy pożądany talent lub cechę da się wyselekcjonować z tych tłumów. Por.: chińskie Ministerstwo Sportu. Czy jak to tam się nazywa...

      Ale to zupełnie oddzielna sprawa - z hodowlą nic to nie ma wspólnego!

      Usuń
    2. No, nie tylko Orłow. Z czasów ZSRR mamy CTR-y, czyli czarne terriery rosyjskie. Wyhodowane do pilnowania łagrów. Ale to tak na marginesie. Spartanie są dosyć nieszczęśliwym przykładem, nie ma ich. Ale istnieją jeszcze Japończycy. Nie tak dawno, starcy, kaleki i dzieci niezdolne do życia byli porzucani, dla dobra ogółu. I co jak co, ale Japonia jest klasykiem hodowli i rozwoju cech niespotykanych nigdzie a występujących także dziś. logicznie rozumując, każda populacja, naród jest też hodowlą gatunkową. Można bez bólu rozwinąć to na rasy i terytoria. Co lekko rozwinęłam u siebie.
      Dodatkowo oczekiwanie efektów/wyników wprost po rodzicach jest bardzo zawodne. Przeważnie jest to mix dowolnie wybranych cech dziadków.
      Wybacz, że nie posługuję się nomenklaturą fachową, alem laik i trońkę praktyk :D

      Usuń
    3. A jakież to niezwykłe właściwości przejawiają Japończycy..? Ludzie jak ludzie - owszem, można im przypisać wyjątkową ksenofobię, co też i na sprawy rozrodcze się przekłada, ale bez przesady! To nie jest żadna hodowla. Na tej samej zasadzie, co już Anonimowemu parę oczek w dół odpisywałem - to i izolowane populacje saren czy zajęcy "się hodują"...

      Usuń
    4. He.. wszystko zależy od spojrzenia. Jeśli przyjmiemy, że Ziemia jest swoistym inkubatorem, moje twierdzenie jest jak najbardziej sensowne.
      Co do izolowanych populacji, to o ile się nie mylę jedną z opcji hodowli jest stworzenie optymalnych warunków. Rozumiem Pana tok myślenia, że tylko korona stworzenia może jedynie dokonywać tego "szlachetnego " dzieła. Ale ja osobiście baardzo w to wątpię ;p Działania ludzi na przestrzeni tysiącleci w przeciwieństwie do działań zwierząt w planie hodowlanym można jedynie określić mianem idiotyzmu.

      Usuń
    5. Może z innej mańki. Rozród, rozmnażanie dzikich zwierząt/populacji jest i był zawsze oparty na instynktownym planie przetrwania gatunku. Pan to nazywa chowem. Zaś to co nazywa Pan hodowlą ja określam i nie tylko ja hodowlą uszlachetniającą. Co także ma miejsce w populacjach zwierzęcych i ludzkich :) nie podlegających nadzorowi korony stworzeń :)

      Usuń
    6. W populacjach ludzkich i zwierzęcych nie podlegających nadzorowi "korony stworzenia" to ma miejsce ewolucja - a to jest całkiem co innego niż celowa poprawa użytkowości dzięki hodowli! Gatunki ewoluują, żeby "nadążyć" za zamianami swojego habitatu - a nie po to, aby wytworzyć jak największą nadwyżkę (mleka, mięsa, siły roboczej...). Właściwości potrzebne do "optymalnego przetrwania", a właściwości potrzebne do "maksymalizacji nadwyżki" - są zupełnie inne i dość często (choć nie zawsze) stoją wzajem w sprzeczności: co widać chociażby po gatunkach zdziczałych, które niekiedy tracą właściwości przydatne z punktu widzenia człowieka.

      Usuń
    7. @Ludka i Anonimowy.
      Zwierzeta i ludzie sie sami nie hoduja. Co najwyzej zachodzi selekcja naturalna. Zwierzeta hodowlane sa przez sam fakt doboru sztucznego na wybrane przez czlowieka cechy czesto "uposledzone" do zycia w naturze. Taka holenderka daje moze 30 i wiecej l mleka dziennie (ktorego nadmiar pewnie zostanie wypity przez mlodziez, ktora tego juz nie potrzebuje), ale takia krowa nie odlozy tluszczu potrzebnego, by przezyc sroga zime.

      Nie mowiac nawet o takich wybrykach natury jak nieagresywne psy...

      Usuń
  2. Myślę, że nie warto hodować ludzi, prędzej ich tkanki, narządy itp. A idealny żołnierz, robotnik, itp.? Co wtedy będzie z tymi nieidealnymi, czyli nami? Na karmę dla psów? A co z robotami? Nie łątwiej to niż hodować ludziki? I jeszcze jedno, hodowla trwa długo, w sumie należałoby tylko wyhodować po jednym egzemplarzu doskonałym, a potem klonować, klonować, klonować...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli uda się pokonać trudności techniczne (nic nam na razie nie wiadomo, aby na przeszkodzie stał jakiś fundamentalny zakaz natury...) - to zapewne pójdzie to dwóch kierunkach. Ci, których będzie na to stać - będą sobie "polepszać" potomstwo, wyposażając je w cechy, które będą uważali za życiowo przydatne. Zaś gosudarstwa będą sobie produkować posłuszne i wyspecjalizowane sługi. Ludzkość może się wówczas rozpaść na biologicznie zróżnicowaną (bo nie wierzę w jakąś jednolitą, z góry zaplanowaną "auto-ewolucję" całego gatunku), dysponującą różnymi "supermocami" elitę, posłusznych i wyspecjalizowanych jej poddanych (takie trochę mrówcze lub pszczele społeczeństwo...) - oraz na tłumy biedaków, których ani na żadne ulepszenia nie stać, ani też do pracy specjalnie się nie nadają i nie są potrzebni. Nic dobrego, w każdym razie, z tego nie wyniknie!

      Usuń
  3. "Dzienniki gwiazdowe" Lema, podróż 21. Bardzo kształacące, w odniesieniu do podniesinych tematów.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam znalazŁem: http://www.sivatherium.narod.ru/library/Dixon_3/01_en.htm książka "Man after man, an anthropology of the future" Dougala Dixona. Niejako rozwinięcie tezy z tego posta.

    OdpowiedzUsuń
  5. Uśmiechnęłam się w początkach lektury, zakończenie jednak już nieco wieje grozą...

    OdpowiedzUsuń
  6. A, ten tego, panie dzieju, hrabiego Orłowa zwyczaj spożywania posiłków w towarzystwie właściwym poziomem zaczynam rozumieć. Tylko mam nadzieję, że jadał co innego niż jego ogiery.:-)

    OdpowiedzUsuń
  7. Hodowla ludzi prowadzi się sama. Nie potrzebuje inspektora, a wystawy i próby dzielności odbywają się na co dzień.

    Istnieją takie pojęcia jak mezalians, ludzie dobierają się wg wykształcenia, statusu społecznego czy rasy. Instytucje takie jak uczelnie czy koedukacyjne miejsca pracy wspierają taką "hodowlę". Dzieje się to samo, bez programu hodowlanego, ale dobór jak najbardziej następuje dość przemyślany. Każdy ośrodek decyzyjny skupia się wprawdzie jedynie na swoim potomstwie, ale czy nie jest to sytuacja analogiczna z prywatną, drobną hodowlą koni, gdzie każdy hodowca dysponuje 1,2 czy góra kilkoma klaczami?

    W efekcie mamy linie np. lekarza w czwartym pokoleniu, gdzie zawód ten jest zwykle w większym stopniu skutkiem rzeczywistego powołania niż u dziecka nuworysza, dążącego do szybkiej konsumpcji awansu materialnego awansu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumując w ten sposób trzeba by uznać, że dziko żyjące zwierzęta też się "hodują". A chyba nie o to chodzi, nieprawdaż?

      Usuń
    2. No nieprawdaż. Bo dzikie zwierzęta kierują się instynktem. U ludzi na instynkty nakłada się KULTURA, która stoi również za hodowlą.

      Czy Pani dzik pyta Pana dzika o zainteresowania na pierwszej randce? Albo ocenia jego stan konta? (który jest przecież wykładnikiem swoistej próby dzielności) Albo czy teściowa dzikowa robi córce wyrzuty, że nie wyszła za ministra, tylko jakiegoś obszczymura?

      Pokazano w badaniach psychologicznych, że człowiek szukając STAŁEGO partnera szuka u niego tych cech, które ceni u siebie, a unika jak ognia tych, na punkcie których sam ma kompleks. Stoi więc za tym taki jednostkowy cel hodowlany - chcę w następnym pokoleniu uzyskać lepsze potomstwo. Czym to się różni od hodowli zwierząt?

      Oczywiście definicja lepszości zależeć będzie od tego, do jakich cech przykłada on wagę, a to znowu - jest wynikiem KULTURY, w której żyje. Można więc przyjąć, że pewne społeczeństwa, a właściwie grupy społeczne, mają wspólny "cel hodowlany", dokładnie jak w rasach zwierząt. Cel ten jest agregatem tych pojedynczych celów każdego z nas. I choć nie jest nigdzie zapisany, to nie zmienia to istoty rzeczy.

      Czy ideał kobiecego piękna nie zmieniał się w naszej kulturze (i to dość szybko) na przestrzeni ostatnich kilku setek lat? Nie zmieniała się przecież w tym czasie nasza natura.

      Usuń
    3. Powyższe rozumowanie byłoby poprawne tylko wtedy, gdyby owe tak pogardliwie potraktowane instynkty (a człowiek to instynktów nie ma..?) determinowały zachowanie zwierząt, w tym ich zachowania rozrodcze bez reszty, totalnie i całkowicie. Tak jednak z całą pewnością nie jest - przynajmniej jak chodzi o tzw. "zwierzęta wyższe" (pod którą to kategorię podpadają jak raz wszystkie hodowane przez człowieka ssaki - tu mała ciekawostka: dowiedziono na materiale osteologicznym, że wraz z udomowieniem przez człowieka - u zwierząt rosną rozmiary mózgu...). Zwierzęta te nie tylko poddają się wrodzonym instynktom - ale również potrafią się uczyć i potrafią (w pewnym - różnym dla różnych gatunków) zakresie przekazywać swoje życiowe doświadczenie innym osobnikom.

      Człowiek robi dokładnie to samo, a różnica, która daje mu przewagę nad pozostałymi zwierzętami, sprowadza się do STOPNIA uniwersalizmu języka, którym się posługuje - i wynikających z niego konstruktów.

      Nie można z sensem twierdzić, że zwierzęta wcale nie mają kultury - tak samo jak nie można z sensem twierdzić, że człowiek wcale nie podlega instynktom (jakkolwiek, może się spod ich wpływu wyzwolić w stopniu nieznanym żadnemu innemu gatunkowi).

      Tworzy Pan skomplikowaną sofistykę na uzasadnienie przygodnej i mało co wnoszącej tezy.

      Hodowla to działalność świadoma i celowa. Metody jakich używa mogą być nienaukowe, magiczne, absurdalne - jakie Pan chce, to bez znaczenia. Ale nie można mówić o hodowli, jeśli nie ma świadomie założonego celu poprawy użytkowości w pokoleniach potomnych!

      Tymczasem: wcale nie jestem pewien, czy każdy rodzic naprawdę chce, aby jego dzieci były od niego lepsze - a już wybór partnera czy partnerki, to czystej wody instynkt! Zwłaszcza, w dzisiejszych czasach, choć - przyznam - trudno mi godowe zachowania arystokracji traktować poważnie jako "przedsięwzięcie hodowlane"... Nie tylko kwestia metod jest tu ważna - bo jakże przypuszczać, że ktoś mógłby chcieć "postępu hodowlanego", gdy w myśleniu elit intelektualnych do czasów całkiem niedawnych panowało raczej przekonanie, że "lepiej to było kiedyś", że "wiek złoty przeminął" - i że w związku z tym, rozsądnym jest oczekiwać, POGORSZENIA jakości pokoleń potomnych, a nie jego poprawy..?

      Na szczęście, niepiśmienne kmiotki krzyżujące jałówki i buhaje po najbardziej mlecznych krowach - nic o tych intelektualnych spekulacjach nie wiedziały - i dlatego mogły z czystym sumieniem zajmować się hodowlą...

      Usuń
  8. Primo ultimo - ja nie pogardzam instynktami. Ja piszę, że rozróżnienie instynkty - przemyślany dobór pokrywa się z rozróżnieniem niehodowla - hodowla.

    Co do reszty - w pełni zgoda, ale wtedy pomiędzy rozrodem dzików po lesie, a hodowlą koni pełnej krwi w XVIII i XIX wieku w Anglii również nie należałoby rysować ostrej granicy, a jedynie podkreślić różnice natężenia akcentów. Innymi słowy różnica hodowla-niehodowla w takim ujęciu nie będzie jakościowa, a ilościowa.

    No bo jeśli Ci chłopki od tych krówek i buhajków robili hodowlę, to ludzie też ją, moim zdaniem, ze sobą robią, co starałem się uzasadnić wcześniej. Choć oczywiście - krew nie woda - i łatwiej w przemyślany sposób dobrać tego buhaja, niż powstrzymać się od chędożenia niewiasty pośledniejszego rodu.

    Innymi słowy u tych buhajków obecność pierwiastka hodowla/kultura/przemyślany dobór będzie wyższa niż u ludzi. A u dzików robiących brzydkie rzeczy po krzakach - niższa.

    W takim ujęciu hodowlę koni pełnej krwi można sprowadzić do wyekstrahowanego pierwiastka przemyślanego, gdzie instynkty pełnią już tylko rolę w pełni podporządkowanego rozumowi narzędzia. (I dopiero tutaj można chyba zaryzykować tezę o tym przeskoku jakościowym?)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma sporu co do kwestii instynktów vs przemyślany dobór a chów vs hodowla.

      Co nie zmienia faktu, że moim zdaniem postępowanie dawnej arystokracji - o którym zresztą przecież w tekście pisałem - bynajmniej "hodowlą" w ścisłym tego słowa znaczeniu nie było (i dlatego użyłem pojęcia "kultury hodowlanej" - było to bowiem zachowanie PRZYPOMINAJĄCE hodowlę, ale ściśle hodowlą nie będące).

      Dlaczego? Dlatego, że hodowcy zależy na propagacji NAJLEPSZYCH genów. Natomiast arystokracie dbającemu o właściwe ożenki swoich dzieci - zależy na promocji WŁASNYCH genów. Jakie by one nie były!

      Oczywiście, jeśli ma się (uzasadnione czasami...) przekonanie o swojej absolutnej wyższości nad "motłochem" - to różnica pomiędzy jednym a drugim jest bez znaczenia.

      Miałem zresztą ongiś zażarty spór z kol. Hansem Klosem o to, czy rozkład inteligencji w społeczeństwie pokrywa się z jego stratyfikacją, czy nie. Kol. J-23 twierdził, że wcale - ja mu próbowałem udowadniać, że jednak w dłuższym okresie czasu korelacja musi występować, boż zdobycie i utrzymanie pozycji uprzywilejowanej jednak niejakiego sprytu wymaga.

      Problem w tym, że taka "kultura hodowlana" jaką dawna arystokracja posiadała wcale nie dawała możliwości doskonalenia "rasy": bo obok doboru par do rozrodu na zasadzie analizy rodowodów - konieczny byłby jeszcze jakiś "mechanizm selekcyjny", coś na kształt "próby dzielności", dającej obiektywną (w miarę możliwości) informację o wartości użytkowej i hodowlanej konkretnego osobnika. Tymczasem naturalna stronność, jaką rodzice żywią do swojego potomstwa - skutecznie wytworzeniu i utrzymaniu takiego mechanizmu, wszędzie na świecie właściwie - zapobiegła...

      Usuń
    2. Ogólnie wydaje mi się że człowiek zachowuje większą obiektywność w konsekwentnym hodowaniu zwierząt niż w hodowaniu siebie, potomstwo własne jest zazwyczaj najlepsze w opinii prawie każdego rodzica.

      Usuń
    3. Tak jak Pan napisał - można zdefiniować lepszość jako swojość i dochodzimy do wniosku, że arystokracja jednak się hodowała. Poza tym ważny jest dobór matek. Jeśli biorę za żonę córkę bogatego żyda, to nie tylko polepszam sytuację finansową majątku, ale ufam też, że dzieci po dziadku nieco sprytu odziedziczą.

      Proszę zwrócić uwagę, że w rodzinach arystokratycznych dłużej niż gdzie indziej i silniej zachował się etos licznej rodziny. Co więcej sporty klasy wyższej - jeździectwo właśnie (polowania na lisy, polo), żeglarstwo a przede wszystkim wojenka - do bezpiecznych nie należą i stanowiły pewien rodzaj próby dzielności. Młodzian zwykle musiał się wykazać odwagą (a przy okazji sprawnością) zanim przejął schedę. Śmiertelność wcale mała nie była. Nawet dziś wnuk Elżbiety II latał na śmigłowcu w Iraku czy Afganistanie.

      Ja bym powiedział, że dzieci w arystokratycznych rodzinach miały raczej "zimniejszy chów" niż w klasie średniej. Służyło to właśnie zapobieganiu degeneracji i eliminacji osobników, którym inbred na dobre nie wyszedł.

      Usuń
    4. Niech i tak będzie. Jakkolwiek - z całym szacunkiem - niewiele jednak z całej tej "hodowli" wynikło...

      Usuń
  9. Jeśli utrzymywanie "bydła" na pasku przez nieraz nawet tysiąc lat to niewiele... W Wielkiej Brytanii te rodziny nadal funkcjonują, może tytuły wiele nie znaczą, ale gospodarstwa idące w dziesiątki tysięcy hektarów czy własność dużych banków, firm ubezpieczeniowych, etc. zapewniają tym rodzinom godziwe utrzymanie, a przede wszystkim utrzymanie stylu życia na następne 1000 lat.

    U nas się wszystko posypało w jednym, jedynym momencie. Ale życie próżni nie znosi i wytworzyły się nowe "stare" rodziny, które z chęcią korzystają z puli genowej starej arystokracji. Jak choćby córka Kulczyka, która wyszła za Lubomirskiego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tysiąc lat to jednak przesada: w większości krajów Europy arystokracja utraciła realną władzę na rzecz "Nowej Klasy" biurokratów najdalej w połowie XVII wieku - więc nawet najstarsze z istniejących wówczas królestw europejskich, Francja - jeszcze tysiąca lat nie miała...

      Acz, przyznaję: jest to bardzo trwały system sprawowania rządów!

      Usuń
  10. "Hodowla to działalność świadoma i celowa. Metody jakich używa mogą być nienaukowe, magiczne, absurdalne - jakie Pan chce, to bez znaczenia. Ale nie można mówić o hodowli, jeśli nie ma świadomie założonego celu poprawy użytkowości w pokoleniach potomnych!"

    No to przywodcy nazistowscy _probowali_ takiej hodowli w odniesieniu do obywateli III Rzeszy.
    Docelowa populacja miala byc fizycznie i psychicznie zdrowa, "bez skaz" oraz reprezentowac okreslony fenotyp. Starano sie to wymusic wszelkimi mozliwymi srodkami. Gdyby ideologia i wladza nazistow przetrwala ze 2-3 pokolenia to pierwsze efekty byloby widac...

    U ludzi hodowle mozna robic tylko poprzez organizacje, ktora przetrwa dluzej niz jedno pokolenie ludzkie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie tylko przywódcy nazistowscy tego próbowali. Szwedzi, Amerykanie - nawet w Związku Sowieckim eksperymenty tego rodzaju były.

      Tyle, że ówczesna wiedza, mało co wykraczająca poza genetykę mendlowską - nie wróżyła tym eksperymentom powodzenia. Tak samo jak Heck nie miał najmniejszej szansy odtworzyć tura poprzez krzyżowanie najbardziej prymitywnych ras europejskiego bydła - a prof. Vetulani nie doczekałby się tarpana z hodowli koników polskich. Po prostu: teoria była błędna...

      Usuń
  11. Witam,

    Nawet w przypadku rodzin arystokratycznych, o świadomej hodowli nie może być mowy. Dlaczego?

    1. Brak pewności ojcostwa ( w hodowli zwierząt praktycznie nieistnieje),
    2. Brak eliminacji osobników nieprzystajacych do linii hodowlane - odsunięcie od hodowli (syn idiota, to dalej syn i przyszły sukcesor - liczne przykłady historyczne). Nawet przekazanie do kadry duchownej, jako eliminacja z hodowli nie nastepowalo na podstawie zgodności z eksterierem, a na zasadzie kolejności urodzenia.
    3. Brak określenia celu hodowli (samo utrzymanie sie przy władzy jako kryterium, obnaża brak skuteczności. W najlepszym razie kilka pokoleń, cóż to w hodowli.

    Jeśli jakaś dystynkcja miedzy hodowla a chowem ma byc

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koeljność urodzeń decydowała w zasadzie w rodzinach królewskich. My mówimy o całej klasie wyższej. W warunkach zachodnich o szlachcie, a w naszych o bogatszej szlachcie i magnaterii.

      Oddawanie na księdza było jedną z metod, ale najpowszechniejszą selekcją było wysyłanie na wojnę - jak sobie nie poradził, znaczy, że się nie nadaje (np. Władysław Warneńczyk próby nie zdał).

      A, że w wyniku tych działań wykształciła się nieco odmienna rasa człowieka, to oczywiste. Do dzisiaj funkcjonują takie określenia jak "pospolita uroda", "nobliwy wygląd", "szlachetne zachowanie", etc.

      Usuń
  12. to w przypadku ludzi, hodowla jest po prostu nadużyciem języka naturalnego ;)

    Pozdrawiam
    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...