czwartek, 27 września 2012

Miłość: uniwersalny zastępnik wszystkiego?

Przyznaję: bywam brutalny i apodyktyczny. Miała prawo dziewczyna poczuć się zaatakowana, więc przepraszam – publicznie i głośno, żeby nie było.

Skądinąd jednak – problemu to nie likwiduje. Czy miłość właściciela może zastąpić koniowi pastwisko? Czy miłość do zwierzęcia zastępuje właścicielowi wiedzę i doświadczenie?

Żeby nie było, że tylko krytykuję – owszem, można trzymać konie na małej działce terenu i zachować je w dobrym zdrowiu i wspaniałej kondycji. Robi tak przecież nasz przyjaciel Zbyszek z Frontierem i Melonem – ale to są konie ciężko pracujące, w naprawdę forsownym treningu rajdowym. Koniki polskie naszej sympatycznej koleżanki – pracują co najwyżej lekko.

Na czym polega różnica? Na przemianie materii. Prawidłowe działanie układu trawiennego konia wymaga jego stałego wypełnienia na pewnym minimalnym poziomie – inaczej flora jelitowa ginie i koń choruje. Dlatego absolutną podstawą w żywieniu konia ZAWSZE jest pasza objętościowa: niezależnie od tego, czy jest to koń w ciężkim treningu, czy „żywa kosiarka do trawy“. To, ile paszy treściwej można do tej podstawy dodać – zależy od tego, jak dużo  koń się rusza. Dla każdego zwierzęcia indywidualnie da się dobrać optymalną kombinację pasz w zależności od tego, jakiemu wysiłkowi jest poddawany. Z tym, że zawsze lepiej dać paszy treściwej mniej niż za dużo – tak naprawdę koń prawie że nie potrzebuje białka, tyle mu go dostarczają różne wymoczki, żyjące i zdychające w jego jelicie ślepym (i stąd koń jest samowystarczalny jak chodzi o białka egzogenne, w przeciwieństwie do człowieka: gdyby człowiek miał być „z urodzenia“ jaroszem, to powinien mieć sporo większy brzuch niż ma – i miejsce na wymoczki tamże…). Że dodajemy koniom paszy treściwej do diety – to nie dlatego, że tak jest dla nich zdrowo, tylko dlatego, że nam to ułatwia życie: bo pasza treściwa daje więcej energii w jednostce czasu, więc koń może DŁUŻEJ pracować, a krócej – żerować.

A spośród wszystkich możliwych rodzajów paszy objętościowej – najlepsza dla konia jest świeża ruń pastwiskowa, z której sam sobie wybiera to, co mu akurat smakuje…

Oczywiście, wszystko co powyżej – absolutnie nie dotyczy chłopskich koni, trzymanych po oborach. I prawidłowo zresztą, bo w tym przypadku, celem żywienia nie jest ani utrzymanie koni w dobrym zdrowiu i optymalnej kondycji, ani nawet – jakkolwiek rozumiana ekonomia (wypas konia jest przecież najtańszym możliwym sposobem jego żywienia… w każdym innym wypadku, nie tylko musimy zebrać lub kupić karmę, ale też – ponosimy „energetyczny koszt“ podetknięcia jej koniowi pod paszczę!). Celem żywienia chłopskich koni trzymanych po oborach jest jak najszybszy przyrost tkanki tłuszczowej. Po co ta tkanka tłuszczowa, to już nie będę, przez wzgląd na wrażliwe dziewczęta, które mogą to czytać wyjaśniał – ale owszem: konina jest smaczna i zdrowa (choć byłaby i smaczniejsza i zdrowsza, gdyby te chłopskie koniki jednak czasem chociaż – pastwisko oglądały…).

Sam mam w tej chwili poważny problem. Nasze konie należą do rasy charakteryzującej się bardzo dobrą (tj. szybką) przemianą materii i bardzo dobrym wykorzystaniem paszy. Pozostawione od kwietnia na pastwisku 24 godziny na dobę – bez jakiejkolwiek w tej chwili pracy pod siodłem czy na lonżowniku, bośmy się strasznie pod tym względem rozleniwili (na początku kobyły nie miały do tego głowy, zajęte Knedlikiem, a i Knedlik strasznie rozrabiał, gdy którąś próbowaliśmy mu zabrać poza ogrodzenie – a z biegiem czasu my wypadliśmy z rytmu…), dostając do tego symboliczną garstkę owsa trzy razy dziennie (mniej niż miarka na łeb łącznie dobowo wychodzi – a to tylko po to, żeby chciało im się wędrować pod wiatę, gdzie można je napoić: bo nie zawsze robią to chętnie, a powinny pić regularnie…) – spasły się jak świnie po prostu! Wstyd je pokazywać w tej chwili…

Obawiam się, że bez powrotu do pracy tych obwisłych brzuchów – nie tylko nieestetycznych, ale też niezdrowych, źrebna kobyła nie powinna być tak zapasiona – nie zlikwidujemy. Dlatego wkrótce – pewnie od przyszłego tygodnia, bo zmiana czasu wybitnie to na nas wymusi – popołudnia będą spędzać pod wiatą i pracować. Na początek – na okręgu.

Mamy ten problem POMIMO, że nasze pastwiska są dość rozległe – dla mnie przynajmniej (też się roztyłem, swoją drogą – rok temu miałem o wiele więcej biegania, bo w dodatku do tego wszystkiego, regularnie wyszukiwałem też konie błąkające się po bliższej lub dalszej okolicy…), przejście tego prawie 1,5 km 3 razy dziennie po to, żeby konie zazwyczaj pasące się w najbardziej odległym kącie pastwiska przyprowadzić – to już jest całkiem przyzwoity trening. Jak łatwo policzyć, przechodzę codziennie nie mniej niż 4 – 5 km (a jak mi się zechce grzyby pozbierać, albo rżnę młode brzózki i sosenki, czy zbieram owoce – to całkiem spokojnie wychodzi 10 km dziennie i wcale to nie jest dużo: zeszłej jesieni, jak obliczyłem wtedy – robiłem średnio dziennie ok. 20 km…) – a nasze konie, nieustannie krążąc po pastwisku, dzień w dzień pokonują kilkukrotność tego dystansu.

Pastwisko to nie tylko żarcie – ale też ruch. Podstawą dobrej kondycji psychofizycznej u konia, który jest z natury zwierzęciem wędrownym – jest zachowanie właściwej kombinacji tych dwóch czynników. Im więcej ruchu – tym więcej może koń bez szkody dla zdrowia zeżreć. Ponieważ zaś głodzić konia nie można (robi to się wyłącznie przed operacjami w obrębie jamy brzusznej – i wiąże się z poważnymi komplikacjami zdrowotnymi, bo odtwarzanie zniszczonej flory jelitowej u konia do zadań prostych i łatwych nie należy…), istnieje też pewna minimalna ilość ruchu fizycznego, którą koń MUSI mieć zapewnioną, jeśli ma być zdrowy.

Ciężko pracujący koń może pastwiska nie potrzebować wcale – bo konieczny mu dla zachowania zdrowia ruch ma w pracy, a pracując tak długo i tak nie miałby czasu na samodzielne wybieranie najsmaczniejszych kąsków z pastwiskowej runi – trzeba mu żarcie dać pod nos, żeby miał czas się wyspać i odpocząć. Ale koń pracujący lekko? Bez pastwiska?

Owszem: w zdecydowanej większości stajni pensjonatowych pod Warszawą tak przecież jest. Tylko co się dziwić, że potem konie kolkują, cierpią z powodu ochwatu a nawet – ostatnio, coraz częściej – zapadają na cukrzycę?

No więc, wracając do tematu: czy miłość właściciela może zastąpić koniowi pastwisko?

Jest to poważne pytanie. Pytanie, które sam sobie też muszę zadawać – wprawdzie ja akurat pastwiska dla koni mam, ale kto może wiedzieć, czego innego mi zabraknie „w godzinie próby“..? Biorąc pod uwagę, że przecież wszystko może się zdarzyć, a jak na razie – moja sytuacja materialna jest jaka jest?

Kto wie? Może się zdarzyć, że będę w kwietniu żebrał o pomoc, gdy mi się któraś rozerwie przy porodzie, albo co innego, nieprzewidzianego się zdarzy?

Racjonalna odpowiedź jest oczywiście taka jaka jest – jak kogoś na konie nie stać, to powinien je sprzedać. Że tego nie robię – to dlatego, że bynajmniej nie tracę nadziei na (rychłą dość) poprawę sytuacji. No i – póki miałem za co, zadbałem o to, co uważam za najważniejsze: o pastwiska właśnie! Ich rozległość, tak męcząca gdy chodzi o sprowadzanie koni na pojenie, czy o grodzenie – daje nam ten komfort, że nawet w tak fatalnym dla trawy roku jak ten – nasze konie wciąż mają co jeść i problemem dla nas nie jest brak trawy, tylko brak chętnych do wykoszenia naszych niedojadów…

Oceniając minione trzy lata stwierdzam, że decyzja o zakupie Boskiej Woli – była optymalna. Siedząc wciąż w Warszawie miałbym tylko minimalnie lepsze szanse na zdobycie pracy (i lepsze jej wykonywanie: bo nie ma się co czarować, przy tych cenach ropy jakie są, dojeżdżanie do Warszawy samochodem jest w tej chwili mało sensowne…) – a koni już dawno byśmy musieli się pozbyć, bo nie ma mowy, abym je tak długo po pensjonatach utrzymał! Właściwie, to żałować mogę tylko tego, że przenieśliśmy się tak późno – i że mieliśmy początkowo nierealistycznie optymistyczne i megalomańskie idee jak chodzi o zabudowę. Gdybym, zamiast zlecać wykonanie projektów, użył jakiegoś projektu gotowego i z góry założył, że naszym priorytetem nie jest piękna murowana stajnia – pewnie byśmy nie mieli długów, a i mieszkalibyśmy i my i nasze konie – bardziej komfortowo… Inna sprawa, że wiele nas to projektowanie nauczyło - i kto wie, może się jeszcze przyda..?

Wizualizacja naszego projektowanego basenu do pławienia koni - może nie jest to pomysł idealny na czasy kryzysu, ale dalej uważam, że trudno by było na tym biznesie stracić! Gdyby tylko mieć za co ów basen wybudować - jakieś ćwierć miliona potrzeba...


Tyle, że taka właśnie, a nie inna decyzja i co do zakupu ziemi – i co do sposobu jej zagospodarowania: to był efekt bez mała 20 lat przykrych często i traumatycznych nawet doświadczeń – tego zwłaszcza doświadczenia, tak częstego w podwarszawskich stajniach pensjonatowych, gdy trawa na wybiegu kończy się… w maju? Na pytanie zatem, czy miłość do koni może właścicielowi zastąpić wiedzę i doświadczenie – odpowiadam zdecydowanie przecząco.

Prawdopodobnie, żeby wiążąco i ostatecznie odpowiedzieć na pytanie, czy miłość właściciela zastępuje koniowi pastwisko – trzeba by wejść w skórę konia.

A Ty, co o tym sądzisz Czytelniku – czy miłość naprawdę jest uniwersalnym zastępnikiem wszystkiego..?

44 komentarze:

  1. Przewrotność Twa granic nie zna! :DDD
    Haczysz Asan o mistykę splątaną z realiami. Czy da się pogodzić? pewnie tak. Ale czeba by długiego i solidnie przemyślanego wywodu, a mnie się nie chce. :DD
    Krótko: jest i nie jest :DDD

    OdpowiedzUsuń
  2. Odpowiedź jest oczywista, przecież jej udzieliłeś i nie ma jak z nią dyskutować stojąc na ziemi, a nie latając w obłokach.
    Oczywiście nie dotyczy to tylko parzystokopytnych.
    Cóż np. z miłości rodziców do dziecka skoro nie są w stanie zapewnić edukacji lub w sytuacji kryzysowej leczenia.
    A ile ludzi kocha swoje pieski i kotki, a jak trzeba wydać kilka, kilkanaście tys. na leczenie muszą je uśpić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nieparzystokopytnych :)

      Usuń
  3. Myślisz, że za 250k można wybudować takiej wielkości kryty basen?
    Chyba powinna być jeszcze instalacja do wyławiania konia gdyby ten dostał np. kolki podczas pływania. Widziałem coś takiego w Reichu na basenie dla dzieci. Gdy ktoś się topi, wysuwa się z dna kratka, i wszyscy pływający znajdują się na powierzchni. A może jakieś szelki asekuracyjne?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak naprawdę jest to podłużna dziura w ziemi, częściowo wypełniona zbrojonym betonem i trochę rur, ze starą motopompą strażacką jako "sercem" całego systemu. 4 lata temu architekt szacował koszt materiałów na ok. 60 tysięcy - a od tamtej pory ceny raczej spadają...

      Niecka jest prosta i otwarta na obie strony, więc jest to system "anty-panik", jak koń się przestraszy, to po prostu wybiegnie na wprost, o nic nie zahaczając. Na wypadek, gdyby zasłabł - przewidziałem szynę kolejową pod sufitem i kołowrotek...

      Usuń
    2. Konie w basenach sie plawi (?) podtrzymujac jedynie na lonzy dopietej do kantara. Zadnych systemow ratunkowych nie widzialam na jakimkolwiek z konskich basenow, ktore mi bylo dane zobaczyc.
      Cwiczenie dobre bo nie obciazajace nog, natomiast przesadzac nie wolno, gdyz moze z kolei przeciazyc serce.

      Usuń
  4. Przepraszam za bezpośredniość, ale pozwolę sobie zadać pytanie:

    Na czym polegałoby zarabianie na takiej rynnie z wodą? rehabilitacja za pieniądze koni sportowych po kontucjach? jest na to rynek w Polsce? jeśli to byłby taki dobry interes, to takie rynny byłyby budowane w podwarszawskich ośrodkach chyba (?)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlaczego w Polsce? To za granicą RP świat się kończy i spada się na skorupę olbrzymiego żółwia, albo zgoła ginie w otchłani? Najbliższy basen do pławienia koni jest w Monachium z jednej strony, a w Kazaniu - z drugiej.

      Ze 2 lata temu kontaktował się z nami człowiek, który chciał basen pod Warszawą budować - ale go, jak widać, do tej pory nie wybudował.

      Bo, jeśli to robić "normalnie", to jest to wielomilionowa inwestycja. A ja mogę zrobić za ćwierć miliona - we dwóch, z naszym sołtysem...

      Dodatkowo, basen byłby nie tylko dla koni, ale też i dla psów. A to już dużo poważniejszy rynek. Zresztą, sądzę, że gdybym zaczął budowę - kolejka by się już ustawiła...

      Usuń
    2. A na zachodzie modne sie robia wodne bieznie, dla koni i psow...

      Usuń
  5. Nie wchodzac w zawilosci tematu, i nie podejmujac krytyki, obiektywnie i dyplomatycznie rzekne, iz ze wzgledu na cene ziemi nadal jeszcze szukam dzialki (bo placic bede gotowka, w kredyty nie zamierzam sie pchac), ktora bylaby odpowiednio duza na moje (jak na razie) cztery mordy... Biorac pod uwage wieksza ilosc mord wkrotce...
    A ze jestem za utrzymywaniem koni w jak najbardziej zblizonych do naturalnych warunkach, to pewnie jeszcze mi sie zejdzie na szukaniu. Eech...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo Ty przyjęłaś całkowicie błędne założenie. Podlasie (tak samo jak Mazury, Bieszczady i inne atrakcyjne turystycznie regiony) jest po prostu drogie. Zresztą - za standard się płaci!

      Jak chcesz dużo ziemi za małe pieniądze - to tylko u mnie, pod Warszawą! Tu w dalszym ciągu maksymalna cena hektara oscyluje wokół 10 - 12 tysięcy zeta (między swemi...).

      Oczywiście: za to nie działają komórki, nie dochodzi internet i nie odśnieżają dziurawych dróg. No ale - cywilizacji to chyba się już nałykałaś..?

      Usuń
    2. Ale ja chce tam, gdzie wrony zawracaja... Calkowicie z dala od cywilizacji! Zeby jeszcze na Bialorus nie trzeba by bylo wiz to ja bym sie u Lukaszenki zainstalowala, bo tam chalupe z 2-3 hektarami spokojnie za 15 tysiecy mozna zlapac...

      Usuń
    3. A może do Juszczenki? ;-) Chałupa + 3.000 hektarów to już coś... ach te rozległe ukraińskie stepy....

      Usuń
    4. @ Kamphora

      Spróbuj do mnie dojechać albo nawet dojść, jak spadnie kilka centymetrów śniegu - to się przekonasz, gdzie wrony zawracają!

      Mieliśmy już taką zimę, że dzik po naszych śladach chodził, co by się w śniegu nie zapadać...

      Usuń
    5. Juz wiem dokladnie, gdzie wrony zawracaja... ;) C.d.n. pod koniec pazdziernika, kiedy to znow zawitam w Polsce...tym razem samochodem terenowym :D

      Usuń
    6. @Agniecha ja z checia najwieksza zawitalabym w strony bliskich przodkow, tj. Branskaja oblast', no a jak na Ukraine to tez rodzinnie, gdzies kole Homieli... Jak w granicach Polski, to tylko Podlasie pozostaje!

      Usuń
    7. No, to mam nadzieję,że znajdzisz, czego szukasz ( albo już znalazłaś ) i hajda na ojczyzny łono tym cygańskim wozem, albo i całym taborem.

      Usuń
    8. Dzieki! W przyszlym miesiacu mam zamiar znalezc :)

      Usuń
  6. W szkole mnie uczono ;) (bo praktyki wielkiej nie mam, niestety), że konie i owszem, bez pastwiska się obejdą, mając: a - robotę/trening, b- siano...
    Znajoma trzymała 3 fryzy; na koplu...hmmm...może około 20a. Sama nie wiem jak one tam żyły...Sutno to trochę wyglądało.Zdrowe były, ale co z psychiką? Nie wiem.
    Co do basenu-to fajna sprawa, tylko jak na "zadupiu" to trzeba to połączyć z pensjonatem.Sama myślałam o rehabilitacji małych zwierząt u siebie, na wiosze...Ale...kto by tu specjalnie przyjeżdżał? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyscigowe tez zyja, majac cztery sciany boksu przez 23 godziny na dobe ;)

      Usuń
    2. @ Kamphora

      Ale za to, przez pozostałą godzinę zapi...ają jak odrzutowce!

      @ Tupaja

      Mam tę przewagę, że teoretycznie jestem godzinę samochodem od Ursynowa. Ale to, niestety, teoria. Bo przez ostatnie 3 lata przekonałem się, że dla Prawdziwego Warszawiaka KAŻDY wyjazd poza granice miasta, to wyprawa na koniec świata i liczba chętnych, żeby tu dojechać - nie jest wielka. No i to odśnieżanie w zimie... Ale - to też są trudności do rozwiązania, pomysły mam...

      Usuń
    3. A wcale nie Jacku, klusa i stepa chodza tez, a zap...ja przez zaledwie kilka minut, i to wcale nie jak odrzutowce ;)

      Usuń
    4. Masz rację oczywiście - ale jednak i rytm i specyfika takiej pracy są z niczym nieporównywalne... Mieliśmy dwa konie na Służewcu (Melesugun na rehabilitacji, Margire w treningu) - i z całą pewnością ani fizycznie, ani psychicznie im to nie zaszkodziło!

      Usuń
    5. Na Sluzewcu moze nie, ale w takim Newmarket to juz mogloby zaszkodzic ;) Mnie Sluzewiec tez nie zaszkodzil przez 20 lat, kochalam te prace, a wyscigi znienawidzilam w ich kolebce, w Newmarket wlasnie. Paradoksalnie.

      Usuń
  7. "Wizualizacja naszego projektowanego basenu do pławienia koni - może nie jest to pomysł idealny na czasy kryzysu, ale dalej uważam, że trudno by było na tym biznesie stracić!"

    O, stracic bardzo latwo.

    Po pierwsze:
    Jaki masz czas zwrotu tej inwestycji? tj. zalozmy, ze jak mowisz ten basen kosztuje 250 tys.
    Zaozmy, ze ktos ci udzieli kredytu na taka inwestycje. Jakie miesiecznie bedziesz mial raty do splacania i jak musisz ustawic cene za jedno "plawienie" zeby pokryc raty kredytu, koszt goszczenia koni i jeszcze zarobic? Ile takich "plawien" musialoby byc miesiecznie i przez ile lat, zeby splacic kredyt? Jak zamierzasz zapewnic sobie stosowna ilosc klientow?

    Po drugie:
    cos takiego to jest rynek cholernie ale to cholernie niszowy. Mowisz, ze sa dwa takie baseny najblizej - w Monachium oraz w Kazaniu. Pytanie za milion zlotych: zarowno w Niemczech jak i w Rosji jest wystarczajaca liczba osob dysponujaca OD REKI tego rzedu kasa. Jesli to jest tak dobry interes, a klienci pchaja sie drzwiami i oknami - dlaczego nikt tego nie wybudowal (i to za gotowke!!!) i nie liczy w tej chwili kasy?

    Policz sobie to co powyzej napisalam i zastanow sie.

    Po trzecie:
    Jesli w Polsce nie ma na to rynku (no a nie ma raczej..) i celowalbys w klientele zagraniczna - jak masz zamiar do niej dotrzec? Poza tym jak ja przekonac, ze lepiej telepac sie po ch*ych drogach Polski 3 dni w obie strony z koniem zamiast podjechac w ciagu paru godzin po autobahnie do Monachium?

    To, czy na biznesie mozna stracic czy nie, wiadomo dopiero po odpowiedzi na (takie a nie inne w tym wypadku) powyzsze pytania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Potrzebuję kilkunastu klientów rocznie. Na konie, bo psów nawet nie liczyłem.

      Rozumując tak, jak Ty to robisz - to w ogóle nic nie warto robić, bo przecież - gdyby było opłacalne, to już by to ktoś zrobił wcześniej, czyż nie?

      A zresztą, jest to WYBITNIE abstrakcyjna dyskusja. Nie mam ćwierć miliona i nie wygląda na to, abym w dającej się przewidywać przyszłość mógł mieć...

      Usuń
    2. Jacek, pytania, ktore zadalam ci ja, zada ci KAZDY potencjalny inwestor z kasa. Niezaleznie od dzialki. Po prostu tak to dziala.

      Mozesz obrazac sie na rzeczywistosc lub ja ignorowac, ale niczego to nie zmieni...

      Usuń
    3. "Inwestor" to pojęcie występujące w holyłódzkich filmach. W Boskiej Woli może się pojawić jedynie przy okazji opowiadania dowcipu. W świecie realnym - temu słowu żaden byt nie odpowiada...

      Usuń
    4. Hehehe to w takim razie znam pare bytow nieistniejacych :))))
      I one w ogole fajne sa, bo da sie z nimi pogadac i nawet wodki sie napic :))))

      A tak na serio: i dlatego nigdy tego basenu nie zbudujesz, bo z gory odrzucasz uderzenie do kogos, kto ma kase, przedstawienie biznesplanu i probe przekoania kogos takiego.

      Usuń
    5. Wybacz, ale to jest teoretyzowanie dobre w akademickim podręczniku. Jak ja niby, z długiem na karku i w takim otoczeniu, jakie mam - miałbym komuś "przedstawiać biznesplan"? No przecież to jest śmieszne...

      A już naprawdę nie chciałbym być złośliwy - ale sama mnie do tego zmuszasz, było się tak nie mądrzyć: o ile mi wiadomo - jakoś Wam wódka z tymi "bytami nieistniejącymi" ani grosza nie przysporzyła..? To po co się tak pyszczyć? - jak by zapytała Lepsza Połowa...

      Usuń
    6. Jacek:
      Ty masz tylko dlug :)
      Plichta z wiecej niz jednym wyrokiem na karku znalazl ludzi, ktorzy wylozyli miliony na AmberGold - wiec jak widac mozna :))

      Usuń
    7. Aaa, czyli "inwestor" to to samo co "frajer"..? No, tak właśnie to i w dowcipach opowiadanych w Boskiej Woli wygląda...

      Usuń
  8. Aha i jeszcze jedno: ja tego nie wiem, ale Ty siedzisz w temacie wiec powinienes wiedziec. Mianowicie: na jakiej zasadzie dzialaja te dwa baseny do rehabilitacji koni? Czy to jest dzialanosc komercyjna, ktora zarabia na swoje koszty i jeszcze cos zostaje? Czy to jest czesc jakiejs wiekszej corpo/spolki etc. finansowanej z czegos innego? Kto je wybudowal? Ile kasuja za miesiac/jednorazowo etc? Ilu maja rocznie klientow?

    OdpowiedzUsuń
  9. Chciałabym spytać z pozycji całkowitej niewiedzy - dlaczego właśnie basen do pławienia koni? Staw, jezioro nie starczy? Przeczytałam , że to w celu rehabilitacji? Znaczy się po jakichś kontuzjach? Jak to działa? Można gdzieś poczytać na ten temat?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rehabilitacja i doprowadzenie do formy po kontuzjach, zeby nie obciazac nog. Rozpowszechniona na zachodzie metoda.Tu znalazlam na szybko artykulik: www.horserehabilitation.com/benefits_of_hydrotherapy.html

      Usuń
    2. Jest to także metoda wspomagania treningu, zwłaszcza młodych koni - żeby nie przeciążać ich ścięgien i nie do końca skostniałych kości.

      Również coraz więcej psów potrzebuje takiej formy rehabilitacji: prawie wszystkie owczarki alzackie, a i masa innych, zwłaszcza dużych psów - ma problemy z kręgosłupem i stawami (Riannon z bloga "Tuskulum. Moje pasje" kiedyś o przerasowaniu i kłopotach trapiących psy pisała...).

      Oczywiście, że staw czy rzeka to nie to samo!

      Po pierwsze - w basenie można o wiele precyzyjniej dawkować wysiłek. Po drugie - trudno stosować pławienie w stawie zimą w naszym klimacie: a latem trwa sezon wyścigowy, więc jeśli koń ma być do niego również i tak przygotowywany - to nie można sobie odpuszczać zimy...

      Oczywiście, wartość rehabilitacyjną czy treningową ma nie pojedyncze pławienie, a cały kurs: z reguły około 4-tygodniowy. Mój pomysł, generalnie polega na tym, żeby samemu się w ogóle w rehabilitację koni nie bawić (tym bardziej w trening) - a tylko: udostępniać lekarzom weterynarii i trenerom infrastrukturę. Pieniądze biorąc jedynie za boksy dla koni (np.: 2 tysiące miesięcznie...): wzdłuż jednej ze ścian hali basenowej zmieści się 6 angielskich boksów dla pensjonariuszy. Do tego kryty lonżownik i karuzela (też do swobodnej dyspozycji pensjonariiszy), ewewntualnie - mały hotelik dla ludzi na strychu nad basenem... Kiedyś, w przyszłości, jak dokupię trochę ziemi: jedna prosta toru wyścigowego (mam na razie pół tej prostej, drugie pół trzeba dokupić...). To są oczywiście na razie marzenia. Skądinąd jednak: MIAŁEM JUŻ taką kasę. Niby dlaczego, nie mam jej mieć jeszcze w przyszłości..?

      Usuń
    3. To juz lepiej bieznie wodna zainstaluj, niemiecki wynalazek, nadal rzadkosc a od basenow powoli zaczyna sie odchodzic ;) Zreszta jest to wyjasnione w linku, ktory wyzej wrzucilam.

      Usuń
    4. Tyle, że bieżnia wodna to skomplikowana, wymagająca specjalistycznego serwisu maszyna. We dwóch z sołtysem jej nie wyklepiemy z kawałka blachy. A mój basen - prawie że...

      Usuń
  10. Taki basen bardziej do mnie przemawia, niż bieganie na taśmie w wodzie po kolana. Ale ja romantyczna jestem. Jakkolwiek, odpowiedzi rodzą kolejne pytania. Więc pośrednio rozumiem, że basen może być podgrzewany. Pytanie następne- pławienie to pływanie czy bieganie w wodzie, czy można jedno i drugie w tym Twoim basenie? I jeszcze jedno, te boksy dla konie będą w pomieszczeniu basenu,czy będą do niego przytykały tylnymi ścianami? A jeżeli chodzi o kasę, życzę Ci, żeby się udało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że woda może być podgrzewana. Basen zasadniczo służy do pływania: pod prąd wody, wytwarzany przez rzeczoną już motopompę strażacką z "demobilu" (woda krąży w obiegu zamkniętym, zużyta idzie obok do tunelu na pieczarki...). Boksy oczywiście za (dobrze izolowaną od wilgoci) ścianą. Do suszenia mokrych koni - solarium. Do wyławiania kupek - podbierak. Jeszcze jakieś pytania..?

      Usuń
  11. Na razie starczy. Jestem sobie w stanie wyobrazić. Dzięki za obszerne wyjaśnienia. Uważam , że można pójść w ekologię, i fotovoltaikę walnąć na dachu , jednak to nie są małe powierzchnie, i prądem własnym napędzać motopompę oraz wodę podgrzewać.:-) Marzenia...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Architekt nam sugerował takie rozwiązanie. Jednak nawet w czasach, gdy jeszcze mieliśmy pieniądze (i nadzieję na znacznie większe w przyszłości) - fotowoltaika wydawała się nierealne drogim pomysłem. Dach na pewno by się do tego nadawał - ale, skromniej nieco, zaprojektowałem obok po prostu duże pomieszczenie kotłowni z przedsionkiem takie, żeby dowolny praktycznie, wszystkożerny piec najprymitywniejszego rodzaju - mógł się tam zmieścić. Jak się skończą brzózki i sosenki - zawsze można posadzić wierzbę, czy inny miskant, miejsca ci u nas dostatek...

      Usuń
    2. Ale chyba tanieje, i nowe rozwiązania się pojawiają, więc, kto wie...Może jeszcze będzie się opłacać.

      Usuń
  12. Rzeczywiscie troche apodykytycznie, no ale kochasz konie, wiec trzeba Ci wybaczyc! ;-)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...