poniedziałek, 10 września 2012

I kto tu ma większego...

pałera w nogach, rzecz jasna? Ja, czy ten osobnik:
który wciąż się na mnie boczy po wczorajszym i dlatego nie udało mi się zrobić mu dobrego zdjęcia.

Osobnik ów, czyli nasz ogr, popularnie z racji łakomstwa i pochodzenia Knedliczkiem zwany, ganiał się ze mną wczoraj bite cztery godziny, nim dał sobie założyć nowy kantar (bo stary podarł). W końcu, zagoniliśmy go na okrąg - ale i tam trzeba było ponad godziny ganiania w kółko, żeby dał się najpierw dotknąć, potem założyć sobie lasso z naszego najdłuższego uwiązu, a wreszcie - założyć i dopasować kantar.

Strasznie uparty ten łogr! I niewychowany... No, ale cudzego konia przecież wychowywał nie będę, nieprawdaż..? A upór u tekińców to podobna normalna rzecz (podobnie uparta była Melemahmal - a i jej córeczka nieodrodna, czyli Maleństwo, potrafi być upierdliwe do bólu - ale bez przesady, żeby takie upodobanie do nudyzmu demonstrować, a potem jeszcze się boczyć..?).

No, ale w końcu moje było na wierzchu, co mogę udowodnić. Wcześniej nosił taki kantar, o:
a teraz ma taki, proszę:
może tu lepiej widać?
bliżej już nie dał do siebie podejść. Co skądinąd dowodzi, że Monty Robertsem bynajmniej nie jestem, a nasz ogr - nudysta nie uwierzył, że jestem jego bogiem i przewodnikiem stada... Cóż: będę musiał żyć dalej ze świadomością tego gorzkiego faktu...

A tymczasem na innych frontach..? A tymczasem na innych frontach nastała chwilowa przerwa w rżnięciu młodych sosenek i brzózek - piła domaga się wizyty w serwisie (jest jeszcze na gwarancji), a nie chcę tracić paliwa na jazdę do Radomia tylko w tym celu, czekam więc, aż się powodów do wyjazdu więcej uzbiera - do Radomia, lub do Warszawy, to wszystko jedno...

W związku z powyższym już w drugiej połowie zeszłego tygodnia wziąłem się za ogródek. Niedługo zaczniemy zbiór nasion naszego (ozdobnego, ozdobnego...) tytoniu:
Może ktoś z Państwa reflektuje..? Bo będzie tych nasion zdecydowanie więcej niż nam potrzeba na przyszły rok.

W sobotę zebrałem dojrzałe owocniki naszego nasiennego lnu z czterech grządek:
zebrałem tych owocników litr. A mamy jeszcze siedem grządek takiego samego lnu sadzonego dwa tygodnie później, gdzie też już pierwszy rzut jest gotów do zbioru  - a i tu i tam, będzie jeszcze drugi zbiór, bo len kwitł i dojrzewa partiami. Będzie razem z pół wiadra.

No i teraz mam pytanie: w jaki sposób wyłuskać z tego siemię..? Ręcznie? Owszem - łuska się bardzo łatwo, ale wybieranie tych malutkich nasionek ze skorupki to prawdziwa męka! Nie wierzę, że ludzkość, która przecież hoduje len od tysięcy lat, nie rozwiązała tego problemu jakoś sprytniej..? Tyle, że nic mi się w necie na ten temat nie udało znaleźć...

Krystyna znalazła sobie nietypowe miejsce noclegowe:
o, proszę:
zaś w naszej improwizowanej piwniczce:
bulgoczą bulgotki. Od prawej: nastawiona wczoraj (w czasie, gdy ja ganiałem Knedla) czeremcha, która w środku nocy wyrzuciła gwałtownym bulgotaniem Lepszą Połowę z łóżka (ponieważ noc była dość chłodna, uparłem się, żeby na początek baniak został w domu...), potem, w głębi, czarny bez który wciąż bulgocze gwałtownie, ale już powoli zwalnia, bliżej, w środku, jeżyna, która za chwilę będzie do rozlania, no i po lewej, w pożyczonym od sąsiadów dużym gąsiorze - jeszcze jedna czeremcha. Zaraz jej dosypię cukru, bo coś słabo bąbelkuje już...

Czeremchy spokojnie moglibyśmy nastawić jeszcze jeden taki duży balon. Albo dwa. Tylko skąd takowe wziąć..? W zamrażarce czeka jarzębina, która zajmie zapewne miejsce jeżyny - za tydzień lub dwa.

A z sąsiadem, którego brat szwagra kolegi ma stosowną aparaturę (pech, że daleko... niewątpliwie, rozwiązaniem docelowym jest zaopatrzenie się w taki sprzęt samemu!) - już się namawiamy, że zimą będziemy produkować wino z żyta (a jakby się dało drugi duży baniak gdzieś pożyczyć - to może też i z kukurydzy..?) - do przerobienia na wodę ognistą. Koszty utrzymania nam spadną, a może i zarobić coś się uda..?

Wszystko to dość desperackie, przyznaję - i pewnie spóźnione (dlaczego ja na takie pomysły nie wpadłem trzy, albo dwa lata temu..?) - poszukiwania jakiegoś "dochodu z ziemi". W zeszłym roku mieliśmy pensjonat - pozostaje bez odpowiedzi pytanie, czy na nim zarobiliśmy, czy do niego per saldo dołożyliśmy, ale przynajmniej: obrót był, jakaś kasa przepływała, rachunki się płaciły, chleb było za co kupić. To też jest ważne. Na różnych akwizycjach, którym się przez ostatnie dwa lata oddawałem, finansowo straciłem z całą pewnością - ale przynajmniej samochód jeździł, telefon dzwonił, a i ja - nie rdzewiałem.

Teraz kwestia dotrwania do przełomu marca i kwietnia, kiedy to przyjdą dopłaty i pospłacam różne mniejsze i większe długi, których się do tego czasu na pewno uzbiera - pozostaje otwartą. Ba! Jak szybko nie znajdę jakiegoś odpłatnego zajęcia - zdecydowanie najlepiej: lokalnie, na miejscu, bo z dojazdami do Warszawy coraz to gorzej jest - to i do 21 grudnia, kiedy to podobno mają się skończyć wszystkie nasze męki i radości - też nie dożyjemy. Za chwilę przyjdzie rachunek za prąd i KRUS do zapłacenia (mam dziwne wrażenie, że mnie jedna rata ominęła - nie pojmuję jednak, jak to się mogło stać, że blankiet przekazu w lipcu nie przyszedł..?). A tego już z wierszówki w "Końskim Targu" nie opłacę...

12 komentarzy:

  1. Szczęściarz z Ciebie, o mnie jakoś KRUS nie chce zapomnieć :-( A jak ja o nim zapominam, to potem jest afera :-)
    A Knedliczek, z racji natury, ma większego nie tylko 'pałera' i nie tylko w nogach! On ma wszystko większe :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zwłaszcza ego ma większe...

      Ale przy lunchu już się do mnie łasił. Znakiem tego - z czasem: wybaczy!

      Usuń
  2. Ja kupiłam sobie mnóstwo nasion drzew zdatnych do formowania bonsai. Ot, mieszczuch się bierze za hodowlę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż, życzę powodzenia...

      Usuń
    2. Może się kiedyś wymienimy sadzonkami? ;)

      Usuń
    3. Ciekawy .. ten pomysł ze sadzonkami, istotnie. :DDD Najśmieszniejsza rzecz o jakiej słyszałam ostatnio. NO! ŻE-NA-DA!!!!!

      Usuń
    4. Cóż, nikogo nie zmuszam. A i sadzonek jeszcze nie ma. Ale żeby nazywać wymianę (choć waćpanna jeszcze nie wie, czego i na co) żenadą??? Ot, bełkot...

      Usuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spam. Ale to nic osobistego - komentuj, linkuj, byle z sensem...

      Usuń
  4. Od razu po zakończeniu fermentacji rozlewasz do butelek?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak bym planował. Mamy za mało baniaków w stosunku do potrzeb...

      Butelek też mamy za mało. Ale pierwszą czeremchę w sumie, przez tydzień wypiłem...

      Usuń
    2. Po zakończeniu fermentacji zlewam znad osadu i ponownie wlewam do czystego baniaka i tak sobie leży ok. m-ca aż przestanie kompletnie bulgać. Nabiera wtedy smaku i aromatu.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...