poniedziałek, 1 października 2012

Co to jest „kapitalizm“?

Pojęcie to obrosło przez ostatnie 150 lat mitami – i nic mityczności tych mitów nie umniejsza fakt, że częściej się je wykłada na uniwersytecie, niż powtarza w przysłowiowym maglu. Jeśli zajrzeć do „Encyklopedii Powszechnej PWN“ (a przynajmniej do jej internetowego wydania, do którego odsyła Wikipedia), to na początku zobaczymy definicję może i kontrowersyjną, ale przynajmniej w miarę zwięzłą:

kapitalizm [łac.], system społeczno-gospodarczy oparty na własności prywatnej, wolności osobistej i swobodzie zawierania umów;

po czym idzie bita stronniczka (ale ktoś wierszówki za jedno hasełko skasował..?) rozważań historycznych sięgających XIV wieku…

Co mi się w tym nie podoba? Już samo pojęcie „systemu społeczno – gospodarczego“ nastręcza fundamentalne zgoła wątpliwości. Co to w ogóle za zwierzę, w jakim można je obejrzeć zoologu..?

No w marksistowskim przecież, bo w jakim innym..? Nie, żeby taka etykieta miała od razu sama w sobie to pojęcie dyskredytować – choć (już może bez takich dziwacznych neologizmów jak „metanarracja“ czy temu podobne, proszę..?) przyznaję, że jak słyszę czy widzę po raz kolejny frazes, że „jednakowoż Marks trochę racji miał“ – to nóż mi się w kieszeni otwiera. Marks nie był żadnym tam ekonomistą – jego teoria wartości jest w oczywisty sposób fałszywa i żadne późniejsze jej sztukowanie nic w tym pomóc nie może: nikt by dzisiaj nie słyszał w ogóle o Marksie, gdyby nie fakt, że wielkie i do dziś wpływowe stronnictwo wzięło go sobie na sztandary. Marksa można uważać za proroka, ideologa, twórcę nowej religii – ale za ekonomistę..? No przecież to są kpiny…

OK – „system społeczno – gospodarczy“ to zwierzę z marksistowskiego zoologu, ale nie dlatego przyglądamy mu się z podejrzliwością – tylko dlatego, że jest wybitnie niejasne: no bo co to właściwie znaczy..?

Marks, Engels, Lenin i reszta tej godnej szubienicy bandy zwykła tłumaczyć „system społeczno – gospodarczy“ (alternatywnie zwany także z wojskowa „formacją“) poprzez odwołanie do „dominujących stosunków produkcji“. Tak więc, pierwszą „formacją“, czy też pierwszym „systemem społeczno – gospodarczym“ ma być mityczna „wspólnota pierwotna“, potem idzie „niewolnictwo“ (względnie „azjatycki sposób produkcji“ – który to pomysł z dzieł Engelsa wymazywano pracowicie gumką na rozkaz Stalina, „bo się kojarzył“…), potem „feudalizm“, po „feudalizmie“ właśnie „kapitalizm“ – a wszystko zmierza nieuchronnie do „socjalizmu“, którego zwieńczeniem i ostateczną fazą jest „komunizm“, gdzie już nic a nic nie trzeba pracować, bo wszyscy dostają „według potrzeb“.

Jest to oczywiście ześwieczczona i spłaszczona wersja klasycznego mitu mesjańskiego, z „Nowym Jeruzalem“ na końcu czasów. Nie powiem: jest to atrakcyjny sposób postrzegania dziejów o tyle, że (brutalnie bo brutalnie, ale zawsze…) – nadaje im sens. A mało kto ma odwagę postrzegać dzieje ludzkości bez tego rodzaju mitów i widzieć w nim to, czym naprawdę są: snem pijanego wariata, bez najmniejszego „celu“, „sensu“, „postępu“ czy jakiejś innej, życzliwie tłumaczącej chwilowość i przejściowowość doświadczanych na co dzień cierpień i niedostatków, „zasad organizujących“.

Już sami marksiści mieli poważne kłopoty w dopasowaniu tego ogólnikowego schematu (by nie rzec wręcz: frazesu…) do dziejów konkretnych. Pojęcie „wspólnoty pierwotnej“ nie ma w ogóle żadnych realnych desygnatów – tylko brak spostrzegawczości u dawnych odkrywców i pierwszych, nie dysponujących jeszcze zrębami metodologii antropologów mógł ich przywieźć do zanegowania dobrze znanego obecnie faktu, że najprymitywniejsi nawet aborygeni czy pigmeje – znają jednakowoż i stosują w praktyce własność prywatną, wymieniają się dobrami, roszczą sobie prawo do wyłącznego korzystania z określonych terenów dla celów łowiecko – zbierackich (a że nie mają na to hipoteki, tylko co najwyżej – robią znaki na korze drzew lub układają kupki kamieni..?) i do określonych prawem udziałów w zdobyczy łowieckiej czy rybackiej.

Wcale nie lepiej jest z „niewolnictwem“. Nie słyszałem o mieście czy państwie (za wyjątkiem niektórych „wysp cukrowych“ na Antylach, na Oceanie Indyjskim i na południu Japonii – ale to dopiero w epoce nowożytnej, kiedy to, zdaniem marksistów, ludzkość znajdowała się „w pół drogi między feudalizmem a kapitalizmem“), w którym niewolnicy stanowiliby większość ludność. W istocie rzeczy udział niewolników w populacji ogółem szacuje się na kilkanaście do co najwyżej 25% jak chodzi o „najbardziej niewolnicze“ państwa starożytne – a spora większość ówczesnych społeczeństw liczyła po kilka procent ludności niewolnej, albo i mniej. Dlaczego zatem traktować „pracę niewolniczą“ jako „dominujący sposób produkcji“ w starożytności..?

Chłopi egipscy, choć poddani wielu ograniczeniom, niewolnikami przecież nie byli. Attyckie wazy wyrabiali wolni rzemieślnicy. Za najbardziej niewolnicze uchodziły latyfundia hellenistyczne i rzymskie na Sycylii i w Afryce Północnej – ale i tam, ludność niewolna nie przekraczała właśnie owych 25% i był to jaskrawy wyjątek na tle reszty świata śródziemnomorskiego. Kompletnie nie ma sensu nazywanie starożytności „epoką niewolnictwa“ ani w Indiach, ani na Dalekim Wschodzie – niewolnictwo rozpowszechnili tam dopiero Arabowie, a i tak: było raczej wyjątkiem…

Jak chodzi o „feudalizm“, to jest to pojęcie prawne – i, jako takie, ma sens, lubo nader, nawet tylko w skali europejskiej – zróżnicowany. O „feudalizmie“ możemy bowiem mówić wszędzie tam, gdzie ludność dzieli się na „stany“ o zrónicowanym, a (co do zasady) dziedzicznym statusie prawnym. Czy jednak ów status prawny naprawdę determinuje „stosunki produkcji“?

Do pewnego stopnia – o tyle, o ile chłopi rzeczywiście uprawiają rolę i płacą jej właścicielom „rentę feudalną“ w różnej formie (czynszu pieniężnego, renty produktowej lub renty odrobkowej). Z tego punktu widzenia na przykład – w Wielkiej Brytanii feudalizm istnieje po dziś dzień i ma się bardzo dobrze, lepiej niż kiedykolwiek w dziejach! Wszak, królowa Elżbieta II jest największym beneficjentem Wspólnej Polityki Rolnej Jewrosojuza, kasując co roku dopłaty obszarowe do swoich posiadłości (w tej części, która nie jest wydzierżawiana dzierżawcom, płacącym jej… rentę przecież, bo cóż by innego..?).

OK – to tylko chwyt erystyczny, przyznaję. Kłopot w tym, że z faktu „bycia poddanym“ czy też „opłacania renty feudalnej“ nie wynika bynajmniej – że się nie posiada własności, nie dokonuje wymiany (chociażby towaru za towar…): a „treść“ owych „stosunków feudalnych“ nawet na wschód od Łaby (i znowu – wcale nie w średniowieczu, najbardziej z „feudalizmem“ kojarzonym, tylko właśnie – w epocie nowożytnej, gdy to rzekomo „kapitalizm się formował“), tj. sumaryczna wartość wszystkich wypłacanych rent feudalnych – prawie na pewno nie stanowiła więcej niż połowy szacunkowego PKB (wszak szlachcic zarabił dopiero na tym, że zboże sprzedał! Odrobek, który uzyskiwał od swoich chłopów, był zaledwie jednym z „czynników produkcji“…). Wnoszę to stąd, że wedle szacunków pruskich, panowie wydawali na wsparcie materialne swoich chłopów średnio równowartość 1/3 uzyskiwanej od nich renty – więc „rentą feudalną netto“ byłoby co najwyżej pozostałe 2/3 – i jak by nie liczyć, przecież nie całość wytwarzanych i sprzedawanych dóbr pochodziła z pracy pańszczyźnianej…

Tak więc, przechodząc do konkluzji: nie da się z sensem twierdzić, że „kapitalizm powstał“ tu a tu i w tej a w tej epoce! Ludzie zawsze posiadali jakąś własność. Zawsze wytwarzali jakieś dobra. Zawsze je między sobą wymieniali. Zawsze istniał rynek.

Co więcej: rynek istniał (i istnieje) nawet tam, gdzie władza z całą swoją mocą i przemyślnością próbuje jego powstaniu zapobiec – jeśli ludziom nie wolno handlować jakimiś produktami oficjalnie i legalnie, w świetle dnia – robią to pokryjomu. Na czarnym rynku.

To, co „Encyklopedia Powszechna PWN“ przedstawia jako „rozwój kapitalizm“, to w rzeczy samej jest proces stopniowego likwidowania owych „stanów“ w znaczeniu prawnym, tj. jako formalnych różnic w statusie prawnym poszczególnych osób.

Ów proces rzeczywiście zbiega się w czasie z wdrażaniem rewolucji przemysłowej i rolnej (wprowadzenie płodozmianu w XVIII-wiecznej Anglii…), z gwałtownym wzrostem produktywności ludzkiej pracy i wynikłego stąd dobrobytu. Co więcej: nie ma dwóch zdań, że te zjawiska są ze sobą organicznie powiązane! Prawne ramy feudalizmu, jakkolwiek zapewniały szerokim rzeszom ludności pewność, że dzień jutrzejszy będzie podobny do dnia wczorajszego – nie stwarzały aż tak wielkiej motywacji do wytężonej pracy i pomysłowości, jak: brak takiej pewności…

Tak, jak ja to przedstawiam tutaj – postrzegali to zjawisko także i pierwsi (tzw. „utopijni“) socjaliści. Otóż – żył sobie biedny lud w feudalizmie, nie troszcząc się zbytnio o przyszłość pewien, że zadaniem „panów i baronów“ jest mu tę przyszłość zapewnić. Aż tu nagle „panów i baronów“ zabrakło (dodałbym tutaj – że zabrakło w dużej mierze dlatego, że władcy gosudarstwa odkryli, iż likwidując „feudalizm“ – są w stanie zebrać większe podatki i dostarczyć, szybciej od mniej w tym względzie „postępowego“ konkurenta, większą liczbę lepiej wytresowanych rekrutów na miejsce przyszłej rzezi…) – biedny lud został pozostawiony samemu sobie i zmuszony do pracy ponad siły, nieustannej zapobiegliwości, myślenia, starań, nauki i ponoszenia ryzyka: a to wszystko – pod groźbą śmierci głodowej…

Czy można się dziwić, że tzw. „socjalizm utopijny“ cieszył się niejaką popularnością wśród filantropijnie nastawionych dam z „wyższych sfer“, zdeklasowanych arystokratów, wrażliwych na cierpienie pisarzy, no i oczywiście – tych spośród „biednego ludu“, którzy mieli czas na tak oderwane od codziennej walki o kawałek chleba myślenie..?

Marks niczego w tym nie zmienił – poza tym, że „myślenie wsteczne“, wedle którego „dobrze już było“, a „stanem rajskim“ był właśnie ów zniszczony dopiero co „feudalizm“ – zamienił w „myślenie postępowe“, wedle którego „dobrze to dopiero będzie“: starczy tylko przyjąć owe maszyny i fabryki – i obrócić powstające dzięki nim bogactwo, na potrzeby „ludu wybranego“ (czyli „proletariatu“).

To się nie sprawdziło w praktyce: świat jest (był do niedawna?) „piękny i różny“ jak pisze Mistrz Herbert. Ktokolwiek ograniczył rynek, odsuwając owo widmo śmierci głodowej, nieustannie wiszące nad każdym kto nie pracuje, nie kombinuje, nie stara się, nie uczy – wcześniej czy później przegrywał z mniej w tym względzie oględnym konkurentem. W tej chwili widzimy, jak „bogata Północ“, gdzie nie tak łatwo umrzeć z głodu – przegrywa stopniowo konkurencję z „biednym Południem“, gdzie kto nie pracuje – miski ryżu nie dostanie.

Wolno konkurencja to nic przyjemnego! Kto by nie wolał mieć pewności, że jego dzień jutrzejszy będzie taki sam, jaki był dzień wczorajszy – i jak wczoraj kładł się spać syty i zadowolony, tak też syty i zadowolony położy się spać jutro..?



Jeśli twierdzimy, że „wolny rynek jest dobry“ – to nie dlatego, że ktokolwiek osobiście wyciąga z tego korzyści. Na „naprawdę wolnym rynku“ – zbankrutować i umrzeć z głodu może także Bill Gates czy baron Rotshild (jakkolwiek – przyznajmy – jest to możliwość niezmiernie wręcz teoretyczna: wymagałoby to bowiem szaleńczej zaiste rozrzutności i lekkomyślności…). Zdanie „wolny rynek jest dobry“ to wyraz doświadczenia minionych lat 300 czy 400: cały ten dobrobyt, ten nadmiar, ten przesyt w którym się obecnie tarzamy – jest skutkiem nieustannej groźby śmierci głodowej, nieustannego cierpienia, nieustannej niepewności jutra, jaka była udziałem zdecydowanej większości ludzkości przez ten czas. Jeśli odjąć ową niepewność, ryzyko i grozę – motywacja do efektywnego działania i pomysłowość: opuszczają człowieka – i nagle cały „postęp“ staje w miejscu…

Jest zatem „kapitalizm“ zjawiskiem paradoksalnym. Nikt go nie chce, nikogo on nie uszczęśliwia – a jednak, wszyscy zawdzięczamy mu bardzo wiele!

12 komentarzy:

  1. "cały ten dobrobyt, ten nadmiar, ten przesyt w którym się obecnie tarzamy – jest skutkiem nieustannej groźby śmierci głodowej, nieustannego cierpienia, nieustannej niepewności jutra, jaka była udziałem zdecydowanej większości ludzkości przez ten czas. Jeśli odjąć ową niepewność, ryzyko i grozę – motywacja do efektywnego działania i pomysłowość: opuszczają człowieka – i nagle cały „postęp“ staje w miejscu…"

    Nie staje.
    Einsteinowi ani Newtonowi smierc glodowa nie grozila, bynajmniej. Podobnie Edisonowi, Ferdynandowi Porsche, Fordowi, nie wspominajac juz o tworcach sieci ARPANET i reszty zwiazanej z komputerami tudziez biotechnologia.

    Zapomniales o piramidzie potrzeb Maslowa.
    Ci, ktorzy pchaja cala cywilizacje do przodu i robia ten "postęp" to sa ludzie wywodzacy sie z elity, ktora o to, co do pyska wlozyc, nie musi sie na ogol martwic.

    Strach i lęk nie jest motywacja i nie pomaga w byciu tworczym. W ucieczce i walce - o jak najbardziej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po pierwsze - nie masz racji (odkrywcze, prawda?). Może Edisonowi śmierć głodowa nie groziła (choć... nie byłbym taki pewien..?), Ferdynandowi Porsche to mógł ewentualnie grozić proces norymberski, itd., itp - ale to są wisienki na torcie. Żeby im "udało się popchnąć cywilizację do przodu": potrzeba było najpierw tysięcy jak nie milionów anonimowych w większości tkaczy, górników, farmerów czy kolejarzy, których drobne usprawnienia, a nade wszystko - chęć do nauki i skłonność do szukania zajęcia poza opłotkami rodzimej wsi - stworzyła cywilizację techniczną, zdolną do recepcji tego rodzaju wynalazków. A tych bez TAKIEJ WŁAŚNIE motywacji - raczej by się do wyjścia poza owe opłotki - nie nakłoniło...

      Po drugie: rozumujesz nazbyt dosłownie. Może Fordowi śmierć z głodu nie groziła. Ale bankructwo, a przynajmniej - poważne straty i za tym idący brak możliwości realizacji (dość, skądinąd, egzotycznych...) ambicji - jak najbardziej tak! I taką właśnie niepewność chodzi.

      Nic przyjemnego, swoją drogą. Dlatego za całkowicie mijające się z celem uważam "przekonywanie" do wolnego rynku. Ludzi można nakłonić do takiego wyboru wyłącznie, gdy są w ostatecznej desperacji - albo przywieźć przemocą lub oszustwem. Ale nie mając noża na gardla i jako tako orientując się o co chodzi - ZAWSZE wybiorą zgniłe, bezpieczne ciepełko jakiegoś socjalizmu. Albo feudalizmu - jak już nas na socjalizm nie będzie stać...

      Usuń
    2. Zabawne, ale ja do tzw. "wolnego rynku" bynajmniej nie przekonuje i nie zamierzam.

      Uwazam tylko, ze niewlasciwie to umotywowales.
      Owszem, potrzebne byly nadwyzki produkcyjne, one zostaly wyrabiane przez setki tysiecy zwyklych robotnikow - ale ci robotnicy byli gnani w wiekszosci nie glodem, ale mysla, ze w miescie BYC MOZE bedzie im sie zylo lepiej niz w bidzie na wsi.
      Czy setki tysiecy robotnikow chinskich emigrowalo do miast, bo na wsi zdychali z glodu? Nie. Owszem, bieda byla i warunki fatalne, ale z glodu nie gineli.
      Szli do miasta, zeby moc dzieci poslac do szkoly, zeby polepszyc swoj byt - nawet jesliby to mialo byc dopiero drugie pokolenie.

      Usuń
    3. No cóż: bynajmniej w Anglii (i w Polsce też...) "zbędnych" chłopów to trzeba było ze wsi wyrzucać siłą. Dosłownie. Używając dragonów i artylerii w razie potrzeby...

      Usuń
    4. No ale nie tylko tu. Gdyby nie partyzantka Swietlistego Szlaku w Peru, to w Limie 80% ludnosci nie mieszkaloby w slumsach.
      Uciekali ze wsi z powodu zagrozenia fizyczna eksterminacja (wlasciwie obie strony mordowaly okolicznych mieszkancow po uwazaniu...).

      A w innych panstwach Am Pd? Podobnie to wyglada. Ludzie ze wsi ruszaja sie tylko wtedy, kiedy jest to kwestia zycia i smierci (np. partyzantka). Przy czym tereny, na ktore sie przenosza (najczesciej slumsy w duzych miastach) i "mozliwosci" oferowane przez "kapitalizm" nie powduja, ze rzucaja sie w wir wynalazczosci i polepszaja swoje zycie. Wrecz przeciwnie - co widac, jak sie slumsami owymi przejdzie.

      Ludzie wszedzie tak maja, ze jesli nie widza nadziei na lepsza przyszlosc, to beda robic tylko absolutne minimum - ot takie, zeby z glodu nie umrzec i jakos przezyc...bo po co sie wysilac, jesli z tego wysilku nic w przyszlosci nie wyniknie, poza przepracowaniem, garbem i zmeczeniem? Tzw. "kapitalizm" od feudalizmu roznilo to, ze przynajmniej teoretycznie otworzyl mozliwosci "awansu spolecznego" - ktory w spoleczenstwie klasowym byl bardzo ograniczony i dostepny jedynie jednostkom.

      Usuń
  2. A... zapomnialam, przepraszam. Strach i lęk napędza tez motywacje pt. "get rich quick" - czyli np. jak zostac najlepszym kieszonkowcem, jak awanasowac ze zwyklego zolnieza mafii na bossa albo jak zrobic mega przekręt i zwiac nie ponosząc knsekwencji.

    Trudno jednak takie dzialania nazwac rozwijajacymi i pchajacymi postęp do przodu...

    OdpowiedzUsuń
  3. Jacku,

    Bardzo ciekawy i bardzo polemiczny, a ze korzystam ze smartfona, na którym pisać nie lubię ogranicza sie jedynie do kilku spraw.

    1. Marks nie był marksistą, o czym większość o nim piszących zapomina i nie czytając jego dzieł straszy nim jak dzieci złym wilkiem. Stawianie go, zaś w jednym rzędzie z LenInem i często ze Stalinem jest kompletnym nadużyciem, tak jak stawianie Fryderyka N. w jednym rzędzie z Hitlerem i Goebbelsem. Zarówno w jednym jak i w drugim przypadku jest to użycie i nadużycie teoretykow przez praktyków. Przecież Marks w gruncie rzeczy był kapitalista w działaniu i stad znał ten system i tak precyzyjnie go opisał.
    2. Przeczytaj Kapitał, poza wszystkim dobrze sie czyta. Trafnosc opisu XIX wiecznego jak i obecnego systemu jest momentami porażająca. Nie znaczy to, ze bez Marksa nie da sie o kapitalizmie mówić czy pisać, ale w gruncie rzeczy inni, np. Weber dochodzą innymi drogami do podobnych wnioskowa. To trochę tak jak by z antropologii wyrzucić Malinowskiego, da sie przecież, ale obraz będzie ulomny.
    3. Pamiętaj ze nauka bazuje na modelach.
    4. Piszesz, ze niewolnicy czy chłopi to jedynie koło 20-30 procent działalności produkcyjnej. Alez to bardzo dużo. Wiesz ile osób w 38 mln Polsce jest zawodowo czynnych

    OdpowiedzUsuń
  4. A ile spośród nich to przedsiębiorcy, i jaki to ma wpływ na całość?
    6. Rożne systemy produkcji wspolostnieja na przestrzeni całych znanych nam dziejów - to oczywiste. W stalinowskiej Rosji także znajdziesz enklawy kapitalizmu. Antropologia dostarcza przykładów społeczeństw o dominującej własności kolektywnej ( sumatrzanskie bodajże plemię Kubu na przykład). Oczywiście własność indywidualne ( ubranie, przepaska biodrowa, rzeczy odobiste) są także w najbardziej kolektywnych spośród kolektywnych społeczności. Łąki gromadzkie czy lasy. Chodi jednak o dominujący typ, bo przecież przykład nie jest dowodem.
    7. Jeśli negujesz pojęcie systemu godpodarczo-społecznego, to usun także ze swojego słownika pojęcie prawo, w jaki ogrodzie zoo znajdzie stwora o nazwie - immisja bezprosrednia, czy władza rodzicielska? Wszystko są to symbole czegoś nie do końca określonego, ale ułatwiające w sensie opisowym i intelektualnym postrzeganie rzeczywistych. Choć oczywiście pełno w naukach społecznych potworkow jak np. Społeczność międzynarodowa.
    8. Metanarracja jest może niezbyt pięknym terminem, ale jakże uzytecznym - nieprawdaz?

    Pozdrawiam serdecznie
    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń
  5. Witam,

    Przepraszam za literówki.
    Pozdrawiam
    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń
  6. Czytałem "Kapitał". Fakt, że było to dobre 20 lat temu...

    Idąc zaś po kolei: nie neguję faktu, że nauka bazuje na modelach. Kwestionuję tylko użyteczność pojęcia "system społeczno - gospodarczy" jako wiarygodnego modelu cośkolwiek nam mówiącego o rzeczywistości. W rzeczy samej, "modele" zaprezentowane przez Marksa, to pomieszanie fantazji (skądinąd - typowej dla jego czasów: Diderot nie takie rzeczy się o Polinezyjczykach, a zwłaszcza o Polinezyjkach zwidywały...), grubej niewiedzy (nic prawie wtedy nie wiedziano o życiu ekonomicznym świata starożytnego...) i faktów - odnoszących się jednakowoż w pierwszym rzędzie do stanu prawnego, a nie do "stosunków produkcji" (jak ów "feudalizm" nieszczęsny...). Ogólnie: cały Marks i sposób myślenia, który zapoczątkował, byłby tylko mało znaczącym przyczynkiem w historii nauki - gdyby nie owa "praktyka" właśnie, która za teorią poszła...

    Co do "własności kolektywnej" - to należy pamiętać, że co innego w tej materii opisuje antropologia, a co innego zwidywało się Marksowi. Z faktu, że żadna pojedyncza jednostka nie jest właścicielem "terenu łowieckiego Buszmenów", nie wynika bynajmniej, że "ziemia Buszmenów" należy do wszystkich! Boleśnie może się o tym przekonać ten, kto nie należąc do właściwego klanu - spróbuje na tej ziemi polować... Dalej idąc: z faktu, że nikt w klanie nie jest "konkretnym właścicielem" terenu łowieckiego, nie znaczy, że każdemu wolno z niego korzystać jak chce, kiedy chce i dowolnie, a nie wedle prawa i obyczaju - podzielić zdobycz....

    Widzieć w tym dowód na możliwość istnienia jakiegokolwiek bądź "komunizmu" - może tylko ten, kto bardzo chce coś takiego zobaczyć!

    OdpowiedzUsuń
  7. Witam,

    Co do Marksa to mam nadzieje, ze będzie kiedyś okazja o tym porozmawiać przy jakimś szlachetnym trunku ;)

    Co do komunizmu, to nic takiego nie napisalem ani nawet nie pomyślałem. Chodzi po prostu o powszechne przypadki własności kolektywnej ergo nie prywatnej (jednostkowej).

    Pozdrawiam
    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Problem w tym, że używając pojęcia "własności kolektywnej", chcąc nie chcąc popada się w takie skojarzenia (tym bardziej, że znam mnóstwo ludzi, którzy tak myślą - na poważnie...). Być może nie jest to najszczęśliwszy termin po prostu?

      Buszmeni nie zawłaszczają prywatnie ziemi, bo nie jest im do niczego potrzebna: w ramach ich łowiecko - zbierackiej gospodarki liczą się, tj. mogą być przedmiotem własności - raczej konkretne "uprawnienia": do polowania lub zbierania w określonym miejscu i czasie, do udziału w łupach, itp. I te "uprawnienia" są całkowicie indywidualne, co więcej - mogą być i bywają np. przedmiotem handlu lub dziedziczenia.

      Jeszcze w XX wieku Turkmeni właściwie nie posiadali na własność ziemi - na pustyni ziemi jest, ile tylko kto chce - "przedmiotem praw własnościowych" była woda, która dopiero pozwalała uzyskać jakieś plony!

      Tak się do tej pory traktuje łowiska morskie - nikt ich przecież nie ogradza, ani nie wystawia na nie hipoteki. Czy to jednak znaczy, że każdy może łowić ryby gdzie mu się żywnie podoba..? Bynajmniej - i już nawet i wojny o to bywały...

      Inaczej: żeby coś mogło podlegać "zawłaszczeniu" jako "własność prywatna" - musi być "dobrem rzadkim", tj. takim, którego jest mniej niż chętnych na nie. Dla Buszmena "dobrem rzadkim" jest pożywienie, a nie ziemia (z której nic by nie miał, bo Buszmeni nie znają rolnictwa...). Dla Turkmena sprzed kolektywizacji "dobrem rzadkim" była woda. Dla rybaka - są to prawa wykonywania połowów sieciami o określonych parametrach, w określonym miejscu i czasie...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...